29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, Doradca Finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 
2014-02-03 20:52
klimatyzacja do wpisu:
Krótka lekcja ekonomii
system jest pełen patologii, umowy śmieciowe to jest problem, ale tak na prawdę większość[...]
 
2014-01-31 14:07
taniedomeny do wpisu:
"Śmieciówki" czy umowy czasowe?
Zmiany na rynku pracy są potrzebne, to każdy wie, tylko kto jest wstanie wprowadzić "mądrą"[...]
 




 Oceń wpis
   

Ostatni raport NBP o koniunkturze nie pozostawia wątpliwości: podwyżek w firmach prawie nie ma i nie będzie. I to pomimo tego, że Polacy mało zarabiają, co szczególnie mocno można odczuć przekraczając zachodnią granicę. Porównując nominalne zarobki okazuje się, że przeciętny Polak zarabia co najmniej trzy razy mniej od Niemca. Oczywiście nie istnieje "przeciętny" Polak czy Niemiec, ale te średnie przynajmniej oddają skalę zjawiska. Jeśli porównamy siłę nabywczą zarobków w obu tych krajach, okazuje się, że różnice są mniejsze, ale wciąż rozdźwięk pomiędzy niemieckim i polskim wynagrodzeniem jest dwukrotny. W Polsce pojawia się coraz więcej głosów postulujących podwyższenie płacy minimalnej, co w konsekwencji miałoby skutkować wzrostem średniego poziomu zarobków. Tyle, że przyczyna niskich wynagrodzeń nie tkwi w tym, że pracodawcy nie chcą pracownikom dobrze płacić, ale w ogólnej wydajności pracy, w niskiej robotyzacji polskiego przemysłu, wytwarzaniu niskiej wartości dodanej, eksporcie nisko zaawansowanych technologicznie produktów, znacznie niższych nakładach kapitałowych w przeliczeniu na pracownika. Brzmi dołująco, ale te wszystkie słabości nie biorą się z niczego. 
 

Przede wszystkim Polska wciąż konkuruje głównie tanią siłą roboczą. Tak naprawdę to niestety niskie wynagrodzenia stały się naszą główną przewagą konkurencyjną. Do tego jeszcze trend ten wspierany jest poprzez system stref ekonomicznych, zachęcający do inwestowania w montownie, którym wciąż opłaca się zatrudniać tanich Polaków zamiast maszyn. Nasze uczelnie są w stanie dobrze wykształcić na poziomie ogólnym, znacznie gorzej im idzie w przygotowaniu absolwentów do potrzeb rynku pracy. Firmy skupiają się na innowacjach podatkowych, zamiast wykorzystać ten czas na innowacje produktowe. Uczelnie i biznes zamiast współpracować unikają się, nie wykorzystując potencjału, jaki dać mogłaby bliska współpraca. Naukowcy zarabiają w Polsce bardzo mało, dlatego coraz więcej młodych pracowników nauki decyduje się na emigrację lub zmianę zawodu. A do tego niewydolna i zwykle niezbyt przyjazna przedsiębiorcy administracja, a także ociężały i niemrawy system sądownictwa, dodatkowo utrudniają przejście polskim firmom na wyższy poziom rozwoju. 

 

Nie chodzi mi o to aby narzekać, ale żeby właściwie zdiagnozować nasze słabości i aby być w stanie stawić im czoła. Wsparcie unijne dla poprawy infrastruktury w Polsce jest bardzo ważne, jest jedynym sposobem aby w krótkim okresie udrożnić kanały wzrostu. Nie można jednak zakładać, że samo to udrożnienie przyczyni się do szybszego tempa wzrostu gospodarczego, a w szczególności do większej niż dotychczas innowacyjności polskiej gospodarki. Większość inwestycji w Polsce realizowana jest przez sektor prywatny (około 80 proc.), środki unijne mogą krótkookresowo ten wzrost ten wspierać, ale ich główne zadanie polegać powinno na wsparciu sektora prywatnego. Ten z kolei dla rozwoju potrzebuje przyjaznego państwa i innowacyjnego klimatu inwestycyjnego. Wtedy przedsiębiorcy będą musieli pracownikom płacić więcej. A dziś dominujące "tanie sektory" dołują wynagrodzenia w całej gospodarce. 
 

Proste rezerwy wzrostu się wyczerpują. Bez skoku cywilizacyjnego pozostaniemy krajem drugiej kategorii, gdzie ludziom płaci się mało, a kolejne roczniki absolwentów decydują się na emigrację. Tak dzieje się w niektórych krajach Południa Europy, u nas tak wcale nie musi być.

2014-02-02 13:14
Polskie wpisy gospodarka, innowacyjność, polska, konkurencyjność, niemcy, płaca minimalna, wynagrodzenie Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Wtorkowa Rzeczpospolita doniosła, iż według sondażu Homo Homini „przeszło 60 proc. ankietowanych popiera odprowadzanie składek emerytalnych od umów zleceń i umów o dzieło, nawet w przypadku jeśli będzie to oznaczało niższe wynagrodzenie”. Akceptacja stabilności zatrudnienia nie jest żadnym zaskoczeniem, każdy wolałby pracować w warunkach bardziej stabilnych, a opłacanie składek tę stabilność zwiększa. Tyle, że jak to zwykle w sondażach, czym innym są deklaracje a czym innym sytuacja realna, w której zleceniobiorca stoi przed konkretnym dylematem: czy dostać mniej na rękę, czy też akceptować rozwiązanie mniej stabilne.

Dlatego też druga część wniosków z tego sondażu kłóci się z praktyką, zleceniobiorcy wybierają tę formę kontraktu o pracę ze względu na to, że im się to prostu bardziej opłaca. Proszę pamiętać, że na składkę zus-owską składa się część emerytalna, rentowa, chorobowa i wypadkowa; te ostatnie trzy mają de facto charakter podatku a nie ubezpieczenia.  Zauważmy, że Polacy nie garną się specjalnie do płacenia składek, w polskim prawie istnieje możliwość dobrowolnego dodatkowego ubezpieczenia w ZUS, z którego jakoś tak mało kto korzysta. A dominująca większość prowadzących działalność gospodarczą nie wiadomo dlaczego woli płacić minimalną stawkę ryczałtową, a nie wpłacać nieco więcej do ZUS. Jest też tak, że w powszechnym przekonaniu to ten zlecający powinien ponieść koszt związany z opłacaniem składek, a nie przyjmujący zlecenie.  Dlatego apelowałbym o ostrożność i rozsądek w wyciąganiu wniosków z tego typu sondaży, gdyż dotyczą one realnej gospodarki, gdzie zależności pomiędzy oskładkowaniem pracy a poziomem bezrobocia dla wielu nie są oczywiste.

