O mnie
 
Główny Ekonomista BRE Banku Dyrektor ds. Strategii i Nadzoru Właścicielskiego
 


Najnowsze komentarze
 
2010-07-29 22:39
Agoń do wpisu:
Same dobre informacje
Są sobie Heniek i Marian, Marian bardziej chorowity, Heniek mniej, jednak i Heniek i Marian[...]
 
2010-07-28 12:21
Agoń do wpisu:
Same dobre informacje
Ja tam dość mocno "boksuje" u nas w kraju od jakichś czterech lat, bezpośrednio w stolicy od[...]
 
2010-07-27 13:48
Agoń do wpisu:
Nie oszukujmy społeczeństwa
Panie Ryszardzie, Mam 33 lata całkiem dobrze mi się powodzi, ale przez to budżetowe bydło i[...]
 





 Oceń wpis
   

Dla większości inwestorów głównym problemem dziś jest niepewność. Ostatnie dwa miesiące w Zachodniej Europie charakteryzowały się pogorszeniem wcześniejszych trendów i słabszymi niż w poprzednich miesiącach wskaźnikami makro. Pogorszyły się też znacznie wskaźniki wyprzedzające koniunktury. Narastały obawy o kondycję europejskiego sektora bankowego, który nie dość, że w niektórych przypadkach nie dokapitalizował słabszych banków to jeszcze został wystawiony na ryzyko restrukturyzacji długów Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Stąd często pojawiające się ostatnio pytanie o drugie dno recesji.

Dlatego tak ważne są wszelkie działania zwiększające przejrzystość systemu finansowego. Przeprowadzone testy warunków skrajnych (tzw. stress testy) wykazały, że siedem banków testów nie zdało a kolejnych 12 ledwo zaliczyło. Pomimo wszelkich zastrzeżeń co do metodologii, a w szczególności co do surowości przyjętych założeń, publikacja testów powinna być bardzo orzeźwiająca dla nastrojów na rynkach europejskich. Przede wszystkim dlatego, że zostały one opublikowane i powstał swego rodzaj ranking banków. Po drugie dlatego, że poszczególne nadzory finansowe państw członkowskich nie zaakceptują faktu, iż niektóre z nadzorowanych przez nie banki ledwo test zaliczyły. Dokapitalizowanie powinno dotyczyć wszystkich tych banków w których współczynnik adekwatności kapitałowej znalazł się poniżej 8%, co będzie już niedługo nowym wymogiem wprowadzonym przez Komitet Bazylejski. Tak czy inaczej przeprowadzenie stress testów i działania po nich podejmowane, mogą być jednym z kluczowych czynników sprzyjających poprawie nastrojów w Europie.

Na tym tle informacje napływające z polskiej gospodarki wyglądają wręcz sielankowo. Jedyny polski bank jak brał udział w stress teście wypadł rewelacyjnie. Można spodziewać się, że inne polskie banki wypadłyby również bardzo dobrze. Co ważniejsze ostatnie dane z polskiej gospodarki zaskakują wyłącznie pozytywnie. Stoi to jakby w sprzeczności z ostatnimi trendami europejskimi. Naturalnie więc nasuwa się pytanie dlaczego tak się dzieje.

Zacznijmy od produkcji przemysłowej. Dane za maj i czerwiec zaskoczyły wszystkich wysokimi wzrostami na poziomie rzędu 11-12% w skali rocznej po wyeliminowaniu czynników sezonowych. Tak silny wzrost produkcji w okresie powodzi, wskazuje, że nie wpłynęła ona negatywnie na aktywność produkcyjną polskich przedsiębiorstw. Dane za oba miesiące wskazują na silny wzrost produkcji przemysłowej w działach eksportowych co niewątpliwie wiąże się z bardzo dobrymi wynikami polskiego eksportu, no i przede wszystkim z dobrą koniunkturą w niemieckim eksporcie. Wysoka dynamika produkcji przemysłowej jest bardzo istotna, ze względu na to, że szybko rosnąca produkcja zwiększa wykorzystanie mocy produkcyjnych, które jest obecnie na poziomie ok. 6 punktów procentowych niższe niż przed kryzysem. Im wyższe wykorzystanie mocy tym większe prawdopodobieństwo wzrostu inwestycji w przedsiębiorstwach, które chcąc produkować więcej będą musiały zwiększyć swe możliwości produkcyjne. Potwierdzają to dane o produkcji budowlanej, która rosła w maju i w czerwcu po wyeliminowaniu czynników sezonowych o ok.  1,5% rocznie.

Czynniki zewnętrzne jednak nie wystarczą aby utrzymać stabilny wzrost gospodarczy w dłuższym okresie. Dlatego też cieszą znacznie lepsze od spodziewanych wyniki sprzedaży detalicznej. W ostatnich miesiącach sprzedaż detaliczna rosła po odsezonowaniu ok. 4-5%. Dane te wskazują, na przyrost możliwości konsumpcyjnych Polaków związany z realnym wzrostem płac i powoli rosnącym zatrudnieniem. Ta seria pozytywnych danych nie powinna jednak wywoływać nadmiernego optymizmu. Są to wciąż sygnały wskazujące na bardzo wstępną fazę ożywienia gospodarczego, które w każdej chwili może zostać zachwiane poprzez czynniki zewnętrzne. W najbardziej dziś prawdopodobnym scenariuszu należy spodziewać się powolnego wchodzenia na ścieżkę wzrostu przez najważniejsze kraje Unii
Europejskiej a także USA. Jednak wciąż nie można zupełnie wykluczać scenariusza w którym dynamika wzrostu gospodarczego znów wyhamowuje i nabierze kształtu litery W. Obstawiam jednak, że tak nie będzie.

