Oceń wpis
   

  

Dziś już wszyscy mówią o wyjściu Grecji ze strefy euro. O ile jeszcze kilka tygodni temu był to temat tabu w EBC, o tyle teraz to już prawie wszyscy członkowie zarządu tej szacownej instytucji dali do zrozumienia, że taka możliwość istnieje. Nie dzieje się to oczywiście przypadkiem, ma to być swego rodzaju prysznic otrzeźwienia na greckich polityków, szczególnie dla lewicowej partii Syriza, która według najnowszych sondaży ma największe szanse na wygranie wyborów parlamentarnych. Przypomnę tylko, że wybory te mają być rozpisane na czerwiec, jeśli ostatecznie nie uda się powołać nowego rządu. Partia Syriza szła do wyborów pod hasłami wstrzymania programu oszczędnościowego i wprowadzenia moratorium na spłatę długów. Co najważniejsze jednak, lider Syrizy Alexis Tsipras nie chce wyjścia Grecji z obszaru wspólnej waluty. Większość Greków też nie.  Retoryka ze strony bogatych krajów członkowskich, a także instytucji unijnych, ma na celu uświadomienie Grekom (a w szczególności tamtejszym partiom politycznym), że wstrzymanie reform będzie się równać opuszczeniu przez Grecję wspólnej waluty.

 

A jak wiadomo nie jest to wcale takie proste. Przede wszystkim nie są tym zainteresowani sami Grecy, nawet najbardziej lewicowi i populistyczni. Proces ten nie może polegać na wypchnięciu kraju ze strefy euro, musi uwzględniać również wolę wychodzącego. Ciężko sobie wyobrazić, aby Grecy wystąpili z takim wnioskiem. Przypomnę tylko - na co wielokrotnie zwracałem uwagę - że konwersja euro na drahmę i jej głęboka dewaluacja spowoduje: ucieczkę wszelkich oszczędności zarówno prywatnych jak i korporacyjnych; proporcjonalny do skali dewaluacji wzrost wszelkich długów zewnętrznych, włącznie z zadłużeniem państwa; wzrost kosztów importu wszelkich dóbr i usług; zamrożenie na jakiś czas rynku finansowego; bankructwa przedsiębiorstw i dalszy (ale tym razem skokowy) wzrost bezrobocia; wstrzymanie wszelkich inwestycji. Kraj ten nadal musiałby być na kroplówce Unii Europejskiej, nikt bowiem nie będzie skłonny udzielić finansowania w okresie zawirowań dewaluacyjnych. A kroplówka oznacza ciągłe uzależnienie od bogatych krajów UE,  nie sądzę aby liderzy greckich partii opozycyjnych tej świadomości nie mieli.  W krótkim okresie celem takiej partii jak Syriza jest przejęcie władzy i jednocześnie maksymalne złagodzenie programu reform. Będą się przy tym powoływać na głos ludu, który reformy odrzuca. Ale po przejęciu władzy nie będą mieli wyjścia, będą musieli kontynuować w ten czy w inny sposób działania które były podejmowane przez dotychczasową koalicję. Być może tylko z inną retoryką.

 

To byłby scenariusz najbardziej prawdopodobny. Nie możne oczywiście wykluczyć wariantu bardziej skrajnego, w którym wszystkie te racjonalne argumenty nie trafiają do greckich przywódców i w wyniku serii nieporozumień, włącznie z trzaskaniem drzwiami jak miało to miejsce swego czasu w Argentynie, dochodzi do niekontrolowanego upuszczenia obszaru wspólnej waluty przez Grecję. Świat takiego scenariusza najbardziej się obawia, nie jest w stanie bowiem przewidzieć wszelkich konsekwencji związanych z taką serią wypadków. Duże znaczenie przywiązywane jest do tzw. zapory ogniowej, czyli funduszu stabilizacyjnego, który należałoby użyć w przypadku paniki i wstrzymania finansowania rynkowego dla krajów Południa. Ale przy dzisiejszej niepewności może się okazać, że panika dotrze już nie tylko do Hiszpanii, ale i Włoch a nie daj Boże i Francji. Żadna zapora ogniowa nie wystarczy aby zatrzymać taki pożar. I tu nie chodzi o Grecję, ale o to, że w każdym z tych krajów coś jest nie tak. W Hiszpanii wciąż niedokapitalizowany sektor bankowy, generujący coraz większe straty, we Włoszech coraz większe trudności z przeprowadzeniem odpowiedniego pakietu reform i recesja, we Francji większy deficyt niż planowano i niepewność na ile na poważnie należy traktować zapowiedzi zmiany kursu gospodarczego w kampanii wyborczej prezydenta elekta Francois Hollande. Wyjście Grecji ze strefy euro w czasach prosperity i spokoju na rynkach finansowych było nieporównywalnie łatwiejsze. Pamiętajmy jak zmiotło ekipę Busha ze sceny politycznej po panice i zapaści spowodowanej upadkiem Lehman Brothers.  I tak wcześniej czy później któryś z banków musiał upaść, jednak to się działo już po decyzji z 15 września było zupełnym zaskoczeniem dla decydentów.  Wszyscy teraz obawiają się tego samego. Dlatego wciąż uważam, że wariant opuszczenia obszaru wspólnej waluty przez kolebkę demokracji za mało prawdopodobny, ale oczywiście niewykluczony. W najbliższych tygodniach, dopóki nie wyjaśni się polityczna sytuacja w Grecji będziemy mieć do czynienia z wyjątkową nerwowością na rynku, w tym ze słabym i bardzo zmiennym złotym. 

2012-05-15 07:52
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Spain has recently traded places with Italy to become the country on which may depend the future of Europe. Bond yields are on the rise while the successful sale of Spanish debt securities was the big event of last week. This shows how much anxiety there is about Spain's prospects. The problems facing the Spanish economy are linked above all to the enduring slump in the property market which directly affects both the banking sector as well as the real economy as a whole, including the labour market and tax revenue. 
 
In 2012 Spain is in a recession estimated at 2 to 3%. The austerity measures and taxes have reduced people's purchasing power in a short time. But above all, the Spanish economy must achieve balance - mainly on the property market. Only from that moment will growth be possible.   The figures show that this has not happened yet.
 
European politicians were lulled into passivity when the ECB flooded the entire european banking market with ample cash with which to buy up bond issues. But as I mentioned before, throwing liquidity at Europe's problems is not the way to solve them. The temporary respite also pacified the financial markets which for a certain time started to proclaim the end of the crisis in Europe. This was short lived however and we are again witnessing nervousness which comes above all from the risk that the situation will get out of control. It's common to read estimates of the potential restructuring of Spanish debt. Fortunately the debt bogeyman is no longer as terrifying as it was as restructuring was achieved in a controlled and efficient way in the case of Greece therefore it will be possible to do the same for Spain. I think however that while in the case of Greece debt restructuring was on the cards right from the start, the case for Spain is not as clearcut. Regarding the scale of public debt, Spain is not doing that much worse than the rest of the Union with a debt to GDP figure of 80%. Things are worse regarding private debt which continues to grow and more seriously, it is impossible to accurately estimate the size of the private debt burden. Together with further falls on the property market it may be that companies will get into an even worse mess as will the banks financing them. This will in effect increase the scale of indebtedness. And this situation is not likely to go away for at least the rest of this year. This leads to uncertainty on the financial markets and fears of a really bleak picture.    It will be a long time before we can say that the worst is behind us. 
 