Faktem jest, że w Polsce nadużywane jest stosowanie umów tymczasowych. Ta specyfika polskiego rynku nie wynika jednak z naszych cech narodowych, tylko wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej w latach 2012 i 2013. Przypomnieć należy, że dekadę temu, kiedy wzrost gospodarczy spowolnił do jednego procenta, bezrobocie wzrosło do 20 proc. Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby to, że prawie 2 miliony Polaków znalazło pracę za granicą, obniżając tym samym ogólny poziom bezrobocia. Ale sytuacja na rynku pracy łatwa w 2013 roku nie była, nie wspominając o wciąż wysokim bezrobociu strukturalnym i o bezrobociu ukrytym na wsi. Tak długo więc jak rynek pracy będzie rynkiem pracodawcy, a tak jest właśnie teraz, tak długo pracownik będzie zmuszony w większości przypadków akceptować warunki oferowane przez zlecającego. W 2015, kiedy sytuacja gospodarcza ma szansę być znacznie lepsza, pracownik będzie już w stanie wymusić przerzucenie kosztu składki na pracodawcę, a to oznaczałoby znacznie zmniejszenie nadużyć związanych z umowami czasowymi. Przy lepszej koniunkturze bowiem pracodawcę będzie na poniesienie takiego kosztu stać.

W przypadku umów tymczasowych należałoby walczyć z patologiami, a nie z całym systemem. Jeśli śruba zostanie za bardzo przykręcona, to Polacy będą zatrudniani przed firmy outsourcingowe za granicą… świadcząc potem usługi w Polsce. Tak już się w niektórych branżach dzieje. Ważne jest, aby nasi decydenci, zamiast kierować się wynikami sondaży, sprawdzili jak w rzeczywistości działa polski rynek pracy, szczególnie w innych obszarach niż administracja państwowa.

2014-01-29 20:52
Polskie wpisy ekonomia, gospodarka, zus, pracodawca, rynek pracy, umowy śmieciowe, oskładkowanie umów Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Na nowo powróciła dyskusja o tym, czy ta forma umowy o pracę jest dobra dla korzystających z niej. Zanim wylejemy przysłowiowe wiadro pomyj na tę formę zatrudnienia, dobrze byłoby rozdzielić sytuacje, gdzie mamy do czynienia z patologią, a gdzie umowy te używane są zgodnie z ich przeznaczeniem.


Umowy zlecenia mają służyć wykonaniu konkretnej usługi. Jeśli umowa taka jest podpisywana po raz kolejny z tym samym pracodawcą, to z automatu zostaje oskładkowana. Podpisanie pojedyńczej umowy zlecenia trudno jednak nazwać umową o pracę, bo charakter takiego stosunku pracy jest zwykle tymczasowy. Z kolei umowa o dzieło powinna dotyczyć wykonania konktretnego dzieła, które ze swej natury powinno mieć charketer wyjątkowy i jednorazowy, trudno więc znaleźć uzasadnienie dla oskładkowania tego typu kontraktu.

Niemniej - jak to w życiu bywa - zdarzają się nadużycia, szczególnie w okresie, kiedy gospodarka zwalnia. Przedsiębiorcy szukają oszczędności, a także najbardziej elastycznych form zatrudnienia. Sektor publiczny z kolei również oszczędzając, a do tego obawiając się posądzenia o działanie na szkodę państwa, w ramach zamówień publicznych wybiera zwykle oferty o najniższej cenie. Często najważniejszym czynnikiem kształtującym tę najniższą cenę są właśnie wynagrodzenia. I tu koło się zamyka. Najniższe wynagrodzenie to oczywiście nie umowa o pracę, ale kilka umów zleceń podpisywanych jednocześnie… wraz z umową o pracę na jedną ósmą etatu. I to jest ewidentnie patologia. Z patologiami należy walczyć, nie zapominając przy tym o tym, że z umów tych korzystają też setki tysięcy osób, dla których ta właśnie forma jest najwłaściwszą. Artysta malarz powinien móc korzystać z formy umowy, jaką daje umowa o dzieło, ale malarz pokojowy już nie.

W Polsce mamy kilka systemów podatkowych funkcjonujących równolegle. Dla pracowników etatowych, w tym wszystkich urzędników państwowych, mamy system powszechny z dwiema stawkami podatkowymi i pełnym ozusowaniem dochodu do trzydziestokrotności średniej krajowej. Obok funkcjonuje system podatkowy dla osób prowadzących działalność gospodarczą, zwykle płacą oni zryczałtowaną minimalną składkę „zusowską” i podatek zgodnie ze skalą progresywną, lub też podatek liniowy 19 proc. bez możliwości jakichkolwiek odliczeń.  No i trzeci system, oparty na umowach czasowych, gdzie w przypadku prac terminowych możliwe jest niepłacenie składek.  Czwarty to KRUS, dla rolników, z niższymi podatkami i składkami. W ekonomii znane jest pojęcie arbitrażu, czyli poszukiwania najkorzystniejszych rozwiązań z dostępnych na rynku. Jeśli system umów czasowych zostanie w znaczny sposób ozusowany, to nastąpi naturalny odpływ znacznej części osób do systemu drugiego, czyli działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek lub do KRUS-u. Innymi słowy, przychody ZUS znacznie nie wzrosną, część osób straci pracę, a ci, dla których umowa czasowa jest najwłaściwszą formą stosunku pracy, dostaną na rękę mniej.

Dlatego też, poszukując rozwiązań likwidujących patologie, trzeba pamiętać o tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Przy czym przydałoby się też uderzyć we własne piersi i skończyć z niechlubną erą „najniższej ceny”. To wymaga od urzędników większej odwagi i wzięcia na siebie części ryzyka projektu. Ale przecież nie ma nic gorszego niż wygrana firmy, która w ogóle nie nadaje się do zamawianego zadania i wygrywa wyłącznie poprzez kryterium najniższej ceny.