2010-07-28 10:41
Ogólne Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Wiek emerytalny stał się głównym wyzwaniem w większości krajów europejskich. Obecny kryzys fiskalny unaocznił słabość wielu gospodarek, które nie mają prostych rezerw generowania dodatkowych dochodów. A w niedalekiej przyszłości sytuacja demograficzna problemy fiskalne jeszcze pogłębi. Społeczeństwa europejskie się starzeją, a na emerytury przechodzi pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Coraz więcej środków publicznych będzie trzeba więc przeznaczać na emerytury, nie wspominając o rosnących wydatkach na ochronę zdrowia i związanych z opieką osób starszych.

Demografia jest dość dobrze przewidywalna. Znając obecną strukturę demograficzną społeczeństwa, okres trwania życia, szacując tempo jego poprawy, można ocenić skalę przyszłych wyzwań demograficznych. Oczywiście tego typu szacunki, jak zawsze, oparte są na pewnych założeniach, choćby takich, że skala migracji do krajów europejskich znacznie nie wzrośnie. Będąc świadomymi wyzwań demograficzno-fiskalnych można albo udawać, że ich nie ma - uznając że jest to zmartwienie przyszłych rządów - lub też w sposób odpowiedzialny informując ludzi o problemie zmierzyć się z tym wyzwaniem przede wszystkim podnosząc wiek emerytalny. Można podnosić wiek emerytalny tak jak Niemcy, zapowiadając to z wyprzedzeniem, stopniowo podwyższać moment przejścia na emeryturę, zrównując jednocześnie wiek kobiet i mężczyzn. Dla przypomnienia w Niemczech począwszy od 2012 roku wiek emerytalny będzie stopniowo wydłużany, równy dla kobiet i mężczyzn i będzie wynosił docelowo 67 lat. Innym wariantem podnoszenia wieku emerytalnego jest wariant grecki, gdzie przez lata wmawiano ludziom, że przywilej wcześniejszego przechodzenia na emeryturę się należy, a teraz w wyniku kryzysu Grecy zmuszeni są podwyższać wiek emerytalny skokowo. Nawet we Francji, która w Europie jest ostoją rozwiązań socjalnych rząd ostatnio przyjął projekt zmian wieku emerytalnego proponując podwyższenie go o dwa lata z obecnych 60 do 62 lat.

W Polsce w 1999 roku przeprowadziliśmy jako jeden z pierwszych w Europie krajów zmianę systemu emerytalnego wiążąc ściśle wiek przechodzenia na emeryturę z sumą wpłaconych składek i momentem zakończenia aktywności zawodowej. Dzięki temu powstał system mocno promujący dłuższą aktywność i późniejsze przechodzenie na emeryturę. Niestety doświadczenia światowe pokazują, że nawet tak silne bodźce nie działają. Wielu z nas woli przysłowiowego wróbla w garści niż gołębia na dachu. Innymi słowy lepsza niższa emerytura teraz niż wyższa, tyle że za kilka lat. Nie umiemy sami oszacować szansy naszego dożycia późniejszego wieku emerytalnego, nie mamy pewności, czy przez kolejne kilka lat nadal będziemy mieli pracę itd. Tego typu dylematy powodują, że nie zdecydowano się wprowadzić w pełni elastycznego wieku emerytalnego i przyjmuje się, że minimalny wiek przechodzenia na emeryturę jest niezbędny. Gdyby wiek emerytalny był w pełni elastyczny istniałoby ryzyko, że osoby przechodzące bardzo wcześnie na emeryturę znalazłyby się w końcu na garnuszku państwa. Nie będą one bowiem w stanie z tej wyjątkowo niskiej (ale bardzo długo pobieranej) emerytury pokryć minimum podstawowych potrzeb.

Dlatego również w Polsce nie możemy się oszukiwać i wierzyć, że zachęty do późniejszego przechodzenia na emeryturę rozwiążą problem. Nie rozwiążą i dlatego już dzisiaj powinniśmy rozpocząć podwyższanie minimalnego wieku emerytalnego. Mamy znacznie lepszą sytuację demograficzną niż średnia europejska, gdyż pokolenia wyżu stanu wojennego będą pracować na emerytury wyżu powojennego. W innych krajach Europy nie ma wyżu demograficznego lat 80-tych. Ale w Polsce efektywny wiek przechodzenia na emeryturę jest wyjątkowo niski. Średnio dla mężczyzn wynosi on ok. 61 lat a dla kobiet ok. 58 lat. Jest to wynik zarówno niskiego wieku emerytalnego jak i wielu przywilejów. Co więcej pracodawcy zmuszają często kobiety osiągające wiek emerytalny do przechodzenia na emeryturę pomimo ich chęci dalszej aktywności zawodowej. Nie ma co ludziom tworzyć iluzji – nie ma innego wyjścia jak podwyższanie wieku emerytalnego przy jednoczesnym jego zrównaniu dla obu płci. Im wcześniej to zaczniemy robić tym bardziej akceptowalne będzie społecznie. Najgorzej jak dziś będziemy zapewniać, że nie ma takiej potrzeby a jutro skokowo wiek emerytalny podwyższymy.

2010-07-22 15:41
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Nadmierny optymizm nie pomaga ale umiarkowany jak najbardziej. Trudno jednak nie być optymistą jeśli w okresie globalnej zadyszki Polska, ale również nasi sąsiedzi na południu i na zachodzie, radzą sobie wyjątkowo dobrze. Najbardziej namacalnym przykładem takiego optymizmu były majowe dane o rekordowej produkcji przemysłowej - z okresu powodzi w Polsce. Bardzo dobre dane o produkcji przemysłowej zanotowano również u naszych sąsiadów. I co najważniejsze Niemcy znów eksportują na potęgę, co jest prawdopodobnie główną przyczyną ożywienia produkcyjnego w naszym regionie.

