29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Podjęcie wspólnej decyzji przez rząd i NBP przyjęcia euro ma daleko idące konsekwencje. Przede wszystkim wyznacza tryb prac rządu i parlamentu na najbliższe kilka lat. Ponadto zobowiązuje Polskę do wypełniania na poważnie kryteriów traktatu z Maastricht. Obecnie sam fakt członkostwa w Unii Europejskiej obliguje nas do wypełniania tych kryteriów, ale jak dotychczas sankcje za ich brak nie były specjalnie ostre. Przez kilka lat na Polskę była nałożona tzw. procedura nadmiernego deficytu budżetowego, którą nasze rządy specjalnie się nie przejmowały. Dopiero niedawno została ona zdjęta. W momencie kiedy Polska wejdzie do przedsionka euro, czyli mechanizmu ERM II, wszystkie kryteria, w tym w szczególności dotyczące inflacji i poziomu deficytu budżetowego, będą musiały być spełniane w sposób perfekcyjny. Do tego dojdzie jeszcze konieczność stabilizowania kursu walutowego, który nie może się zbyt osłabiać ani zbyt umacniać. Uzgodniony przedział wahań wynosi +/- 15 proc., co oznacza, że maksymalne umocnienie lub osłabienie złotego od wyznaczonego poziomu wymiany nie może przekraczać tego limitu. W praktyce jednak obawa dotyczy nadmiernego osłabienia waluty, natomiast mocniejsze niż 15 proc. umocnienie było np. w przypadku Słowacji akceptowane. Niemniej, jak pokazują ostatnie wydarzenia na rynkach, złoty w ciągu niespełna czterech tygodni sierpnia osłabił się o 9 proc. w wyniku działania czynników globalnych. Przy tak znacznym osłabieniu NBP będzie musiał prawdopodobnie interweniować na rynku, skupując złote, by bronić walutę przed nadmierną deprecjacją. Są to operacje bardzo kosztowne. Również utrzymanie inflacji w ryzach w niektórych momentach może wymagać ekstradziałań NBP, na przykład gdyby nastąpił nawet krótkotrwały wzrost inflacji. Innymi słowy, przebywanie w ERM II to jest naprawdę poważna sprawa i jakikolwiek sygnał, że cała operacja może się skończyć niepowodzeniem, może być zabójczy dla całego projektu.

Rząd zobowiązał się przyjąć euro w 2012 roku. Bo spełnienie kryteriów w roku 2011 oznacza po prostu, że Polska będzie gotowa przyjąć euro 1 stycznia 2012 roku. To oznacza, że będziemy musieli przystąpić do mechanizmu ERM II w pierwszej połowie przyszłego roku. Przeprowadzanie referendum w tym okresie byłoby skrajną nieodpowiedzialnością. Samo to, że Polska może przerwać cały proces, może stać się samospełniającą przepowiednią. Referendum może więc doprowadzić do znacznego osłabienia złotego przy olbrzymich kosztach jego ratowania.

Koszty referendum byłyby dla gospodarki olbrzymie, a wynik prawdopodobnie nieważny ze względu na - jak to zwykle - niską frekwencję. W przypadku euro przydałoby się mniej polityki, a więcej odpowiedzialności.

2008-09-24 08:47
Polskie wpisy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

 

Poniedziałek 15 września 2008 roku przejdzie do historii finansów, gdyż tego dnia upadł czwarty bank inwestycyjny Ameryki o ponad 150 letniej historii. Tak naprawdę jednak upadek Lehman Brothers jest tylko swego rodzaju obrazem kryzysu z jakim mamy do czynienia od co najmniej roku. Szacuje się bowiem, że straty całego sektora bankowego z tytułu kryzysu na rynku kredytów wyniosą około 1 biliona dolarów. I siłą rzeczy rozkład tych strat jest nierówny – jedni mają ich więcej, drudzy mniej. Lehman Brothers był tym, który miał ich za dużo. Niemniej rynek finansowy spodziewał się, że kłopoty Lehman Borthers skończą się w ten sam sposób jak w podobnych przypadkach, gdzie inne banki w lepszej kondycji przejmowały te gorsze. Tym razem jednak nie znaleziono kupca, który byłby zainteresowany kupnem całego banku ze wszystkimi jego zobowiązaniami, choć np. Braklays wciąż jest zainteresowany kupnem wybranych części Lehman Brothers. Rynek jednak sądził, że nawet jeśli nie znajdzie się zainteresowany z sektora prywatnego, to bank zostanie uratowany w podobny sposób jak dwie instytucje finansowe Freddie Mac i Fannie Mae, czyli przez swego rodzaju nacjonalizację. Przekonanie rynku było tak duże, że informacja o tym, że nikt nie przyjdzie na ratunek wywołała panikę. Spadały ceny akcji, wrosła też premia za ryzyko. W poniedziałek 15 września w USA trzeba było zapłacić za pożyczkę na jedną noc ponad 6 procent, podczas gdy jeszcze w piątek 12 września banki pożyczały sobie pieniądze na taki sam okres po 2 procent. Taki nagły wzrost oprocentowania wynika z tego, że po upadku tak wielkiego banku inne instytucje finansowe straciły do siebie zaufanie. Niewiadomo bowiem czy bank któremu pożyczam pieniądze na jedną noc będzie w stanie jutro je oddać. Taka reakcja rynku to efekt paniki. Oddaje jednak niepewność z jaką mamy do czynienia w ostatnim czasie.

15 września z realnej gospodarki nie napłynęły żadne nowe wiadomości wskazujące na recesję w USA. Upadek Lehman Brothers był po prostu rezultatem złych wyników z przeszłości. Departament Stanu w USA mógł ratować Lehmana, tak jak uratował dwa dni później wielką grupę ubezpieczeniową AIG, udzielając jej awaryjnej pożyczki do 85 mld dolarów w zamian za przejęcie przez państwo 79,9 proc. udziałów i przejmując tym samym faktyczną kontrolę nad firmą. Mógł tak zrobić, ale tego nie uczynił z pełną świadomością konsekwencji. Rząd USA chciał zapewne też pokazać, że nie jest jego rolą przejmowanie i ratowanie wszystkich instytucji finansowych które są w kłopotach. Taki sygnał bowiem sprzyjałby nieodpowiedzialnym inwestycjom. Chciano uniknąć hazardu moralnego, czyli przekonania, że w przypadku strat ponoszonych przez wielkie instytucje finansowe zawsze można liczyć na rząd który wyciągnie z kłopotów.

Niestety bardzo jest prawdopodobne, że będą kolejne ofiary, choć trudno w tej chwili przewiedzieć kto będzie następny i kiedy to nastąpi. Kryzys na rynku finansowym będzie trwał tak długo jak długo gospodarka amerykańska nie da znaku, że na trwałe wychodzi z recesji, a rynek nieruchomości odbija się od dna. Do tego czasu kolejne czarne poniedziałki nie są wykluczone. Choć moim zdaniem do końca kryzysu jest bliżej niż dalej.

Kryzys na rynkach światowych jest odczuwalny także w Polsce, na szczęście w skali znacznie mniejszej niż w wielu innych krajach. Na szczęście jesteśmy w Unii Europejskiej, a rząd z NBP podjął historyczną decyzję o wejściu do strefy euro w 2012 roku, co lokuje Polskę bliżej bezpiecznej strefy. Dzięki temu spadki na warszawskiej giełdzie są dwa razy płytsze niż na tureckiej nie wspominając już o rosyjskiej. Przełożenie na polską gospodarkę jest pośrednie i wynika z wolniejszego tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro, co z kolei obniża dynamikę polskiego eksportu. Najbardziej bezpośrednim efektem kryzysu na rynkach finansowych jest wzrost kosztów pieniądza. Dzisiaj banki pożyczają sobie pieniądze po stawce rynkowej do której dodają 1.1 punktu procentowego marży, podczas gdy przed kryzysem marża ta wyniosła około 0.2 punktu procentowego. Pieniądz jest droższy - stąd też większe zainteresowanie banków w pozyskaniu depozytów i jednocześnie wyższe oprocentowanie kredytów. Ostatnio doszło jeszcze jedno ryzyko, związane bezpośrednio z kryzysem, a mianowicie ewentualne straty polskich instytucji finansowych zaangażowanych w transakcje z upadającymi bankami. Część polskich instytucji finansowych dokonywała różnego rodzaju transakcji m.in. z bankiem Lehman Brothers i jeśli bank ten jest im winny pieniądze, to kwoty te będą musiały zostać wpisane w straty. A na upadku Lehman Brothers zapewne się nie skończy. Mimo to jednak na tle tego co się dzieje na świecie u nas jest naprawdę w miarę spokojnie. Najważniejsze aby w takich chwilach nie panikować. Bo wtedy może być już tylko gorzej.

2008-09-24 08:43
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Przyjęty przez rząd budżet wygląda całkiem przyzwoicie. Szczególnie cieszy redukcja deficytu do 18,2 mld zł, nawet w porównaniu z niższym od planu wykonaniem tegorocznego budżetu. Pierwszy raz bowiem zastosowano zasadę, w myśl której w okresie szybkiego wzrostu redukcja deficytu następuje poprzez wolniejszy wzrost wydatków niż dochodów budżetowych.

Zastrzeżenia budzą oczywiście niektóre założenia makro, szczególnie niska inflacja na poziomie 2,9 proc. oraz wzrost gospodarczy na poziomie 4,8 proc. Ewidentnie Ministerstwo Finansów poprzez niski szacunek inflacji stworzyło sobie bufor na wypadek ryzyka niższego wzrostu gospodarczego lub też wyższego ubytku z tytułu obniżek stawek PIT. Trudno również znaleźć uzasadnienie dla założonej w budżecie wysokiej dynamiki konsumpcji prywatnej na poziomie 5,1 proc. Podobnie jak ministerstwo spodziewam się silnego wyhamowania tempa wzrostu płac w przyszłym roku (do ok. 7 proc.) oraz dynamiki zatrudnienia (do ok. 2,7 proc.). A te dwa czynniki powinny się przełożyć na mocniejszą korektę konsumpcji niż szacowany spadek z i tak bardzo wysokiego szacunku tegorocznej dynamiki konsumpcji 5,6 proc. na 5,1 proc. w 2009 r. Co do pozostałych założeń makro, stopy NBP na poziomie 6,2 proc. wydają się dość konserwatywnym założeniem i oznaczają de facto jedną obniżkę stóp pod koniec przyszłego roku z 6,25 proc. w tym roku. Przy tak niskiej inflacji, jaką prognozuje ministerstwo, skala redukcji stóp wydaje się zaniżona. Bardzo ambitnie wyglądają plany prywatyzacyjne rządu, gdyż planuje się uzyskać przychody w kwocie 12 mld zł, co na tle dokonań ostatnich lat wydaje się mało realistyczne.

Natomiast bardzo pozytywnie należy odebrać uwzględnienie oszczędności z tytułu likwidacji wcześniejszych emerytur w budżecie, co wskazuje na determinację, jest także swego rodzaju zobowiązaniem rządu do zamknięcia kwestii wcześniejszych emerytur w tym roku. Tak naprawdę główną wadą budżetu jest to, że nadal większość stanowią wydatki sztywne, na które tak narzekał minister Rostowski. Choć jeden krok w kierunku „odsztywnienia” ma szanse być zrobiony właśnie dzięki dokończeniu reformy emerytalnej

2008-09-15 16:57
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Przed wybuchem kryzysu subprime nową rolą rynku finansowego stało się zarządzanie ryzykiem firm i gospodarstw domowych. Było to możliwe na większą skalę wraz z rozwojem instrumentów pochodnych

Świat zadaje sobie dzisiaj pytanie, czy przypadkiem innowacje finansowe nie poszły za daleko i czy to nie one właśnie doprowadziły do obecnego kryzysu na rynkach międzynarodowych. No bo przecież, gdyby nie instrumenty typu CDO i CDS, nie byłoby całego zamieszania związanego z kryzysem na rynku kredytów subprime w Stanach Zjednoczonych. Nic bardziej błędnego. Postęp technologiczny, w tym również na rynku finansowym, polega na innowacjach. Innowacje finansowe były, są i będą. Rolą regulatorów i decydentów jest przewidzieć negatywne skutki nowych rozwiązań. Co więcej, prowadzona polityka makroekonomiczna nie powinna tworzyć zachęt do tworzenia się bąbli spekulacyjnych. Niestety, w przypadku instrumentów typu CDO i CDS oba te czynniki nie zadziałały. Po pierwsze regulator nie dostrzegł ryzyka związanego z rosnącą skalą stosowania tych instrumentów, po drugie prowadzona polityka niskich stóp procentowych zmuszała inwestorów do szukania atrakcyjniejszych papierów inwestycyjnych. A za takie właśnie swego czasu uchodziły instrumenty oparte na subprime’ach.

Zanim nie wybuchł kryzys, było to tak. Nową rolą rynku finansowego stało się zarządzanie ryzykiem firm i gospodarstw domowych. Stało się ono możliwe na większą skalę wraz z rozwojem instrumentów pochodnych. Przykładem tego typu rozwiązań jest działanie CDS, gdzie zwrot z obligacji korporacyjnej jest dzielony na dwie części: rekompensatę za ryzyko upadku i kompensatę jak za papier pozbawiony ryzyka. Inwestor zainteresowany tylko tym drugim kupuje obligację i do tego CDS. Taka sytuacja zwiększa rynek aktywów dobrej jakości (o ograniczonym ryzyku), a równocześnie tworzy rynek pozwalający na przejrzystą wycenę ryzyka upadku firm. W teorii (i przez długi czas w praktyce) poprawiało to efektywność rynków papierów wartościowych, bo pozwalało inwestorom na lepsze dopasowanie do ich profilu ryzyka, a pozyskującym kapitał na zwiększenie dostępności do rynku kapitałowego. Również przy CDO chodziło o lepsze zarządzanie ryzykiem wbudowanym w rynek kredytowy. W procesie transzowania grupowano np. kredyty hipoteczne wg klasy ich zagrożenia ryzykiem wypłacalności, dzięki czemu następował transfer ryzyka z banków, a inwestorzy mogli w inwestować zgodnie z ich profilem. Innowacja zwiększała zdolność transformacji i transferu ryzyka, a przez to poprawiała efektywność rynków w dostosowaniu popytu i podaży na produkty o różnym ryzyku i spadku premii za ryzyko. W efekcie powinna prowadzić do spadku kosztu pozyskania kapitału przez firmy, a dla gospodarstw pozwać na stabilizację wydatków konsumpcyjnych i zabezpieczać się na wypadek nieprzewidywalnych zdarzeń. Dzięki rozwojowi tego typu instrumentów wzrósł istotnie współczynnik zadłużenia do dochodu w USA z poniżej 100 proc. w 2000 roku do 140 proc. w 2006 roku, a w Wielkiej Brytanii z ponad 110 proc. w 2000 roku do 160 proc. w 2006. Rzeczywistość jednak miała parę mankamentów, m.in. nie było pełnej świadomości tego, co stoi za strukturami, brakowało motywacji do monitorowania ryzyka kredytowego i płynności rynków.

Czy specjaliści Fed mieli rację, wskazując na innowacje finansowe jako jedną z przyczyn stabilizacji gospodarczej w latach przed kryzysem? Trudno się zgodzić z taką tezą w sytuacji, kiedy okazało się, że innowacje te przez lata zwiększały rozmiary wielkiej bańki spekulacyjnej, która po przebiciu, okazała się jednej z największych w historii. Z drugiej jednak strony instrumenty te same w sobie nie są odpowiedzialne za kryzys. Czynniki, które doprowadziły do kryzysu, mają charakter bardziej fundamentalny, a innowacje finansowe były wyłącznie kanałem transmisji.

Trwa spór, co było pierwsze. A pierwsze były wysokie wydatki konsumpcyjne Amerykanów finansowane przez kraje Azji. Wzrost deficytu na rachunku obrotów bieżących w USA był „z przyjemnością” finansowany przez takie kraje, jak Chiny czy Japonia, które dysponowały nadwyżką oszczędności. Innymi słowy kraje te finansowały konsumpcję Amerykanów, którzy kupowali za pożyczone pieniądze dobra produkowane u swych nowych wierzycieli. Zależność ta doprowadziła do beztroskiej konsumpcji opartej nie na własnych oszczędnościach, ale na wartości aktywów. Wydawało się, że ta idylla będzie trwać wiecznie.

Nie byłoby jednak tak szalonej konsumpcji, gdyby nie niskie stopy procentowe w USA (na poziomie 1 proc.). To one w znacznej mierze przesunęły konsumpcję z opartej na oszczędnościach na opartą na aktywach. Niskie stopy zniechęcały do oszczędzania i w sposób znaczący sprzyjały zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, do tego stopnia, że banki zaczęły kierować oferty kredytów do tych segmentów ludności, które w normalnych warunkach nie byłyby w ogóle rozważane jako potencjalni kredytobiorcy. Jednocześnie niskie stopy procentowe nie dawały wystarczających stóp zwrotu inwestorom, którzy zostali zmuszeni do poszukiwania innych, bardziej zyskownych instrumentów finansowych. Zwykle niestety jest tak, że te bardziej zyskowne instrumenty są też bardziej ryzykowne. To okazało się dopiero znacznie później. Jednak gdyby nie niskie stopy, nie powstałby balon takich rozmiarów, z jakim mieliśmy do czynienia. W owym czasie dominowała też doktryna, w myśl której banki centralne powinny skupiać się na swych głównych zadaniach, a w szczególności na stabilności cen towarów i usług konsumpcyjnych, a nie zajmować się analizą bąbli spekulacyjnych w różnych klasach aktywów, a tym bardziej ich przebijaniem. O ile idea nieprzebijania bąbli prawdopodobnie zostanie utrzymana, o tyle banki centralne po lekcji subprime będą musiały uwzględnić w ocenie sytuacji gospodarczej różnego rodzaju nierównowagi na rynkach, które – jak pokazała historia – mogą mieć w konsekwencji wpływ na całą gospodarkę. A tak przy okazji, to właśnie Fed, nie będąc do końca świadomym, doprowadził do przekłucia bańki spekulacyjnej na rynku subprimie, podnosząc stopy z 1 proc do 5,25 proc.

Kolejnym czynnikiem, który zwiększył rozmiary spekulacyjnej bańki, była globalizacja rynków finansowych. O ile nominalna wartość otwartych pozycji na instrumentach pochodnych w roku 2003 wyniosła niecałe 200 bln dol., to w roku 2007 już ponad 500 bln dol. W przypadku obrotu akcjami i obligacjami pomiędzy rokiem 2003 a 2007 zanotowano wzrost z 43 bln dol. do 116 bln dol. Instrumenty tworzone na bazie amerykańskich kredytów na rynku subprime rozlały się po całym świecie. Nigdy wcześniej rynek finansowy nie był tak szeroki i tak duży. Dlatego też po raz pierwszy w historii innowacje finansowe, a raczej krach związany z tym rynkiem, przełożyły się w mniejszy lub większy sposób na rynki finansowe w różnych częściach świata. Największym efektem całego zamieszania był nagły spadek płynności w sektorze bankowym i znaczny wzrost premii za ryzyko. Dziś na całym świecie banki pożyczają sobie pieniądze dużo drożej niż jeszcze rok temu właśnie ze względu na skutki krachu na rynku subprime. Obecnie instytucja o ratingu AAA musi do stawki rynkowej dopłacić jeszcze 110 punktów bazowych (pb), podczas gdy przed kryzysem koszt ten wynosił 20 pb.

Niskie stopy procentowe były praprzyczyną sytuacji na rynku kredytowym, niemniej drugim wielkim odpowiedzialnym są regulatorzy rynku. Nie dostrzegli oni zagrożenia związanego ze strukturą instrumentów bazujących na sekurytyzacji ryzykownych kredytów mieszkaniowych. Nie były one regulowane ani sprawdzane. Agencje ratingowe przyznawały wysokie ratingi papierom, które w żaden sposób na to nie zasługiwały. Prawdopodobnie skala, jak i złożoność problemu przerosły agencje, które stosowały przy wycenianiu instrumentów typu CDO standardowe metody oceny. Złożoność ryzyka nowego instrumentu polegała przede wszystkim na tym, że nowe instrumenty powodują, iż stress-testy warunków skrajnych są mało wiarygodne, bo założenia co do zachowań bazują na historycznych obserwacjach gospodarki, gdy tych instrumentów jeszcze nie było.

Rynek zawsze wyprzedza regulatora w innowacjach, gdyż jest bardziej efektywny i elastyczny, a także składa się z setek podmiotów poszukujących innowacji. Tak było i będzie. Kluczowe jest to, aby skala i zakres nie były zbyt szerokie, a także, aby wejście regulatora odbyło się w momencie rozkwitu, a nie w okresie upadku. Nie jest bowiem możliwe, aby regulator rynku był w stanie przewidzieć wszelkie warianty przyszłych innowacji finansowych i z wyprzedzeniem tworzyć regulacje, które zabezpieczają rynek przed skutkami ryzykownych instrumentów. Rolą regulatora jest nie tyle przewidzenie powstania nowych instrumentów, ile raczej umiejętność przewidzenia wystąpienia negatywnych skutków tych rozwiązań.

Czy innowacje finansowe poszły za daleko? Nie, to raczej regulatorzy nie przewidzieli negatywnych skutków konstrukcji instrumentów. Rynek ma zawsze prawo do innowacji i całe szczęście, że tak jest. Najgorszą konkluzją z możliwych byłaby sytuacja, w której nowe regulacje ograniczałyby możliwości innowacji w sektorze finansowym. Zapewne nie uda się uniknąć wszystkich przyszłych kryzysów, ale ważne jest, aby ich skala była umiarkowana. Optymalnie byłoby, gdyby skutki kryzysów rozlewały się wyłącznie po sektorach i podmiotach, które kryzys ten wygenerowały. A historia gospodarcza USA pokazuje, że co jakiś czas pojawiają się innowacje, o których nie śniło się regulatorom.

2008-09-15 09:06
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Felieton ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" z dn. 04.09.2008

Sierpniowa korekta na złotym wpłynęła na zmiany oczekiwań co do przyszłości naszej waluty. Pojawiły się opinie, że złoty już nie będzie się dalej umacniał ze względu na oczekiwane spowolnienie w Polsce i zakończenie cyklu podwyżek stóp procentowych. Nie zgadzam się z takim podejściem z dwóch powodów. Po pierwsze nadal uważam, że głównym czynnikiem wspierającym polską walutę są nasze fundamenty gospodarcze, w tym przede wszystkim bardzo szybkie tempo wzrostu gospodarczego, nawet przy zakładanym spowolnieniu. Po drugie naszej walucie sprzyja też spread pomiędzy polską stopą referencyjną a europejską co wciąż sprzyja tzw. carry trade, czyli pożyczaniu w walucie mniej oprocentowanej i lokowanie tych środków w walucie wyżej oprocentowanej. A taką właśnie walutą jest między innymi złoty. W sytuacji w której waluta wyżej oprocentowana umacnia się inwestor zarabia podwójnie: na różnicy w oprocentowaniu i na umocnieniu waluty. Czynnikiem, który oprócz różnicy oprocentowania, jest kluczowy w strategii carry trade jest ryzyko kraju. Im większe ryzyko, tym bardziej ryzykowna jest strategia carry trade, gdyż zarobek maleje, w sytuacji kiedy waluta kraju o wyższym oprocentowaniu osłabia się. Innymi słowy tak długo jak rynek postrzega wyżej oprocentowaną walutę jako mało ryzykowną tak długo powinna ona być przedmiotem zainteresowania inwestorów.

Oczywiście mogą pojawić się dodatkowe czynniki zniechęcające do inwestowania w taką walutę. Może to być strategia realizacji zysków, czyli wyprzedaż waluty po to aby zrealizować wypracowany np. kilkumiesięczny zysk. Innym czynnikiem może być pojawienie się nowych bardziej atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych co skutkuje przesunięciem części środków do nowych aktywów. W mojej ocenie w przypadku złotego mieliśmy do czynienia z oboma takimi efektami. Po pierwsze inwestorzy postanowili zrealizować zyski z umocnienia złotego. Przypomnę, że od początku roku do pierwszych dni sierpnia złoty umocnił się o ponad 11%. Drugim, zapewne ważniejszym, czynnikiem było odwrócenie się trendu na parze eurodollar. Umocnienie dolara, któremu towarzyszył spadek cen ropy, nie było zaskoczeniem, gdyż słabość dolara nie wynikała wyłącznie z czynników fundamentalnych. Była bowiem też pochodną spekulacji na cenach ropy i odwrotnej zależności pomiędzy ceną dolara a ceną ropy. Jednak tempo i skala umocnienia dolara, a raczej osłabienia euro, w ciągu ostatnich czterech tygodni była bardzo silna i w części wynikała z przereagowania rynku. Wraz ze spadkiem cen ropy i umacnianiem dolara, inwestorzy zredukowali swe pozycje w złotym inwestując je na rynku amerykańskim. Jednak historia wskazuje, że takie zależności są krótkotrwałe. W dłuższym czasie przeważają fundamenty, a te Polska ma wciąż wyjątkowo atrakcyjne na tle strefy euro. Jeśli wzrost gospodarczy spowolni w tym roku do 5.3% a w przyszłym do 4.5% to wciąż na tle strefy euro z prognozą tegoroczną 1.3% i przyszłoroczną 1.1%, będzie rewelacyjnym wynikiem. Uważam, że w niedługim czasie złoty znów wróci do łask, bo to co jest kluczowe dla umocnienia waluty to różnica w tempie produktywności pomiędzy krajami.

 

 

 

 

 

 

2008-09-04 12:51
Polskie wpisy Komentarze (5)