Elastyczne formy zatrudnienia są potrzebne, nie mogą być jednak nadużywane. W krajach gdzie stosunki pracy są sztywne, bezrobocie jest znacznie większe niż w Polsce, w szczególności wśród ludzi młodych. Zbyt daleko idąca krucjata przeciw tzw. „śmieciówkom” część obecnie pracujących wepchnie w szarą strefę, innych w działalność gospodarczą, a jeszcze innym obniży dochody.  System trzeba cywilizować, ale nie niszczyć.

2014-01-29 20:50
Polskie wpisy gospodarka, zus, rynek pracy, umowy śmieciowe, umowa o pracę, elastyczne formy zatrudnienia Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Maciej Bukowski[1]
Andrzej Halesiak[2]
Ryszard Petru

Polska gospodarka od lat nie może się wyrwać ze stanu małej aktywności zawodowej, zapóźnienia technologicznego i w efekcie niskich płac. Co gorsza, coraz więcej czynników wskazuje na to, że w perspektywie kilku lat proces doganiania najlepiej rozwiniętych krajów świata może ulec zahamowaniu. Nie dlatego, że przestaniemy się rozwijać, lecz dlatego, że nasz rozwój spowolni. Obawiamy się, że Polska podąża ścieżką wytyczoną przez kraje południa Europy. Region ten przez lata upatrywał swojej szansy rozwojowej niemal wyłącznie w poprawie stanu infrastruktury transportowej i wydatkowaniu środków strukturalnych EWG i UE, zaniedbując jednocześnie niepopularne kwestie konkurencyjności instytucjonalnej, regulacyjnej i innowacyjności oraz długookresowej równowagi makroekonomicznej.

Przykład, którego nie warto naśladować

Mimo znalezienia się w przedsionku państw rozwiniętych Portugalia, Grecja czy Hiszpania nie znalazły recepty na dołączenie do światowej elity. Ich relatywny poziom zamożności w porównaniu do Niemiec, Szwecji czy USA jest dziś mniej więcej taki sam jak w roku 1970. Ta trwająca 40 lat stagnacja – rozumiana jako zatrzymanie procesów konwergencji - silnie kontrastowała z okresem wcześniejszym (1950-1975), kiedy Europa Południowa rozwijała się wyraźnie szybciej nie tylko od światowego lidera technologicznego – USA, ale i od przeżywającej tzw. chwalebne trzydziestolecie Europy Północnej. Silnik, który napędzał jej wzrost, jednak się zatarł. Stare recepty przestały działać, nowych nie szukano, uznając, że dolce vita już jest na wyciągnięcie ręki.

Głównym powodem utknięcia Południa w pułapce niedorozwoju była słabość instytucjonalna, uniemożliwiająca właściwe zdiagnozowanie trapiących je problemów oraz brak woli politycznej do wdrożenia rozwiązań adekwatnie je adresujących. Czujność południowoeuropejskich elit uśpiła akcesja do UE i płynące z niej fundusze strukturalne, a następnie przyjęcie euro. Procesy te zmniejszyły presję na prowadzenie odpowiedzialnej polityki makroekonomicznej, pozwalając na nadmierną konsumpcję i życie ponad stan przez lata. Unikanie w debacie politycznej ważnych kwestii ekonomicznych i zastępowanie ich populistycznymi „tematami zastępczymi”, niska jakość otoczenia biznesu, przechylenie struktury wydatków publicznych na rzecz sfery socjalnej, zawężenie myślenia o rozwoju do kwestii infrastrukturalnych, niechęć do inwestowania w badania i rozwój oraz oparcie wzrostu na stymulowanym przez kredyt konsumpcyjnym boomie – to praktyczne przyczyny wykolejenia się krajów Południa. Z roku na rok tradycyjne, oparte na niskich kosztach pracy przewagi konkurencyjne firm hiszpańskich czy greckich malały, a w ich miejsce nie pojawiały się nowe bez których wyróżnienie się na konkurencyjnym rynku światowym stało się niemożliwe.

Sukces z przeszłości nie jest gwarancją sukcesu w przyszłości

Szybki wzrost ostatnich dwóch dekad Polska zawdzięcza restrukturyzacji technologicznej i organizacyjnej, umożliwionymi przez szybką stabilizację fiskalną i monetarną osiągniętą dzięki reformom rynkowym lat 1990. Opanowanie hiperinflacji, stabilizacja waluty, prywatyzacja i imitacja rozwiązań prawnych sprawdzonych w Europie Zachodniej pozwoliły na uruchomienie prostych rezerw efektywnościowych oraz podniesienie naszej wydajność znacząco ponad poziom wyjściowy. Coraz lepiej wykształceni Polacy okazali się wyjątkowo skuteczni w imitacji wzorców zachodnich, absorpcji zagranicznego know-how oraz przyciąganiu niskimi wynagrodzeniami, międzynarodowego kapitału. Niepowodzenia europejskiego Południa wskazują jednak, że ten model rozwoju ma swoje ograniczenia, a dalszy wzrost gospodarczy nie może opierać się na tych samych czynnikach, które sprawdziły się w ostatnim ćwierćwieczu.

W polskiej debacie publicznej silnie powinno wybrzmieć przesłanie, że sukcesy transformacji lat 1989-2012 nie dają gwarancji awansu w kolejnych dekadach. Niezmiennie pozostajemy krajem, którego gospodarka skupia się w branżach relatywnie pracochłonnych, szukającym własnej przewagi w niskich wynagrodzeniach. Płace są dziś w Polsce - przy bezpośrednim przeliczeniu kursowym – około czterokrotnie, a po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej około dwukrotnie - niższe niż w Europie Północnej. Nawet w tych nielicznych firmach, których produktywność jest na poziomie niemieckim, wciąż kształtują się one wyraźnie poniżej zagranicznych konkurentów. Dzieje się tak dlatego, że ogólnie niski poziom produktywności dominujących sektorów naszej gospodarki ogranicza ogólny poziom płac w kraju i siłę przetargową wszystkich pracujących.

Niski poziom robotyzacji krajowego przemysłu (przeciętna liczba robotów przemysłowych przypadająca na 10 tys. pracowników w Polsce to 14, przy średniej europejskiej 77 i 250 w Niemczech) oraz czterokrotnie niższe nakłady kapitałowe na zatrudnionego syntetycznie oddają fakt skupienia się działalności produkcyjnej w branżach średniozaawansowanych technologicznie. Udział towarów high-tech w naszym eksporcie zwiększa się najwolniej w Europie Środkowej, tak, że po 25 latach transformacji jedynie 6% sprzedaży zagranicznej polskich przedsiębiorstw to produkty branż wysoko zaawansowanych technicznie, wobec 15% na Węgrzech i 17% w Czechach. Eksport pracochłonnych wyrobów, przy równoczesnym imporcie drogich surowców energetycznych i produkcji high tech skazuje nas na niemal permanentny deficyt handlowy, znikający jedynie w okresach spowolnienia.