Po pierwszej połowie 2010 roku dobrze jest ocenić jak wygląda sytuacja makro w porównaniu z prognozami tworzonymi na ten okres rok temu. Po pierwszych sześciu miesiącach widać, że znacznie gorzej od prognoz idą inwestycje. Podobnie rzecz się ma z kredytami dla przedsiębiorstw, które wciąż notują ujemną dynamikę. Nie uważam, aby obecnie wciąż ujemna dynamika inwestycji prywatnych była pochodną ograniczeń po stronie podaży kredytów przez banki. Jest odwrotnie – to głównie ostrożność przedsiębiorców powoduje, że projekty inwestycyjne są wstrzymywane lub wręcz nierozpoczynane. Nie można dziwić się przedsiębiorcom przy tak wysokiej niepewności co do najbliższej przyszłości. I chodzi tu przede wszystkim o niepewność zewnętrzną, której najlepszą miarą jest zmienność na rynku złotego. To ta bardziej pesymistyczna strona medalu.

Pozytywna strona modelu to taka, że w tym roku po raz kolejny zaskoczy nas prawdopodobnie eksport netto. Dynamika polskiego eksportu jest bardzo przyzwoita, a poziom eksportu zbliża się powoli do rekordów zanotowanych przed kryzysem. Notowane obecnie dynamiki są wyższe od średnich oczekiwań na ten rok. Mając na uwadze wysoką korelację pomiędzy polskim eksportem i eksportem niemieckim można być optymistą na drugą połowę roku. Co ciekawe w ostatnim okresie niemiecki eksport znacznie przyspieszył w kierunku … chińskim. Jest to pierwszy widoczny skutek słabszego euro, również do waluty chińskim, która jest powiązana z dolarem. Dlatego też spodziewam się pozytywnej niespodzianki po stronie polskiego eksportu, który również zyskuje na słabym złotym w stosunku do euro dając wyższą zyskowność eksporterom w złotych. Dlatego też  wciąż wydaje się prawdopodobne uzyskanie dynamiki wzrostu gospodarczego w Polsce powyżej 3% w tym roku, w innej strukturze niż wcześniej oczekiwano. Inwestycje zastąpi eksport netto. To cieszy w krótkim okresie, ale w dłuższym bez odbicia w inwestycjach utrzymanie wzrostu gospodarczego około 4% nie będzie możliwe nie wspominając o szansach na poprawę na rynku pracy.

W najbliższym czasie wraz ze spadającym powoli bezrobociem spodziewać się można spadku złych kredytów w portfelach banków. Historycznie rzecz biorąc taka zależność pomiędzy tymi dwoma czynnikami była silna, nie tylko w Polsce jak również w innych krajach Europy. I jest to jak najbardziej logiczne, że wraz z mniejszą liczbą bezrobotnych rosną spłaty kredytów konsumpcyjnych. Z kolei w przypadku złych kredytów korporacyjnych trudniej znaleźć tak silną zależność jak w przypadku konsumenckich. Najsilniejsza korelacja wiąże poziom złych kredytów korporacyjnych z poziomem inwestycji. Im wyższa dynamika inwestycji tym niższy poziom złotych kredytów. Tak naprawdę jest to pochodna cyklu koniunkturalnego - przedsiębiorstwa inwestują wtedy gdy poziom wykorzystania mocy wytwórczych jest wysoki, a perspektywy popytu dobre. Wygląda na to, że wciąż nie jesteśmy na tym etapie cyklu koniunkturalnego i jeszcze kilka kwartałów na ten moment będziemy musieli poczekać.

Tak czy inaczej, jest w miarę optymistycznie. Hiszpanie, którzy zdobyli mistrzostwo świata mają wyjątkowo trudną sytuację gospodarczą, z 20% bezrobociem i ryzykiem poważnego kryzysu finansowego. Przyda im się bardzo fala optymizmu. Niemcom ze względu na słabe euro i konkurencyjny eksport wystarczy to trzecie miejsce. Nasza sytuacja gospodarcza jest wciąż jedną z najbardziej optymistycznych w Europie. To chyba najlepsze pocieszenie, skoro w Mundialu nawet nie uczestniczyliśmy.

2010-07-14 12:50
Ogólne Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Od kilku dobrych tygodni mamy do czynienia ze znaczną nerwowością na rynkach finansowych. Od kwietnia do dziś indeks WIG spadł o 10%, złoty osłabił się wobec euro o prawie 8%, dolar umocnił się wobec euro o ponad 8%, a frank szwajcarski wobec euro o 8 %. Wielu inwestorów zadaje sobie pytanie czy to jest korekta, czy też początek bessy. To jest chyba najbardziej kluczowe pytanie dla rynków finansowych w tym momencie.  

Większość danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych w ostatnich miesiącach była całkiem dobra – wskazywały one na silne ożywienie. Za wyjątkiem ostatnich danych, przede wszystkim z amerykańskiego rynku pracy, które pokazały wyhamowanie pozytywnych tendencji. Ale na szczęście nie wskazują na odwrócenie trendu. W Europie z kolei mamy raczej do czynienia ze stagnacją gospodarczą. Bardziej pozytywne perspektywy rodzą sie dzięki słabemu euro w Niemczech. Ale tak naprawdę dominującym przeświadczeniem przedsiębiorców zarówno w Europie jak i w USA jest niepewność jutra. Widać to zarówno w pogorszeniu wskaźników wyprzedzających koniunktury, jak i słabych chęciach do inwestowania. Niepewność jutra widoczna jest w decyzjach inwestorów, którzy w obawie o fiskalną sytuację krajów europejskich uciekają od euro (nie wspominając o walutach wschodzących), kupując dolary, franki szwajcarskie lub też jeny. Dominuje awersja do ryzyka – inwestorzy wolą kupować obligacje amerykańskie i niemieckie, w efekcie spadają rentowności obligacji w tych krajach. A rosną, lub utrzymują się na wysokim poziomie w krajach leżących na peryferiach Unii. Tak czy inaczej – rynek nie ma pewności, czy jest to tylko przejściowa zadyszka, czy też początek drugiego dna recesji.

