29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

To nie jest łatwy rok dla polskiej gospodarki. Najpierw sroga zima, potem tragedia w Smoleńsku, chwilę później wybuch wulkanu, a teraz powódź. W tym samym czasie mamy do czynienia z apogeum drugiej fazy kryzysu, tym razem fiskalnego. Polska musi więc bronić się na kilku frontach jednocześnie. A nie jest to łatwe.

Trudno oszacować skutki finansowe powodzi, ale bez wątpienia suma opisanych powyżej wydarzeń przełoży się na nieco niższe tempo wzrostu PKB. Można bardzo wstępnie szacować, że wzrost gospodarczy z powodu wszystkich tych zjawisk może być o ok. 0.2 – 0.3 punktu procentowego niższy. Równocześnie w obliczu głębokiego kryzysu strefy euro i ryzyka zarażenia innych krajów południa Europy Polska musi udowadniać światu, że jej finanse publiczne są w nieporównywalnie lepszym stanie niż zagrożonych krajów PIGS.

W takim trudnym i zmiennym okresie w jakim obecnie jesteśmy zasadnicze pytanie dotyczy skuteczności władzy publicznej. Musi ona działać na kilku frontach na raz, nie może skupić się wyłącznie na rozwiązywaniu jednego problemu. Ważne aby działania te były przemyślane i systemowe a nie ad hoc. Stąd też tak istotne jest aby nie ulegać presji chwili i brać pod uwagę szerszy kontekst wydarzeń. Chodzi mi przede wszystkim o pomysły wprowadzenia autopoprawki budżetowej która, jak rozumiem intencje wnioskodawców, miałaby zwiększyć deficyt w celu pomocy dla terenów zalanych powodzią. Bez wątpienie pomoc jest potrzebna i to szybka, ale może być ona tylko taka jakie są możliwości finansowe państwa. Na szczęście w tym roku dochody budżetowe wraz z zyskiem z NBP będą wyższe niż wcześniejsze prognozy. Ale co najważniejsze w kontekście powodzi to aby brać pod uwagę przy wszystkich decyzjach kontekst międzynarodowy. Obecnie kolejne kraje przedkładają pakiety ograniczające wydatki państwa i podnoszące podatki po to aby obniżyć deficyty i zahamować narastanie długu publicznego. My nie możemy iść w drugą stronę. Jak dotychczas udało nam się udowodnić, że polski deficyt będzie malał, a dług nie wzrośnie ponad 55% w tym roku. Takie przekonanie musi zostać utrzymane.

Drugą kwestią są interwencje na rynku walutowym. Słaby złoty to efekt znanej zależności: inwestorzy wyprzedają swoje aktywa na rynkach wschodzących lokując je w bezpiecznych papierach skarbowych rządu USA czy też Niemiec. W zeszłym tygodniu w obliczu kolejnej fazy paniki na rynkach, która nastąpiła po tym jak rząd Niemiec z zaskoczenia i bez konsultacji z innymi krajami wprowadził zakaz krótkiej sprzedaży, polski rząd zdecydował się zainterweniować w obronie złotego. W czwartek, po tym jak w ciągu jednego dnia złoty osłabił się o 13 groszy, Bank Gospodarstwa Krajowego sprzedał posiadane euro umacniając w ten sposób polską walutę. Interwencja ta była skuteczna, złoty chwilę później umocnił się do poziomu 4.16 za euro a dziś kurs złotego jest w pobliżu 4.11 za euro. A jeszcze  9 kwietnia NBP interweniował w celu osłabienie złotego przy poziomie 3.85 za euro. Mam nadzieję, że polityka interwencji jest ściśle koordynowana pomiędzy NBP i Ministerstwem Finansów. Nie jest to do końca jasne, bo gdyby tak było to przecież NBP nie powinien sprzeciwiać się przedłużeniu linii kredytowej z MFW. W wyniku tych działań powstał korytarz interwencji: 3.85 – 4.20 który rynek finansowy będzie zapewne pewnego dnia chciał przetestować. Ważne aby żadne konkretne poziomy nie były bronione, aby interwencje były niespodziewane. I na koniec, mam nadzieję, że strategia interwencji jest głęboka przemyślana i dobrze przygotowana, bo jak zaczęło się grać z rynkiem finansowym to już łatwo nie da się skończyć.  

Władza publiczna musi być skuteczna i odpowiedzialna. Musi podejmować decyzje, które czasami są sprzeczne z presją chwili, ale są korzystne w dłuższym okresie. Tak moim zdaniem powinniśmy ocenić skuteczność państwa.         

2010-05-27 15:15
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Od momentu kiedy na dobre rozwinął się kryzys grecki euro zaczęło tracić na wartości w stosunku do dolara. Jeszcze w grudniu za jedno euro można było otrzymać 1.50 dolara, w kwietniu 1.30, a teraz już tylko 1.21. Co więcej, większość graczy na rynku finansowym obstawia dalsze osłabianie euro w kierunku 1.10 a nawet 1:1. Należałoby więc powiedzieć dlaczego tak się dzieje i co to oznacza dla Europy i dla nas.

Problem Europy nie polega na tym, że Grecja znalazła się w tarapatach. Problemem jest to, że wiele krajów Europy zwiększyło ponad miarę swe deficyty budżetowe, co spowodowało największy od drugiej wojny światowej przyrost zadłużenia. Obawa dotyczą przede wszystkim tego jak i czy poszczególne kraje Europy będą w stanie wyjść z tak wielkiego zadłużenia. W ostatnim tygodniu Hiszpania i Portugalia ogłosiły plany reform w celu szybkiego ograniczenia deficytu budżetowego. Hiszpania przedstawiała pakiet rozwiązań, które w przyszłym roku mają doprowadzić do obniżenia deficytu do poziomu 6%   z 11.2% w 2009 i 9.3% w 2010. Z kolei Portugalia planuje zejść z deficytem z 9.4% w 2009 i 7.3% w tym roku do 5.1% w przyszłym.  Reformy te zostały wymuszone poprzez presję rynków finansowych, które żądały coraz wyższej premii za obligacje tych krajów. Widać dziś, że Europa  wyciąga wnioski z kryzysu i stara się uniknąć scenariusza greckiego, w którym jedyną deską ratunku była pomoc międzynarodowa. Paradoksalnie jednak rynki finansowe zareagowały negatywnie na te pakiety reform obawiając w krótkim okresie pogłębienia recesji i tym samym kontynuacji problemów z zadłużeniem. W krótkim okresie rynki finansowe mogą mieć rację.  Ale w długim okresie moim zdaniem racji nie mają - akurat uzdrawianie finansów publicznych wraz z osłabianiem euro jest jedną z najprostszych dróg wyjścia z kryzysu w jakim znalazła się Europa. Słabsze euro to wzrost konkurencyjności europejskich produktów (co jest istotne szczególnie dla największego eksportera w Europie jakim są Niemcy), a głębokie reformy fiskalne to szansa na bezpieczny długofalowy wzrost.

Jest jednak jedno ale. Wzrost gospodarczy w Europie taki jak był przed kryzysem w wielu krajach nie wystarczy aby bez dodatkowych reform wyjść na stałe z wielkiego ciężaru długu. Europa w perspektywie najbliższych lat może rozwijać się w tempie 1-2%, co nie daje szans na obniżenie zadłużenia. Dług można bowiem obniżać poprzez wzrost gospodarczy w przypadku generowania nadwyżki budżetowej, a taka przy tak mizernym wzroście gospodarczym jest mało prawdopodobna. Do tego dochodzi efekt starzejącego się społeczeństwa, czyli perspektywa wzrostu wydatków państwa i to w całkiem nieodległej przyszłości. Innymi słowy same reformy fiskalne nie wystarczą. Potrzebne są tzw. reformy podażowe, które zwiększają zatrudnienie, aktywność gospodarczą, sprzyjają powstawaniu nowego popytu. Dla przykładu w Grecji bardziej otwarty ma być dostęp do wielu zawodów. W Niemczech już kilka lat temu nieco zliberalizowano reguły prowadzenia handlu. Ale reformy te muszą pójść dalej. Jeśli społeczeństwa Europy chcą wyjść z tej pułapki i zbliżyć się do tempa wzrostu rzędu 3 – 4% będą zmuszone do reformy państwa w kierunku modelu anglosaskiego. Czyli z otwartym i elastycznym rynkiem pracy, otwartym na pracowników z innych krajów z deregulowanym rynkiem produkcji. Bez takich reform Europę czeka wieloletnia stagnacja. W pewnym sensie podobna do tej z jaka miała miejsce przez prawie dwie dekady w Japonii.

Dopiero dziś widać, że dotychczasowy model nie jest w stanie sprostać obecnym wyzwaniom. To czy Europa będzie się upierać przy swym modelu - z którego politycy wielu krajów są wciąż dumni - czy też będzie w stanie reformować gospodarkę w stronę modelu anglosaskiego będzie kluczem do odpowiedzi o przyszłość Europy.

2010-05-21 12:11
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

5 maja 2010

Wydarzenia zeszłego tygodnia na stałe przejdą do historii gospodarczej świata. Mimo obietnicy udzielenia Grecji pomocy rynki finansowe uznały ją za bankruta. Same zapowiedzi nie wystarczyły aby rozwiać obawy o to czy państwo to w perspektywie najbliższych lat będzie w stanie wyjść ze spirali zadłużenia. Panika rynkowa doprowadziła do tego, że w zeszłą środę za obligacje dwuletnie inwestorzy żądali 18.7% w skali roku. Żaden rząd na świecie nie jest w stanie tak drogo finansować swojego długu. Co więcej, niewielu inwestorów dzisiaj byłoby skłonnych powierzyć Grecji pieniądze, nawet na tak wysoki procent. Istnieje bowiem obawa, że Grecja nie będzie w stanie spłacić swego zadłużenia. A jedną z najbardziej prawdopodobnych opcji jest obecnie restrukturyzacja greckiego długu - czyli zmiana jego wyceny.  Dziś spekuluje się, że 1 euro greckiego długu warte będzie 30 - 50 eurocentów. Wiele wskazuje na to, że świat wyciągnął lekcje z upadku Lehman Brothers w 2008 i wcześniej Argentyny w 2001 roku. Sytuacja w obu przypadkach miała jedną cechę wspólną - była nią utrata płynności. To samo dotkęło teraz Grecję. Do 19 maja Grecja musi znaleźć 9 mld euro aby spłacić zapadający w tym dniu dług. Jedynym możliwym źródłem finansowania są dzisiaj Międzynarodowy Fundusz Walutowy i kraje Unii Europejskiej. Jak wiadomo niemieckie społeczeństwo, które przeżywa najgłębszą od zakończenia II Wojny Światowej recesję, nie ma zbyt wielkiej ochoty wesprzeć państwo z południa prawie dziewięcioma miliardami euro jakie przypadło im w ramach pomocy. Jest jednak klika powodów dla których pomoc Grecji leży w interesie Niemców.

Po pierwsze używają oni tej samej waluty co Grecja. Erozja strefy euro nie leży w interesie kraju takiego jak Niemcy, dla których stabilna waluta była jednym z czynników sukcesu gospodarczego. Po drugie jeśli Grecja przestanie obsługiwać swój dług, to rynki finansowe podobnie jak Grecję potraktują koleje kraje grupy PIGS, w szczególności Portugalię i Hiszpanię. O ile sytuacja Hiszpanii wydaje się lepsza niż Grecji, to w panice jaka nastąpiłaby po oficjalnym ogłoszeniu niewypłacalności Aten prawdopodobnie czekałaby nas również ucieczka od hiszpańskiego długu. Główny problem z Hiszpanią wynika z jej skali. O ile na dzisiaj pomoc dla Grecji na najbliższe trzy lata szacuje się na 110 miliardów euro, o tyle dla Hiszpanii musielibyśmy mówić o nieporównywalnie większych kwotach. Dla porównania, w tym roku potrzeby pożyczkowe Grecji wynoszą 52 miliardy euro podczas gdy Hiszpanii 200 miliardów!!! Perspektywa efektu domino spędza sen z powiek zarówno inwestorom jak i przywódcom państw europejskich. Dlatego Niemcy musiały pomóc.

To że Grecja otrzymała pomoc nie oznacza że jej problem został rozwiązany. Uda się prawdopodobnie zapobiec panice, ale główne wyzwania są dopiero przed nią. Będzie musiała zdecydować się na reformy, dzięki którym w najbliższych trzech latach uniezależni się od pomocy zewnętrznej i zmniejszy skalę zadłużenia państwa. Przez to, że rynek finansowy doprowadził de facto do bankructwa tego kraju, rząd grecki został zmuszony do przyjęcia warunków, o których jeszcze kilka tygodni temu w ogóle nie chciał słyszeć (podwyżka wieku emerytalnego, likwidacja 13 i 14 pensji, wypłat świątecznych itp).

To czy uda się Grekom wyjść z tego błędnego koła zależy od nich samych. Paradoksalnie sytuacja Grecji jest o tyle trudniejsza od naszej 1989 roku, że są oni przekonani, iż pomoc musi nadejść. My musieliśmy udowodnić światu, że jesteśmy w stanie poradzić sobie sami.

2010-05-17 15:57
Polskie wpisy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

Wspólna waluta znalazła się na bardzo ostrym zakręcie. Można ją śmiało wyprowadzić na prostą, pod warunkiem, że politycy strefy euro zgodzą się co do diagnozy i podstawowych środków zaradczych. Obecny kryzys może być dla strefy euro ozdrowieńczy, lub też okazać się początkiem jej erozji. W skrócie wspólna waluta powinna mieć jak najwięcej cech marki niemieckiej, a jak najmniej drahmy czy lira. Powinna być to waluta stabilna i silna, oparta na silnych fundamentach gospodarczych, w tym przede wszystkim niskiej inflacji oraz na konserwatywnej polityce fiskalnej. I teraz trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie na ile zaproponowane w weekend przez przywódców europejskich działania rozwiązują ten problem.  

Bez wątpienia główny cel został osiągnięty. Poniedziałek rozpoczął się od wzrostów indeksów, spadku rentowności obligacji, umacniania euro i walut wschodzących, w tym przede wszystkim złotego. Kolejne dni przyniosły uspokojenie, a groziła nam zapaść na rynku finansowym w skali podobnej jaka miała miejsce po upadku Lehman Brothers. Należy pamiętać jednak, że reakcja rynków była głownie spowodowana działaniem Europejskiego Banku Centralnego, który ogłosił, że będzie skupował obligacje zagrożonych krajów. Skutkiem tych działań była bardzo silna reakcja rynku. Greckie rentowności spadły od kliku do kilkunastu procent, ale wciąż są najwyższe w strefie euro, powyżej poziomu polskiego. Pozostałe działania EBC przywróciły pewność na rynkach, że płynność dla sektora bankowego będzie zapewniona. Były to działania, które zostały wypracowane po upadku Lehman Brothers i miały na celu uspokojenie nastrojów na rynkach światowych. Świat się bowiem przestraszył, że grozi nam po raz kolejny zamrożenie rynku finansowego i kolejne uderzenie recesji.

Z kolei europejski mechanizm stabilizacyjny ma na celu zapewnienie, że są przygotowane pieniądze aby pomóc krajom większym niż Grecja. Ewentualna pomoc na poziomie 750 mld euro poprzez pożyczki i gwarancje wraz MFW to sposób na przekonanie rynków finansowych, że nawet w przypadku problemów z płynnością takich wielkich gospodarek jak Hiszpania czy Włochy rządy krajów europejskich wraz MFW będą w stanie szybko wspomóc je w potrzebie. Ewidentnie chciano w ten sposób zatrzeć negatywne wrażenie, jakie powstało po ponad dwumiesięcznych sporach o sposób pomocy dla Grecji. Teraz podjęcie znacznie poważniejszych decyzji zajęło weekend. Działania te uspokoiły rynek finansowy, ale nie rozwiązały żadnego długofalowego problemu strefy euro.

Zauważmy, że działania te nie odpowiadają na podstawowe pytanie jak zapewnić, aby euro było stabilną walutą. Udało się bowiem ustalić mechanizm ratowania euro z opresji, ale nie ustalono zasad jak w przyszłości uniknąć takich sytuacji jak miało to miejsce w Grecji. O ile stabilność cen gwarantuje niezależny EBC, o tyle wciąż brakuje mechanizmu stabilizacji fiskalnej i konsekwencji jej nieprzestrzegania. W tym przypadku kluczowe będzie dogadania się Niemiec z Francją, które w przeszłości już toczyły spór o reguły fiskalne w strefie euro. Po pierwsze muszą być wprowadzone bardzo restrykcyjne zasady zmuszające poszczególne kraje strefy euro do przestrzegania reguł fiskalnych. Po drugie muszą być też wprowadzane sankcje, aż po wykluczenie ze strefy euro kraju notorycznie nieprzestrzegającego przyjętych zasad. Nie sądzę też aby w takich wypadkach miał sens konsensus, bo przecież wykluczany kraj będzie raczej ostatnim który będzie chciał się na to zgodzić. Obecny kryzys pokazał, jak rozluźnianie reguł gry prowadzi w konsekwencji do kryzysu całej strefy. Bo niestety zły przykład dały swego czasu Francja i Niemcy przekraczając uzgodnione poziomy deficytu. Mogły być wtedy przekonane, że to nic groźnego, bo przecież są odpowiedzialne i do nadmiernego zadłużenia nie dopuszczą. I nie dopuściły … tyle że nadmierne zadłużenie wybuchło na tzw. śródziemnomorskich peryferiach Europy i uderzyło rykoszetem we wszystkie kraje Europy. 

 
To czy kraje euro będą w stanie zbliżyć euro do standardów marki niemieckiej jest kluczowe również dla nas. Do klubu państw z silną i stabilną walutą powinniśmy starać się wejść jak najszybciej. Jeśli euro będzie erodowało, to prędzej czy później Niemcy wrócą do DM. Warianty erozji nie leży w interesie Europy. Mam nadzieje, że na właściwe działania nie będziemy musieli długo czekać.
2010-05-14 09:21
Polskie wpisy Komentarze (3)