Potrzebna deregulacja i innowacyjność

Poszukując źródeł relatywnie niewielkiej konkurencyjności naszej gospodarki należy wyjść od porównań międzynarodowych. Szereg badań przekrojowych takich jak m.in. Doing Business i Paying Taxes prowadzone przez Bank Światowy, Economic Outlook OECD czy ranking WGI Global Regulatory Index, wskazują na główne bolączki instytucjonalne i regulacyjne trapiące polską gospodarkę. Inwestowaniu w naszym kraju nie sprzyjają ogólne bariery przedsiębiorczości, w tym w szczególności przewlekłość i kosztowność procedur administracyjnych (np. budowlanych, prawa energetycznego), długość procedur decydujących o wejściu na rynek nowych przedsiębiorstw, a także zakres sprawozdawczości i kontroli narzucanych przez polskie państwo na już działające firmy. Problemem jest również skomplikowanie i nieprzewidywalność systemu podatkowego oraz sporadyczność zaangażowania kanału elektronicznego w płacenie podatków i utrzymywanie kontaktów między biznesem a urzędami. Źle ukształtowane bodźce działania aparatu skarbowego premiujące restrykcyjność wobec zwykłych podatników przy niskiej skuteczności egzekucji wobec oszustów celowo naruszających przepisy, rzucają kłody pod nogi wielu polskich firm, jednocześnie powiększając dziurę w finansach publicznych. To samo można powiedzieć o nieefektywnie działających sądach gospodarczych - egzekucja należności należy do najwolniejszych i najmniej efektywnych w krajach OECD. A szansa na przeprowadzenie szybkiej i efektywnej ekonomicznie procedury upadłościowej nie zakończonej likwidacją firmy a przeprowadzeniem sanacji znajdującej się w kłopotach firmy, jest bliska zeru. Wszystko to zwiększa koszty i ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, obniżając rentowność i powodując zarzucenie wielu projektów inwestycyjnych.

Ograniczona produktywność polskiej gospodarki jest spowodowana niedostatecznym zaangażowaniem wiedzy w to, co jest produkowane. Stopień przetworzenia wytwarzanych w Polsce dóbr jest znacznie niższy niż w sąsiednich Niemczech, czy nawet Czechach. Mniej złożone są także sieci kooperacyjne między naszymi firmami. Niewątpliwy sukces edukacyjny okresu transformacji obrazowany znaczącym zwiększeniem się odsetka ludzi legitymujących się wyższym wykształceniem i poprawiającymi się z edycji na edycję wynikami międzynarodowego badania kompetencji piętnastolatków PISA, zderza się z rynkiem pracy, który nie potrafi go dobrze zagospodarować. Wiele młodych, dobrze wykształconych osób pracuje nie wykorzystując swoich kwalifikacji lub szuka możliwości ich spożytkowania zagranicą. Tworząc bodźce dla importu zagranicznej myśli technologicznej nie umiemy bowiem stworzyć ekosystemu, który zachęci polskie firmy do inwestowania w badania i rozwój, a na naszych uczelniach uruchomi mechanizmy, gwarantujące szybkie dołączenie do europejskiej elity naukowej.

Polska potrzebuje impulsu inicjującego nową falę modernizacji poprzez połączenie rozwiązań deregulacyjnych ze stworzeniem bodźców dla procesów innowacyjnych i rozwoju nietradycyjnych sektorów o wysokiej wartości dodanej. Istotą przeprowadzanych zmian powinno być ograniczenie obecnej, administracyjno-biurokratycznej, formy obecności państwa w gospodarce. Chodzi o to aby zmniejszyć formalne i nieformalne ciężary nakładane na sektor prywatny przez sektor publiczny przy równoczesnym wzroście strategicznych – w kontekście globalnej konkurencji - funkcji państwa, szczególnie w zakresie budowania podstaw nowoczesnej gospodarki. Jest to konieczne uzupełnienie prowadzonych już działań infrastrukturalnych, które powinno zainicjować nową falę modernizacji i uruchomić samonapędzający i samopodtrzymujący się mechanizm przekształceń gospodarczych.

W ramach agendy deregulacyjnej niezbędne jest zaadresowanie kluczowych problemów instytucjonalnego otoczenia naszego biznesu. Polityka publiczna powinna się przy tym skoncentrować na zaadresowaniu w pierwszej kolejności problemów dobrze określonych i opisanych ilościowo, proponując wyznaczenie jasno określonych celów do osiągnięcia w horyzoncie roku 2015 czy 2020. Tego typu działania można podjąć głównie poprzez klarowne zobowiązanie polityczne, którym towarzyszyłby monitoring działań rządu prowadzony przez niezależną instytucję lub organizację. Ponieważ w międzynarodowych badaniach porównawczych Polska oceniana jest jako kraj szczególnie nieprzyjazny podatnikom i inwestorom, to największa uwaga musi skupić się na kwestiach regulujących zasady działania aparatu skarbowego i bodźce instytucjonalne skłaniające jego pracowników do niepożądanych systemowo zachowań. Do szczególnie rekomendowanych przez nas rozwiązań należą: ograniczenie dowolności orzeczeń, wprowadzenie wiążącej interpretacji podatkowej, założenie o domniemaniu niewinności podatnika, a także zaadresowanie problemu niskiej jakości orzeczeń sądów gospodarczych, poprzez wzmocnienie procesu edukacji ekonomicznej i finansowej sędziów i prokuratorów oraz promowanie zatrudnienia doświadczonych praktyków.

W ramach agendy innowacyjności szczególnie ważne jest zaadresowanie problemu niedostatecznej jakości badań naukowych i szkolnictwa wyższego. To właśnie w tym segmencie polskiej gospodarki mamy do czynienia z wyjątkowo intensywnym drenażem mózgów (emigracja absolwentów, młodych doktorów, pracowników nauki) przy jednoczesnym utrwaleniu zachowań nieprzystających do gospodarki rynkowej. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nawiązanie produktywnej współpracy między nauką a biznesem jest zgoła niemożliwe. Odwrócenie tego negatywnego trendu wymaga stworzenia dla młodych naukowców warunków pracy porównywalnych do tych, z jakimi mają do czynienia na Zachodzie, a więc wzrostu publicznego finansowania badań w stopniu gwarantującym osiągnięcie konkurencyjności płacowej i naukowej na poziomie europejskim (tj. do ok. 0,7%-0,8% PKB). W połączeniu z wdrażaną już, lecz wymagającą kontynuacji, oceną za efekty (publikacje, wdrożenia), premiowaniem współpracy z biznesem i zastosowań praktycznych, importem kompetencji (liderów zespołów) z Zachodu, oraz inwestycjami w infrastrukturę naukową położyłoby to solidny fundament pod innowacyjną Polskę przyszłości. Równoległego zaadresowania wymagałby problem dalekiej od oczekiwań jakości kształcenia na poziomie wyższym. Aby zmusić uczelnie do przygotowania swych przyszłych absolwentów do wyzwań na rynku pracy, niezbędna wydaje się nam zarówno częściowa odpłatność za studia jak i zwiększenie finansowania publicznego, wybranych, czołowych uniwersytetów z jasnymi celami jakościowymi.

Przeprowadzenie tych dwóch agend w sposób skoordynowany będzie silnym impulsem znacząco zwiększającym zaangażowanie w polskiej gospodarce sektorów o wysokim zaawansowaniu technologicznym. Da to nam szansę na przesunięcie się wyżej na globalnej drabinie produktywności i uniknięcie losu krajów europejskiego Południa, które zbyt wcześnie uwierzyły, że drogą do dobrobytu jest tylko lepsza infrastruktura i przyciąganie inwestycji zagranicznych w pracochłonnych branżach przemysłowych. Między Portugalią a Koreą Południową jest dużo przestrzeni i to od polskiej polityki zależy, gdzie się w niej znajdziemy.


[1] WISE Institute oraz Szkoła Główna Handlowa
[2] Towarzystwo Ekonomistów Polskich

2014-01-29 20:47
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Przy tak daleko idących wątpliwościach, jakie zgłosiła do ustawy Kancelaria Prezydenta, jedynym sensownym rozwiązaniem powinno być skierowanie tej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Zakwestionowano przecież fundamenty zmian w OFE, czyli sam fakt przenoszenia a następnie umarzania obligacji znajdujących się obecnie w portfelach OFE. Zakwestionowano wymóg inwestowania minimum 75 proc. aktywów w akcje, zakwestionowano zakaz inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, zakwestionowano zakaz reklamy funduszy emerytalnych i wreszcie zadano pytanie o własność zgromadzonych na kontach środków.

Wszystkie te wątpliwości były wcześniej zgłaszane na etapie tzw. konsultacji społecznych, żadna z tych uwag nie została uwzględniona w procesie legislacyjnym. Dobrze się stało, że Prezydent uwagi te teraz podnosi, tyle że tryb podpisania a następnie skierowania ustawy do Trybunału może być mało skuteczny. Przede wszystkim dlatego, że ta wadliwa (przynajmniej moim zdaniem) ustawa wchodzi w życie. Po drugie dlatego, że Trybunał rozpatruje ustawy podpisane znacznie dłużej niż gdy pytanie o zgodność z Konstytucją pada przed złożeniem podpisu. Różnica jest zwykle spora, a wątpliwości prawne największe od początku transformacji. I brak dobrej odpowiedzi na pytanie, jak teraz powinien zachowywać się rząd, mając świadomość ryzyk prawnych, związanych z przyszłymi decyzjami Trybunału.

Jeśli Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje zapisy tej ustawy i uzna za niezgodny z Konstytucją zapis mówiący o przejęciu przez ZUS i umorzeniu obligacji znajdujących się w portfelach OFE, to da czas na dostosowanie się do tego orzeczenia. Najlepszym z punktu widzenia gospodarki byłoby niedokonywanie takiego zabiegu w ogóle. Jednak rządzący mogą za te kilkanaście miesięcy nie być zainteresowani oddawaniem ubezpieczonym w OFE obligacji, ze względu na to, że pogorszy to „poprawione” od lutego statystyki jawnego długu publicznego. Podejmowane będą więc zapewne różne inne próby bardziej „cywilizowanego” przeksięgowania aktywów obligacyjnych. A być może okaże się, że zwracać obligacje trzeba będzie z odsetkami – i to już będzie większy problem.  Natomiast w przypadku limitów inwestowania w akcje, jak i zakazu kupowania obligacji, potencjalnych strat poniesionych przez przyszłych emerytów na pewno się już nie odrobi. Bo jak udowodnić, że inny portfel w tym okresie wybrany przez OFE byłby bardziej efektywny i taki właśnie bez tych limitów zostałby zastosowany? I jak policzyć utracone korzyści? Nie wspominając o spadku wycen spowodowanych wyprzedażą akcji przez fundusze. OFE bowiem ze względu na połączenie rozwiązania zwanego „suwakiem emerytalnym” (a w praktyce z przekazywaniem wcześniejszym środków zgromadzonych do OFE do ZUS) ze znacznym ograniczeniem napływu nowych składek  (część osób bowiem nie wybierze pozostania w OFE) będą stale więcej przekazywały do ZUS niż otrzymywały. A to w praktyce oznaczać będzie wyprzedaż akcji. Tego też Trybunał nie zrekompensuje.

Rząd nie powinien w ogóle uwzględniać dochodów z ustawy będącej przedmiotem badania przez Trybunał Konstytucyjny, ze względu na ryzyko decyzji Trybunału. Tak byłoby bezpieczniej zarówno dla rządu, jak i dla kraju. Może przecież być to problem tej albo też kolejnej koalicji.

2014-01-29 20:41
Polskie wpisy gospodarka, ustawa, prawo, prezydent, budżet, ofe, system emerytalny Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Jak nie zostaną przejęte nasze oszczędności zgromadzone w otwartych funduszach emerytalnych, to grożą nam podwyżki podatków (VAT-u nawet do 27 proc.) i zupełna zapaść gospodarcza. Czyli albo zmiany OFE albo skok w przepaść. Tak stawiając przed Polakami wybór, zapewne liczy się na to, że nikt nie będzie chciał w przepaść skakać. A przejęcie aktywów OFE i tak nikogo nie dotknie, przeksięgowane zostaną po prostu nasze oszczędności na zobowiązania ZUS, ale świat się przecież od tego nie zawali. Co więcej, pieniądze te posłużą wspieraniu wzrostu gospodarczego poprzez współfinansowanie projektów z środków unijnych. Wybór jest prosty, albo eldorado, albo skok w przepaść. Trzeba być zupełnym szaleńcem, żeby się sprzeciwiać zmianom w OFE, nieprawdaż?

 

Dobry film przygodowy musi mieć wartką akcję, zrozumiałą historię i jasny podział na złych i dobrych bohaterów. Zwykle zły bohater ma tak odrażającą fizjonomię, że nie sposób się z nim nie utożsamiać. Ta analogia nie jest przypadkowa – OFE mają być tym złym bohaterem, bo prywatne, bo pobierają opłaty, bo generują dług (sic!), bo kupują obligacje (sic!), no i, co najważniejsze, ich trwanie doprowadzi przecież do zagłady kraju. Z drugiej strony, mamy perspektywę mlekiem i miodem opływającej krainy, w której do szczęścia brakuje tylko pieniędzy z OFE, aby sfinansować drugą transzę unijnej pomocy. Ale rzeczywistość jest zwykle bardziej skomplikowana niż film. Nie jest prawdą, że albo radyklana redukcja OFE, albo katastrofa finansowa kraju. Jeśli ustawa nie zostanie przyjęta – a przecież to wciąż jest prawdopodobny scenariusz – to najprostszym rozwiązaniem dającym oddech fiskalny byłoby zawieszenie składki emerytalnej do OFE np. na dwa lata. Następnie, korzystając z powoli poprawiającej się koniunktury, warto pochylić się nad działaniami zapowiedzianymi w pierwszym i drugim expose premiera, aby zmniejszyć poziom generowanego przez państwo długu i jednocześnie odsztywnić raz na zawsze polskie finanse publiczne. Inaczej grozi nam wariant stagnacji. Bowiem pieniądze z OFE wraz z unijnymi wprowadzą nas w dwuletni przyjemny letarg, który pewnego dnia zostanie brutalnie przerwany przez pierwsze lepsze zawirowanie gospodarcze. Przekonały się o tym kraje południa Europy, gdzie unijny parasol wspólnej waluty jak i finansowe wsparcie unijne uśpiły czujność polityków, ale też – trzeba to przyznać – wielu ekonomistów. Dziś konsekwencje tego letargu ponoszą rzesze młodych ludzi nie mogących znaleźć pracy. Droga to lekcja ekonomii.

Niecałą dekadę temu padło hasło „Nicea albo śmierć”. Jak wiemy z naszej bogatej historii, takie stawianie spraw nie ułatwia rzeczowej dyskusji, ogranicza pole analizy, wzbudza tylko emocje. Samo hasło zapewne wielu pamięta, ale o co chodziło z tą Niceą? Dziś proponuje nam się podobne zawołanie, tym razem brzmi ono „likwidacja OFE albo śmierć”. A to nieprawdziwy wybór jest. Dla przypomnienia: politycy, którzy tak stawiają sprawy, przegrywają w dłuższym okresie.

2013-12-16 11:22
Polskie wpisy ekonomia, podatki, budżet, ii filar, ofe, system emerytalny Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

 W przyszłym roku Polska ma szanse rosnąć w tempie 2.5 procent. To byłby znacznie lepszy wynik niż tegoroczne szacunki, byłoby to również potwierdzenie, że wychodzimy z kryzysu. Wynik ten nieco bladnie w porównaniu z oczekiwaną dynamiką wzrostu gospodarczego w Szwecji (2.8 proc.) czy Niemiec na poziomie 1.7 proc. Przykład Szwecji pokazuje, że można szybciej, a przykład Niemiec, że kraj doganiający może rosnąć w podobnym tempie co zamożny kraj, od którego jesteśmy coraz bardziej uzależnieni. Nie powinno to być jednak wielkim zaskoczeniem – Polsce bowiem trudno będzie uzyskać takie tempa wzrostu jak w przeszłości. Kurczą się bowiem proste rezerwy wzrostu, niedługo uda nam się dokończyć podstawową sieć komunikacyjną, a co za tym idzie, obniżyć koszty i zwiększyć podaż niektórych usług. Kolejna fala inwestycji w tym zakresie takiego znaczenia już mieć nie będzie.

 

Stąd tak ważnym jest wyzwanie zwiększenia polskiej konkurecyjności. Konkurencyjność to bardzo szerokie pojęcie, różnie jest niestety rozumiane. Wciąż niestety dominuje przekonanie, że możemy konkurować tanią siłą roboczą i umiejętnością doskonałej imitacji. To droga donikąd, w UE tańsze od nas są Rumunia i Bułgaria, a globalnie większość krajów azjatyckich, nie wspominając o innych kontynentach. Kraje te też są bardzo dobre w imitacji. Na tym poziomie, na którym znalazła się Polska, dalszy wzrost gospodarczy będzie głównie pochodną łącznej produktywności czynników produkcji, czyli głównie innowacyjności. Oczywiście jako kraj zapóźniony, będziemy wciąż w stanie pewną część wzrostu gospodarczego pozyskiwać z importu know-how, ale przyrosty te będą znacznie niższe niż w przeszłości.

Oprócz niewątpliwych sił polskiej gospodarki ma ona też swe słabości. Niski poziom oszczędności, niską aktywność zawodową, negatywną demografię, edukację niedostosowaną do współczesnej gospodarki, niski poziom innowacyjności. I odwieczne bolączki, na które wciąż wskazuje raport Banku Światowego Doing Business 2014, takie jak nieprzyjazne regulacje gospodarcze, nieefektywny wymiar sprawiedliwości, nieefektywna administracja. Pomimo poprawy w tegorocznym rankingu, proces dochodzenia praw przed sądem wciąż trwa 800 dni (kilka lat wcześniej było 1000). Płacenie podatków w Polsce jest wyjątkowo trudne dla przedsiębiorców – zajmujemy w tej dziedzinie niechlubne 113. miejsce na świecie (każdy kto ma styczność z realną gospodarką wie, jak niepewne mogą być reguły gry w polskim systemie podatkowym). Podobnie jest niestety z wieloma obszarami prawa budowlanego – 88. Miejsce (też w sumie żaden to powód do dumy), jak również wspomnianym wcześniej dochodzeniem praw przed sądem (miejsce 55.). Poprawa w ostatnich latach jest widoczna, ale stanowczo niewystarczająca. Szczególnie, że żaden z tych obszarów nie jest i zapewne nie będzie przedmiotem ideologicznego sporu. Wyzwania te to w znacznej mierze kwestia przełamania oporu biurokracji i spójnej wizji, co się chce osiągnąć.  No i oczywiście samoograniczenie władzy, bo im bardziej proste i przejrzyste procedury, tym mniejsza dyskrecjonalna władza urzędnika. I właśnie o to chodzi.

Dzisiaj, w roku 2013, potrzeby tego typu reform są znacznie większe niż w latach poprzednich – bo na nich właśnie będzie bazować nasz wzrost gospodarczy. Pozostałe kwestie, takie jak wzrost poziomu oszczędności krajowych czy też zbliżenia nauki z biznesem mają charakter znacznie bardziej długofalowy. Nad jednym i drugim trzeba pracować, tyle że obszary deregulacyjne mogą dać znacznie szybsze efekty.

2013-12-16 11:18
Polskie wpisy innowacyjność, konkurencyjność, wzrost gospodarczy, doing business, deregulacja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Według agencji S&P straty spowodowane zamknięciem rządu USA przez 16 dni wyniosły 24 miliardów dolarów, czyli 0,6 proc. PKB. To sporo jak na tak krótki okres. Wciąż jednak nie ma pewności czy 7 lutego, czyli w dniu kiedy upłynie kolejny termin na zwiększenie limitu amerykańskiego długu, znów uda się obu partiom dogadać. A rynki - tak jak były entuzjastyczne w okresie shutdown, tak są i teraz. Bowiem paradoks dzisiejszych czasów polega na tym, że trudności budżetowe nie zachwiały nastrojów rynkowych, wręcz przeciwnie - zwiększyły prawdopodobieństwo opóźnienia całej operacji ograniczenia luzowania monetarnego. Horyzont rynków  finansowych po całym kryzysie finansowym zamiast się wydłużyć - znacznie się skrócił. Wiadomo przecież, że prędzej czy później polityka taniego pieniądza musi się skończyć, niestety świat finansów uzależnił się od niego jak od morfiny – im więcej podają, tym lepiej, a później -jakoś to będzie. Co więcej, najlepszym rozwiązaniem dla rynku byłaby sytuacja, w której przy poprawiających się wskaźnikach gospodarczych FED nie zaprzestawałby druku pieniądza. Ciekawe, czy za odchodzącego prezesa FED członkowie komitetu decydującego o stopach procentowych zdecydują się wynieść tę wazę z ponczem. Znane powiedzenie bankierów centralnych mówi bowiem o tym, że należy ją wynosić wtedy, kiedy impreza zaczyna się na dobre rozkręcać. Patrząc na kolejne rekordy indeksów giełdowych i szaleństwo w napływie kapitału na rynki wschodzące, wygląda raczej na to, że impreza już trwa na dobre.

FED w czerwcu zapowiedział, że tak długo jak poziom bezrobocia nie spadnie poniżej 7 procent, nie ma sensu wstrzymywać programu pompowania w gospodarkę 85 miliardów dolarów miesięcznie. Co prawda poziom ten nie został osiągnięty, ale jest już bardzo blisko – ostatnie dane wskazują na wskaźnik wyższy od oczekiwanego poziomu o 0,3 punktu procentowego. Stąd też zapowiedź rychłego wychodzenia z tego programu, później skorygowana, gdyż wywołała nadmierną reakcję rynkową. Niemniej gospodarka amerykańska, pomimo zawirowań politycznych, ewidentnie wyszła z kryzysu. Teraz głównym wyzwaniem będzie odstawienie sterydów i zajęcie się długiem publicznym, który przekroczył już poziom 100 proc. w relacji do PKB.

Tyle, że zarówno Bernanke, jak i tym bardziej przyszła prezes FED Yellen, bardziej obawiają się spowolnienia w wyniku zbyt wczesnego odstawienia kroplówki niż wstrząsów na rynkach finansowych i w krajach zaliczanych do rynków wschodzących.  Stąd też moja obawa, a zarazem nadzieja rynku, że w najbliższych miesiącach te 85 miliardów dolarów nadal będzie wpływać co miesiąc do gospodarki. Szczególnie, że z powodu „zamknięcia rządu” pojawiają się już wątpliwości co do jakości danych zbieranych w październiku, szczególnie dotyczących rynku pracy. Kolejne pełnowartościowe dane znane będą dopiero… w grudniu, informując o statystykach listopadowych. To może być dodatkowy czynnik, wspierający postawę oczekiwania. Zarówno na nowego szefa FED-u, jak i na ostateczne rozstrzygnięcie kwestii limitu długu, o czym, jak już wie cały świat, muszą wspólnie zadecydować Demokraci i Republikanie.  Jeśli się znów nie dogadają, to czeka nas kolejne zamknięcie rządu, co dziś wcale nie wydaje się nierealne.

Dlatego też wygląda na to, że wciąż będą drukować dolary. Zapewne nie zaszkodzi to Ameryce tak jak światu, gdyż kraj ten ma tę przewagę nad innymi, że jest w stanie eksportować część swoich problemów. I tak się dzieje i tym razem.

 

2013-11-06 22:09
Polskie wpisy gospodarka, fed, usa, polityka monetarna, kryzys Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Nie będę już odnosił się do fundamentalnych zastrzeżeń co do zmian w systemie emerytalnym. Wszystko już chyba zostało powiedziane, teraz to już konstytucjonaliści muszą wypowiedzieć się, na ile  propozycja przeniesienia aktywów z OFE do ZUS jest zgodna z ustawą zasadniczą. Tym razem skupię się na kliku zagadnieniach szczegółowych, które będą mieć zasadniczy wpływ na bezpieczeństwo systemu jak i na postrzeganie całej przeprowadzanej zmiany przez obywateli.

Trudno znaleźć inne niż ideologiczne uzasadnienie dla zapisu, że OFE będą musiały inwestować w akcje nie mniej niż 75 proc swoich aktywów. Na szczęście ostatnio wiceminister Kowalczyk zasygnalizował, że Ministerstwo Finansów jest skłonne wycofać się z tego zapisu, ale dopiero po dwóch latach. Z punktu widzenia bezpieczeństwa emerytów, te dwa lata to mogą być przecież lata bessy - nie wiadomo, po co w ogóle ten czas. Trudno też pojąć skąd zapis, aby fundusze nie mogły inwestować w obligacje skarbowe, zarówno w Polsce jak i zagranicą.  Zauważmy, że wymóg ten dotyczyłby zarówno tych, którzy zdecydują się nadal część składki wpłacać do OFE, jak i tych, którzy znajdą się z całą swą składką w ZUS-ie. Ci drudzy bowiem wciąż mają część swych oszczędności emerytalnych (wcześniej zgromadzonych) nadal w OFE. Tyle że teraz OFE nie będą mogły reagować na zmiany koniunktury na rynku, zmniejszając udziały w akcjach w okresie bessy i kupując bezpieczniejsze obligacje rządowe. Tak się dzieje na całym świecie i nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, aby z funduszy emerytalnych robić agresywne hedge fundy i to jeszcze ustawowo! Zakaz inwestycji w obligacje skarbowe jest kuriozalny. Albo chodziło o zupełne skompromitowanie funduszy w przyszłości, albo też trzymanie się na siłę ideologii, że inwestowanie w obligacje rządowe jest złe. Dopóki tego typu retoryka była używana na potrzeby dyskusji, można było do tego jeszcze podejść z przymrużeniem oka. Tyle że wprowadzania takich zapisów do ustawy jest niebezpieczne dla przyszłych emerytów i wręcz nieodpowiedzialne. Ktoś może powiedzieć, że należy rozpatrywać cały system razem, czyli ZUS i OFE, a nie osobno, ale w takim przypadku nie powinno się dawać możliwości wyboru. Jeśli daje się wybór, to należałoby zadbać o bezpieczeństwo każdego z filarów z osobna.

Kwestia druga to tzw. dobrowolność. Miało być łatwo. Ustawa w artykule 10 stanowi , że ” …członek funduszu może złożyć w ZUS pisemnie lub poprzez zaufany profil platformy usług elektronicznych, oświadczenie o przekazywaniu do otwartego funduszu emerytalnego składki …”. Żeby jednak zdobyć ten profil, trzeba… udać się do ZUS, US, NFZ lub urzędu gminy. Ciekaw jestem, ilu z posłów ma taki zaufany profil. Brak sformułowania „osobiście” wskazywałby, że można deklarację tą złożyć także listownie. To już byłoby do zaakceptowania, rozumiem, że tak jak z PIT decydować będzie data stempla pocztowego? Ale w ogóle po co to założenie, że przy braku decyzji lądujemy w ZUS-ie? Przecież znaczna część obecnych członków wybrała OFE czternaście lat temu. Trudno nie zauważyć, że chodzi zniechęcenie Polaków do wyboru OFE, jednocześnie spodziewając się postaw pasywnych i licząc na to, że większość nie zdąży podjąć żadnej decyzji i tym samym znajdzie się z całą składką w ZUS.  I dlaczego nie wprowadzić dobrowolności suwaka? Co to za dobrowolność, kiedy bez względu na to, kiedy planuję przejść na emeryturę, w wieku 57 lat moje oszczędności zaczynają być przenoszone do ZUS?

Zapis dotyczący limitu inwestycji, jak i te zapisy zniechęcające do pozostania w OFE, mają na celu wygaszenie systemu. Jeśli bowiem mało osób pozostanie w OFE, a OFE staną się z mocą ustawy agresywnymi hedge fundami to nie dość, że z systemu będzie co miesiąc ubywało pieniędzy, to jeszcze politycy w pierwszej lepszej bessie zakończą funkcjonowanie tak agresywnych inwestorów rynkowych.

I na koniec ciekawostka. Obligacje i inne papiery przekazane do ZUS będą wyceniane według cen z dnia 31 stycznia 2014, chyba, że wycena ta będzie niższa niż z 3 września 2013. Jeśli będzie niższa to wtedy zostanie przyjęta cena z dnia 3 września 2013. Pytanie dlaczego z 3 wrześnie a nie z 6 września, kiedy rentowność obligacje była średnio 20-30 pb bazowych wyższa?

2013-11-06 22:08
Polskie wpisy gospodarka, zus, finanse publiczne, ofe, system emerytalny Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Wiceminister finansów Wojciech Kowalczyk poinformował o planowanej poprawce do projektu ustawy o zmianach w OFE. Zgodnie z nową zapowiedzią, zapis, że OFE będą musiały inwestować w akcje nie mniej niż 75 proc. swoich aktywów, ma być rozwiązaniem tymczasowym - limit ten ma zostać zniesiony po dwóch latach. To dobra wiadomość - trudno byłoby znaleźć inne niż ideologiczne uzasadnienie dla wprowadzenia takiego rozwiązania na stałe. W szczególności, że OFE nie mogłyby inwestować w obligacje skarbowe zarówno w Polsce, jak i zagranicą.

Zauważmy, że wymóg ten dotyczyłby zarówno tych, którzy zdecydują się nadal część składki wpłacać do OFE, jak i tych, którzy znajdą się z całą swą składką w ZUS-ie. Ci drudzy bowiem wciąż mają część swych oszczędności emerytalnych (wcześniej zgromadzonych) nadal w OFE. Tyle że teraz OFE nie będą mogły reagować na zmiany koniunktury na rynku, zmniejszając udziały w akcjach w okresie bessy i kupując bezpieczniejsze obligacje rządowe. Tak się dzieje na całym świecie i nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, aby z funduszy emerytalnych robić agresywne hedge fundy i to jeszcze ustawowo! Zakaz inwestycji w obligacje skarbowe jest kuriozalny. Albo chodziło o zupełne skompromitowanie funduszy w przyszłości, albo też trzymanie się na siłę ideologii, że inwestowanie w obligacje rządowe jest złe. Dopóki tego typu retoryka była używana na potrzeby dyskusji, można było do tego jeszcze podejść z przymrużeniem oka. Tyle że wprowadzanie takich zapisów do ustawy jest niebezpieczne dla przyszłych emerytów i wręcz nieodpowiedzialne. Ktoś może powiedzieć, że należy rozpatrywać cały system, czyli ZUS i OFE, razem, a nie osobno, ale w takim przypadku nie powinno się dawać możliwości wyboru. Jeśli daje się wybór, to należałoby zadbać o bezpieczeństwo każdego z filarów z osobna.

2013-11-06 22:06
Polskie wpisy ofe, rynek kapitałowy, system emerytalny Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |