29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Nie chodzi o to aby straszyć. Zadaniem ekonomisty jest również opisywanie prawdopodobnych scenariuszy różnych od wariantu bazowego. Dzisiejszy świat jest tak globalny, że niespotykane wcześniej powiązanie gospodarek oznacza większą niepewność. Zbyt wiele bowiem czynników wpływa na ostateczne skutki procesów gospodarczych.I szybkość reakcji jest wyjątkowa - kryzys w jednej części świata błyskawicznie sieje spustoszenie również w drugiej.

Tym razem główne ryzyko znajduje się w Europie, a dokładniej w strefie euro. Wchodzimy w rok 2011 z nierozwiązanymi problemami fiskalnymi kilku krajów europejskich i nieopracowanym mechanizmem wychodzenia z kryzysu fiskalnego. Tak naprawdę przez ostatnie kilka miesięcy przywódcy europejscy nie zdołali odpowiedzieć na podstawowe pytania dotyczące strategii wyjścia. Przyjęte ostatnio rozwiązania dotyczą przyszłości po roku 2013, podczas gdy problem hiszpański czy włoski trzeba będzie rozwiązywać już w pierwszych miesiącach przyszłego roku. W tym czasie Irlandia, Portugalia, nie wspominając o Hiszpanii i Włoszech, będą rolowały część swego długu na rynkach finansowych. Istnieje poważne ryzyko, że któraś z aukcji będzie miała gorszy przebieg, co doprowadzi do lekkiej paniki na rynkach i przy splocie niekorzystnych wydarzeń może doprowadzić do zakwestionowania możliwości obsługi długi Hiszpanii czy Włoch. Dla nas taki scenariusz oznaczałaby ucieczkę kapitału z rynków wschodzących, znaczne osłabienie złotego i wzrost rentowności obligacji. W najgorszym scenariuszu nawet ryzyko niemożności obsługi długu przez niektóre kraje rynków wschodzących, w tym Polskę. Nasz dług na tle Europy nie wygląda jeszcze najgorzej, ale jak na kraj zaliczany do rynków wschodzących jest wysoki. W przypadku drugiej fali kryzysu Polska będzie na pierwszej linii frontu. Na szczęście ostatnio podjęto decyzję o zwiększeniu kwoty elastycznej linii kredytowej z MFW do 29 miliardów dolarów. Wszyscy mamy nadzieje, że nie trzeba będzie z niej skorzystać, ale dzisiaj niepewność na rynkach finansowych jest znacznie większa niż jeszcze rok temu. Na zimne trzeba dmuchać.

Najbliższe miesiące, a może nawet kwartały, to okres w którym wciąż będą padały pytania o trwałość strefy euro. Jeśli politycy europejscy nie znajdą odpowiedzi na pytanie jak rozwiązywać problemy krajów nie będących w stanie obsługiwać swojego zadłużenia, jak w sposób kontrolowany przeprowadzić proces wyjścia kraju ze strefy euro, tak długo rynek wciąż będzie obawiał się wariantu trwałego jej rozpadu. Nie jako procesu zaplanowanego ale jako nieskoordynowanego przebiegu wypadków. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest naszkicowanie potencjalnej ścieżki wyjścia, choćby nawet teoretycznej, aniżeli zaklinanie, że taki wariant nigdy się nie zrealizuje. Dziś jednak wciąż mam wrażenie, że dominuje ten drugi sposób myślenia.

W czarnym scenariuszu druga fala kryzysu mogłaby być nawet groźniejsza dla nas niż ta po upadku Lehman Brothers. Wariant w którym niewypłacalne stają się największe gospodarki strefy euro oznacza ogromne straty nie tylko dla tych gospodarek ale również dla tych którzy w te gospodarki zainwestowali. Wystarczy tylko przypomnieć, że wartość wykupionych przez instytucje francuskie włoskich obligacji wynosi ok 500 mld dolarów, czyli prawie 20% francuskiego PKB! W przypadku restrukturyzacji włoskiego długu o np. 10% oznaczałoby to straty dla francuskich inwestorów rzędu 50 mld dolarów … których instytucje te nie byłyby w stanie pokryć z własnych kapitałów.Musiałby więc znów wyciągnąć rękę po pomoc do państwa, które automatycznie pogorszyłoby sobie swą sytuację fiskalną. W sytuacji tak krytycznej nie ma łatwych rozwiązań. Przykład amerykański pokazuje jednak, że najlepszym rozwiązaniem jest przekłucie bąbla, oczyszczenie sytuacji. Innymi słowy im szybsza byłyby restrukturyzacja długu Grecji tym większa presja na inne kraje aby rozpocząć reformy zarówno fiskalne jak i strukturalne. Powiększenie kwot EFS nawet do 2 bilionów euro problemu nie rozwiąże, bo w pewnym momencie zostanie zakwestionowana wiarygodność finansowa krajów dług ten emitujących, czyli m.in. Niemiec. Dalszy scenariusz wydarzeń każdy już może sam sobie dopisać.
2010-12-29 11:50
Polskie wpisy Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że w przyszłym roku dług publiczny w relacji do PKB przekroczy 55%. Jest to pierwszy poważny limit wpisany w ustawie o finansach publicznych, który narzuca znaczne redukcje wydatków w latach kolejnych. Przekroczenie limitu w 2011 oznaczałoby oszczędności w 2013. Ale koszty rynkowe, jak również polityczne przekroczenia limitu 55% będą natychmiastowe. Politycznie można sobie wyobrazić. Reakcją opozycji w roku wyborczym na przekroczenia limitu będzie krzyk, że polskie państwo bankrutuje. Znaczne poważniejsze i dalekosiężne byłyby jednak skutki ekonomiczne i wizerunkowe.

Rynkowi finansowemu bardzo podoba się zapis z naszym limitem długu na poziomie 55%. Ustawa bowiem jasno mówi co się wydarzy w momencie jego przekroczenia.To polskie rozwiązanie instytucjonalne - wyjątkowe w Europie - jest ważnym czynnikiem stabilizującym. Pod warunkiem jednak, że zobowiązanie to naprawdę będzie realizowane. Bo co to za limit który nie jest przestrzegany. Jak dotychczas wszelkie zabiegi polskiego rządu są skierowane na poszukiwanie takich rozwiązań, które nie dopuszczą do przekroczenia tego poziomu. Co więcej odnoszę wrażenie, że nie ma dziś pomysłów aby zmienićlimity długu zapisane w ustawie o finansach publicznych. Politycy mają chyba świadomość ile może kosztować manipulowanie przy limitach w tak nerwowym okresie na rynkach finansowych z jakim mamy obecnie do czynienia. Stąd decyzja o podwyżce VAT, podwyżkach akcyzy i regule wydatkowej.

O ile zmiana zapisów ustawy o finansach publicznych mogłaby być postrzegana jako zasadnicza zmiana reguł gry o tyle dominuje przekonanie, że zmiany poziomu składki do OFE zostanie przez rynek finansowy niezauważone. Lub też nawet dobrze przyjęte - bo zmniejszą przecież realną wysokość potrzeb pożyczkowych. Obawiam się, że tak nie jest. Rynek finansowy ma świadomość tego, że debata o OFE w Polsce odbywa się nie dlatego, że nowy system emerytalny nie działa, tylko dlatego, że możemy w przyszły roku przekroczyć ustawowy limit długu do PKB. Innymi słowy celem obniżenia składki do OFE jest unikniecie zderzenia się z tym limitem. Czyli chodzi o to samo co w przypadku zmiany progów długu. Śmiem postawić tezę, że obniżenie wysokości składki może być tożsame z manipulacją przy progach. Bo taka zmiana oznaczałaby, że wszystko jest płynne. Nie ma pewnych reguł gry. Niektórzy mogą sobie nawet zadawać pytanie, czy po zmianie poziomu składki nie pojawią się inne inicjatywy aby oddalić w czasie (na papierze) te groźne limity długu. Wtedy pojawia się pytanie po co wprowadzać ustawowo limity, których za pomocą zmian innych zasad chce sięunikać.

Tak czy inaczej obniżając składkę do OFE żadnego strukturalnego problemu polskiej gospodarki nie rozwiążemy. Dla rynków finansowych znacznie bardziej zrozumiałym działaniem byłoby na przykład podniesienie stawki VAT o kolejne 2 punkty procentowe. Ograniczyłoby to potencjał polskiej gospodarki, ale nie zepsułoby reputacji, gdyż byłby to ruch z arsenału działań standardowych.

Było już wiele apeli o obniżanie wydatków w celu wyhamowania tempa narastania długu. Ale oprócz licznika trzeba również pamiętać o mianowniku. To nie jest tak, że polska gospodarka jest skazana na czteroprocentowe tempo wzrostu gospodarczego. Reformy podażowe, jak dalsza liberalizacja kodeksu pracy, szybka prywatyzacja, dopuszczanie konkurencji do zmonopolizowanych sektorów (choćby takich jak poczta czy koleje), liberalizacja rynku produktu mogą dać Polsce szanse na szybsze tempo wzrostu niż osiągane teraz. Dużo się mówi np. o walce z szarą strefą, a najlepszym sposobem na jej znacznie zmniejszenie byłoby ujednolicenie stawek VAT. W okresie wyborczym może to się kojarzyć ze spotami z pustą lodówką, ale prawda jest taka, że zróżnicowanie stawek VAT zachęca do kombinowania.

Jak nie teraz, to po wyborach przydałby się program poważnych reform podażowych, po to aby nie trzeba był manipulować ani przy składce do OFE ani przy limitach długu. Bo takie działania w krótkim okresie oddaliłyby być może problem, ale w długim obniżyłyby reputację i podniosłyby koszty.

2010-12-22 15:30
Polskie wpisy Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

 

Po raz pierwszy od powołania wspólnej waluty dyskutuje się na poważnie o ryzyku jej rozpadu. Na pytanie jak do tego nie dopuścić muszą odpowiadać dzisiaj politycy europejscy. Euro dzisiaj jest na znacznie ostrzejszym zakręcie niż pół roku temu kiedy uruchamiano fundusz stabilizacyjny dla Grecji. Poważniejszy przede wszystkim dlatego, że obecnie widać jak tymczasowe i nieskuteczne były podejmowane jeszcze kilka miesięcy temu decyzje. Nie chodzi tylko o to czy przeznaczone wtedy kwoty na ratowanie pogrążonych w kryzysie krajów były wystarczające, ale przede wszystkim o to, że podejmowane decyzje odkładały jedynie problemy w czasie, zamiast je rozwiązywać.
Tak jak pisałem w zeszłym tygodniu, problemem tzw. peryferyjnych krajów strefy euro nie jest brak płynności, tylko problemy strukturalne i wynikająca z nich niska konkurencyjność gospodarek. Na to nakłada się wysoki dług publiczny, którego prawdopodobieństwo spłaty w całości dziś jest niskie.  Odwlekanie reform, czy też udawanie, że nie są one aż tak potrzebne, problem wyłącznie spotęgowało. Jednak kluczową kwestią jest brak strategii działania. Dzisiaj widać, że kraje strefy euro nie mają opracowanej i przedyskutowanej strategii wyjścia z kryzysu wypłacalności jednego z członków strefy. Tak długo jak problem dotyczy jednego, małego kraju, kraje członkowskie są w stanie dość szybko wysupłać ze swoich portfeli sumę wystarczającą do pokrycia jego potrzeb finansowych na kilka lat. Ale jeśli problemy dotyczą większego państwa, to kwoty które znajdują się w portfelach bogatych krajów członkowskich mogą nie wystarczyć na poratowanie przyjaciela w tarapatach. Dziś widać, że nikt w Europie, ani wcześniej, ani tak naprawdę ostatnio takiego wariantu poważnie nie przeanalizował. Pomysł, aby papiery zagrożonych krajów skupował Europejski Bank Centralny można było kilka miesięcy temu tłumaczyć potrzebą chwili, ale w żadnym wypadku nie może być to działanie systemowe. I musi budzić poważny niepokój. Przede wszystkim dlatego, że ECB nie jest od ratowania zadłużonych krajów, ma się zajmować stabilnością wspólnej waluty. ECB co prawda podkreśla, że ściąga nadmiarowe pieniądze z rynku, czyli w żargonie ekonomicznym je sterylizuje, ale już sam fakt, że EBC ma inny cel niż tylko stabilność cen, podważa jego wiarygodność. A na wiarygodności lub jej braku społeczeństwa budują swoje oczekiwania inflacyjne.
Kolejną istotną kwestią jest problem decyzyjności w EU. Mamy de fato trzy ośrodki władzy. Przewodniczący Komisji Europejskiej Barosso, prezydent UE Rampuy i super duet decyzyjny Merkel – Sarkozy.  Główny problem to taki, że dwie pierwsze instytucje, które starają się wypracować spójne rozwiązanie dla wszystkich krajów, dowiadują się, że tak naprawdę już za nich zadecydowano na spotkaniu Merkel – Sarkozy. Pół biedy gdyby prezentowane przez nich koncepcje były spójne. Ale są one niestety kompromisem pomiędzy dwoma skrajnymi podejściami, unii transferów i unii samowystarczalnych państw. Takie kompromisy nie prowadzą najczęściej do sensownych rozwiązań, co widać dziś jak na dłoni w Europie.
Strach przed rozpadem euro może w końcu pomóc w znalezieniu sensownej drogi wyjścia z tej sytuacji. Rynki finansowe już nie wierzą europejskim politykom. Nie reagują już na przyznawanie kolejnych transz pomocy. Zresztą pozyskiwaniu kolejnych funduszy na ratowanie Hiszpanii sprzeciwiają się Niemcy. Dzisiaj liderzy europejscy muszą podjąć twarde decyzje o odroczeniu spłat długu zaciągniętego przez pozostałe kraje znajdujące się w kłopotach. Starach przed rozpadem euro dotyczy nie tylko krajów peryferyjnych, ale również największych krajów strefy. To one de facto korzystają najwięcej na wspólnej walucie. Niemcy dzięki wspólnej walucie stały się w ciągu dziesięciu lat największym eksporterem na świecie. Ponad 40% swojego eksportu wysyłają do krajów strefy euro. Gdyby dziś zamiast euro wprowadzić waluty lokalne, największa aprecjacja miałaby miejsce w przypadku marki niemieckiej. Niemcy straciłby w ciągu jednej chwili całą swoją konkurencyjność, odzyskałyby ją natomiast kraje przeżywające dziś problemy. Paradoksalnie to Niemcy najbardziej skorzystały na wspólnej walucie i powinny zrobić wszystko aby ten wielki projekt europejski uratować.  Aby to zrobić potrzebne są trudne i zdecydowane decyzje a nie zgniłe kompromisy odkładające problemy w czasie.
 
2010-12-14 17:18
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

W zeszły czwartek Jean-Claude Juncker, szef Eurogrupy (ministrów finansów krajów strefy euro) ogłosił wyemitowanie pierwszych obligacji w ramach Funduszu Stabilizacyjnego.  Kwota nie jest co prawda ogromna, chodzi jak na razie o 6-8 miliardów euro, ale jest to swego rodzaju początek nowej ery. Przyjmując pól roku temu mechnizm ratowania krajów strefy euro znajdujacych sie w tarapatach przyjęto, że w ramach funduszu stabilizacji istnieje możliwość wyemitowania tego typu obligacji. Oczekiwano jednak, że sama zapowiedź uspokoi rynki i obejdzie się bez emisji. Dziś natomiast dyskutuje się o potrzebie  dodatkowych emisji ponad poprzednio zaanonsowaną kwotę. Nie odbędzie się to bezkosztowo, emitując euro obligacje siłą rzeczy podwyższy się koszty długów wszystkich innych emitentów europejskich. Wynika to z efektu wypychania, inwestor będzie bowiem wolał europejskie papiery, niż włoskie, holenderskie czy belgijskie. Nie wspominając o portugalskich czy hiszpańskich. Ani polskich czy czeskich.
Oczywiście nie wiemy ile tych papierów zostanie wyemitowanych. Według obecnych założeń te 6-8 miliardów euro ma być pierwszą transzą. W najbliższym czasie cała kwota tych emisji ma wynieść 25 mld euro. W sumie w ramach Funduszu Stabilizacyjnego możliwa jest emisja 440 mld euro. Pamiętajmy jednak, że wszelkie dotychczasowe plany wzięły w łeb. Pakiet ratunkowy w kwocie 750 miliardów euro, która miała zrobić wrażenie na rynkach finansowych, dziś nie wystarczy na to żeby ratować Hiszpanię. A powstał on niecałe pół roku temu. Mam poważne obawy, że na deklarowanej kwocie emisji euro obligacji się nie skończy. Kolejne emisje zamiast wzmocnić Europę ją pogrążą, gdyż podniosą koszty finansowania dla wszystkich pozostałych co rykoszetem uderzy w ich budżety i w konsekwencji w tempo wzrostu gospodarczego. A w Europie pojawiają się głosy aby powrócić do idei w ogóle emitowania euroobligacji na bieżące potrzeby.
Problemem Grecji, Irlandii czy Portugalii nie jest brak płynności. Jest nim niska konkurencyjność gospodarek, wysoki poziom długu i brak perspektywy spłat. Zapewnienie płynności jest wyłącznie odraczaniem problemu w czasie. Tak jak w przypadku Grecji. Dostarczając płynność kupujemy czas i to bardzo drogo - a problem w tym czasie narasta a nie maleje. Sam fakt, że dziś kwestionowana jest stabilność finansowa Hiszpanii, piątej największej gospodarki europejskiej, pokazuje najlepiej, że samo kupowanie czasu za pomocą taniej płynności nic nie daje. Chciałbym być dobrze zrozumiany, nie jestem przeciwny kupowaniu czasu, ale ma to sens tylko wtedy gdy jest to robione w jakimś celu. Nie po to tylko żeby się rynki uspokoiły, ale po to aby rozpocząć przeprowadzanie reform strukturalnych. A bez poprawy konkurencyjności ciężko sobie wyobrazić dlaczego rynki finansowe miałyby wierzyć w możliwość obsługiwania tak wielkiego zadłużenia jak w Grecji czy dziś w Irlandii. Dzisiaj nie widać potencjału wzrostu, z którego to zadłużenie miałoby być spłacone. Emitowanie euroobligacji ma na celu uśpienie rynków, a de facto usypia polityków. Rynków już się nie udaje uśpić co widać po ich reakcji na ogłoszenie pakietu irlandzkiego. Natomiast politycy zostali uśpieni, co najlepiej widać w przypadku Hiszpanii, gdzie po pierwszych ostrych działaniach i zapowiedzi kolejnych premier Zapatero straciwszy prawie 10 pp poparcia uznał, że dalej już reformować nie musi. I dzisiaj sytuacja Hiszpanii jest znacznie poważniejsza niż w okresie ratowania Grecji. Teraz grozi naprawdę druga fala kryzysu finansowego jeśli Hiszpania będzie zmuszona do zwrócenia się o pomoc.
Reformy strukturalne wymagają wyrzeczeń. Ale udawanie, że problemu nie ma spotęguje tylko skalę potrzebnych zmian. Kryzysy mają też swoją sanacyjną naturę. Restrukturyzacja jest potrzebna aby móc na nowo rozpocząć działalność firmy. Podobnie z państwami - bez reform strukturalnych nie będą się w stanie rozwijać. Przy zbyt wysokim obciążeniu długiem publicznym, którego koszt obsługi będzie zjadał znaczną część budżetu, prawdopodobnie nie będzie możliwy szybki rozwój. Dlatego zamiast podawać kroplówkę teraz należałby dokonać restrukturyzacji długu, tak aby był on spłacalny, reform strukturalnych aby odzyskać konkurencyjność. Polska w roku 1990 była w podobnej sytuacji, z wielkim długiem i brakiem przewag konkurencyjnych. Dzięki 50% redukcji długu polski budżet mógł złapać oddech. Dzięki głębokim reformom strukturalnym na początku lat 90-ych do Polski w ciągu dekady napłynęło tyle inwestycji zagranicznych, że w ciągu 10 lat stała się krajem eksportującym w łańcuchu produkcji europejskiej 40% swego PKB. Podobna drogą powinna obrać teraz Grecja czy Portugalia. To potrwa, ale da sukces. Odwlekanie problemu w czasie nic nie pomoże.
2010-12-07 21:56
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Zaskoczył mnie wywiad Bogusława Grabowskiego na temat nowego systemu emerytalnego. Jego główna teza jest taka, że oszczędności w OFE nie są oszczędnościami bo powstają kosztem dotacji budżetowej. A dodatkowo reforma nie jest realizowana zgodnie z zamierzeniami, gdyż politycy podejmowali inne decyzje niż w pierwotnych założeniach, więc reforma się nie powiodła. A jeśli się nie powiodła to można ją rozmontować, zawieszając, lub likwidując składkę do OFE.

Obawiam się takiej retoryki. Nie spodziewam się aby dzisiejsza klasa polityczna była zdolna do tak populistycznych decyzji jak ostatnio wprowadzone na Węgrzech. Rząd węgierski ogłosił, że przeniesie wszystkie oszczędności zgromadzone w OFE do węgierskiego odpowiednika ZUS. Obawiam się retoryki obecnej dyskusji, bo nie mam pewności, że za kilka lat w Polsce nie dojdą do władzy podobni jak na Węgrzech prawicowi populiści i będą chcieli zagarnąć prywatne oszczędności powołując się wypowiadane dziś argumenty. Słowa które dziś padają kształtują opinię publiczną i mogą służyć gorszej sprawie.

Największą zmianą wprowadzoną w 1999 rok była zmiana sposobu wyliczania przyszłych emerytur. Zamiast systemu gdzie państwo gwarantowało obywatelom poziom emerytury wprowadzono system w którym emerytura zależy od wpłaconych składek. W języku ekonomii przejście to nazywane jest zmianą systemu o zdefiniowanym świadczeniu na system o zdefiniowanej składki. To rozwiązanie miało zachęcić nas do dłuższej pracy, ale też i sprostać oczekiwaniom społecznym – twoja emerytura z twoich składek. Drugą ważną zmianą było zerwanie z monopolem państwa w zarządzaniu środkami emerytalnymi. Po to utworzono fundusze emerytalne, które miały stanowić swego rodzaje alternatywę dla ZUS. Alternatywę zasadniczą. 

Po pierwsze dlatego, że w OFE gromadzone są realne pieniądze, a w ZUS są one tylko rejestrowane na kontach. Co prawda ponad 60% środków trafia znów do skarbu państwa poprzez zakup obligacji, ale odbywa się to według reguł rynkowych i po cenie rynkowej. To, że 60% znów wraca do skarbu państwa wynika z oporu polityków przez zezwoleniem na inwestowanie zagranicą. Ale czy z powodu oporu polityków przed zezwoleniem na większą dywersyfikacją inwestycji przyszłych emerytur należy zawieszać składkę?

Po drugie zyski ubezpieczonych w OFE zależą od wyceny rynkowej instrumentów i skuteczności zarządzania. W ZUS konta waloryzowane są ustawowo. Czyli przez polityków. Jak znikną OFE, nikt nie będzie w stanie porówać tempa waloryzacji na kontach w ZUS. Co więcej, waloryzacja może być zmieniona w każdej chwili przez polityków, wyniki OFE nie. 

Po trzecie. Nie jest prawdą, że w OFE nie ma prawdziwych oszczędności, bo finansuje je budżet. Różnica pomiędzy OFE a kontami w ZUS dla obywatela jest realna. W OFE pieniądze są dziedziczone a w ZUS nie. Tam są prawdziwe oszczędności. 

Po czwarte, z OFE wiadomo ile dostaniemy. A z ZUS-u też wiemy, ale tylko pod warunkiem, że mamy zaufanie do państwa w długim okresie. Częste zmiany reguł gry, na które powołuje się Bogusław Grabowski, są raczej argumentem za tym aby państwu nie wierzyć. Bo przecież nowy układ parlamentarny może reguły gry zmienić. Dlatego bardziej wiarygodny jest partner prywatny. Oczywiście, on też może podlegać ingerencjom politycznym, ale znacznie trudniej jest to zrobić. Co widać na przykładzie dzisiejszej dyskusji. Środki z Funuduszu Rezerwy Demograficznej zniknęły za jednym pociągnięciem pióra. Z OFE wciąż trwa dyskusja. 

Po piąte, tak fundamentalna zmiana zasad działania systemu podważa zaufanie obywateli do rozwiązań instytucjonalnych. Jeśli jednym pociągnięciem pióra można podważyć jeden z fundamentów nowego systemu emerytalnego w Polsce, to w co można wierzyć? Zaufanie obywateli do instytucji państwowych jest trudno mierzalne. Ale stabilność i zaufania do państwa były jednymi z sukcesów Europy Zachodniej w budowaniu swego dobrobytu. Jeśli obywatel nie ma zaufania do państwa to zaczyna kombinować.

OFE są jednym z autorów sukcesu polskiego rynku kapitałowego. Są one bowiem stabilnym długoterminiowym inwestorem, który nagle z inwestycji się nie wycofa. OFE są uczestnikiem procesu prywatyzacyjnego, zwiększają płynność polskiej giełdy. I to m.in. dzięki OFE polski rynek kapitałowy stał się źrodłem pozyskiwania kapitału dla firm. Udało nam się zbudować najpoważniejszy rynek kapitałowy w tej części Europy właśnie dzięki tworzeniu instytucji które wypracowały ten sukces. OFE są jednym z filarów tego sukcesu. 

Pada argument, że na reformę emerytalną nie było stać. W połowie lat 90-ych były przeprowadzana szacunki wartości majątku państwowego który można będzie sprywatyzować i ukryty dług, który ujawni się po przekazaniu składki do OFE. Te wielkości się bilansowały. Ale znaczna część przychodów z prywatyzacji poszła na bieżące finansowanie deficytu, czyli została przejedzona. Czy dlatego dziś trzeba zawiesić składkę?

System emerytalny, w którym wpłacane na bieżąco składki są przeznaczane na wypłatę emerytur, zawsze będzie finansowany z bieżących składek i podatków. Jedynym sposobem bilansowania takiego systemu jest podwyższanie wieku emerytalnego. Bo im dłużej ludzie żyją tym dłużej trzeba będzie potrzebny do ich sfinansowania okres płacenia składek. Inaczej jest w systemie kapitałowym. Tam każdy z nas konsumuje własne oszczędności. Oczywiście poziom aktywności zawodowej wpływa na wzrost gospdoarczy a ten z kolei na wyniki inwestycyjne funduszy emerytalnych. Ale zależnośc ta jest już pośrednia, a nie bezpośrednia jak w przypadku systemu ZUS-owskiego.

Dzisiejsze problemy budżetowe nie wynikają z reformy emerytalnej, tylko z rozbudowanych wydatków państwa i nieodpowiedzialnej obniżki składki rentowej za rządów PiS. Dziś widać, że na tą obniżkę nie było nas stać, bez reform po stronie wydatków. Przypomnę, że obniżka składki rentowej spowodowała ubytek 20 miliardów złotych – czyli podobny rząd wielkości jak z tytułu transferów do OFE. Obniżka składki rentowej była bardzo przyjemna, dzięki temu płacimy wszyscy mniejsze składki, ale doprowadziła do nadmiernego deficytu. Deficyt powienień być obniżany poprzez obniżanie wydatków, podwyżka skaładki jest ostatecznością. Ale gorszym wariantem byłoby utrzymanie wysokiego deficytu. Dlatego też uważam, że znacznie bezpieczniejszym dzisiaj rozwiązaniem byłoby zamiast zmian w części dotyczącej OFE podwyższyć składkę rentową.

2010-12-06 13:28
Polskie wpisy Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Po tym co zrobili Węgrzy z oszczędnościami obywateli zgromadzonych w prywatnych funduszach emerytalnych zasadnym jest pytanie gdzie jest granica pomiędzy zmianą decyzji państwa a oszustwem. Na Węgrzech, które jako pierwsze w tej części Europy, wprowadziły obowiązkowe otwarte fundusze emerytalne państwo właśnie rozpoczęło przejmowanie oszczędności obywateli. I dzieje się to przy aprobacie obywateli. Przejęcie aktywów funduszy emerytalnych zmniejszy automatycznie wielki deficyt budżetowy i oznaczać może kres wyrzeczeń obywateli. Co więcej rząd obiecał, że dzięki tym zmianom będzie możliwe obniżenie podatków. Cała operacja ma też znamiona dobrowolności. To nie jest tak, że rząd zmusza obywateli do przeniesienia składek do węgierskiego ZUS-u. Rząd po prostu zdejmuje gwarancje w części prywatnej systemu jednocześnie oferując pełne gwarancje w państwowej części systemu. Wszystko odbywa się zgodnie z prawem, wprowadzono bowiem nowe reguły gry. Co więcej przy akceptacji społecznej. Pytanie jak głęboko może posuwać się ingerencja państwa w zmiany obowiązujących zasad.

Państwo może oszukiwać obywateli zgodnie z prawem. Do najbardziej skrajnych przypadków można zaliczyć np. nacjonalizację oszczędności obywateli. Do znanych z naszego podwórka z 1949 niepełną denominację, kiedy państwo nie wymienia wszystkich posiadanych przez obywateli środków na nowe, czy też najbardziej powszechną formę zabierania oszczędności obywatelom jaką jest wysoka inflacja. Im dany kraj chce być uważany za wiarygodny i stabilny tym bardziej musi się tego typu metod wystrzegać. Stabilne demokracje Europy Zachodniej unikały od II Wojny Światowej tego typu decyzji. Z kolei w krajach socjalistycznych tego typu działania były na porządku dziennym. Od dwudziestu lat kraje naszego regionu odbudowują zaufanie obywateli do instytucji wolnego rynku. Jedną z tych instytucji były wprowadzone na Węgrzech w 1996 otwarte prywatne fundusze emerytalne. O ile jeszcze zawieszenie składki emerytalnej uznano jako sposób przejściowego radzenia sobie z problemami budżetowymi o tyle wprowadzane ostatnio zmiany wywracają cały nowy system emerytalny do góry nogami. Pytanie jak daleka jest granica pomiędzy niepełną denominacją waluty a nacjonalizacją aktywów emerytalnych w świetle prawa. Gdzie przebiega ta cienka granica pomiędzy oszustwem a niespodziewaną zmianą warunków gry?

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie. To co się dziś dzieje na Węgrzech byłoby nie do pomyślenia w Wielkiej Brytanii, czy we Francji, nie zaskoczyłoby natomiast w Rosji czy na Ukrainie. Mam wrażenie, że dzisiaj w Polsce też by nie przeszło, ze względu na odrzucenie skrajnych populistów w głosowaniu powszechnym. Ale to, że zarówno w Wielkiej Brytanii czy we Francji nie dokonuje się tak radykalnych zmian reguł gry, w czasie pokoju, wynika z tego, że społeczeństwa tych krajów przez pokolenia przyzwyczaiły się i oczekują stabilności reguł gry. Stabilność systemu gospodarczego i jego instytucji jest jednym z czynników sprzyjających powstawaniu dobrobytu. Stabilność i przewidywalność jutra są tymi elementami które sprzyjają oszczędzaniu, inwestowaniu, dłuższej perspektywie. Dlatego też kraje które przeszły okres niestabilności, jak np. Niemcy z hiperinflacją w latach 20-ych, po II Wojnie Światowej, stworzyły instytucje, które mają zapewnić, aby taka niestabilność już nigdy się nie powtórzyła. Stabilność i przewidywalność są wartością samą w sobie.

Reakcja rynku finansowego na decyzje rządu węgierskiego nie powinny być dla nikogo niespodzianką. Niestety to co się dzieje u naszych sąsiadów wpływa na postrzeganie naszego regionu. Obawa rynków finansowanych przełożyła się również na nas. O ile w Polsce nikomu nie przeszło dotychczas przez głowę aby znacjonalizować aktywa OFE, rynek finansowy obawia się, jak zwykle mocno upraszczając,  że w Polsce może się skończyć się podobnie jak na Węgrzech. To niestety wynika z tego, że nasz wizerunek wiarygodnego kraju budujemy dopiero przez ostatnie 20 lat. W międzyczasie pojawiali się w Polsce u władzy populiści, nie możemy dać gwarancji stabilności w następnych latach. To między innymi powinien być mocny argument za tym, żeby nie wprowadzać rewolucji w OFE.

2010-12-02 12:43
Polskie wpisy Komentarze (3)