Osobiście uważam, że mamy do czynienia z korektą. Niepewność jutra wiąże się z obawami co do realizacji pakietów zmniejszających deficyty budżetowe, niepewnością wyników stress testów banków europejskich, pytaniami co do  co do siły ożywienia. Taki okres niepewności może trwać jeszcze kilka tygodni. Po ogłoszeniu wyników stress testów pod koniec lipca przyjdzie jeszcze czas na reakcje banków i regulatorów. Ważny jest zarówno szacunek niezbędnego zastrzyku dekapitalizującego jak również reakcja nadzoru i rządów na to wyzwanie. Rynek obawia się wciąż o kształt nowych regulacji w sektorze finansowym, co było wyraźnie widać w nerwowej reakcji rynku na  propozycje rządu niemieckiego wprowadzające ograniczenia dla krótkiej sprzedaży. Podobnie rzecz się ma z perspektywą ożywienia gospodarczego. Wskaźniki gospodarcze charakteryzują się ostatnio dużą zmiennością, co tym bardziej nie sprzyja podejmowaniu ryzykownych decyzji inwestycyjnych. Jednak gospodarka europejska, a przede wszystkim amerykańska się zrestrukturyzowała. Nastąpiła redukcja zatrudnienia, spadek cen mieszkań, wzrosły oszczędności Amerykanów, banki zostały dokapitalizowane, rynek finansowy się zdelewarował.  Głównym problemem pozostał zbyt wysoki ciężar długów publicznych, które jak widać, większość krajów chce ograniczać. Na razie oprócz Ameryki. Sądzę jednak, że na Amerykę przyjdzie też niedługo czas. Stąd mój optymizm. Gospodarka z czkawką, ale łapie oddech.

Najbliższy czas niepewności trzeba przetrwać. Nie podejmować zbyt ryzykownych decyzji, ale też nie byłoby dobrze wstrzymywać się zupełnie z inwestycjami.  To w przypadku inwestycji w gospodarkę realną. Natomiast na rynku finansowym spodziewałbym się w najbliższym czasie wysokiej zmienności. W dłuższej perspektywie, roku, dwóch lat twierdzę że czeka nas wzrost indeksów, i umacnianie walut rynków wchodzących w tym złotego. Do tego czasu jednak musimy przejść przez tę falę niepewności. Kraje rozwinięte muszą konsekwentnie wprowadzać reformy fiskalne, co dziś wydaje się znacznie bardziej prawdopodobne niż jeszcze dwa miesiące temu.  Po drugie, niezbędne jest stworzenie przekonania, że żadne poważne niespodzianki takie jak hiszpańskie cajas się nie wydarzą. I że świat ma sensowny i skuteczny pomysł jak w nowy sposób regulować system finansowy, nie przeregulowując go jednocześnie.  Wtedy będzie dobrze.

2010-07-07 12:23
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

W kwestiach gospodarczych widziałbym cztery podstawowe zadania dla prezydenta na najbliższy czas. W polityce zagranicznej jedno podstawowe. Mówiąc o prezydencie nie można nie pamiętać o rządzie, który zmiany legislacyjne musiałby zgłosić. Od prezydenta jednak oczekiwałbym sygnału dla rządu, że w tych kilku kwestiach jest wola współpracy.

Tekst ten powstaje w momencie kiedy nie jest znany wynik wyborów. W pewnym sensie jest to więc tekst czysto teoretyczny, ale być może w polskiej debacie publicznej zbyt często wprowadzamy różnego rodzaju samoograniczenia oceniając z góry co jest możliwe a co nie. Od czasu do czasu potrzebny jest okrzyk rewolucjonisty „Bądźmy realistami. Rządajmy niemożliwego”.

Zacznę od polityki zagranicznej. Polska w relacjach z Unią wciąż gra rolę petenta, lub tego który walczy o jak najwyższe transfery. Wysokość transferów i kierunki ich wydatkowania są bez wątpienia ważne dla polskiej gospodarki. Ale w dłuższym okresie ważne będą także nowe regulacje fiskalne UE, nowe regulacje systemu finansowego, nowa strategia rozwoju Europy. Jak dotychczas mało jesteśmy aktywni w tych kwestiach. Jesteśmy biednym krajem, ale największym z tzw. nowej Unii. Nasz głos mógłby być słuchany, pod warunkiem, że będziemy proponować rozwiązania dobre nie tylko dla Polski ale również dla całej Unii. Prezydent w tych sprawach może odegrać rolę zasadniczą.

Wśród spraw czysto gospodarczych wymieniłbym zaległe reformy. Przede wszystkim podwyższenie wieku emerytalnego, rozpoczęcie reformy KRUS, działania de regulacyjne w gospodarce oraz reforma zatrudnienia w sferze publicznej. Listę niezbędnych reform możnaby ciągnać. Chciałbym jednak skupić uwagę na tym co jest najbardziej potrzebne, pilne i należałoby zacząć zaraz. Jeśli w żadnej z tych kwestii działania nie zostaną podjęte, to po niedługim czasie będą one i tak wymuszone przez rynek finansowy (tak jak w Hiszpanii, czy Portugalii) lub w ostateczności przez MFW (jak na Węgrzech, w Portugalii, nie wspominając o Grecji). Lepiej - szczególnie dla społeczeństwa - dokonywać tych zmian w sposób zaplanowany i stopniowy.

Potrzeba podwyżki wieku emerytalnego jest oczywistą oczywistością. Im dłużej żyjemy, tym dłużej musimy pracować. W ramach akcji 10-ciu ekonomistów proponowaliśmy stopniowe comiesięczne podwyższanie wieku emerytalnego, w sposób przewidywalny i niekontrowersyjny. Reformę KRUS trzeba rozpocząć jak najszybciej. KRUS nie może być gorącym kartoflem przerzucanym kolejnym rządom. Chodzi zarówno o postawą sprawiedliwość w ramach której osoby otrzymujące przyzwoite dochody z działalności rolniczej były tak samo traktowane jak pracujący w mieście, jak i o to aby nie dopłacać tak wielkich kwot jak obecnie do systemu rolniczych rent i emerytur. Kolejna kwestia to deregulacja, która powinna polegać na istotnym uproszczeniu przepisów i likwidacji wielu regulacji. Ciężko się w Polsce dereguluje gospodarkę. Ale od prezydenta można by oczekiwać przynajmniej wsparcia i promocji tej idei. Na koniec reforma zatrudnienia w sferze publicznej. Chodzi o podejście zadaniowe do wykonywanych czynności. Za te samą sumę państwo może realizować dzisiejsze zadania redukując zatrudnienie i zwiększając i różnicując wynagrodzenia w sferze budżetowym. Należałoby zacząć od likwidacji karty nauczyciela. 

Czy to możliwe. Bez przypominania i naciskania będzie jeszcze bardziej niemożliwe.

2010-07-06 15:19
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Słuchając odpowiedzi kandydatów w niedzielnej debacie powstawało nieodparte wrażenie, że walczą oni o tzw. elektorat lewicowy i jak ognia wystrzegają się deklaracji które mogłoby wystraszyć tzw. lewicowego wyborcę. Niestety, od zakończenia I tury wyborów prezezydenckich kampania stała się bardziej populistyczna. Zaczeło się obiecywanie. Na szczęście zostało kilka dni tej kampanii, im dłużej by ona trwała tym większe spustoszenie mogłaby wywołać.

Wszystkie kraje w Europie, świadome już w pełni kosztów niereformowania gospodarek, wprowadzają daleko idące pakiety oszczędnościowe. Sprowadzają się one głównie do podwyższania wieku emerytalnego, redukcji zatrudnienia i płac w sektorze publicznym oraz w niektórych trudniejszych przypadkach do podwyżek podatków. Prędzej czy później podwyżka wieku emerytalnego, dalsza likwidacja przywilejów emerytalnych i restrukturyzacja zatrudnienia w sektorze publicznym też nas będą czekać. Niestety dziś uznaje się, że o tym nie wolno wspominać w debacie. Bronisław Komorowski wybrnął z tego dylematu opowiadając się za zachętami do późniejszego przechodzenia na emeryturę. To bardzo atrakcyjny koncept, ale niestety nie działa w Polsce. U nas wciąż pokutuje przekonanie, że im wcześniejsza emerytura tym lepsza. Dlatego będziemy musieli  również w Polsce podwyższyć wiek emerytalny. Jeśli dłużej żyjemy, dłużej też powinniśmy pracować na swoje emerytury.  Im później zaczniemy podwyższać wiek emerytalny tym radykalniej będziemy musieli to robić, przy większych protestach społecznych. Najgorszym z wariantów byłoby wmawianie społeczeństwu, że Polska nie musi tak jak inni wieku emerytalnego podnosić. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że nie dość że nie zgodzi się na podwyżkę wieku emerytalnego to jeszcze będzie bronił wszelkich przywilejów emerytalnych. Niestety takie deklaracje wprowadzają przekonanie, że przywilejów emerytalnych trzeba bronić, a ci którzy ich bronić nie będą przegrają wybory. Szkoda, bo im więcej tego typu deklaracji padnie tym trudniej będzie później politykom dokonywać niezbędnych zmian.

W debacie nie poruszono kilku kwestii, które wydają się fundamentalne dla dalszego rozwoju kraju. Przede wszystkim sposobu w jaki Polska ma obniżyć bardzo wysoki deficyt budżetowy. Czy sam wzrost gospodarczy ma nas wybawić z nadmiernego deficytu? Dobrze byłoby aby nie pozwolić uciec kandydatom w ogólniki w stylu „zwiększyć ściągalność podatków”. Kolejne pytanie powinno dotyczyć prywatyzacji. Wspólnym mianownikiem jest kwestia wciąż zbyt dużego udziału państwa w polskiej gospodarce. Dlaczego za zarządów PiS prywatyzacja została zupełnie wstrzymana, i czy kandydat tej partii nadal uważa, że państwowa własność jest lepsza od prywatnej. Z kolei jego konkurent powinien otrzymać pytanie o to czy główną formą prywatyzacji powinien być model PZU poprzez rynek publiczny z zachowaniem znacznego udziału państwa i czy jest za przejmowaniem banku prywatnego przez bank państwowy.   

Nie wybrażam sobie poważnej debaty bez pytania o reformę KRUS. Jak zmienić obecny system, który nie dość, że niesprawiedliwy bo dzieli Polaków według miejsca zamieszkania to jeszcze konserwuje biedę na wsi. Prezydent, który będzie blokował zmiany w KRUS bedzie blokował modernizację cywilizacyjną Polski. Zapytałbym też o euro. Nie jest to co prawda najbardziej palący problem, bo Polska i tak nie spełnia kryteriów które umożliwiają przyjęcie wspólnej waluty. Ale stosunek do wspólnej waluty odpowiada też na pytanie o głębokość naszej integracji w ramach Unii Europejskiej i chęć wykorzystania szans płynących z głębszej integracji. Na koniec pytanie o rolę prezydenta w prowadzeniu polityki gospodarczej. Czy powinna być bardziej konsultacyjna i wspierająca czy też konfrontacyjna i blokująca. Osobiście uważam, że jeśli miałby być wyłącznie blokująca to nie będzie żadnej polityki gospodarczej. Będzie dryf.

2010-07-06 15:17
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich wskazuje na to, że oba warianty w drugiej turze są możliwe. Z dotychczasowego przebiegu kampanii wyborczej mało dowiedzieliśmy się o  programach gospodarczych obu kandydatów. Nie wiem na ile zmienią to najbliższe dwa tygodnie -  ale przecieżkandydatów znamy. Nie sądzę więc aby to co powiedzą w ciągu najbliższych dwóch tygodni oddawało bardziej ich poglądy gospodarcze niż działania podejmowane w okresie ostatnich kilku lat.

To są ważne wybory. Moc sprawcza prezydenta jest bardzo ograniczona, ale moc blokująca znacząca. Tak więc w Polsce to nie tylko rząd, ale również  prezydent – choć w różny sposób – wpływają na politykę gospodarczą kraju.  Aby nie wchodzić w bieżący spór polityczny wystarczy przypomnieć dwa istotne weta prezydenta Kwaśniewskiego. Jedno dotyczyło obniżki podatków osobistych z ówczesnych stawek 20%, 30%, 40% na 18 i 28% w roku 1999. Kilka lat później podatki zostały obniżone w podobnej skali, ale akurat w okresie znacznych trudności na rynku pracy brak niższych podatków bez wątpienia był stratą dla gospodarki. Innym ważnym wetem prezydenta Kwaśniewskiego było podpisanie w 2005 ustawy wprowadzające wyłom w systemie emerytalnym przywracając przywilej emerytalne dla jednej grupy zawodowej - dla górników. Obie te decyzje był złe i chyba sam prezydent Kwaśniewski trochę ich teraz żałuje. Nie mam oczywiście takiej pewności (że żałuje), może się w najbliższym czasie dowiemy.

W okresie kiedy Polska walczyła z klęską powodzi cała Europa toczyła walkę z problemem nadmiernego zadłużenia. W ostatnich tygodniach większość krajów europejskich zgłosiła serię daleko idących reform fiskalnych zmierzających do znacznej obniżki deficytów i długów. Chodziło przede wszystkim o to aby udowodnić rynkom finansowym, że poszczególne kraje europejskie są w stanie same wyjść z kryzysu fiskalnego i nie czeka ich los Grecji. Większość tych działań ma na celu zejście z deficytem poniżej 3% PKB w perspektywie roku 2013.  Na tym tle Polska dziś wypada jeszcze całkiem dobrze z deficytem budżetowym w pobliżu średniej unijnej, a długiem publicznym poniżej. Niemniej w perspektywie roku, a tym bardziej dwóch będziemy znacznie bliżej peletonu europejskiego niż średniej. Będzie to skutkiem tego, że jeśli zaczniemy reformować to zapewne z opóźnieniem w stosunku do pozostałych krajów europejskich. Jeśli ….

I to jest tak naprawdę fundamentalna kwestia. Nie chodzi bowiem o ideologie, o to czy lepszy jest podatek liniowy czy progresywny, czy prywatyzować poprzez giełdę czy poprzez sprzedaż akcjonariuszom większościowym. Prawdziwe wyzwanie dotyczy tego czy rząd będzie w ogółem w stanie dokonywać jakichkolwiek zmian w ustawodawstwie gospodarczym. O to czego będzie dotyczyła debata w Polsce po wyborach – czy będzie to debata wokół rożnych propozycji rozwiązań gospodarczych, czy będzie to debata zupełnie obok.

Rynek finansowy nie zareagował na wyniki I tury. Zareaguje dopiero na wyniki po 4 lipca. Ale krótkotrwała reakcja rynku finansowego jest mniej istotna niż dłuższa perspektywa gospodarcza. Tak naprawdę możemy sobie wyobrazić trzy scenariusze: reformy, dryf, lub destrukcję. O ile na szczęście ten ostatni scenariusz dziś wydaje się mało prawdopodobny, to wybór między pierwszymi dwoma jest realny. Pamiętajmy, że mało który rząd garnie się do reformowania gospodarki. Dlatego taż ważne jest to aby tworzyć maksymalnie przyjazny klimat dla takich działań. Dlatego te wybory są tak ważne.

 
2010-07-06 15:15
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Dobrze, że w końcu mamy prezesa NBP. Przed nowym szefem banku centralnego w najbliższym czasie jedno zadanie wydaje się podstawowe. Jest to kwestia interwencji walutowych. Dla przypomnienia - bank centralny interweniował osłabiając złotego przy poziomie 3.85/EUR, kilka tygodni później Ministerstwo Finansów za pomocą BGK interweniowało umacniając złotego przy poziomie 4.20/EUR. Nie ma pewności czy powstały w ten sposób przedział jest przypadkowy czy przemyślany. Przy obecnej zmienności złotego jest bardzo prawdopodobne, że jeden z tych poziomów będzie w najbliższym czasie testowany.  

Wypowiedzi nowego prezesa NBP wskazywały na to, że nie jest on przeciwnikiem interwencji walutowych zastrzegając, że „ewentualne interwencje walutowe powinny służyć wygładzaniu wahań kursu, a nie obronie konkretnych poziomów czy utrzymywaniu kursu w określonym paśmie”. Wcześniej prezes NBP podkreślał też, że obecne wahania kursowe są pochodną zmian na rynkach światowych a nie wynikają z sytuacji polskiej gospodarki. Tego typu stwierdzenia wskazywałyby na podejście pragmatyczne, w ramach którego żaden konketny poziom kursu nie jest celem banku centralnego. Niewykluczone, że już niedługo będziemy mogli sprawdzić  jak to wygląda w praktyce.

W zeszły piątek podano wstępne informacje, według których Narodowy Bank Szwajcarii tylko w maju wydał na interwencje walutowe w celu osłabienia franka szwajcarskiego kwotę 73.2 miliardów CHF.

W tym okresie frank umocnił się wobec euro o 0.8%, przy dużej zmienności. Rynek negatywnie zaregował na informację o wydaniu tak znacznych kwot na interwencje walutowe i w reakcji CHF jeszcze bardziej umocnił się wobec euro. Rynek uznał bowiem, że dotychczasowe interwencje walutowe Banku Szwajcarii były nieskuteczne. Dla porównania w kwietniu dokonano interwencji walutowych na kwotę rzędu 25-30 mld CHF a w poprzednich dwóch miesiącach kwoty te nie przekroczyły poziomu 15-20 miliardów. Majowe interwencje były największe od początku kryzysu finansowego. Można szacować, że bank centralny Szwajcarii od początku kryzysu przeznaczył ok. 150-200 miliardów CHF w celu osłabienia franka. Mimo to CHF umocnił się do euro o ponad 16% od początku kryzysu (czyli od lata 2007).

Interwencje walutowe rzadko są skuteczne. W Polsce rynek będzie chciał przetestować poziom 4.20/EUR jak i za jakiś czas zapewne też 3.85/EUR. Jeśli poziom ten zostanie przebity to kurs szybko poszybuje dalej, gdyż zniknie bariera strachu. Właściwa polityka interwencyjna w takiej sytuacji wymaga niebywałej finezji. Nowy prezes NBP mówi, że celem polityki interwencji walutowych powinno być wyeliminowanie nadmiernych fluktuacji. Pytanie brzmi jakie fluktuacje zaliczyć należy do nadmiernych, a jakie są akceptowalne. Praktyczna odpowiedź na to pytanie jest jednym z głównych zadań na najbliższe tygodnie. Osobiście byłbym zwolennikiem rzadkich interwencji, dokonywanych wyłącznie w sytuacji, gdy tempo i skala zmian kursów jest oderwana od fundamentów i jest pochodną paniki, a nie zmian trendów. Łatwo to napisać, trudniej realizować …

2010-06-18 10:46
Ogólne Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Gdyby Grecja zamiast euro posiadała drachmę, to poprzez jej naturalną dewaluację odzyskałaby konkurencyjność. Ale ma euro i taki prosty sposób na poprawę konkurencyjności nie jest możliwy. Sceptycy wspólnej waluty wymieniają ten argument jako koronny, sugerując, że bez euro Grecji byłoby łatwiej. Nie jest to do końca prawda. Grecja posiadając wspólną walutę może dokonać niezbędnej restrukturyzacji i zyskać konkurencyjność, musi jednak zrobić to metodami wymagającymi więcej wysiłku – czyli bardziej strukturalnymi. Takimi które dają szanse na odzyskanie konkurencyjności na dłuższy okres czasu, w sposób bardziej trwały niż osłabienie waluty. 

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że są to reformy bardzo trudne, czy wręcz niemożliwe do przeprowadzenia ze względu na brak akceptacji społecznej. Polska w roku 1989 była w nieporównywalnie gorszej sytuacji niż Grecja obecnie. Ale w przeciągu niemal dekady z bankruta który był w stanie wyeksportować do krajów wysokorozwiniętych jedynie węgiel i produktu rolnicze zmieniła się w kraj gdzie 70% towarów eksportowano do krajów UE, a 40% eksportu stanowiły maszyny i urządzenia. W dyskusji nt. Grecji często pada przykład Szwecji, która w latach 90-tych przeszła przez głęboki kryzys bankowy. Sądzę jednak, że paradoksalnie Grecja mogłaby wyciągnąć więcej wniosków z doświadczeń wiodących krajów Europy Środkowo Wschodniej, które na początku transformacji - podobnie jak dzisiaj Grecja - były skrajnie niekonkurencyjne z niskim udziałem eksportu w PKB.

Zacznijmy jednak od sposobu w jaki Grecja może uzyskać konkurencyjność będąc jednocześnie członkiem wspólnego obszaru walutowego. Jak wiadomo, najważniejszą gałęzią greckiej gospodarki jest turystyka, która stanowi 15% greckiego PKB. Obecnie szacuje się, że w związku z kryzysem, a przede wszystkim z zamieszkami i strajkami, w tym roku Grecję odwiedzi o 30% mniej turystów niż w roku poprzednim. Przyjmując prostą zależność liniową można przyjąć, że w podobnej proporcji zmniejszą się wpływy z turystyki. Na szczęście dla Greków sezon się dopiero zaczyna, tak więc chcąc zminimalizować te straty muszą uatrakcyjnić swą ofertę. A jedynym sposobem na bardziej atrakcyjną ofertę jest obniżka cen – turyści będą bowiem oczekiwać niższych kosztów w zamian za powstałe nowe ryzyko. Tak więc właściciele ośrodków turystycznych muszą zadowolić się albo mniejszym zyskiem, lub też będą zmuszeni do renegocjacji umów z dostawcami wszelkich usług i towarów jak również płac. Aby być bardziej atrakcyjnymi muszą być tańsi. Inaczej stracą część klientów i zysków. W innych dziedzinach życia gospodarczego Grecy rozpoczęli podobne co do kierunku reformy, polegające na likwidacji ograniczeń w dostępie do zawodów jak również w dostępie do wykonywania usług. Im większy dostęp tym wyższa konkurencja i tym niższe ceny. W ten sposób Grecja może w perspektywie najbliższych lat stać się krajem znacznie bardziej konkurencyjnym i tańszym, posiadając wciąż euro. Jednak samo odzyskanie konkurencyjności nie wystarczy. Potrzebne jest większa dywersyfikacja tworzenia dochodu narodowego.

Polska w latach 90-tych dzięki głębokim strukturalnym reformom z początku lat 90-tych stała się krajem w którym opłacało się inwestować. Faktem jest, że jednym z głównych czynników zachęcających inwestorów zagranicznych do inwestowania w Polsce były niskie koszty pracy, ale nie jedynym. Istotnym czynnikiem jest zawsze perspektywa wzrostu produktywności. Polska w tym względzie miała całkiem dobre perspektywy ze względu na dużą podaż młodej wykształconej siły roboczej i nowoczesny park maszynowy w nowo otwieranych zakładach.  

Grecja dziś jest droga, ale w perspektywie dekady może stać się znacznie tańsza. Jeśli regulacje rynku pracy nie ograniczą naturalnych dostosowań rynkowych to Grecja w perspektywie dekady ma szanse stać się krajem konkurencyjnym gdzie widoczna część dochodu narodowego będzie pochodzić z eksportu. Jednak zanim to się stanie czeka Greków dekada mizernego wzrostu. Jest to jednak cena za populistyczny socjalizm w greckim wydaniu. Jeśli politycy poprzez interwencje nie ograniczą działania naturalnych sił rynkowych to Grecji może się powieść tak jak udało się Polsce.

2010-06-09 09:56
Ogólne Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Im większa nierównowaga w gospodarce tym większe zagrożenie kryzysem. To zawsze działa w podobny sposób. Przez lata nierównowaga narasta i potem nagle, w przeciągu miesięcy następuje gwałtowne dostosowanie. Nierównowagi mogą pojawić się w różnych miejscach: na rynku akcji, na rynku nieruchomości, na rynku pracy, na rynku kredytu. Narastanie nierównowagi to długotrwały proces, zwykle znajduje się rzeszę argumentów dlaczego np. długotrwały wzrost cen danego aktywu jest uzasadniony. Typowym sygnałem „przegrzania” na rynku jest wszechobecność i pewność przekonania, że wzrosty te trwały będą w nieskończoność.

Zauważmy, że największą nierównowagą przed kryzysem finansowym był rekordowo wysoki deficyt na rachunku obrotów bieżących USA. Z całą serią naukowych uzasadnień. Najbardziej znanym z nich była teza, że mamy do czynienia z nowym porządkiem na świecie, gdzie Amerykanie kupują chińskie towary, które na kredyt finansowane są przed chiński rząd skupujący amerykańskie obligacje. Dodatkowym wyjaśnieniem dla trwałości tej nierównowagi był tzw. „saving glut” czyli nadwyżka oszczędności w krajach rozwijających, która musiałaby być gdzieś inwestowana. I była: w Stanach Zjednoczonych. Znaczna część amerykańskiej konsumpcji była na kredyt. Po głębokim spadku cen mieszkań i utracie pracy przez prawie 9 milionów Amerykanów, nastąpiło głębokie dostosowanie – Amerykanie zaczęli oszczędzać i mniej wydawać. Zmniejszenie tej nierównowagi było bardzo kosztowne i bolesne.

Podobnie na rynku bankowym. Przed upadkiem Lehman Brothers kredyt był dobrem o praktycznie nieograniczonym dostępie, podobnie płynność na rynku finansowym. Po 15 września 2008 r. okazało się, że jest inaczej. Banki które były nadmiernie zlewarowane, czyli miały za dużo kredytów w stosunku do stabilnych źródeł finansowania popadły w tarapaty. A jeden wielki bank upadł. Okazało się, że nierównowaga na rynku bankowym w niektórych przypadkach przybrała skalę, która była nie do utrzymania w dłuższym okresie. Jak wiadomo skrajnym przykładem była Islandia, gdzie relacja kredytów do depozytów wynosiła 400%! Na Węgrzech 170% w szczycie, a w Polsce 120%. 120% na tle innych krajów nie wygląda odstraszająco, ale i tak te brakujące 20% siłą rzeczy stanowiły problem dla sektora bankowego. Od tego czasu trwa proces delewarowania, czyli ograniczanie skali kredytowania tak aby wskaźnik relacji kredytów do depozytów był jak najbliżej 100%. I ten proces trwa, ale jest bolesny, szczególnie w tych krajach, gdzie boom kredytowy był największy. Bo zarówno firmy jak konsumenci przyzwyczaili się żyć z łatwo dostępnym i relatywnie tanim kredytem.

Bez łatwego kredytu nie byłoby oczywiście eksplozji cen nieruchomości. Jak głębokie były nierównowagi na tym rynku najlepiej obrazuje skala spadku cen nieruchomości w okresie kryzysu. W Stanach w przeciągu dwóch lat ceny nieruchomości spadły od swego szczytu o 30%, w Wielkiej Brytanii o 13-15%, w Irlandii o ok. 30%, a w Polsce 5-7%. Może zaskakiwać relatywnie niewielki spadek cen w Polsce, ale proszę pamiętać, że mówimy o cenach średnich dla kraju i o tym, ze rynek nieruchomości w Polsce nie zdążył się przegrzać. Ale gdyby nie kryzys, jeszcze dwa lata takiego wzrostu jak przed kryzysem i bylibyśmy bliżej korekty amerykańskiej. Jak niebezpieczna jest nierównowaga na rynku nieruchomości najlepiej obrazuje ostatni kryzys, który rozpoczął się właśnie od tego segmentu rynku.

Dzisiaj najważniejszym zadaniem zarówno dla NBP jak i dla rządu w przyszłości jest monitorowanie nierównowag w gospodarce i niedopuszczenie do ich powstawania. Nie jest to łatwe zadanie ale koszty tego typu działań są znacznie mniejsze niż sprzątanie po kryzysie.

 
2010-06-02 10:40
Ogólne Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |