29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Bardzo dobrze, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na 2009 r. Polska w odróżnieniu od innych krajów UE nie potrzebuje dodatkowego impulsu fiskalnego, lecz sprawniejszej administracji i więcej kredytów z banków.

Polski rząd ogłosił wczoraj pakiet ratunkowy dla gospodarki. Jest to zbiór sensownych propozycji, które wyceniono na kwotę 91 mld zł. Nie są to jednak dodatkowe środki, ale zbiór dotychczasowych działań, zwiększenie poręczeń i gwarancji oraz udrożnienie kanałów finansowych i administracyjnych. I dobrze, że Polska nie zaproponowała dodatkowych wydatków, tak jak chciał prezydent Sarkozy, ogłaszając ostatnio plan pomocowy UE.

UE zaproponowała pakiet 200 mld euro jako sposób na uratowanie państw Unii z największego od 80 lat kryzysu. Większość tych pieniędzy mają zebrać obecni członkowie UE. Odbędzie się to najczęściej kosztem zwiększenia ich deficytów.

Łatwiej rzucić kwotę, trudniej ustalić, na co ma być spożytkowana. Jak na razie same kraje Unii nie są w stanie się porozumieć co do sposobu, w jaki powinny pomagać gospodarkom pogrążonym w kryzysie. Wielka Brytania wprowadza obniżki podatku VAT o 2,5 pkt proc., co krytykują wspólnie Francja i Niemcy. Z kolei Francuzi są skłonni wydać znaczne kwoty publiczne na pobudzenie gospodarki, podczas gdy znacznie bardziej bogate Niemcy (o dużo lepszej sytuacji budżetowej niż Francja) są zwolennikami niewielkiego wzrostu wydatków.

Różne podejścia wynikają z różnej sytuacji poszczególnych gospodarek: w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z silnym wyhamowaniem konsumpcji prywatnej, stąd obniżka VAT, która ma zachęcić mieszkańców Wysp do większych zakupów. W Niemczech główny problem dotyczy zmniejszenia popytu na eksport z ich kraju. Niemcy nie mają zbyt wielu pomysłów, w jaki sposób pobudzić popyt na swoje towary za granicą. Co więcej, obawiają się, że kolejne obniżki stóp i wielki wzrost wydatków mogą doprowadzić do następnego kryzysu. Z kolei Francja zawsze była zwolennikiem większej roli państwa w gospodarce. Obecnie chce wydać ponad 10 mld euro na dokapitalizowanie wszystkich swoich banków, aby te nie ograniczyły akcji kredytowej. Trudno będzie znaleźć wspólny język.


Problem Polski też różni się od problemów krajów starej Unii. Z jednej strony siła uderzenia kryzysu będzie słabsza, gdyż jako kraj mniej rozwinięty wciąż mamy olbrzymi ukryty potencjał wzrostu, nie byliśmy krajem, w którym gospodarstwa domowe zadłużyłyby się nadmiernie, i jednocześnie otrzymujemy stałą pomoc finansową w postaci środków unijnych, głównie na infrastrukturę. Z drugiej zaś strony nie mamy wspólnej waluty i wciąż zalicza się nas do tzw. rynków wschodzących, czyli bardziej ryzykownych. W okresach kryzysowych inwestorzy w panice przenoszą swe środki z krajów uważanych za niebezpieczne do uważanych za bezpieczne, osłabiając tym samym walutę kraju, z którego następuje ucieczka. A zbyt słaby złoty jest równie zły dla polskich eksporterów jak zbyt mocny złoty.

W tak niepewnych czasach kraj, który należy do tzw. rynków wchodzących, powinien prowadzić wyjątkowo odpowiedzialną politykę, aby nie dać argumentu tym, którzy czyhają na to, aby zarobić na spadkach. Jeśli czytamy, że jeden bank szacuje wzrost gospodarczy w Polsce na 1,4 proc., inny na 0,4 proc., a biuro maklerskie wycenia Lotos na 0 zł, to są to właśnie przykłady strategii gry na spadki.

Wzrost deficytu budżetowego jest jednym z podstawowych wskaźników opisujących kondycję kraju. Im wyższy, tym kraj ten będzie miał większe kłopoty ze spłatą długu i tym bardziej widać, że kryzys negatywnie przekłada się na finanse państwa. Nie możemy sobie pozwolić na dalsze osłabienie złotego i kolejną falę przeceny polskich spółek, gdyż ich fundamentalna wycena nie uzasadnia obecnych kursów akcji.

Nie jest też prawdą, jak twierdzą niektórzy politycy, że słaby złoty jest dobry dla eksporterów. Zbyt słaby złoty jest wręcz dla wielu z nich niekorzystny, gdyż znaczna część eksporterów zabezpieczała kurs złotego do euro przy poziomach 3,50 czy 3,40 zł. Kiedy kurs złotego jest znacznie słabszy (np. 3,80 zł za euro), zmuszeni są oni do poniesienia kosztów tzw. negatywnej wyceny. O sprawie tzw. opcji walutowych ostatnio coraz głośniej, w sumie mówimy tu o kosztach dla firm sięgających setek milionów złotych. Wiele umów zabezpieczających kurs złotego przed umocnieniem zapada pod koniec grudnia - jeśli wtedy złoty będzie nadal słaby, przedsiębiorstwa te będą musiały ponieść wielomilionowe straty. Część z nich może upaść.

Dlatego tak ważne jest, aby rząd wraz z NBP w sposób konsekwentny kontynuowały strategię wchodzenia do euro. Dzięki temu mamy szansę na stabilizację naszej waluty i wyrwanie się z kręgu krajów o wysokim ryzyku. Aby jednak strategia ta była wiarygodna, należy unikać kwestionowania wspólnie uzgodnionej ścieżki wchodzenia do euro. Banki inwestycyjne, które grają na dalsze osłabienie polskiej waluty i "efekt grudnia", tylko czekają na tego typu wiadomości z Polski. Tak jak Soros grał na osłabienie funta na początku lata 90. (i wygrał), tak teraz część inwestorów czeka na dalsze osłabienie złotego i grudniową eksplozję "polskich subprime".

Jak więc antykryzysowe propozycje Komisji Europejskiej mają się do obecnej sytuacji Polski?

•  Po pierwsze, nie możemy sobie pozwolić na zwiększenie deficytu budżetowego, stąd plan UE nie jest choćby z tego powodu dla nas korzystny.

•  Po drugie, w Polsce od kilku lat realizowany jest plan wielkich wydatków publicznych finansowanych w znacznej części przez UE. W Polsce, w przeciwieństwie do zamożnych krajów UE, wydatki na budowę dróg mają sens nie tylko dlatego, że tworzą dodatkowy popyt, ale przede wszystkim dlatego, że po wybudowaniu tworzą tzw. efekt podażowy, czyli dają szansę na wyższy wzrost dzięki niższym kosztom transportu i zwiększeniu możliwości komunikacyjnych. Miejmy jednak świadomość, że mamy problemy z wykorzystaniem przyznanych nam środków z UE. W połowie tego roku opóźnienia w wydatkach inwestycyjnych sięgały kilkunastu miliardów złotych. Mam obawy, czy dodatkowe środki na ten cel z nowego planu UE umielibyśmy z naszymi procedurami wydać.

•  Po trzecie, w ramach przyszłorocznego budżetu realizujemy obniżkę podatków. Nie ma więc potrzeby dokonywać w Polsce dodatkowych obniżek. Zamiast wielkich dodatkowych impulsów fiskalnych lepiej jest rozważyć działania nakierowane na kilka konkretnych dziedzin.


Trzeba mieć świadomość tego, że obecny kryzys w Polsce nie ma charakteru wyłącznie cyklicznego (czyli wynikającego z prawidłowości, że gospodarka po okresie wzrostu przechodzi w okres spowolnienia). Wyhamowanie wzrostu w Polsce jest znacznie silniejsze, niż wynikałoby to z wewnętrznych cech naszej gospodarki. Po pierwsze dlatego, że skala i tempo spowolnienia gospodarek światowy są bezprecedensowe, a powiązania polskiej gospodarki z innymi krajami - najwyższe w historii. Po drugie dlatego, że zarówno banki, jak i koncerny samochodowe "wcisnęły hamulec" w Polsce znacznie silniej, niż wymagały tego warunki.

Po raz kolejny chciałbym podkreślić, że w Polsce nie ma powodu do tego, aby banki nie pożyczały sobie pieniędzy, tak jak nie chcą tego czynić obecnie. Podobnie ma się sytuacja w przypadku branż eksportowych, gdzie dyspozycja wstrzymania produkcji przyszła z centrali bez głębszej analizy tego, czy akurat takie właśnie w skali to ograniczenie być powinno. To przereagowanie jest efektem paniki, ale skutek dla gospodarki realnej będzie taki, że zwolni ona znacznie bardziej, niż powinna. W takich wyjątkowych sytuacjach nie można się bać podejmowania wyjątkowych decyzji.

Plan ratunkowy ogłoszony wczoraj przez premiera jest kierunkowo słuszny. Znalazły się w nim główne propozycje, które na tym etapie kryzysu wydają się właściwe. Za szczególnie istotne uważam działania sprzyjające przyspieszeniu inwestycji infrastrukturalnych oraz wzrost limitów na poręczenia i gwarancje kredytowe. Dla sektora bankowego ważne będzie szybkie przyjęcie ustawy wprowadzającej możliwość dokapitalizowania instytucji finansowych i taka modyfikacja ustawy o gwarancjach międzybankowych, aby ich korzystanie nie było odebrane jako pocałunek śmierci - wciąż jest na to czas w parlamencie.

Kolejne dwa odważne elementy planu to zwiększenie poręczeń kredytowych dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz ulga inwestycyjna. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i terminach. Od samego planu lepiej od razu nie będzie. I tak mam wrażenie, że w Polsce nie działamy wystarczająco szybko jak wyzwania, które przed nami stoją. Ważne też, aby propozycje te były proste i funkcjonalne, tak aby firmom opłacało się z nich korzystać.

Bardzo dobrze się stało, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na rok przyszły, choć założenie o spadku dochodów tylko o 1,7 mld zł wydaje się mocno przesadzone. Skala redukcji tempa wzrostu PKB zbliżona jest do konsensusu prognoz, ale to oznacza ubytek dochodów o kilkanaście miliardów złotych. Jest to tak naprawdę główny mankament planu.

  Kwota całego planu w wysokości 91 mld zł jest umowna, bo zaliczono do niej planowane wcześniej obniżki podatków oraz dodano poręczenia i gwarancje, które nie są jeszcze wydatkiem (choć mogą być w przyszłości). I dobrze, że tak właśnie zrobiono, bo w Polsce nie ma potrzeby na dodatkowy impuls fiskalny, a bardziej na działania regulacyjne i udrożnienie kanału bankowego i administracyjnego.

2008-11-30 21:51
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Na co dzień nikt z nas nie zastanawia się nad tym w jaki sposób oddycha. Tak samo jest z systemem bankowym – nikt na co dzień nie zastanawia się jak to się dzieje, że każdego dnia można pobrać pieniądze z rachunku, dostać kredyt, dokonać przelewu. Nie myślimy nad tym jak to jest, że pod koniec miesiąca pracownik otrzymuje swe wynagrodzenie na konto, a ZUS wypłaca w określonych terminach emerytury i renty. Mało kto interesuje się tym, że codziennie na polskim rynku międzybankowym zawierane są wielomiliardowe transakcje, gdzie jeden bank od drugiego pożyczają pieniądze na jedną noc, na tydzień, na miesiąc.

Jednocześnie polskie banki pożyczają i lokują codziennie w innych bankach zagranicą euro dolary i franki. Transakcje te zawierane są co chwilę, gdyż w każdym momencie w jednym banku brakuje gotówki a w drugim jest jej nadmiar. To co dla jednej strony jest pożyczką dla drugiej jest lokatą. Stawki po których banki pożyczają między sobą pieniądze są uzależnione od wysokości stóp procentowych ustalanych przez banki centralne: w Polsce przez Radę Polityki Pieniężnej, w strefie euro przez Europejski Bank Centralny, a w USA przez FED. Same stawki po których udzielane są pożyczki między bankami są stawkami rynkowymi, czyli takimi które biorą pod uwagę poziom stóp procentowych w przyszłości: za miesiąc, za trzy miesiące, za sześć miesięcy, za rok. Uwzględniają one również premię za ryzyko.

Tak mniej więcej wyglądał świat finansowy przed 15. września - czyli przed upadkiem Lehman Brothers. Przed 15. września wydawało się, że rządy państw nie powinny ratować wszystkich banków, szczególnie tych które znalazły się w tarapatach w wyniku swoich nieodpowiedzialnych zachowań. Dziś wiadomo, ze doprowadzenie do upadku banku Lehman Brothers było błędem. W momencie podejmowania decyzji mało kto spodziewał się takich perturbacji na rynkach finansowych z jakimi mamy do dzisiaj do czynienia.

Upadek Lehman Brothers uzmysłowił inwestorom groźną prawdę, że może upaść każdy. W przeszłości bank ten był uważany za bardziej wiarygodny od wielu państw na świecie. Nie było na międzynarodowych rynkach finansowych gracza, któryby nie dokonywał transakcji z Lehman’em. Problemy kolejnych banków, tym razem w Europie (m.in Hypo Real w Niemczech, czy Fortis w Belgii) pokazały jak mało wiemy o tym kto ma jakie inwestycje w swoich portfelach, który z banków czy innych instytucji finansowych poniesie straty z tytułu upadku Lehman Brothers. A straty mogły być rozmaite: od gwarancji czy ubezpieczenia kredytów mieszkaniowych po proste transakcje z samym bankiem. Od momentu upadku Lehman’a na banki na całym świecie padł strach, że pożyczone dzisiaj pieniądze komuś kto był zawsze wypłacalny wcale nie muszą być jutro zwrócone. Dlatego też stawki za pożyczki na jedną noc po upadku Lehman’a wzrosły w USA z 2% do 7%, a na dłuższe terminy banki nie są skłonne w ogóle sobie udzielać pożyczek. Wirus niepewności dotarł również po czasie nad Wisłę. I choć nasz system jest zdrowy a banki naprawdę surowo i dobrze kontrolowane, to z dnia na dzień nasze banki „na wszelki wypadek” też straciły do siebie zaufanie. Od kilku tygodni nie działa w Polsce rynek bankowy na dłuższe niż kilkudniowe terminy. Sytuację ratuje NBP pożyczając i odpożyczając od banków pieniądze, których ta mają w nadmiarze. De facto NBP działa tutaj w roli pośrednika między bankami. Transakcje te są dokonywane na krótki okres. Banki nie pożyczają sobie pieniędzy na okresy miesięczne, nie mogą też pożyczyć na dłuższe terminy od banków zachodnich euro, dolarów ani franków szwajcarskich, bo tamci też nikomu nie chcą pożyczać, tym bardziej bankom spoza strefy euro. A waluty te są potrzebne, gdyż aby finansować kredyt we frankach czy w euro polski bank dotychczas pożyczał walutę w bankach europejskich z obietnicą oddania jej za jakiś czas. Jedni pożyczali na dłużej (większość) inni na krócej. A teraz przychodzi czas spłaty i zaciągnięte pożyczki trzeba oddać. Szkopuł w tym, że jak nikt nikomu nie chce pożyczać pieniędzy to nie ma skąd pożyczyć franków czy euro. Stąd tak ważne jest to aby w NBP można było pożyczać te waluty. Z walutami obcymi sprawa wydaje się prostsza – pożyczą im nam zachodnie banki centralne, gorzej wygląda kwestia braku transakcji między bankami w Polsce. Jeśli nadal banki nie będą sobie pożyczały pieniędzy a każdy bank będzie wolał trzymać pieniądze na lokacie w NBP niż pożyczać je przedsiębiorstwom, to wyhamowanie inwestycji w Polsce może być tak głębokie, że doprowadzi to do silnego wyhamowania wzrostu gospodarczego (nawet do 3% w roku przyszłym) i wzrostu bezrobocia znacznie powyżej 11-12%.

Tak wcale nie musi być. W sytuacji tak nietypowej potrzebne są szybkie działania państwa. Po to właśnie pakiet zaufania zaproponowany przez NBP i propozycje gwarancji rządowych dla transakcji bankowych. Problem w tym, że pakiet zaufania NBP za bardzo nie działa, a gwarancje dla transakcji międzybankowych mogą nie być wykorzystywane. NBP oferuje na razie euro i dolary, niedługo będzie też oferował franki szwajcarskie. yle="mso-spacerun: yes"> Jednak bank który chce kupić te waluty musi złożyć w NBP depozyt oprocentowany znacznie niżej niż oprocentowanie kredytu w walucie obcej. Innymi słowy bank na takiej transakcji traci 1,5 punktu procentowego, co powoduje, że tylko w desperacji będą chętni z pomocy
takiej skorzystać. Dlatego też banki wciąż przechowują gotówkę na depozytach w NBP czekając jak pojawi się pewnego dnia oferta z banku europejskiego na wymianę walut po stawach rynkowych, czyli lepszych niż oferowane przez NBP. Nie jest to bezpieczne z punktu widzenia zarządzania ryzykiem banku z tego powodu, że zamiast zawierać długoterminowe transakcje zabezpieczające ryzyka rynkowe na dłuższy okres, część banków czeka z
zamknięciem pozycji do samego końca, do ostatniego dnia, kiedy będzie musiał zwrócić środki, ryzykując, że ich jednak ostatecznie nie pozyska i wpadnie w kłopoty.

Z kolei zaproponowane gwarancje rządowe dla transakcji międzybankowych mogą się okazać o tyle nieskuteczne, że banki  w dobie kryzysu oczekują raczej gwarancji transakcji, czyli tego aby pożyczka np. 3 miesięczna z banku X do banku Y została po tych trzech miesiącach zwrócona. Proponowane przez rząd rozwiązania ubezpieczenia 50% transakcji poprzez
zabezpieczenie emisji obligacji, której cena jest nieznana, może nie zadziałać, ponieważ cena oferowanej gwarancji może przewyższać jej potencjalnie oczekiwany efekt Chodzi bowiem o to aby nie było tak, że bank który zwróci się do tego typu zabezpieczenia będzie uważany za desperata, który jest w opałach. Bo wtedy naprawdę może być desperatem. Rolą rządu i NBP jest stworzenie protezy rynku (jak to mam miejsce w rozwiniętych systemach finansowych), a nie oferowanie pomocy jako ostatnia instancja. No z takiej pomocy każdy będzie bał się skorzystać. Zbyt mocno siedzi w głowach bankierów przykład angielskiego banku Northen Rock, gdzie informacja o tym, że stara się on o pomoc rządu doprowadziła do powstania kolejek pod okienkami banku i w końcu zmusiło państwo do jego przejęcia…

2008-11-12 14:14
Polskie wpisy Komentarze (0)