29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Obecna Rada miała trochę szczęścia. Została powołana w okresie niskiej inflacji i umiarkowanej stabilności na rynkach finansowych. Na początku RPP była krytykowana za zamieszanie komunikacyjne, które dezorientowało uczestników rynku finansowego. Na szczęście w owym czasie prawdopodobieństwo zmian parametrów polityki monetarnej było niskie, więc problemy komunikacyjne nie wpływały na zmienność wartości instrumentów finansowych. W drugim kwartale zeszłego roku interwencje walutowe banku centralnego i ministerstwa finansów stworzyły wrażenie, że powstał korytarz w ramach którego władze polskie chciałyby widzieć złotego. Przypomnę, że chodziło wtedy o przedział 3.85 – 4.20 wobec euro. Przy takich właśnie wartościach interweniował NBP złotego osłabiając i ministerstwo finansów złotego broniąc. Na szczęście zarówno sytuacja na rynku jak i zmiana strategii kursowej doprowadziły do tego, że rynek o tym przedziale zapomniał.

Zamieszanie w komunikacji Rady nie miało w moim przekonaniu większego wpływu na zachowanie rynku. Aż do tego roku, kiedy to mniej więcej od początku stycznia nagle nastąpiło uspójnienie przekazu RPP. W efekcie przed ostatnią decyzją rynek w pełni wyceniał już styczniową podwyżkę. Wygląda na to, że Rada uzgodniła też swój stosunek do złotego, uznając, że jego umocnienie może być w krótkim okresie najbardziej skuteczną bronią antyinflacyjną. 

Dobra strategia komunikacyjna przed i po posiedzeniu daje dość czytelny obraz zamierzeń RPP. Po pierwsze widać, że celem Rady jest głównie oddziaływanie na oczekiwania inflacyjne, a nie na znaczne zaostrzenie kosztów udzielania kredytów. Po drugie Rada nie ma nic przeciwko dalszemu umacnianiu złotego. I po trzecie wreszcie stara się działać wyprzedzająco mając pełną świadomość, że główny silnik gospodarki jaki jest popyt wewnętrzny wciąż nie jest w pełnej swej mocy. Jeśli tylko moja interpretacja RPP jest właściwa, to uważam że jest to moment w którym należy jej pogratulować.

Przede wszystkim tego, że RPP nie bała się wyjść przed szereg i podnieść stopy procentowe zanim się na to zdecyduje ECB. Na pewno było jej łatwiej niż bankowi Szwecji czy Norwegii które już wcześniej podnosiły koszty kredytu w swoich krajach, nie wspominając o banku Chin i innych bankach centralnych, które wciąż nie są uważana za najważniejsze na świecie. Niektórzy mogą zarzucać Radzie, że reaguje dopiero na rosnącą inflację i to jest głównym powodem jej reakcji. Na pewno tak, ale dopóki nie ruszą inwestycje prywatne trudno jest podwyższać stopy procentowe wyprzedzająco, nie mając pewności czy gospodarka weszła w fazę trwałego ożywienia. Inni z kolei zarzucać będą RPP, że reaguje na wzrost cen surowców i żywności, na które to parametry polskie władze monetarne mają ograniczony wpływ. To prawda, mają jednak wpływ poprzez kurs walutowy, a także muszą reagować po to aby ograniczyć wzrost oczekiwań inflacyjnych. W Polsce przy rosnącej gospodarce z całkiem przyzwoitą dynamiką konsumpcji i wysokim wykorzystaniem mocy produkcyjnych podejmowanie decyzji o podwyżce stóp jest znacznie łatwiejsze niż np. w Anglii, gdzie z jednej strony inflacja jest wyższa niż u nas a gospodarka jest w nieporównywalnie gorszej sytuacji. Na koniec pogratulowałbym Radzie dobrej komunikacji.

Nie spodziewam się zbyt wielu podwyżek stóp procentowych w najbliższym czasie. Czekaja nas raczej jedna lub dwie podwyżki a potem przerwa. Chyba że ruszą nagle inwestycje i pojawią się sygnały świadczące o narastających napięciach na rynku pracy. Ale jeśli tak się nie stanie, to nie ma powodów aby zbytnio podwyższać koszt kredytu działając w tak wysokiej niepewności z jaką mamy do czynienia obecnie. Mam na myśli nie tylko trwałość polskiego wzrostu gospodarczego ale przede wszystkim niepewność co stanu strefy euro.
Polsce potrzebny jest też sensowny sposób odróżnienia się od tego co się dzieje w peryferyjnych krajach strefy euro ale również i niektórych rozgrzanych gospodarkach rynków wschodzących. Ostatni ruch jest posunięciem który właśnie tego dokonuje. Tak trzymać.
2011-01-26 16:31
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Nowy rok to zawsze nowe otwarcie na rynku finansowym. 31 grudnia każdego roku pryskają zmartwienia i problemy większości pracowników sektora finansowego. To cię udało jest już obiektywnym sukcesem a tego co się nie udało już i tak naprawić się nie da. Straty zostały poniesione a zyski podzielone. Nowy rok to zwykle nowe strategie inwestycyjne. W tak niepewnej rzeczywistości jak obecnie strategie te co kilka miesięcy, lub może nawet częściej, są zmieniane. Początek tego roku przyniósł nam najpierw umocnienie a chwilę później osłabienie dolara wobec euro. Po panice grudniowej w końcu osłabił się trochę frank szwajcarski w stosunku do wspólnej waluty.

W takich czasach kiedy rośnie optymizm, zyskują waluty krajów rozwijających się, uważanych za w miarę bezpieczne. Celowo użyłem przymiotnika „w miarę bezpieczne”. Węgier na przykład do „w miarę bezpiecznych” już zaliczyć nie można. Polskę można. Nie można jednak zapominać, że żaden kraj uznawany za rynek wschodzący nie ma szans być postrzeganym jako w pełni bezpieczny.

Dwa pierwsze tygodnie stycznia należały do złotego. Przede wszystkim dlatego, że napływ kapitału na rynki wschodzące, które są dziś źródłem wzrostu gospodarczego na świecie, jest znaczny. Po drugie dlatego, że silne osłabienie złotego w grudniu - na bazie obaw o stabilność strefy euro - wymagało korekty. I wreszcie po trzecie złoty dostaje ostatnio silne wsparcie z Narodowego Banku Polskiego. Ten ostatni czynnik jest tym co nas wyróżnia spośród innych walut w naszym regionie. Kilka zapowiedzi członków RPP o nieuchronności podwyżek stóp procentowych w najbliższym czasie oraz komentarze wskazujące na akceptację dalszego umocnienia złotego są bardzo silnym argumentem za tym aby złotego kupować. W przeszłości bowiem z Banku Centralnego płynęły raczej słowa obawy przed zbyt szybką i nadmierną aprecjację złotego. 9 kwietnia zeszłego roku NBP nawet przeprowadził operację osłabiającą polską walutę przy poziomie 3.84 do EUR. Dzisiaj jednak inflacja zaczyna być w Polsce (i nie tylko) poważnym problemem. W ostatni czwartek J.C. Trichet nie wykluczył podwyżek stóp procentowych w najbliższym czasie. Była to reakcja na wzrost inflacji w strefie euro do poziomu 2.2% w grudniu, co poziom przewyższającym cel inflacyjny ECB. Jeśli dodać do tego rosnące ceny żywności i surowców na świecie nie ma się co dziwić, że inflacja staje się poważnym problemem roku 2011 i zapewne też lat kolejnych. Dla przypomnienia tylko w zeszłym tygodniu cena ropy naftowej przekroczyła 100 dolarów za baryłkę.

Można zadać sobie pytanie dlaczego RPP dziś nie obawia się tak bardzo umocnienia złotego jak obawiała się jeszcze kilka miesięcy temu. Uznaje zapewne, że przy rosnących cenach surowców, których cena ma charakter globalny, najlepszym neutralizatorem jest kurs walutowy. Drugim czynnikiem zapewne jest świadomość wyjątkowej niestabilności na rynkach finansowych. Kilkutygodniowe umacnianie złotego może być szybko odwrócone przez wzrost awersji do ryzyka spowodowanej np. wzrostem niepewności w strefie euro. Ograniczona jest więc obawa, że złoty może się nadmiernie aprecjonować w dłuższym okresie. W sumie przy tak napiętej sytuacji na rynkach finansowych większym ryzykiem jest nagła głęboka deprecjacja waluty, zarówno z powodów inflacyjnych jak i fiskalnych, niż jej nadmierne umocnienie.

Z tej krótkiej analizy wynika, że w żadnym wypadku nie można na podstawie pierwszych dwóch tygodni stycznia wysnuwać prognoz walutowych w dłuższej perspektywie. Co więcej obecny trend na rynku walutowym ma charakter relatywnego wyboru – tego co w krótkim okresie wygląda najatrakcyjniej i gdzie najwięcej czynników przemawia za dalszym umocnieniem. Rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych w Polsce wydaje się nieuchronne, pytanie tylko o skalę i czas. Nie spodziewam się aby RPP chciała znacznie podwyższyć stopy procentowe, jej działania będą raczej miały na celu wpłynięcie na oczekiwania inflacyjne i oddziaływanie na inflację poprzez kurs.

To co zrobi RPP w najbliższym czasie jest ważne, ale w dłuższym okresie znacznie ważniejsze dla przebiegu kursów walutowych będzie miał globalny nastrój i skłonność do ryzyka. A tutaj spodziewałbym się raczej rollo coastera niż jakiejkolwiek funkcji liniowej. Nastawmy się na dużą zmienność w 2011 .

2011-01-19 15:53
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Przyjęło się sądzić, że przekroczenie drugiego progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych oznacza katastrofę. Zarówno gospodarczą jak i polityczną. Jednak jak się dokładnie przyjrzymy zapisom ustawy to okazuje się, że opisane tam kroki nie są ani straszne, ani też równoznaczne z samobójstwem politycznym.

Ustawa mówi o tym, że po przekroczeniu progu 55% do PKB saldo budżetu dwa lata później musi być dodatnie albo przynajmniej zerowe. Daje jednak też drugą możliwość, gdzie deficyt byłby na takim poziomie aby dług publiczny był niższy od wartości uzyskanej w momencie przekroczenia progu. Ten drugi warunek łatwiej jest spełnić, gdyż oprócz tempa wzrostu gospodarczego relację długu do PKB można obniżyć wpływami z prywatyzacji, oraz kursem złotego. Na realizację zapisów ustawy rząd ma de facto dwa lata, gdyż formalne ogłoszenie przekroczenia limitu następuje w kolejnym roku, a działania które muszą być podjęte jeszcze w następnym. Oczywiście skala wyzwań zależy od poziomu deficytu od którego trzeba dokonywać redukcji. Czym innym jest obniżenie deficytu budżetowego z 8% PKB w dwa lata a czym innym z 4% PKB. Niemniej pamiętać trzeba, że jest to proces rozłożony w czasie, w którym niebagatelne znaczenie mają przychody z prywatyzacji. Redukcja deficytu rzędu 2-3% PKB z pomocą prywatyzacji nie jest na pewno misją samobójczą. 

Drugi zapis ustawy mówi o tym, że po przekroczeniu limitu 55% nie przewiduje się wzrostu wynagrodzeń państwowej sfery budżetowej. Po wprowadzeniu reguły wydatkowej, a także przy wprowadzanych przez rząd ograniczeniach wzrostu płac w sferze budżetowej, zapis ten nie robi chyba dzisiaj na nikim żadnego wrażenia. Co więcej, parlament ostatnio przyjął nawet ustawę zmniejszającą zatrudnienie w państwowych jednostkach sfery budżetowej o 10%! W stosunku do procedur sanacyjnych z ustawy o finansach publicznych obecne propozycje są znaczne bardziej radykalne.

Trzeci zapis mówi o cenowej waloryzacji rent i emerytur. Taka waloryzacja wprowadzana jest zawsze przy jakichkolwiek problemach budżetowych. Funkcjonowała też w przeszłości. Nie należy w żadnym wypadku do rozwiązań, które można uznać za radykalne.

Ostatnie zapisy mówią o tym, że zamrażane są wydatki we wszelkich urzędach państwowych takich jak Kancelaria Sejmu, Senatu, Prezydenta, czy Sądu Najwyższego czy IPN. W sumie, trudno o coś bardziej społecznie akceptowalnego. Kolejny zapis to wprowadzenie zakazu udzielania kredytów i pożyczek z budżetu państwa. Ostatni natomiast wprowadza ograniczenie dla samorządów, nakazując im de facto prowadzić zrównoważoną gospodarkę finansową, bez deficytu.

Jakby na to nie patrzeć proponowane w ustawie sanacyjne działania wyglądają wręcz blado na tle rozwiązań przyjmowanych w Grecji, Irlandii czy nawet Hiszpanii. W Polsce przecież nikt nie mówi o obniżaniu pensji, czy też drastycznych podwyżkach czesnego, jak ma to miejsce np. w Wielkiej Brytanii. Chcąc obniżyć relacje długu do PKB potrzebne będą prawdopodobnie też inne działania, jak choćby podwyżka wieku emerytalnego czy też ściślejsza kontrola zasiłków chorobowych i rent inwalidzkich. Jakby na to nie patrzeć działania te przydadzą się Polsce zwiększając nasz potencjał wzrostu gospodarczego, zarówno poprzez zwiększenie aktywności zawodowej jaki i obniżenie relacji wydatków państwa do PKB. Wywarłyby też dodatkową presję na prywatyzację w Polsce, która jest nam głównie potrzebna nie ze względu na potrzeby budżetowe ale przede wszystkim po to aby zmniejszyć udział przedsiębiorstw znajdujących się pod kontrolą państwa i uzyskać dzięki temu większą efektywność.

Bez względu czy z całą składką do OFE czy też ze zmniejszoną, dług publiczny w 2011 może przekroczyć 55% PKB. To czy tak będzie czy też nie w niewielkim stopniu zależy od nas. Jeśli przez Europę przetoczy się drugi kryzys taki jak po upadku Lehman Brothers, tym razem wywołany paniką związaną np. z niewypłacalnością Hiszpanii, osłabienie złotego może być na tyle duże, że progi ostrożnościowe pękną. Nie byłoby to jednak aż tak straszne dla polityków. Po pierwsze dlatego, że będzie to wiadomo dopiero po wyborach. A po drugie takie działania najlepiej przeprowadzać jest na początku kadencji, będąc zmuszonym przez ustawy. A po trzecie byłoby to dobre dla Polski.

2011-01-12 15:17
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

W sylwestrowym wydaniu DGP przedstawione zostały prognozy Rady Monitorującej. Rozbieżność prognoz jest dość spora co jest odzwierciedleniem skali niepewności z jaką obecnie mamy do czynienia. W prognozie tej znalazły się również moje prognozy na 2011. W niniejszym tekście postaram się je nieco bardziej rozwinąć i uzasadnić.
Najważniejszym parametrem dla ekonomisty jest wartość PKB. Końcowy wynik zależy od wielu czynników zarówno krajowych jak i zewnętrznych. Według dzisiejszej wiedzy oceniam, że największa niepewność dotyczy przyszłej dynamiki inwestycji prywatnych. Ostatnie kilka kwartałów w polskiej gospodarce to okres odbudowy zapasów po kryzysie, rosnącej produkcji przemysłowej na eksport i co za tym idzie rosnącego wykorzystania mocy produkcyjnych. W wyniku kryzysu gospodarczego w roku 2009 nastąpił spadek wykorzystania mocy produkcyjnych o ponad 10 pp. Od niespełna roku zaległości te są nadrabiane, obecnie poziom wykorzystania mocy produkcyjnych zbliża się do wartości przedkryzysowych. Przy wykorzystaniu mocy produkcyjnych na poziomie ok 80% przedsiębiorstwa w okresie ostatniej prosperity inwestowały w dynamice kilkunastoprocentowej. Wtedy jednak, jak się wówczas wydawało, perspektywy na najbliższe lata były optymistyczne (chwilę później okazało się że optymizm był ostro na wyrost). Dzisiaj jest inaczej. Perspektywy na najbliższe lata są obarczone olbrzymią niepewnością i przedsiębiorcy, szczególnie ci więksi, wstrzymują się inwestycjami. O ile małe i średnie przedsiębiorstwa zostały już zmuszone do inwestowania o tyle duże projekty inwestycyjne są odkładane. Dynamika procesu wskazywałaby na to, że już na początku 2011 te duże projekty inwestycyjne zostaną uruchomione. Żadnej pewności mieć jednak nie można, gdyż z każdym tygodniem narasta ryzyko poważnym turbulencji w strefie euro. W przypadku ogłoszenia niewypłacalności np. przez Hiszpanię istnieje poważne ryzyko, że kryzys fiskalny w strefie euro przerodzi się w panikę rynkową nie tylko w Europie ale i na całym świecie.  
Przyjmując założenie, że drugi kryzys w skali upadku Lehman Brothers nam nie grozi, przedsiębiorstwa powinny w roku 2011 uzyskać dodatnią dynamikę inwestycji, co z kolei przełożyłoby się na wzrost zatrudnienia i nieco wyższą konsumpcję niż w 2010. Taki scenariusz oznaczałby powolny wzrost płac w całej gospodarce, stąd moja prognoza wzrostu płac na poziomie ok 5%. Dużą zagadką w tym nowy roku będzie efekt otwarcia niemieckiego rynku pracy dla Polaków. W Polsce nie ma dziś takiej nadwyżki siły roboczej z jaką mieliśmy do czynienia w 2004 po wstąpieniu do UE, a Wschodnie landy Niemiec do których jest nam najbliżej maja się znacznie gorzej niż Londyn. Skala emigracji zarobkowej nie będzie więc aż tak duża jak wtedy. Z drugiej strony różnice w płacach są na tyle istotne, że będą przyciągały Polaków do wyjazdów. Co więcej fizyczna bliskość niemieckiego rynku pracy zachęcać będzie nie tyle do emigracji, co do dojeżdżania do pracy. W praktyce wiąże się to ze znacznie mniejszymi kosztami transakcyjnymi niż w przypadku latania tanimi liniami do Wielkiej Brytanii czy Irlandii.
Suma tych czynników, czyli wzrost inwestycji, poprawa na rynku pracy plus efekt otwarcia rynku niemieckiego to silne argumenty za podwyżkami stóp procentowych. Dlatego też oczekiwałbym, że stopy procentowe w tym roku pójdą w górę. Trudno oczywiście przewidywać o ile, ale przy nakreślonej przeze mnie ścieżce rozwoju gospodarki w tym roku, spodziewałbym się podwyżek stóp procentowych o ok 50 punktów procentowych.
Kursy walutowe i giełda należą do największych zagadek 2011. Gospodarka światowa powinna rozwijać się w tempie powyżej 4%, recesja w najbliższym czasie ani w Europie ani w USA grozić nie powinna. Ale cały czas żyjemy w okresie wyjątkowej niepewności i ryzyka kryzysu fiskalnego, który może przerodzić się w finansowy. Za każdym razem, kiedy taki scenariusz będzie wydawał się bardziej realistyczny osłabiać się będą waluty krajów wschodzących, w tym złoty, spadać też będą ceny akcji na giełdach. W wariancie bazowym, w którym przechodzimy rok 2011 z turbulencjami ale bez kryzysu na koniec roku złoty jest silniejszy niż dzisiaj wobec euro, a indeks na GPW znajduje się powyżej dzisiejszych notowań. W międzyczasie czeka nas jednak olbrzymia zmienność i nerwowość na rynkach. Na 2011 trzeba się więc uzbroić w silne nerwy i zapasy gotówki.
2011-01-09 21:47
Polskie wpisy Komentarze (1)