29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Dziś strefa euro przeżywa największy kryzys od momentu powstania. Z powodu Grecji. Grecki przypadek jest pierwszym gdzie wiarygodność strefy euro zależy nie od Europejskiego Banku Centralnego czy Komisji Europejskiej ale od tego czy Grecja potrafi się wykaraskać z problemów fiskalnych czy też nie.

Rynek działa w sposób bardzo prosty. Jeśli obawia się, że rząd Grecji będzie miał trudności ze sfinansowaniem swojego zadłużenia, wyzbywa się obligacji rządu greckiego. Te tracą na wartości i wrasta koszt pożyczania kolejnych transz długu. W skrajnym przypadku inwestorzy mogą w ogóle zaprzestać kupowania greckiego długu, ze względu na obawy o to, że może on zostać niespłacony. Taki wariant w strefie euro wydawał się dotychczas bardzo mało prawdopodobny, ze względu na ukryte założenie, że Grecji pomogą inne państwa strefy euro.

Najlepiej byłoby gdyby Grecja sama wydostała się z tego problemu. Aby tak się stało musiałaby w sposób wiarygodny dla rynków finansowych rozpocząć przeprowadzenie programu reform. Problem Grecji jest jednak związany z wiarygodnością. Fakt, że w niedalekiej przeszłości fałszowane były statystyki gospodarcze przekazywane do Brukseli istotnie obniża wiarygodność jakichkolwiek działań. To, że robił to poprzednio inny rząd nie ma tu znaczenia. Po drugie greckie rządy znane są z populizmu i jak na razie obecnie proponowany program naprawczy nie jest na tyle radykalny jak na przykład program irlandzki. W sumie więc istnieje poważna obawa, że w perspektywie najbliższych tygodni rząd Grecji sam z siebie nie zdoła przekonać rynków. Tak więc zostaje albo pomoc krajów strefy euro albo też dalsze pogarszanie warunków finansowania greckiego długu z rykiem niewypłacalności kraju.

Ale oba rozwiązania są złe. Jeśli nikt nie pomoże Grecji, a sama nie zdobędzie zaufania rynków finansowych proponowanym programem reform, to niewykluczone jest, że w pewnym momencie grecki rząd nie będzie mógł sfinansować swoich zobowiązań i po prostu stanie się niewypłacalny. W takich sytuacjach z pomocą przychodzi zwykle Miedzynarodowy Fundusz Walutowy i pożycza zagrożonemu krajowi pieniądze warunkując przyznanie kolejnych transz realizacją uzgodnionego programu reform. Po to właśnie MFW został powołany. Większość krajów strefy euro nie byłaby zachwycona tego typu rozwiązaniem, bo świadczyłoby to o słabości struktur europejskich i sprowadzeniu kraju będącego członkiem strefy euro do poziomu emerging market. Byłoby to zresztą swego rodzaju podważenie wiarygodności całej strefy euro, gdyż oznaczałoby, że w ramach systemu euro nie zadziałaly mechanizmy które powinny nie dopuścić do tak radykalnego rozwiązania jak ratunek przez MFW. No i na koniec doprowadzenie do sytuacji w której niezbędna jest pomoc MFW pogorszyłaby wiarygodność innych krajów strefy euro borykających się z podobnymi problemami jak Grecja, czyli Hiszpanii, Portugalii i Irlandii.

Z kolei pomoc Grecji przez inne państwa strefy euro byłaby sygnałem dla innych przeżywających problemy krajów, że nie muszą aż tak bardzo troszczyć się o swe finanse, bo w przypadku trudności ktoś im pomoże. Aby  pomoc taka była skuteczna i nie zachęcała do nieodpowiedzialnej polityki, kraje strefy euro musiałby działać w sposób podobny do Funduszu Walutowego, czyli uzależnić kolejne transze pomocy od konkretnych działań reformatorskich. Będzie to jednak trudne, gdyż Grecy mają pełną świadomość tego, że pozostałym krajom strefy euro bardzo zależy na tym, aby Grecja w końcu to finansowanie otrzymała. Pomoc dla Grecji  oferowana przez inne kraje strefy euro będzie więc ze swej natury bardziej miękka niż w przypadku MFW. A jeśli Grecja będzie ociągała się z realizacją programu reform to tym bardzie podważona zostanie wiarygodność strefy euro.

W krajach strefy euro rośnie presja na ratowanie Grecji. Będzie to precedens, który wyznaczy tez ścieżkę działań w podobnych przypadkach w przyszłości. Jeśli kraje strefy euro nie będą w stanie wymusić na rządzie greckim zejścia z deficytem do 3% w 2012 roku to w gruncie rzeczy zostanie podważony jeden z filarów UE jakim jest Pakt Stabilności. Bo co to za pakt, który muszą przestrzegać tylko kraje które chcą do strefy euro wejść a już nie te które w strefie euro są.  

Dziś wiarygodność całej strefy euro zależy od sposobu rozwiązania problemu Grecji. Byłby to swego rodzaju paradoks gdyby się okazało, że po sukcesie jakim było działanie instytucji europejskich w okresie kryzysu, w szczególności Europejskiego Banku Centralnego, strefa euro nie poradziła sobie z czymś czego można było się spodziewać – czyli z kryzysem budżetowym. Przy tworzeniu strefy euro obawiano się właśnie tego typu przypadków i aby im zapobiegać stworzono Pakt Stabilności. Problem polega na tym, że teraz po raz pierwszy dopiero sprawdzimy czy ten Pakt naprawdę działa. 

2010-02-24 10:59
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Reformowanie gospodarki w drugiej dekadzie XXI jest zasadniczo inne niż transformacja polskiej gospodarki w latach 90-tych. Obecnie w znacznej mierze nasze problemy i wyzwania są podobne do tych z którymi borykały się (lub też wciąż borykają się) kraje rozwinięte. Głównym problemem jaki napotykają przywódcy państw w przeprowadzeniu niezbędnych reform jest obawa o utratę popularności. Skrajnym przykładem jest Grecja, która stała się symbolem kraju, w którym kolejne ekipy rządowe wolały nie podejmować trudnych decyzji aby przypadkiem nie utracić popularności. A teraz wraz z Irandią, Hiszpanią i Portugalią (w skrócie PIGS, od pierwszych liter nazw krajów) tworzą grupę państw o podwyższonym ryzyku. „PIGS” to symbol krajów, gdzie dominują zlecenia „sprzedaj”, w przeciwieństwie do utworzonego kilka  lat temu BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), synonimu czterech krajów gdzie dominują zlecenia „kupuj” – To swego rodzaju paradoks naszych czasów: „sprzedawaj” Hiszpanię, kupuj „Indie”.

Nie jest łatwo przekonać do reform. Niestety większość sukcesów reformatorskich zostało odniesionych w okresie kryzysów gospodarczych. Zaczynająć od reform Thatcher, które były odpowiedzią na utratę przez Wielką Brytanię dystansu do szybciej rozwijających się gospodarek Europy kontynentalnej, poprzez reformy irlandzkie będące odpowiedzią na głęboki kryzys fiskalny gospodarki. Z kolei Słowacja prześcignęła nas w reformach gospodarki po populistycznych rządach premiera Meciara, kiedy istniało zagrożenie, ze kraj ten nie wejdzie wraz pozostałą trójką do NATO i UE. Dla nas jednak ciekawszym przypadkiem są rządy Partii Pracy w Wielkiej Brytanii, która  pokonała konserwatystów w 1997 roku z hasłami odnowy. Do 1997 roku Partia Pracy kojarzyła się z poglądami socjalistycznymi i była w znacznej mierze uzależniona od związków zawodowych. Jednak od 1997 roku Partia Pracy kontynuowała de facto reformatorskie wysiłki rządów Thacher (w nowej medialnej oprawie) pod mniej radykalnymi hasłami niż czyniła to Żelazna Dama na początku lat 80-ych. Była skuteczna i popularna między innymi dlatego, że w sposób doskonały opanowała nowoczesne techniki medialne.

Dziś media są zupełnie inne niż 10, a tym bardziej 20 lat temu. Każda informacja rozprzestrzenia się natychmiastowo, a reakcja na nią jest równie szybka. Powszechny internet dostępny w komórkach, dwudziestocztergodzinna telewizja, bieżące komunikaty na dworcach, w metrze ... to już zupełnie inny świat. I co najważniejsze relatywnie tania i błyskawiczna możliwość sprawdzenia reakcji społeczeństwa na każdą propozycję. Te wszystkie czynniki powodują, że obecnie główną wagę w reformowaniu gospodarki ma komunikacja.

Odpowiedź na to co w Polsce należy zrobić aby gospodarka sprawnie funkcjonowała nie jest specjalnie trudnym zadaniem. O ile na początku lat 90-tych jako pierwsi musielismy wyznaczać drogę z gospodarki centralnie sterowanej do rynkowej o tyle teraz w obszarach takich jak emerytury, edukacja, pomoc społeczna, system podatkowy od lat istnieją gotowe bliskie optymalnym rozwiązania. Oczywiście nie jest tak, że nie ma tu żadnych dylematów, ale przy dziesiejszej wiedzy istnieje znacznie większa możliwość oceny i wybrania systemu dla nas optymalnego. Najtrudniej jest w ochronie zdrowia, gdzie poziom skomplikowania systemu i brak wzorców które można by określić mianem bliskich doskonałości powodują, że wybór docelowego optymalnego systemu dla Polski jest wciąż trudny.  Jednak w przypadku pozostałych obszarów decyzja o tym co trzeba zrobić jest relatywnie łatwa. Należy się zatem skupić nad tym „jak”. Dlatego też wysiłek powinien zostać skupiony na informowaniu społeczeństwa i przekonywaniu o potrzebie zmiany. Chodzi o to, żeby informacja była na tyle powszechna aby nie można było robić ludziom ”wody z mózgu” i tak jak w przypadku przyjęcia euro straszyć utratą suwerenności lub też zubożeniem społeczeństwa. Prosze zauważyć, że dziś z rzadka nawołuje się do powyżek podatków, czy większego deficytu. Lat temu 10 tego typu nawoływania zdarzały się znacznie częściej. Dziś świadomość tego, że za przywileje emerytalne ktoś inny musi zapłacić jest powszechna. Tak jeszcze nie było 10 lat temu. Naprawdę dziś kluczowym sposobem na przeprowadzenie reform jest bardzo szeroka informacja. Głównie medialna.

Premier, który zdecydował się nie kandydować na prezydenta ma czas i możliwości aby skupić się na tego typu zadaniach. A dla przypomnienia Partia Pracy rządzi już 13 rok. I jeśli przegra to z powodu kryzysu i zadłużenia gospodarki a nie wcześniejszych reform.

2010-02-17 12:10
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

W słynnym filmie „Wall Street” padają znamienne słowa „greed is good”. Chciwość jest dobra. Jak świat światem chciwość istniała, a na rynku finansowym jest jednym z istotnych czynników napędzających tysiące inwestorów do ciągłego poszukiwania zysku. Po ostatnim kryzysie przyszedł krotki moment opamiętania, gdyż uznano, że to między innymi chciwość powodowała, że inwestowano w coraz to nowe i bardziej ryzykowne instrumenty finansowe, zapominając o ryzyku. Ale już dzisiaj, ponad rok po upadku Lehman Brothers sytuacja na rynku finansowym wraca do normy, a wraz z normalnością wracają też stare przyzwyczajenia. W bankach amerykańskich które otrzymały pomoc rządową presja na szybki zysk była wymuszona chęcią szybkiej spłaty pomocy po to aby wymknąć się spod ograniczeń nałożonych przez amerykańską administrację. Chodziło między innymi o to, że ratowane banki musiałby zgodzić się na istotne ograniczenia związane między innymi z poziomem wypłat bonusów. W dość szybkim tempie takie banki jak Goldman Sachs czy JP Morgan spłaciły pomoc rządową zarabiając pieniądze w tzw. bankowości inwestycyjnej, czyli tej która wiąże się z większym poziomem ryzyka (dzięki temu w 2010 roku są w stanie wypłacać rekordowe bonusy dla swoich pracowników). Oczywiście bankowość inwestycyjna w 2009 była inna niż przed kryzysem, ale im więcej czasu upływa od 15 września 2008 tym bardziej te różnice maleją.

Trudno bowiem jest się oprzeć pokusie, aby pożyczone tanio pieniądze zainwestować w waluty krajów oferujących wyższe oprocentowanie. Tego typu strategia inwestycyjna nazywana carry trade, ma tę jedną wadę, że działa wyłącznie przy pozytywnym scenariuszu rozwoju sytuacji rynkowej . Czyli takim w którym waluty krajów o wyższym oprocentowaniu wzmacniają się lub też przynajmniej utrzymują stałą relację w stosunku do waluty w której pieniądze były pożyczane. Trudno jest też oprzeć się pokusie poszukiwania nowych instrumentów finansowych oferujących wyższe stopy zwrotu przy niższym poziomie ryzyka. Ale jak wiadomo w dłuższym okresie nie jest to możliwe, podobnie jak nie istnieje perpetum mobile. Ale dopóki rozwój wypadków będzie podążał we właściwą stronę (czyli apetyt na ryzyko będzie rósł) tak długo będą pojawiać się instrumenty, które będą stwarzały wrażenie oferujących wyższe stopy zwrotu przy niższym poziomie ryzyka. 

Obecnie trwa szeroka debata na świecie dotycząca tego w jaki sposób ograniczyć ryzyko powtórzenie się tego co przyczyniło się do największego kryzysu od Wielkiego Kryzysu lat 30-ych. Inny pomysł na nowe regulacje mają Amerykanie, inni Anglicy, a jeszcze inne pojawiają się na Starym Kontynencie. Jeśli wprowadzone zostaną inne regulacje w wymienionych wyżej obszarach nastąpi tzw. arbitraż regulacyjny , każdy będzie wybierał inne miejsce dla oferowanych przez siebie instrumentów. Przy tak globalnym rynku finansowym jak dziś różnorodność rozwiązań regulacyjnych skazana jest z góry na porażkę, gdyż zmiana miejsca z którego dany instrument miałby być oferowany jest tak szybka jak przysłowiowe kliknięcie myszką. Podobnie nieskuteczne będą wszelkie sposoby wprowadzenia ograniczeń na poziom bonusów wypłacanych w bankach. Wszelkie bowiem ograniczenia dotyczące wyłącznie sektora bankowego spowoduje, że znaczna część biznesu który generuje wypłaty wysokich premii zostanie przeniesiona do sektora parabankowego. Niewykluczone, że niedługo sektor instytucji pozabankowych takich jak hedge fundy czy fundusze private equity będą zarządzały kwotami większymi niż regulowane instytucje bankowe.

Chciwość była, jest i będzie. Inwestorzy nadal będą szukali maksymalnych stóp zwrotu. Rolą regulatorów jest wprowadzać takie reguły gry które zapewnią maksymalną przejrzystość procesu i pełną i prawdziwą wycenę ryzyka. Tak jak nie ma bezpłatnych obiadów tak nie ma bezpiecznych wysokooprocentowanych instrumentów. Nie ma łatwych zysków. W sumie powinniśmy o tym pamiętać my wszyscy którzy staramy się jak najlepiej zainwestować swoje oszczędności. Im bardziej oczekujemy wysokiego zysku tym bardziej jesteśmy sami sprawcami tego co się ostatnio stało. A chciwość była, jest i będzie. 

2010-02-10 09:55
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Kryzysy się zdarzają. Obecny kryzys nie będzie ostatnim. W uproszczeniu można powiedzieć, że kryzysy biorą się z tego, że na pewnym etapie rozwoju rynek dokonuje nagłej korekty swoich wcześniejszych ocen co do wartości jakiegoś aktywa. Innymi słowy nagle okazuje się, że wcześniejsze oceny były błędne i musiało nastąpić nagłe dostosowanie do właściwych poziomów. Najbardziej przemawiające do wyobraźni są okresy kiedy załamuje się rynek akcji. Załamanie rynku akcji następuje wtedy gdy większość inwestorów uznaje, że poziom cen jest stanowczo zbyt wysoki w stosunku do możliwych przyszłych zysków firm notowanych na danym parkiecie.

Tak więc fakt występowania kryzysów, czy też nagłych załamań na rynku, wynika że z tego że rynki się mylą. Są bowiem okresy w których rynek finansowy w sposób niewłaściwy ocenia sytuację (zwykle zbyt optymistycznie) i w momencie pojawienia się nieznanych wcześniej, lub też niewłaściwie interpretowanych, informacji następuje nagłe dostosowanie. Tak też było z obecnym kryzysem, kiedy większość uczestników rynku uznaławała że wzrost cen na amerykańskim rynku nieruchomości może być nadal kontynuowany i że papiery emitowane na podstawie wartości nieruchomości są bezpieczne i nie mogą istotnie stracić na wartości. Jak wiadomo okazało się, że rynek był przegrzany, sztucznie napędzany tanim pieniądzem i że taki stan nie mógł trwać wiecznie. Gdyby Greenspan wcześniej podwyższył stopy w USA skala kryzysu byłaby mniejsza. Ale tak się nie stało.

Od lutego mamy do czynnienia z hossą na rynku akcji. Polskie akcje od dołka w lutym 2009 wzrosły już o ponad 90%. W tym samym okresie czasu akcje największych amerykańskich spółek wzrosły o 60%. Można więc zadać sobie pytanie czy obecne wzrosty są odreagowaniem zbyt silnych spadków jakie nastąpiły od wybuchu kryzysu do lutego 2009 (spadek WIG o 70%, S&P o 60%) czy też jest to efekt optymizmu związanego z faktem, że dane z globalnej gospodarki wskazują na to, że świat wychodzi z kryzysu. Mam swoją teorię w tej sprawie. Uważam, że głębokość spadków jakie nastąpiły na rynkach finansowych w okresie kryzysu, a szczególnie po upadku Lehman Brothers, była nadmierna. Wynikała ona ze strachu, że recesja może być podobna do tej jaka miała miejsce w Wielkim Kryzysie lat 30-ych. Przyjmując, że recesja w Stanach skończyła się latem zeszłego roku, to w porównaniu z Wielkim Kryzysem lat 30-tych spadek dochodu stanowił jedną dziesiątą tego sprzed 80-ciu lat. Ale dopóki nie było sygnałów wskazujący na to, że obecna recesja będzie znacznie płytsza od tamtej, rynek wolał dmuchać na zimne i spychać indeksy, jak również kursy bardziej ryzykownych walut, w dół. Gdy pojawiły się sygnały, że są szanse na wyhamowanie złych tendencji w gospodarce rynek wpadł w eforię, gdyż uznał, że skala wcześniejszych spadków była przesadzona, i że najgorsze już za nami.

Do nie dawna jeszcze mówiło się, że chciwość i strach rządzą rynkiem. Ale ani strach ani euforia nie są dobrymi doradcami. Chciwość też nie jest dobrym doradcą. Dlatego właśnie upadł Lehman Brothers.  Uważam, że tak jak panika 2008 i pierwszego kwartału 2009 była przesadzona, tak obecna euforia jest trochę na wyrost. Kryzys się nie skończył, prześliśmy jedynie w jego inną fazę. Z kryzysu finansowego przeszliśmy płynnie w kryzys fiskalny. Jednocześnie wychodzenie z recesji nie będzie spokojne i liniowe. Wystarczy przypomnieć, że w pewnym momencie skończy się pompowanie pieniędzy podatników w gospodarkę, w wielku przypadkach podnieść podatki aby oddać pożyczone wcześniej pieniądze. Tak więc wzrost gospodarczy będzie dość niestabilny, niepewność do do tempa wychodzenia z recesji może nawet rosnąć, a nie maleć. W takim scenariuszu powinna czekać na porządna korekta na rynku finansowym. Na szczęści to tylko korekta a nie początek bessy. Tak przynajmniej uważam. Tak więc jak indeksy zaczną spadać lepiej byłoby nie wpadać panikę. Ale to czy będzie to korekta czy początek bessy będzie można ocenić dopiero po czasie...

 
2010-02-03 11:24
Polskie wpisy Komentarze (5)