As soon as a country finds itself grappling with particularly difficult issues, this immediately conjures up scenes of eurozone disintegration. I would however take such doom mongering with a pinch of salt although fear itself fuels uncertainty and worsens the mood. Over the coming months we will see the mood barometer fluctuating - it is important that politicians not be deceived by this as was the new Spanish premier Rajoy. 
 
Liquidity from the ECB mitigated the acuteness of the situation and encouraged the postponement of crucial reforms while for the southern countries there is no other path than the difficult and unpopular one. The market has got to find balance - important in order to avoid the domino effect which would lead to the collapse of the banking system and of the whole economy. This seems to shore up the necessity of following the USA approach of capitalising the banks to fend of the worst case scenario. In the real economy not just savings but supply side reforms of the labour market will be crucial in order to increase the flexibility of the economy.
 
Beyond Spain, Portugal is still in dire straits and debt restructuring will almost certainly take place. Italy has been experiencing problems where premier Monti's government is experiencing serious difficulties in its attempts to reform the labour market. These dark clouds which are again hovering over Europe should help reformers make their case because some people thought that what has been done so far is enough. Unfortunately it will be a very long stretch before we have put the debt crisis and lost of competitiveness behind us. Something which we would do well not to forget.
2012-05-09 21:48
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Podczas wizyty premiera Chin w Polsce rozległy się głosy zachwytu jakie to świetlane czasy nas czekają w związku z perspektywą chińskich inwestycji. Niektórzy nawet oczekiwali, że Polska stanie się pomostem dla chińskich przedsiębiorstw zdobywających rynki Unii Europejskiej. W obu przypadkach należałoby zejść na ziemię. Co do idei pomostu, to w dobie globalizacji tworzenie jakichkolwiek pomostów nijak się nie ma do realiów dzisiejszego świata biznesu. Chińscy przedsiębiorcy nie potrzebują pomostów aby inwestować w krajach UE. Zapewne chcieliby wygrywać kontrakty publiczne, ale my mamy już złe doświadczenia, a co ważniejsze UE oczekuje od Chin wzajemności w dostępie do zamówień publicznych w Kraju Środka.  Najbardziej absurdalnym jest jednak zachwyt związany z deklaracją chińskich inwestycji w Polsce. Wciąż jak widać pokutuje w opinii publicznej przekonanie, że prawdziwy kapitał to musi być zagranicą, a na polski nie ma za bardzo co liczyć.  

 

Po ponad dwudziestu latach transformacji przeszedł czas aby na chłodno ocenić możliwości inwestycyjne w Polsce. Nie chodzi o to aby nie zachęcać inwestorów zagranicznych do inwestowania w naszym kraju, ale na pewno nie powinno się tego robić kosztem polskich przedsiębiorców. To nie jest tak, że dziś cały przyrost kapitału czy know-how pochodzi z zagranicy. Tak było na początku lat 90-ych, wiele się od tego czasu zmieniło. Wiele polskich firm prywatnych osiągnęło rozmiary średnich firm europejskich. Średnia polska firma jest nadpłynna, według danych NBP ponad 70 procent przedsiębiorstw deklaruje brak problemów z płynnością. Wyjątkiem jest budownictwo gdzie wskaźnik ten nieznacznie przekracza 55 %. Co więcej, największe polskie firmy deklarują brak jakichkolwiek problemów płynnościowych! Co ważne z kwartału na kwartał rośnie odsetek firm deklarujących rozpoczęcie nowych inwestycji, obecnie planuje to zrobić ponad 40 procent firm.

 

Nie jest też prawdziwe przekonanie o braku innowacyjności polskich przedsiębiorców. Wielu z nich tworzy innowacje, przy czym nie zawsze przecież muszą być to rozwiązania innowacyjne w najnowszej technice high tech. Są to zarówno rozwiązania produkcyjne, procesowe, jak i produktowe. Wiele z tych pomysłów nie jest jednak uznawana przez same te firmy za innowacje, część natomiast nie jest patentowana ze względu na koszty związane z procesem patentowym. Znane są też przypadki patentowania polskich wyrobów poza granicami naszego kraju ze względu na łatwiejsze procedury i lepszą znajomość tematu. Ten olbrzymi potencjał inwestycyjno innowacyjny nie znajduje zwykle uznania wśród polityków, gdyż jest rozproszony, często unika świata polityki, marząc raczej o tym aby politycy nie przeszkadzali. Część z tych firm w ciągu ostatnich dziesięciu lat rozpoczęła proces inwestycji poza granicami Polski. Najwyższy czas aby ich w tych działaniach wspierać.

 

Przez ostatnie 20 lat nie udało się też wypromować polskiej marki globalnej, a nawet marki o zasięgu europejskim. Wszelkie działania publiczne niewiele tu wskórają, nie oczekujmy też że robotę tą wykona jakaś firma państwowa. Tam raczej trudno o innowacje. Szanse na stworzenie polskiej marki dają właśnie firmy prywatne inwestujące globalnie. To wśród nich, w perspektywie najbliższej dekady, pojawią się marki globalne. Nie sposób dziś określić w jakim to będzie segmencie rynkowym.  Na razie wciąż jeszcze pokutuje na Zachodzie Europy, a szczególnie w Niemczech, przekonanie o słabej jakości polskich produktów. Dlatego też wiele dóbr produkowanych w Polsce na Zachodzie Europy sprzedawany jest po lokalnymi brendami. Ten etap też musimy przejść, jedynym sposobem aby tego skutecznie dokonać jest właśnie globalna ekspansja.

 

Z kolei w ekspansji na Wschód na razie stoimy na przegranej pozycji, brak jest wciąż odpowiednich porozumień wzajemnych, szczególnie między Polską a Rosją. Nie mamy też ubezpieczeń komercyjnych w prawdziwym stylu gdzie na zasadach czysto komercyjnych można by ubezpieczać poważniejsze polskie inwestycje na Wschodzie. Silniejsze od nas kraje UE znacznie skuteczniej od nas promują i chronią swoje inwestycje w krajach byłego ZSRR. Tu wciąż jest olbrzymie pole do popisu dla władz państwowych.

 

Dzisiaj państwo powinno wspierać polską przedsiębiorczość zagranicą, tak jak czynią to inne kraje. Potrzebna jest zmiana podejścia polskiej dyplomacji, aby częścią ich zadań był lobbing polskich firm, ale nie tylko państwowych, ale przede wszystkim prywatnych. Wymaga to zupełnie innego podejścia niż czysta dyplomacja, niezbędne jest też doświadczenie w prywatnym biznesie. I wyzwanie te dotyczą nie tylko w dyplomacji ale całej administracji państwowej. Zamiast zachwycać się chińskim inwestycjami w Polsce powinniśmy skupić się na tym aby wspierać polskie inwestycje w Chinach.

 

2012-05-08 07:37
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

  

Hiszpania przejęła ostatnio miejsce Włoch jako kraju od którego zależeć może przyszłość Europy. Rosną rentowności hiszpańskich obligacji, a udany przetarg hiszpańskich papierów stał się wydarzeniem tygodnia. To pokazuje jak duże napięcie dzisiaj wywołują perspektywy Hiszpanii. Problemy hiszpańskiej gospodarki powiązane są przede wszystkim z wciąż znajdującym się w recesji rynkiem nieruchomości, z którym powiązany jest zarówno sektor bankowy, jak i pośrednio cała realna gospodarka, w tym rynek pracy i dochody podatkowe. Hiszpania w 2012 znajduje się w recesji, która jest szacowana na zapaść od 2 do nawet 3 procent. Wprowadzane oszczędności, również po stronie wydatkowej, w krótkim okresie zmniejszają siłę nabywczą społeczeństwa. Jednak przede wszystkim gospodarka Hiszpanii musi osiągnąć poziom równowagi, w tym głównie na rynku mieszkaniowym i dopiero od tego momentu będzie dopiero możliwy wzrost. Jak widać z danych taki moment jeszcze nie nastąpił.

 

A polityków europejskich uśpiło ostatnie kilka miesięcy, kiedy EBC zalał płynnością cały europejski rynek bankowy, dzięki czemu środków do zakupów obligacji było wręcz w nadmiarze. Ale, jak na łamach DGP wcześniej wspominałem, zalanie płynnością strukturalnych problemów Europy nie rozwiązało. Ten chwilowy błogostan uśpił też rynki finansowe, które przez pewien czas zaczęły wyceniać niejako koniec kryzysu w Europie. Krótko to jednak trwało i teraz znów mamy do czynienia z nerwowością, wynikającą przede wszystkim z ryzyka, że znów sytuacja wymknie się spod kontroli. Dzisiaj coraz częsciej można przeczytać szacunki co do potencjalnej restrukturyzacji hiszpańskiego długu. Na szczęście obecnie diabeł już nie taki straszny, udało się taki proces przeprowadzić w sposób kontrolowany i skuteczny w przypadku Grecji, tak samo można będzie więc działać w przypadku Hiszpanii. Sądze jednak, że o ile w przypadku Grecji restrukturyzacja długu była od początku przesądzona o tyle w przypadku Hiszpanii sprawa nie jest aż tak oczywista. Co do skali publicznego długu Hiszpania na tle Unii nie wypada słabo, jest on wciąż poniżej 80 procent w relacji do PKB. Gorzej z długiem prywatnym, który wciąż narasta, a co gorsza nie sposób rzetelnie ocenić jego skali. Wraz z dalszym spadkiem cen na rynku nieruchomości może dojść do znacznie głębszego niż obecnie pogorszenia kondycji zarówno przedsiębiorstw jak i finansujących ich banków, co w efekcie zwiększy skalę zadłużenia. I z takim właśnie procesem będziemy mieć do czynienia conajmniej przez cały bieżący rok. Stąd też niepewność rynków finansowych i obawy o czarny scenriusz. Wciąż daleko nam jeszcze do sytuacji w której możnaby stwierdzić, że najgorsze mamy już za sobą.

 

Wszelkie scanariusze rozpadu euro pojawiają się zwykle wtedy, gdy jeden z krajów przeżywa głębsze trudności. Nie zaliczyłbym jednak takiego rozwiązania do arsenału prawdopodobnych działań. Ale same już tylko obawy pogłębiają niepewność i pogarszają nastroje.  Przez najbliższe miesiące będziemy mieć do czynienia ze stałą huśtawką nastrojów, ważne aby politycy nie dali się po raz kolejny temu zwieść, tak jak uczynił to nowy premier Hiszpanii Rajoy. Zasilenie w płynność systemu bankowego przez EBC uśpiło czujność i zachęciło do odłożenia w czasie niezbędnych reform. A innej drogi niż żmudna i niepopularna dla krajów Południa nie ma. Rynek musi osiągnąć poziom równowagi, ważne jednak aby nie doprowadzić poprzez efekt domina do zapaści systemu bankowego i pośrednio całej gospodarki. Stąd też wydaje się niezbędne, drogą Stanów Zjednoczonych dokapitalizowanie banków, tak aby uniknąć czarnego scenariusza. W realnej gospodarce oprócz oszczędności kluczowe są reformy podażowe, w przypadku Hiszpanii szczególnie rynku pracy, po to aby zwiększyć elastyczność gospodarki.

 

Poza Hiszpanią wciąż bardzo trudna sytuacja jest w Portugalii, gdzie prawdopodobieństwo restrukturyzacji długu należy wycenić bardzo wysoko. Zacięło się też ostatnio we Włoszech, gdzie rząd premiera Monti’ego ma poważne trudności z przeprowadzeniem reformy rynku pracy. Te czarne chmury które znów zebrały się na Europą powinny pomóc reformatorom, bo niektórzy już uwierzyli, ze wystarczy. Niestety wychodzenie z kryzysu zadłużenia i utraty konkurencyjności będzie długotrwałe. I o tym nie można zapominać.

 

2012-04-24 07:52
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

  

Stefan Kawalec and Ernest Pytlarczyk state  that the fact that the euro cannot be devalued means it may not be possible to adjust competitiveness of euro zone economies which in turn may lead to their disorderly disintegration. To avoid this, they suggest an orderly dismantling of the currency but I personally don't like either scenario.

 

The problems of various euro zone countries are not caused by the common currency but by faulty economic policies.  If responsible policies were in place a "simple adjustment instrument" would be superfluous.  Obviously without the euro, warning signs would have appeared earlier.  But the lack of such signs was not caused by the single currency but by european institutions giving the markets the wrong message.  But let's look at things as they occurred.

 

Today the euro zone crisis usually refers to five countries:  Greece, Portugal, Ireland, Spain and Italy.  There we can see the problems caused by the existence of a common currency and how a return to national currencies could solve problems piling over the years.  Greece benefited amongst other things from a considerable drop in the cost of debt servicing.  Those savings were earmarked for current expenditure.  For the years that followed, despite competitiveness falling because of excessive wage growth, the Greek economy grew at a fast pace thanks to external financing.  Until 2009, the yield on Greek bonds was only at 0.3percent, which was higher than the yield on German bonds - all this with Greek debt already at 113 percent of GDP!  People often ask why financial market did not react to such high debt and stop Greece from taking on even more but the markets did not react, and the ECB treated Greek bonds the same as Germany bonds!  The market was giving out the message that Greek debt was safe.   Moreover european politicians themselves suggested that a euro zone country cannot go bankrupt - in other words - others will carry the Greek debt can.  It only emerged earlier this year that things don't quite work like that and Greek debt underwent controlled restructuring.  Earlier, investors had received false signs from decision makers.  If they hadn't, each of the euro zone country's debt would have been assessed individually and Greece would never have got into debt of such unprecedented proportions.  Greece would have had to pay higher interest rates much sooner and the market would have stopped financing the debt several years earlier.  Adjustments to the Greek economy would most probably have started in the middle of last decade and been far lesser.  Portugal is facing a similar situation although this is thankfully more contained.

 

Spain and Ireland are another story.  Both of those countries had a responsible budgetary policy - at least on paper.  Spain's deficit was low and in Ireland the budget was in surplus only no one seemed to notice that this was based on the boom in property prices.  Then the bubble burst, unleashing the current financial problems.  The property boom was caused above all by cheap money, or by excessively low interest rates which are the same for all countries in the euro zone. 

 

They were too low for both Spain and Ireland but if we look over to the US and Great Britain, both much larger countries but where very low interest rates also let to property prices spiralling out of control.  Both the FED and the Bank of England took decisions exclusively based on the needs of their own economies.  In other words,  excessively low rates are not just a problem of euro zone countries. 

 

If rates are too low - be it in euroland, the US or in the UK,  steps must be taken to keep the situation in check.  This means proper banking supervision.  These are the kind of measures that were implemented in Poland, namely the notorious "S" recommendation which restricted the supply of loans in foreign currencies which at the time were much more attractive than loans expressed in zloty.

 

In other words, the explosion in the cost of goods is not an exclusively euro zone feature.  This is why each country should use whatever means are necessary to fend off such imbalance.  In Ireland and Spain,  at the heart of the boom was the banking sector, the losses of which led to public debt in Ireland doubling in the course of one year.  In Spain, the unhealthy state of the banks do not permit the holders of Spanish bonds to sleep easy.  Where was banking supervision during the credit boom?

 

Italy suffered a lost decade.  There was neither wild growth in debt like in Greece nor a property boom.  In Italy and other countries, wages increased disproportionately and the country lost its competitiveness compared with its main trade partners and  in particular with Germany.  An example is the transfer of Fiat Panda production from Poland to a much more expensive Italy.  The Germans did exactly the opposite which explains their current account surplus of 5% GDP and the reverse trend occurring in the above mentioned countries (a shrinkage of 2 to 3% of GDP).  During that period Germany neither experienced a property boom nor did they increase their debt excessively, nor was there an excessive increase in wages.  Moreover, Germany transferred part of their production to central and eastern europe and took full advantage of the common currency which was cheap for them.  If it hadn't been for the euro, they would not have enjoyed such an increase in their current account surplus.  Germany has benefitted for years from its membership of the common currency club  which means they would be somewhat affected if it disappeared.  The collapse of the euro zone would be a huge blow to the competitiveness of that country.  Now Italy is faced with the difficult task of following in Germany's footsteps.

 

It took Germany ten years to reach its current position of strength.  This will be the case for countries like Ireland, Spain or Italy.  I don't want to express an opinion on Greece because the situation there is much more difficult given the scale of the problems and the quality of the political class.  However, in other countries, growth in wages has to be curbed and there have to be supply side reforms which improve economic potential (deregulating the labour market, opening up access to heretofore closed professions and trades, an increase in the retirement age, privatisation).  All this is on the agenda in those countries.  It's therefore not true to say that the only way to improve competitiveness is through fiscal adjustment in order to force internal devaluation.  Applying that same rhetoric, it is possible to say that Germany applied the policy of internal devaluation in the first decade of the millenium, curbing wage growth, deregulating the labour market and not using a budget deficit to stimulate the economy.  That kind of long term adjustment is not easy but undoubtedly safer than the shock therapy which leaving the euro zone would mean.

 

The collapse of the euro zone would most probably give rise to a greater crisis than the fall of the Lehman Brothers.  More importantly, we are not able, like on the 15th august 2008, to estimate the scale of devastation following such an event.  With today's volatile financial markets, the exit of one single country, even of Greece, would transfer the attention of the markets and with it the valuation of debt securities, to another country, or to Portugal and then Spain and Italy which would anticipate the devaluation of their currencies.  This process would be difficult to control and it would result in a paralysis of trade and investments. 

 

This theory which is completely divorced from economic and political reality cannot be taken seriously and European politicians are doing everything to ensure this remains just a theory.   In the future, of course, there must be a formal procedure enabling a country to  legally leave the  euro zone if it so wishes.  Today such a possibility doesn't even exist on paper.

 

2012-04-23 15:16
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

While we can say that the US have left the worst behind them,  the euro zone has to face the unpleasant truth.  The zone is in a recession;  with economic indicators trending downwards, but to sweeten this bitter pill, we should mention that this is a light recession, bordering on stagnation.

 

In the light of the disastrous forecasts of the last six months, this is indeed quite an optimistic picture.  No one today fears a disorderly collapse of the euro zone because of Greek bankruptcy.  Greece has pulled off a coordinated restructuring of its debt which means that it will not repay part of its debt and this has been accepted by investors.  It was possible to do this in a completely controlled way and avoiding any market panic.  This is a very important lesson which shows how it is possible to declare insolvency if you are a member of the euro zone.  If there is such a need and most likely there is,  Portuguese debt will probably be restructured in the same way as the Greek.  Things will go more smoothly this time, although the biggest problem facing Europe - lack of growth prospects - will not go away.

 

The average size of public debt for euro zone countries is today 88 percent of GDP.  Even Germany who are held up as having an exemplary budgetary policy cannot boast about their public debt which stands at 82 percent of GDP.  To pay off the debt, economic growth is the most important remedy.  This today is the biggest challenge facing Europe.  Germany is held up as the shining example of  increased productivity and export expansion to new markets.  which  has been possible thanks to four factors:   wages kept in check, deregulated labour regulations, in addition to transferring a significant part of production to Poland and also thanks to the euro which for Germany is a cheap currency.  While in 2002 the German surplus on current account amounted to 2 percent GDP in 2011 it is already at 5.7 percent.  The Germans in this way made excellent use of the possibilities offered them by the expansion of the European Union and the creation of a common currency area.  The situation looks completely different in the countries of southern Europe.  Those countries are in recession.  Growth in Italy is forecast at -2 percent and the figure for Spain is even lower - at -3 percent.  Italy is in recession because the economy is not competitive and because of the austerity measures which in the short term choke growth.  Without growth there is no chance of reigning in the excessive debt of those states.  This means no chance of a significant improvement this year and probably not in 2013 either. This means that for the coming year we will remain in a state of uncertainty regarding growth prospects in the euro zone.  In comparison, the US are in much better shape.

 

While we are not facing a similar catastrophe like the collapse of the Lehman Brothers,  having to function in a permanent state of uncertainty makes people work feverishly to come up with ways of solving the problems faster than by the application of time consuming and unpopular reforms.  One such simple recipe is the division of the euro zone into countries intending to leave (thanks to which they will quickly recover their competitiveness, and those countries which will retain the common currency.  I do not however think that anyone in Europe is willing to apply that remedy for in economics, unlike in physics, it is not possible to experiment.  If the euro zone were split up, there would be a breakdown in trade and production.  It is not possible to predict the long term consequences.  The lesson of the  Lehman Brothers' collapse is that politicians have been cured for all time of taking that sort of decision.  Of course the disorderly variation cannot be ruled out, but today, after the successful restructuring of the Greek debt, the risk of such a scenario is very small.  This of course does not mean that in the future no country will ever leave the euro zone.  It is essential to create a mechanism which will allow countries to slip out of the zone without creating shockwaves.   It cannot be ruled out that a country will want to leave in the future and the creators of the euro zone never envisaged that.  However it would be irresponsible to even entertain the idea in this current period of heightened tension and at a moment when markets are exerting pressure on other countries to go down that very path.

 

2012-04-20 07:26
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk twierdzą, że brak możliwości dewaluacji walut niesie ryzyko niemożności dostosowania konkurencyjności gospodarek strefy euro, a tym samym grozi jej niekontrolowanym rozpadem. Aby tego uniknąć, proponują rozpad kontrolowany. Nie sądzę jednak, aby ten drugi wariant był lepszy od pierwszego.


Problemy poszczególnych państw strefy euro nie wynikają z wprowadzenia wspólnej waluty, ale z błędów popełnionych w polityce gospodarczej. Gdyby polityka była odpowiedzialna, nie byłby potrzebny "prosty instrument dostosowawczy". Oczywiście, gdyby wspólnej waluty nie wprowadzono, zapewne wcześniej włączyłyby się sygnały ostrzegawcze. Jednak brak tych sygnałów nie był spowodowany faktem istnienia wspólnej waluty, ale wynikał z niewłaściwych sygnałów wysyłanych przez instytucje europejskie do rynków. Ale po kolei. 


Jeśli mówimy dziś o kryzysie w strefie euro, zwykle mamy na myśli pięć krajów: Grecję, Portugalię, Irlandię, Hiszpanię i Włochy. Na ich przykładach najlepiej prześledzić, za co można winić wspólną walutę i na ile powrót do walut narodowych rozwiązałby narosłe przez lata problemy. 
Grecja skorzystała na przyjęciu wspólnej waluty m.in. dzięki głębokiemu spadkowi kosztów obsługi długu. Oszczędności te przeznaczone zostały na bieżące wydatki. Przez kolejne lata pomimo relatywnego spadku konkurencyjności (z powodu nadmiernego wzrostu płac) grecka gospodarka utrzymywała wysokie tempo wzrostu dzięki finansowaniu zewnętrznemu. Do 2009 r. oprocentowanie greckich obligacji było tylko o 0,3 pkt proc. wyższe od niemieckich. A dług tego kraju wynosił już 113 proc. PKB. Często pada pytanie, dlaczego rynki finansowe nie reagowały na tak wysoki poziom długu, dlaczego nie powstrzymały Grecji przed nadmiernym zadłużeniem. Nie reagowały, gdyż Europejski Bank Centralny traktował greckie obligacje na równi z niemieckimi! Sygnał, jaki był przekazywany rynkom, był jednoznaczny - greckie obligacje są bezpieczne. Co więcej, politycy europejscy sami sugerowali, że kraj strefy euro nie może zbankrutować, czyli że za długi Grecji odpowiadają pozostali. To, że tak nie jest, zostało formalnie ogłoszone dopiero na początku tego roku, kiedy nastąpiła kontrolowana restrukturyzacja greckiego długu. Wcześniej inwestorzy otrzymywali fałszywe sygnały od decydentów. Gdyby nie one, dług każdego z krajów euro był traktowany niezależnie i osobno wyceniany. Nie doszłoby do nadmiernego zadłużenia kolebki demokracji, a przynajmniej nie w takiej skali. Znacznie wcześniej Grecja musiałaby płacić wyższe odsetki i rynek kilka lat wcześniej zaprzestałby finansowania jej długu. Dostosowanie greckiej gospodarki rozpoczęłoby się prawdopodobnie już w połowie zeszłej dekady i skala niezbędnego dostosowania byłaby mniejsza. Podobną sytuację, choć na szczęście mniejszą co do skali, mamy w Portugalii.


Hiszpania i Irlandia to inna historia. W obu tych krajach była prowadzona odpowiedzialna polityka budżetowa, przynajmniej na papierze. Mianowicie deficyty w Hiszpanii były niskie, a w Irlandii mieliśmy wręcz do czynienia z nadwyżką budżetową. Tyle że nikt nie uwzględniał tego, że dochody budżetowe były oparte na wielkim boomie rynku mieszkaniowego. Jego korekta doprowadziła do obecnych problemów gospodarczych. Boom na rynku nieruchomości wziął się przede wszystkim z taniego pieniądza, czyli zbyt niskich stóp procentowych, które są ustalane na tym samym poziomie dla wszystkich krajów strefy euro. Zarówno dla Hiszpanii, jak i Irlandii były one zbyt niskie, ale tuż obok mamy przykłady dwóch znacznie większych krajów, takich jak USA i Wielka Brytania, gdzie poziom stóp procentowych też był za niski i doprowadził w konsekwencji do podobnie nadmiernego wzrostu cen aktywów. A zarówno FED, jak i Bank Anglii podejmowały decyzje, uwzględniając wyłącznie potrzeby ich własnych gospodarek. Tak więc problem zbyt niskich stóp nie jest wyłącznie domeną krajów znajdujących się w strefie wspólnej waluty. 


Jednak jeśli już stopy są zbyt niskie, czy to w Eurolandzie, czy Stanach, czy w Wielkiej Brytanii, należy korzystać z arsenałów innych dostępnych środków kontroli, przede wszystkim leżących w gestii nadzoru bankowego. Tego typu środki były zresztą wprowadzone w Polsce, gdzie słynna rekomendacja S ograniczyła podaż kredytów w walutach obcych, które dzięki niższym stopom procentowym w momencie brania kredytu były tańsze niż złotowe. 


Innymi słowy, niekontrolowany wzrost na rynku aktywów nie jest wyłącznie cechą strefy euro. Dlatego każdy kraj powinien używać całego wachlarza instrumentów, aby do takich nierównowag nie dopuścić. W Irlandii i w Hiszpanii pośrednikiem w tym boomie był sektor bankowy, którego straty doprowadziły do podwojenia długu publicznego Irlandii w przeciągu jednego roku. W Hiszpanii niezdrowe portfele banków do dziś nie dają spokojnie spać posiadaczom obligacji tego kraju. Pytanie, gdzie był w okresie boomu kredytowego nadzór bankowy?


Z kolei Włochy to przykład straconej dekady, gdzie ani nie doszło do przyrostu zadłużenia, tak jak w Grecji, ale nie było też boomu na rynku nieruchomości. Tam, podobnie jak w pozostałych krajach, nadmiernie rosły płace i kraj ten tracił swą konkurencyjność wobec głównych parterów handlowych, w szczególności Niemiec. Choćby przez takie decyzje, jak przenoszenie produkcji Fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Niemcy postępowali w tym czasie odwrotnie. Stąd przez ostatnią dekadę przyrost nadwyżki na rachunku obrotów bieżących Niemiec do 5 proc. PKB i ujemne wartości tego wskaźnika w opisanych powyżej krajach (od - 2 do - 3 proc.
PKB). Niemcy w tym okresie nie doświadczyły ani boomu na rynku nieruchomości, nie zwiększyły nadmiernie swego zadłużenia, nie podwyższały płac. Co więcej, przeniosły część swej produkcji do Europy Środkowo-Wschodniej i korzystały z komfortu, jaki im dawała wspólna, tania dla nich waluta. Gdyby nie było euro, nie byłoby takiej nadwyżki na ich rachunku obrotów bieżących. Krajem, któremu najmniej powinno zależeć na rozpadzie euro, są właśnie Niemcy, gdyż najbardziej gospodarczo na nim zyskały. Rozpad strefy euro na lata zniszczyły konkurencyjność tego kraju. A Włochom pozostaje trudna droga pójścia za niemieckim przykładem. 


Niemcom zajęło uzyskanie dzisiejszej silnej pozycji dekadę. Tak też będzie z takim krajami jak Irlandia, Hiszpania czy Włochy. Nie chcę się wypowiadać w sprawie Grecji, bo sytuacja jest tam znacznie trudniejsza, zarówno ze względu na skalę narosłych problemów, jak i jakość klasy politycznej. Jednak w pozostałych krajach musi nastąpić wstrzymanie przyrostu płac i reformy podażowe zwiększające potencjał gospodarki (liberalizacja kodeksu pracy, odblokowanie zamkniętych zawodów, podwyżka wieku emerytalnego, prywatyzacja). To wszystko jest na agendzie obecnie sprawujących władzę w tych krajach. Nie jest więc prawdą, że jedyną formą poprawy konkurencyjności gospodarki będzie dostosowanie fiskalne wymuszające wewnętrzną dewaluację. Trzymając się tej retoryki, można powiedzieć, że Niemcy stosowały politykę wewnętrznej dewaluacji w latach 2000., trzymając płace w ryzach, liberalizując rynek pracy i nie pobudzając gospodarki za pomocą deficytu budżetowego. Takie długotrwałe dostosowanie nie jest łatwe, ale na pewno bezpieczniejsze niż szokowe, za pomocą opuszczenia wspólnego obszaru walutowego.


Rozpad strefy euro wywołałby prawdopodobnie wstrząs większy od upadku Lehman Brothers. Co najważniejsze, nie jesteśmy w stanie - podobnie jak 15 sierpnia 2008 - ocenić skali spustoszenia po tym wydarzeniu. Dziś przy rozedrganych rynkach finansowych wyjście jednego kraju, nawet Grecji, przeniesie uwagę rynku - i automatycznie też wycenę papierów dłużnych - na kolejny kraj, czyli na Portugalię, a potem na Hiszpanię i Włochy, wyceniając przyszłą dewaluację ich walut. Proces ten byłby trudny do opanowania, a jego skutkiem ekonomicznym byłby paraliż wymiany handlowej i inwestycji. 


Koncept teoretyczny, oderwany od zarówno realiów gospodarczych, jak i politycznych, nie może być traktowany poważnie. Dziś politycy europejscy zrobią wszystko, aby do takiego wariantu nie dopuścić. W przyszłości oczywiście musi istnieć formalna furtka do wyjścia ze strefy euro, ale nie po to, aby ratować euro, ale po to, aby taka ścieżka miała swoją procedurę i ramy prawne. Każdy kraj musi mieć bowiem możliwość opuszczenia obszaru wspólnej waluty. A dziś nawet formalnie nie jesteśmy do takiego procesu przygotowani. 

 

2012-04-17 13:12
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

 
Podczas panelu zorganizowanego w zeszłym tygodniu przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich zwrócono uwagę, że właściwe pytanie nie powinno dotyczyć tego jak deregulować skutecznie ale jak robić to w sposób efektywny. Trudno nie przyznać racji w tej kwestii. Rzeczywiście udaje nam się co jakiś czas przeprowadzić w sposób skuteczny pewne zmiany deregulacyjne, ale nie zawsze skutki są zgodne z zamierzonymi. Dlatego w dyskusji na temat efektywnej deregulacji należy odpowiedzieć na następujące pytania: jak przeprowadzać deregulację w sposób systemowy, jak mierzyć skuteczność zmian, jak przełamać opór zarówno urzedników jak i poszczególnych grup interesu w procesie deregulacji.
 
Podejmowane przez ministra Gowina próby deregulacji w zakresie zamknietych zawodów są bez wątpienia godne poparcia. Niemniej, tak długo jak zmiany te nie zostaną przeprowadzone, zbyt wcześnie jest mówić o jakimkolwiek sukcesie. Co więcej na etapie prac przygotowawczych pojawiają się już długie, kilkunastrostronnicowe zmiany w całej masie ustaw ... wprowadzające nowe regulacje. Odpowiedź Ministerstwa Sprawiedliwości, że zapisy te znajdują sie w domenie pozostałych ministerstw nie napawa optymizmem. Stąd właśnie obawa, że ostateczny efekt tej deregulacji może w sumie oznaczać zwiększenie ogólnego zakresu regulacji w państwie. I to wbrew intencjom autorów!
 
W zakresie regulowania prawa gospodarczego ciekawe są doświadczenia Wielkiej Brytanii. Jedną z najważniejszych zasad przyświecających procesowi deregulacji, o której mówił na naszym panelu Ambasador Wielkiej Brytanii, jest zasada one in one out. Czyli w zamian za wprowadzenie nowej regulacji trzeba zlikwidować inne, w taki sposób aby koszty regulacji po zmianie były nie wyższe niż przed. Ale nie chodzi tu o mechaniczną wymianę przepisów, ale spojrzenie z punktu widzenia kosztów całej gospodarki. Tego typu zasada powoduje też, że nowe regulacje wprowadzane są raczej w ostateczności a nie z marszu. Innym interesującym rozwiązaniem jest zasada przeglądu regulacji co pięć lat, co wymusza proces oceny i możlwość naturalnego jej zniesienia. Kolejne rozwiązanie to trzyletnie moratorium na nowe regulacje dla małych przedsiębiorstw. Chodzi bowiem o to aby nowe regulacje nie zaskakiwały mikroprzedsiębiorców, dla których koszty nowych przepisów są zwykle znacznie większe niż dla dużych przedsiębiorstw. Stąd pomysł na trzyletnie vacatio legis i czas na dostosowanie. I na koniec rozwiązanie, które może zabrzmi jak pogwałcenie podziału władzy – możliwość zgłaszania uwag do wszelkich propozycji legislacyjnych poprzez internet, gdzie cały proces przygotowania prawa podlega osądowi już nie tylko ekspertów sejmowych ale całego społeczeństwa. Wspomniane powyżej rozwiązania brytyjskie są jak najbardziej do zastosowania w Polsce, pomimo innego systemu prawnego. Kazualistyczny system prawa znacznie lepiej sprawdza się w szybko zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej. Ale również w ramach kontynentalnego systemu stanowienia prawa możliwe są rozwiązania znacznie proces ten upraszczające.
 
Dzisiaj świadomość przeregulowania gospodarki w Polsce nie jest mała. O tym świadczyć może m.in. wstępna akceptacja dla proponowanych przez ministra Gowina zmian w zakresie zamkniętych zawodów. Tyle, że świadomość ogólna jak na razie nie zdołała się przebić przez głosowania sejmowe. Zapewne dlatego, że większość parlamentarzystów nigdy nie miała do czynienia z realną gospodarką i nabierają się na argumenty broniących status quo. Argumenty jak niebezpieczne jest deregulowanie gospodarki słyszałem pod koniec lat 90-ych pracując w ministerstwie finansów. Że się nie da, że grozi kontrabanda, że utracona zostanie jakakolwiek kontrola nad procesem gospodarczym. Na szczęście od tego czasu trochę się zmieniło, dziś już nie ma tak dalekoidących błędów urzędników jak słynne sprawy Kluski czy firmy JTT. Można w końcu uzyskać interpretacje od ministra finansów, a firmę da się założyć przez interenet. Ale to wciąż kropla na tle morza globalnej konkurencji. Dziś odbywa się globalna walka na konkurencyjność gospodarek. Nie będziemy wiecznie konkurencyjni niższymi płacami i chyba też nie o to nam chodzi. Stąd potrzeba głębokiej, systemowej deregulacji polskiej gospodarki, na którą wciąż czekamy. Aby przekonać opór urzędników do zasadniczej zmiany myślenia deregulacyjnego niezbędne jest silny sygnał z góry, od premiera. Musi bowiem powstać przekonanie, że jest to proces nieodwracalny i priorytetowy. Mam nadzieję, że w końcu kiedyś nastąpi.
 
2012-04-17 07:57
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

  

O ile o Stanach Zjednoczonych można powiedzieć, że najgorsze mają już za sobą, o tyle w strefie euro nie sposób ukryć smutnej prawdy. Eurostrefa jest w recesji, dominuje trend spadkowy. Aby jednak nieco osłodzić ten pesymistyczny obraz, trzeba wspomnieć, że jest to lekka recesja, na pograniczu stagnacji.

 

A to w porównaniu z katastroficznymi prognozami sprzed pół roku i tak jest scenariusz optymistyczny. Nikt dziś już nie obawia się ryzyka niekontrolowanego rozpadu strefy euro z powodu bankructwa Aten. Grecja dokonała skoordynowanej restrukturyzacji długu, czyli nie spłaciła i nie spłaci części swych zobowiązań, a inwestorzy to zaakceptowali. Co ważne, udało się to przeprowadzić w sposób w pełni kontrolowany i bez jakiejkolwiek paniki rynkowej. To bardzo ważna lekcja, która pokazuje, jak w sposób cywilizowany przeprowadzić upadłość kraju należącego do strefy euro. Jeśli będzie taka potrzeba – a wiele wskazuje na to, że będzie – restrukturyzacja portugalskiego długu będzie przebiegała według greckiego schematu. O tyle jest dzisiaj łatwiej. Wciąż jednak nierozwiązany pozostaje najważniejszy problem Starego Kontynentu: brak perspektyw wzrostu. 

 

Przeciętna wysokość długu publicznego dla krajów strefy euro to dzisiaj 88 proc. PKB. Nawet Niemcy, podawane jako przykład odpowiedzialnej polityki budżetowej, nie mogą się pochwalić niskim długiem publicznym – wskaźnik ten dla naszego zachodniego sąsiada wynosi 82 proc. PKB. Aby spłacać dług, potrzebny jest przede wszystkim wzrost gospodarczy, i jest to dzisiaj najważniejsze wyzwanie Europy. I tu znowu najczęściej przywoływane są Niemcy jako ilustracja skutecznego zwiększania wydajności produkcji i ekspansji eksportowej na nowe rynki. Udało się to zrobić dzięki czterem czynnikom: utrzymaniu w ryzach płac, liberalizacji kodeksu pracy, przeniesieniu znacznej części produkcji do naszej części Europy, a także dzięki taniej walucie, jaką jest dla Niemiec euro. O ile w 2002 r. niemiecka nadwyżka na rachunku obrotów bieżących wynosiła 2 proc. PKB, o tyle w roku 2011 już 5,7 proc. PKB. Niemcy w doskonały sposób wykorzystali możliwości, które dało rozszerzenie Unii Europejskiej i utworzenie wspólnego obszaru walutowego. Zupełnie inaczej wygląda to w krajach południa Europy. Tam już panuje recesja. Wzrost we Włoszech prognozowany jest na -2 proc., a w Hiszpanii nawet na -3 proc. Recesja we Włoszech to wynik braku konkurencyjności gospodarki oraz wprowadzanych reform oszczędnościowych, które w krótkiej perspektywie duszą wzrost. A bez wzrostu nie ma szans na ograniczenie nadmiernego zadłużenia tych państw. Nie ma więc co liczyć na zasadniczą poprawę zarówno w tym roku, jak i prawdopodbnie w 2013 r. To oznacza, że co najmniej przez najbliższy rok pozostaniemy w niepewności co do perspektyw wzrostu w strefie euro. Na tym tle kondycja Stanów Zjednoczonych wygląda wyjątkowo korzystnie.

 

O ile nie grozi nam załamanie podobne do tego z okresu upadku Lehman Brothers, to funkcjonowanie w stałej niepewności rodzi różne pomysły na to, jak problemy te rozwiązać szybciej niż poprzez czasochłonne i niepopularne reformy. Jedną z takich prostych recept jest podział strefy euro na kraje, które ją opuszczą, dzięki czemu szybko odzyskają konkurencyjność, i te, które pozostaną przy wspólnej walucie. Nie sądzę jednak, aby tego typu recepty ktokolwiek w Europie chciał zastosować. W ekonomii bowiem, w przeciwieństwie do fizyki, nie można przeprowadzić eksperymentu. W razie podziału strefy euro nastąpi głębokie załamanie handlu i produkcji. Długotrwałość tego procesu i jego skutków nie sposób przewidzieć. Doświadczenia z upadku Lehman Brothers na trwałe zniechęciły polityków do podejmowania tego typu radykalnych decyzji. Nie można oczywiście wykluczyć wariantu niekontrolowanego, ale dzisiaj, po udanej restrukturyzacji greckiego długu, ryzyko takiego scenariusza jest bardzo małe. Nie oznacza to oczywiście, że w przyszłości żaden kraj nigdy nie opuści wspólnej waluty. Niezbędne jest stworzenie mechanizmu, który pozwoli na spokojne i formalne porzucenie euro. Nie można bowiem zakładać, że w przyszłości nikt nigdy nie będzie chciał euro opuścić, a twórcy wspólnej waluty nie określili warunków wyjścia. Ale dokonywanie tego teraz, w okresie podwyższonej nerwowości, z ryzykiem wywołania presji rynkowej na inne kraje, aby podążyły tą samą drogą, byłoby skrajnie nieodpowiedzialne.

 

 

2012-04-16 07:44
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Od 1996 roku byłem przeciwnikiem dobrowolności OFE. Z prostej przyczyny, doprowadziłoby to do naturalnej selekcji na bogatych w OFE i biedniejszych w ZUS. Rozłożenia ryzyka dożycia całej populacji a także umożliwienie uczestnictwa nie tylko w solidarności pokoleniowej ale również w wynikach osiąganych przez sektor finansowy powinno być dostępne dla wszystkich. Nie tylko młodych z większym zaufaniem do rynków finansowych i zwykle zamożniejszych. W 1999 roku udało się stworzyć taki system, niestety w zeszłym roku drastycznie obniżono składkę na OFE, a teraz przebąkuje się o zupełnej likwidacji kapitałowej części systemu. Jeśli taki miałby być wybór, to aby nie wylać dziecka z kąpielą (to cytuję premiera Tuska ze spotkania z klubem Ruchu Palikota), zróbmy już OFE dobrowolne. Niech każdy ma prawo wybrać między przekazywaniem całej składki do ZUS lub jej podzieleniem między OFE i ZUS.
 
Byłaby to oczywiście rewolucja, ale przynajmniej rewolucja pozytywna, która umożliwiłaby utrzymanie kapitałowej części systemu emerytalnego. Tym „szaleńcom”, którzy chcieli by wybrać OFE należałoby dać możliwość powrotu do poprzedniej wysokości składki. Przy tym wyborze należałoby uniknąć rozwiązań węgierskich, gdzie finansowo zniechęcono do pozostania w OFE. Zakładając, że wybór ten mógłby być oparty na obiektywnych kryteriach, rozwiązanie takie powinno dotyczyć również nowo wchodzących do systemu, którzy mogliby dokonać wyboru pomiędzy ZUS-em a OFE. Politycznie tego typu propozycja powinna łatwo zyskać akceptację parlamentu, bo to przecież jeszcze niedawno to opozycja namawiała do takich właśnie działań. A rządu, ani w Polsce, ani zagranicą, nikt nie będzie mógł oskarżać o likwidację OFE.
 
Zaletą dobrowolności jest stałe i silne wyłączenie OFE z zakresu systemu państwowego. Jeśli obywatele wybierają kapitałową część systemu w sposób dobrowolny, to ta część systemu może być mniej regulowana, może oferować większe zróżnicowanie wyników i większą konkurencję. Z punktu widzenia konstytucyjnego, jakiekolwiek próby nacjonalizacji dobrowolnej części systemu emerytalnego w przyszłości przez polskiego Orbana byłyby bardzo utrudnione, o ile wręcz niemożliwe. Wszelkie dyskusje o limitach inwestowania, minimalnych stopach zwrotu wywoływałyby nieporównywalnie mniejsze emocje niż obecnie.
 
To nie jest tak, że nie mam zupełnie zaufania do państwa. Bezpieczniej się jednak czuję, jeśli połowa mojej emerytury pochodzić będzie z zobowiązań politycznych a połowa z cywilno prawnych. Tę drugą część też można oczywiście zmienić, ale jest to znacznie trudniejsze niż zmiana parametrów systemu państwowego, szczególnie w wariancie dobrowolnym. A przecież w przypadku systemów emerytalnych chodzi o to aby minimalizować ryzyko wypłat przyszłych emerytur. Stąd też tak ważna jest odpowiednia dywersyfikacja. Oczywiście teraz byłoby to już tylko dla tych którzy naprawdę tego chcą.
 
Większość kontrowersji i dyskusji na temat OFE, nie zawsze merytorycznych ale zawsze emocjonalnych, wynika z obowiązkowości. Jak już wspominałem w zamyśle chodziło o to aby stworzyć system odporny na różne ryzyka, z którego mogliby korzystać wszyscy obywatele. Poziom emocji, upolitycznienie dyskusji, zupełny mętlik pojęciowy, to wszystko nie sprzyja sensownym korektom systemu. O ile w drugiej połowie lat 90-ych tworzenie otwartych funduszy emerytalnych nie podlegało sporom politycznym, udało się wręcz stworzyć wyjątkowy konsens polityczny wokół wprowadzanej w latach 1997 – 1999 reformy, o tyle teraz OFE stały się chłopcem do bicia. Łatwo jest podsycając lęki wobec kapitału prywatnego zniechęcić ludzi do prywatnych instytucji. OFE też nie są bez winy, nie obniżały prowizji, wciąż powielają swe polityki inwestycyjne. Jest to wina samych podmiotów, ale przede wszystkich stworzonych przez polityków regulacji, takich jak minimalna stopa zwrotu, brak możliwości inwestowania zagranicą, wymóg posiadania w portfelu minimum 60 procent obligacji skarbu państwa. Dzisiaj dyskusja merytoryczna nad zależnością pomiędzy tymi ograniczeniami a efektywnością OFE jest bardzo trudna jeśli schodzi na poziom dyskusji politycznej. Większość osób wypowiadających się w tej sprawie, ma oględnie mówiąc dość ograniczone pojęcie o tych zależnościach i tym łatwiej im straszyć ludzi wysokimi opłatami OFE. Nie sądzę aby w tym zakresie coś się zmieniło, stąd właśnie propozycja aby wyjąć to z rąk polityków i niech dadzą nam obywatelom święty spokój, abyśmy już sami mogli zadbać o sposobie dywersyfikacji form oszczędzania na przyszłą emeryturę.
 
Dobrowolność OFE wiązałaby się z potrzebą dostosowania niektórych gwarancji ze strony państwa, choćby takiej zniesienie minimalnej stopy zwrotu. Należałoby również rozluźnić regulacje w zakresie inwestowania. Byłbym jednak zwolennikiem utrzymania zasady, że emerytura z OFE współtworzy emeryturę z powszechnego systemu i jest brana przy wyliczeniu emerytury minimalnej. Konsekwencją dobrowolności OFE powinna być też dobrowolność w wyborze dostarczyciela samej emerytury. Tak jak argumentowałem w artykule w DGP sprzed dwóch tygodni, optymalnym rozwiązaniem z punktu widzenia przyszłych emerytów będzie możliwość wyboru świadczeniodawcy pomiędzy OFE, zakładami ubezpieczeń na życie i ZUS. Dobrowolność OFE pasowałaby do tego modelu jak ulał.
 
2012-04-10 07:59
Polskie wpisy Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |