29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Przepis na Budapeszt nie należy do najtrudniejszych. Wlewamy dwie szklanki populizmu, dodajemy dwie duże chochle nacjonalizmu i kilka łyżek interwencjonizmu państwowego. Aby złamać smak dorzucamy szczyptę rynkowego liberalizmu i wszystko to posypujemy nowoczesną oprawą medialną. Aby ten cały ten zestaw miał właściwe działanie niezbędne jest szybkie doprowadzenie potrawy do wrzenia. Im dłużej będzie w stu stopniach tym dłużej zachowa swój wyjątkowy smak.

Aby zrozumieć dzisiejsze problemy Węgier trzeba się cofnąć o 20 lat. W momencie kiedy Polska zmuszona jest przeprowadzać radykalne reformy aby odbić się od dna węgierska gospodarka ma się znacznie lepiej i decyduje się na wariant reform gradualnych. Mają mocny argument, wydaje się, że gulaszowy komunizm w porównaniu z siermiężnym polskim działa. Polska zaczyna swoją drogę do gospodarki rynkowej jako kraj znacznie uboższy, bardziej zamknięty, formalnie zbankrutowany, z brakiem jakichkolwiek perspektyw na inwestycje zagraniczne.

W relacji do średniej unijnej polski dochód na głowę mieszkańca według parytetu siły nabywczej wynosi ok 40 procent, podczas gdy węgierski 50 procent. Na początku transformacji Polska ma problemy z przyciągnięciem inwestycji zagranicznych, one płyną na Węgry i do Czechosłowacji. W owym czasie Węgry mają wszelkie powody aby wierzyć, że Budapeszt stanie się niedługo Wiedniem. Sprawy potoczyły się jednak inaczej, dziś Polska i Węgry mają ten sam poziom PKB na głowę mieszkańca w relacji do średniej UE według siły nabywczej i wynosi on 62 proc. Co takiego się stało, że Węgry przez cały okres transformacji rozwijały się dwa razy wolniej niż Polska? Jak porównamy Polskę i Czechy widać, że dystans co prawda też maleje, ale nie w takim tempie jak wobec Węgier. Bliższa analiza daje dość jednoznaczną odpowiedź – winę za tak powolny rozwój gospodarczy ponoszą węgierscy politycy.

Dobry początek w latach 90-ych dzięki liberalizacji, głębokiej prywatyzacji i otwarciu na gospodarkę rynkową dał Węgrom miano lidera przemian. Jednak już w po kilku latach zaczęły narastać nierównowagi, rósł deficyt na rachunku obrotów bieżących, wzrastał deficyt budżetowego i dług, a w konsekwencji zmniejszał się napływ inwestycji zagranicznych. Przed pogłębieniem się kryzysu uratował Węgry w 1995 roku Lajos Bokros wprowadzając dewaluację forinta, ograniczając wzrost płac w sektorze publicznym, przyspieszając prywatyzację, ograniczając część świadczeń społecznych, wprowadzając opłaty za studia oraz część świadczeń medycznych i podwyższając wiek emerytalny. Działania te do popularnych nie należały, ale uchroniły Węgry przed zapaścią. Co ciekawe zostały przeprowadzone w okresie rządów socjalistów.

W 1998 rząd konserwatysty Orbana wycofał się z części reform. W początkowej fazie swych rządów nie był jeszcze skrajnie populistyczny. Jednak w drugiej części kadencji starał się zdobyć popularność zwiększając płace w sektorze publicznym o 50 procent, zwiększając wydatki publiczne (w tym na autostrady i stadiony(sic!)) doprowadzając do olbrzymiego wzrostu deficytu budżetowego i długu. W konsekwencji działania te wymusiły podwyżki podatków i doprowadziły do utraty konkurencyjności węgierską gospodarkę. Do tego jeszcze w kampanii w 2002 roku zarówno tzw. konserwatyści Orbana jak i socjaliści Medgyessy’ego przerzucali się obietnicami wyborczymi. Co gorsza socjaliści po wygraniu wyborów zaczęli wprowadzać je w życie (choćby takie jak słynne trzynaste i czternaste emerytury). Wtedy też nastąpił kolejny etap wzrostu relacji wydatków państwa do PKB i poziomu zadłużenia kraju. Efektem tego są jedne z najwyższych w Europie obciążenia pracy.

Po słynnych protestach ulicznych po tym jak socjalistyczny premier Gyurcsány przyznał się do tego, że okłamywał swoich rodaków, powrócił do władzy Wiktor Orban. Zamiast jednak reformować, nałożył podatki na banki, zagraniczne firmy telekomunikacyjne i handel, zamroził poziom kursy wymiany franka wobec forinta zmuszając banki do poniesienia strat, znacjonalizował prywatne fundusze emerytalne. Wszystko to podlewał narodowym sosem, co przypada wciąż do gustu wielu mieszkańcom Węgier. Efekt, średni wzrost gospodarczy w latach 1995 - 2010 na Węgrzech to wzrost gospodarczy na poziomie 0.6 podczas gdy w Polsce w tym samym okresie 4.5. Węgry mają największy poziom długu do PKB w naszym regionie (80%), z największym udziałem finansowania zewnętrznego (65%), najwyższe stopy procentowe (6%). Na Węgrzech co dziewiąty mieszkaniec ma kredyt we franku szwajcarskim i co …. przedsiębiorstwo. Premier jednak bagatelizował te problemy 18 miesięcy temu wypraszając MFW z ofertą pomocy. Dziś nie ma wyboru, musi znów Fundusz prosić o pomoc, szczególnie po tym jak agencja Moody’s zakwalifikowała dług Węgier jako śmieciowy.

Większość swych działań uzasadnia się narodowym interesem. Silny wątek narodowy przejawia się nie tylko w niechęci do UE czy instytucji międzynarodowych ale także do sąsiadów (słynna krata Węgra dla mniejszości węgierskiej na Słowacji). Populizm narodowy jest niestety dobrze przyjmowany na Węgrzech. Emocje polityczne w węgierskim społeczeństwie były tak wysokie, że na demonstracje na ulicach Budapesztu przychodziło po pół miliona osób. Ostatnie 20 lat na Węgrzech to przestroga dla innych państw regionu. Ważne aby w Warszawie nie powtórzyć błędów Budapesztu.

2011-11-29 19:36
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Zarówno skład rządu jak i expose premiera niejednego mogły zaskoczyć. Rząd jest wyjątkowo polityczny, w kilku przypadkach nie pozostaje nic innego jak tylko postawić wielki znak zapytania. Szczególnie wrażliwe są resorty gospodarcze, które przy braku doświadczenie i odpowiedniej wiedzy łatwo mogą zostać „przejęte” przez urzędników. Kiedy na wysokie stanowisko państwowe przychodzi polityk z dobrymi chęciami ale bez głębszej znajomości tematu pierwszym źródłem informacji stają się urzędnicy pracujący w danym resorcie. Na „dzień dobry” dysponują serią argumentów dlaczego się nie da, dlaczego obecne rozwiązania są jedyne możliwe w zastosowaniu, dlaczego proponowana zmiana jest groźna systemowo … itd. Oni już nie jednego ministra przeżyli. To są profesjonaliści.

Doświadczenia ostatnich lat wskazują na to, że kryzys gospodarczy z którym mamy obecnie do czynienia jest w części zawiniony przez tych, którzy w okresie przedkryzysowym byli odpowiedzialni za globalną gospodarkę. Wielu z nich nie rozumiało procesów gospodarczych zachodzących w globalnej gospodarce. Ta zasada nie dotyczy wyłącznie ekonomii, jest aktualna w większości dziedzin życia. Zauważmy, ministrami którzy pozostali na kolejną kadencję byli ci którzy obejmowali swe stanowiska cztery lata temu jako eksperci: Elżbieta Bieńkowska, Jacek Rostowski, Barbara Kudrycka i Michał Boni.

Pozytywnie natomiast zaskoczyło expose. W sumie premier wymienił w nim najważniejsze reformy strukturalne które stoją przed Polską. Kluczową propozycją jest podwyższenie i zrównanie wieku emerytalnego. Zarówno wiek docelowy (67 lat) jak i sposób dochodzenia jest właściwy. Nie wiem tylko dlaczego nie można było zaproponować szybszego tempa: nie o trzy miesiące co rok ale o np. pięć miesięcy. Reakcja społeczna i tak byłaby podobna. Jak się można było spodziewać od razu pojawiły się sugestie, że podwyższanie wieku emerytalnego utrudni jeszcze bardziej sytuację na rynku pracy młodych a także pokoleniu 50 plus. Nic bardziej błędnego. Badania wykazują, że odchodzący na emeryturę zwalniają miejsca pracy dla osób pięć lat młodszych od siebie. To nie są już czasy gdzie rzesze pracowników pracowały przy taśmie a praca nie wymagała większych umiejętności. Dzisiaj doświadczony pracownik jest więcej wart niż nowo startujący, ma też zupełnie inne zdolności. Nie ma więc zastępowalności pomiędzy długością pracy a bezrobociem wśród młodych.

Kolejnym mitem jest obawa, że osoby po 50-tce będą miały jeszcze większe niż dotychczas problemy ze znalezieniem pracy. Ci którzy biją na alarm powinni przeanalizować co jest przyczyną tego, że osoby w pełni zdolne do pracy, doświadczone, mają problemy ze znalezieniem pracy. Okazuje się, że jednym z ważniejszych powodów jest przedemerytalny okres ochronny, który zniechęca do zatrudniania. Niestety dość często z polityką rynku pracy jest tak, że dobre chęci i intuicja nie oparta na wiedzy, prowadzą na manowce.

Drugą fundamentalną reformą zaproponowaną w expose przez premiera Tuska jest reforma KRUS i cały pakiet około rolniczy. Bardzo pozytywnie należy ocenić zarówno wprowadzenia składek zdrowotnych, normalnych zasad rachunkowości i docelowe objęcie podatkiem dochodów rolnych. W XXI wieku rolnictwo powinno być traktowane jak jedna z wielu gałęzi gospodarki. Ale w expose mało było konkretów nt. reformy KRUS. O ile wszystkim się wydaje, że mówimy o tym samym, to przecież diabeł tkwi w szczegółach. Nie wiadomo od kiedy i kogo miałyby obowiązywać nowe zasady. Uważam, że jak najszybciej należałoby odciąć nowowchodzących na rynek pracy rolników od KRUS-u. Jeśli ktoś chce rozpocząć pracę na roli zasady prowadzenia tego biznesu będą takie same jak w pozostałych dziedzinach gospodarki. Im szybciej tego typu zasada zostanie wprowadzona tym prędzej KRUS stanie się systemem samowygaszającym. Kolejny etap to wprowadzenie składek w normalnej wysokości dla części rolników (tej zamożniejszej). Wprowadzenie rachunkowości i opodatkowania będzie dobrą podstawą aby te zasady określić. Pytanie tylko, który z resortów miałby tego typu zmiany przygotować: rolnictwa, czy pracy? Nie przypadkiem PSL tak mocno upierał się przy obsadzie ministerstwa pracy…. W tym obszarze łatwo wprowadzać zmiany nie będzie.

Na koniec kilka słów o tym czego zabrakło. Premier co prawda mówił o tym, że Polska musi być w centrum Europy, ale ani razu nie użył słowa euro. Pomimo głębokiego kryzysu w strefie euro, Polska powinna wspierać ściślejszą koordynację fiskalną w ramach siedemnastki, po to aby do tej wzmocnionej strefy euro wejść. Nie jest to dzisiaj pogląd popularny, być może dlatego euro nie pojawiło się wprost w expose. Lepiej byłoby jednak powiedzieć o naszym strategicznym kierunku.

Innym obszarem który wymaga głębokich zmian jest ochrona zdrowia. I tu potrzebne są same niepopularne reformy, takie jak wprowadzenie częściowego współpłacenia za usługi medyczne, określenie negatywnego koszyka świadczeń niefinansowanych przez państwo, oraz wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Jakość i dostępność usług zdrowotnych w Polsce dalece odbiega od standardów światowych. Jesteśmy biednym krajem, ale to nie musi oznaczać złej organizacji. Pytanie tylko czy nowy minister, który deklarował jeszcze niedawno, że ma serce po lewej stronie, będzie w stanie zerwać z tego typu myśleniem i dokonać paru niepopularnych reform. Takiej determinacji mu życzę.

2011-11-22 18:26
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Tego jeszcze nie było. W ciągu jednego tygodnia rynki finansowe obaliły dwa rządy w Europie, najpierw grecki, potem włoski. Nigdy jeszcze w takiej formie i w takim tempie rynki nie wpływały na losy polityczne kraju. Niektórzy uważają, że to zmierzch demokracji, bo decyzje, które są podejmowane raz na cztery lata przez społeczeństwo w głosowaniu powszechnym przejmowane są teraz przez rynki finansowe, czyli wąską grupę ludzi zarządzającymi olbrzymimi aktywami. Nie zgadzam się z tym poglądem, bo ile rynki rzeczywiście w krótkim okresie są w stanie wpływać na rzeczywistość o tyle w średnim i dłuższym okresie to rzeczywistość determinuje zachowanie rynków. Brak zaufania do Grecji, a ostatnio do Włoch, wynika się z nieodpowiedzialnych zachowań rządzących. Pomysł premiera Grecji rozpisania referendum w sprawie ustalonego kilka dni wcześniej pakietu pomocowego pokazał jak bardzo niewiarygodny to partner. Politycy europejscy, ekonomiści, publicyści ocenili tego typu zachowania podobnie jak rynki finansowe. W przypadku premiera Berlusconiego od dawna widać było, że to on właśnie - wbrew wizerunkowi liberała gospodarczego na którego się kreował - jest główną przeszkodą w reformowaniu Włoch. Dzisiaj wiele pisze się o straconej ostatniej dekadzie Włoch, o restrykcjach w dostępie do zawodów, które nie zniknęły, i o państowywych monopolach, które wręcz wzmacniano. Wszystko to było od dawana znane, ale dopiero dzisiaj został wystawiony za te wszystkie lata rachunek. Nie mam wątpliwość, że dobrze się stało, że obaj panowie nie są już premierami. Powstaje oczywiste pytanie co dalej. Brak Papandreu czy Berlusconiego nie oznacza, że teraz będzie łatwo. Rządy technokratów są jedynym rozwiązaniem na krótką metę, ale w obu przypadkach nowo powołani premierzy będą musieli liczyć na wsparcie ugrupowań politycznych Papandreu i Berlusconiego. Odchodząc Berlusconi powiedział, że w każdym momencie może „wyjąć wtyczkę z gniazdka”. Trudności z powołaniem nowego rządu w Grecji pokazują jak ciężko będzie skutecznie rządzić. Na szczęście Włochy nie są w tak beznadziejnym stanie jak Grecja, a i klasa polityczna ma większą świadomość wyzwań przed jakimi stoi. Ale partyjna polityka za chwilę w obu krajach da o sobie znać. Zarówno nowy grecki premier Papademos, jak i prawdopodobny przyszły premier Włoch Mario Monti to osoby cieszące się dużym szacunkiem i z ponadprzeciętnym doświadczeniem. Ich główną słabością w skutecznym rządzeniu będzie brak silnego wsparcia politycznego. Tego dylematu rynki finansowe nie rozwiążą. Partie polityczne walcząc o władzę prędzej czy później będą chciały odciąć się od niepopularnych reform. W Grecji dzieje się tak od zawsze, gdyż wszystkie najważniejsze partie w tym kraju są lewicowe. Z kolei we Włoszech trudno wyobrazić sobie aby lewica (bez wątpienia szczęśliwa z obalenia Berlusconiego) była skłonna popierać niezbędne liberalne radyklane reformy. Jednym sensownym rozwiązaniem będą wcześniejsze wybory, nie wierzę bowiem aby w dzisiejszym świecie 24 godzinnych mediów było możliwe prowadzeni polityki z dala od codziennych badań opinii publicznej. Dlatego też nie pokładałbym zbyt wielkiej nadziei w technokratach, choć bez wątpienia ich przekaz, propozycje zmian, komunikacja z rynkami i światem zewnętrznym będą o lata świetlne od tego co serwowali nam przez ostatnie miesiące obaj obaleni panowie. Głównym zadaniem jest przywrócenie zaufania. Problem Grecji jest mniejszy, gdyż rynki finansowe od ponad półtorej roku nie mają do nie zaufania. Jak już wielokrotnie pisałem im szybciej nastąpi formalne bankructwo Grecji tym lepiej, gdyż Grecja zniknie z radarów rynków finansowych. Jedyne czego się od Grecji w tym momencie oczekuje to nie rozprzestrzenianie zarazy na inne rynki. W przypadku Włoch i Hiszpanii kluczowe jest wykazanie determinacji reformatorskiej, która uwiarygodniłaby perspektywy spłaty długu. Nie ma się jednak co oszukiwać, wzrost gospodarczy na najbliższe miesiące jest już zdeterminowany, teraz działania polityków mogą stworzyć nadzieje na lepszą przyszłość. I tego się właśnie oczekuje od technokratów na czele rządów. Ale wystarczy aby ich decyzje zostały politycznie przyblokowane, rynki znów wpadną w panikę. Nie oczekujemy za wiele od zmian politycznych w Grecji i we Włoszech. Dziś rozwiązania są w rękach MFW. Fundusz Walutowy jest jedyną instytucją na świecie, która ma zdolność oferowania warunkowej pomocy dla zagrożonych krajów. Nowy premier Włoch zapewne pójdzie na takie rozwiązanie, choć dla poprzednika byłaby ujma na honorze. Pozostaje nadzieja, że przynajmniej fundusz (być może z pomocą EBC) uspokoi trochę nastrój na rynkach.

2011-11-15 22:13
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Wywiad dla Tygodnika Powszechnego

Patrycja Bukalska: Kryzys w strefie euro i sytuacja w Grecji codziennie przynoszą nowe wydarzenia i emocje. Jakie ma to przełożenie na Polskę?

Ryszard Petru: Polska nie należy do strefy euro, ale to nie znaczy, że skutki kryzysu nas nie dotykają. Niestety, nie uczestniczymy w decyzjach politycznych dotyczących strefy euro. Mówię niestety, gdyż jesteśmy silnie z nią związani. Po pierwsze, przez więzi handlowe: do Unii trafia 80 proc. naszego eksportu, w tym do strefy euro 60 proc., z czego 25 proc. do Niemiec. Spowolnienie w strefie euro oznacza gorsze perspektywy dla polskiej gospodarki. Po drugie, polski wzrost napędzają też inwestycje zagraniczne, które w kontekście kryzysu w strefie euro wyhamowują. Kolejne firmy, także polskie, wstrzymują inwestycje z powodu niepewności w strefie euro. W efekcie odczujemy gospodarcze spowolnienie w podobny sposób jak np. Niemcy, z tą tylko różnicą, że my za to nie płacimy, występujemy jedynie w roli widza w tym wielkim teatrze.

Czy ten polski widz powinien kiedyś wprowadzić u siebie euro?

Strefa euro nie jest dziś atrakcyjną panną na wydaniu. Jeśli jednak strefa wspólnej waluty zreformuje się wewnętrznie, to jest to nasze strategiczne miejsce zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Oczywiście, państwa strefy euro muszą wyciągnąć wnioski z obecnego kryzysu. Potrzebna jest głębsza integracja, polegająca zwłaszcza na przekazaniu części kompetencji w polityce fiskalnej Brukseli. Głównie po to, by kraj, który w przyszłości za bardzo by się zadłużał albo miał za duży deficyt, otrzymywałby karę, automatyczną i niepodlegającą negocjacjom. Tak ścisła integracja oznaczać będzie jednak, że prawdziwa Unia Europejska sprowadzi się do państw strefy euro. Pytanie brzmi więc: czy chcemy być w takiej realnej Unii Europejskiej, czy poza?

Pomysł referendum, w którym Grecy mieliby decydować, czy przyjmują plan ratunkowy – dotyczący przecież całej strefy – zadziałał chyba jak katalizator: nie ma już tabu, europejscy politycy zaczęli otwarcie mówić, że nawet Unia może istnieć bez Grecji.

Na miejscu Merkel czy Sarkozy’ego też bym się wkurzył i także zapytałbym Greków otwarcie: chcecie w ogóle być w strefie euro? Grecja nie dotrzymała umów. To tak, jakbym umówił się z panią, że redukujemy pani dług o 50 proc., a trzy dni później informuje mnie pani, że musi się jeszcze skonsultować ze znajomymi. Na szczęście grecki premier wycofał się z pomysłu referendum. Ponownie okazało się, że prawdziwym zagrożeniem w tym kryzysie jest polityka.

Jeśli taki kraj jak Grecja zastanawia się nad przeprowadzeniem reform, to niemiecki czy francuski podatnik może w końcu odmówić finansowania greckiego długu, bo dlaczego miałby to robić?

Na szczęście Grecja jest mała. Głównym problemem dzisiaj są Włochy, które są wielką gospodarką, a mają prawie dwa biliony euro długu. To skala nieporównywalna z Grecją, to Włochy mogą doprowadzić do prawdziwego krachu. Czy jest w ogóle dobre wyjście z tej sytuacji? Formalne bankructwo Grecji, uzależnienie kolejnych transz z pomocą od realizacji reform, wymuszenie reform także na Włoszech, które umożliwią tam wzrost, uzupełnienie „funduszu ratunkowego” przez środki europejskie i zagraniczne... No i czekanie na wzrost gospodarczy. Jeśli się pojawi w zagrożonych krajach, zwłaszcza we Włoszech i Hiszpanii, to rynki finansowe uznają, że jesteśmy na dobrej drodze. Ważne, aby reformy doprowadziły do odbicia gospodarek ze stagnacji. To trochę potrwa, a do tego czasu będzie nerwowo.

W Polsce mamy niewielki, ale jednak wzrost gospodarczy. Czy to nasza zasługa, czy też bliskich powiązań gospodarczych z Niemcami?

Nasz wzrost wynika po części z tego, że polska gospodarka jest bardzo konkurencyjna. Nasze płace są niskie, ale są odzwierciedleniem tego, co wytwarzamy – inaczej niż w Grecji. Polacy zachowują się racjonalniej niż wiele krajów Południa, niższe jest u nas zadłużenie osób prywatnych, niższy poziom długu publicznego, mamy też „bezpieczniki” konstytucyjne. Wciąż jesteśmy krajem biednym, ale takim, któremu łatwiej się rozwijać. Gdy w Europie wzrost wynosi około zera, w Polsce mamy 3 procent. Ale to nie jest dane raz na zawsze, im bardziej się bogacimy, tym mniej będzie prostych rezerw i tym większe znaczenie będą miały reformy podażowe tak bardzo Polsce potrzebne.

Czyli ostrożny optymizm?

Gdy rozmawiam dziś z przedsiębiorcami, powtarzam: trzeba przygotować się na spowolnienie, które nadchodzi.

2011-11-11 22:20
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Ostatni tydzień unaocznił jak bardzo polityczny charakter ma obecny kryzys. Premier Papandreu przecież nie po to wpadł na pomysł referendum aby zwiększyć swą siłę przetargową w relacjach z Angelą Merkel i Nikolas Sarkozy’m, zaproponował to rozwiązanie na potrzeby wewnętrznej polityki. Ogłaszając pomysł referendum zupełnie nie przejmował się reakcją swych rozmówców w Unii Europejskiej. Wyglądało też na to, że był zaskoczony ich reakcją. Przypomnę, że reakcja duetu Merkel Sarkozy była ostra: albo referendum albo euro. Ich zdenerwowanie, nerwowa reakcja rynków i postawienie sprawy na ostrzu noża podziałały. Pytanie tylko dlaczego Papandreu zgłaszając pomysł referendum nie brał takiego obrotu sprawy pod uwagę. Widać jak głęboko grecka polityka zakorzeniona jest w tradycji populistycznej. Ostatnie badania greckiej opinii publicznej wskazują na wysokie poparcie dla wspólnej waluty w społeczeństwie. Za wspólną walutą opowiada się 70 proc. Greków, podczas gdy 60 procent sprzeciwia się porozumieniu zawartemu 27 października. Z tego porównania widać, że wciąż Grek stojąc przed wyborem opuszczenie wspólnej waluty albo reformy, wciąż wybierze reformy. Widocznie jest to jedyny skuteczny jak na razie straszak, który zadziałał również w przypadku premiera Papandreu. To czy nowy rząd grecki będzie lepszy od poprzedniego okaże się w ciągu najbliższych tygodni. Niestety nie spodziewam się, aby teraz czekały nas miesiące spokoju. Jeśli nie z Grecji to z Włoch będą dochodzić co jakiś czas informacje wprawiające w osłupienie rynki finansowe. Nie wspominając o Portugalii czy Hiszpanii. Z całej zagrożonej piątki najciszej jest wokół Irlandii ze względu na to, że pojawił się tam wzrost, a politycy w tym kraju podejmują głębokie i radykalne reformy. Gorzej z pozostałymi krajami. We Włoszech podobnie jak w Grecji główny problem ma charakter polityczny. Na ostatnim szczycie G20 premier Berlusconi sugerował, że we Włoszech nie ma żadnego kryzysu gdyż „restauracje są pełne, samoloty pełne, a kurorty w pełni zarezerwowane”. Tego typu zapewnienia zamiast uspokoić graczy rynkowych zwiększają raczej brak zaufania do kraju, którego premier udaje (lub naprawdę w to wierzy), że problemu nie ma. Polityka jest tu kluczem do rozwiązania problemu. Wystarczyłoby bardziej odważne realizowanie programu reform, nie zważając na chwilowe wahnięcia opinii publicznej a Włochy przestałyby być uważane jako kraj który może utracić płynność. Tego niestety nie można się spodziewać po obecnym premierze Włoch, a wybory parlamentarne dopiero w 2013 roku. W takim momencie w jakim jest dzisiaj Grecja czy Włochy potrzebni byliby politycy, którzy są w stanie wznieść się ponad codzienne wyniki badania opinii społecznej. Gdyby polscy reformatorzy na początku naszej transformacji ustrojowej reagowali tak jak dzisiaj grecki premier na sondaże, zatrzymalibyśmy się w pół drogi na ścieżce do gospodarki rynkowej. Niestety takich polityków dzisiaj w Grecji nie widać. Kraj ten płaci bardzo wysoką cenę na lata populizmu, między innymi poprzez jakość dzisiejszej klasy politycznej. Na szczęście grecka opinia publiczna ma świadomość, że wyjście ze strefy euro nie jest sposobem na rozwiązanie problemów. Krytycy podejścia które mówi, że nie zawsze należy kierować się wynikami opinii publicznej mogą powiedzieć, że wprowadzanie nieakceptowalnych społecznie reform jest niezgodne z duchem demokracji. Ale przecież właśnie po to wprowadzono czteroletnie kadencje parlamentarne aby dać czas na pojawienie się owoców reform. Nie jest więc właściwe cotygodniowe sprawdzanie i reagowanie w zależności od tego co w danym momencie myśli większość. Najbliższe tygodnie nie przyniosą ulgi. Pozytywny efekt szczytu strefy euro z 27 października został zaprzepaszczony przez greckie zamieszanie. Zniechęciło to też inwestorów zewnętrznych do większego zaangażowania w europejski fundusz stabilizacji. Dzisiaj jedyną instytucją międzynarodową, która jest zdolna ratować strefę euro z opresji, wykorzystując do tego inne niż tylko europejskie pieniądze, jest MFW. Im szybciej wzrośnie jego zaangażowanie w kwestię rozwiązywania europejskich problemów tym lepiej. Fundusz nie musiałby szukać kompromisów pomiędzy sprzecznymi interesami prezydenta Francji i kanclerz Niemiec. Ich działania też niestety podyktowane są bieżącą polityką, z tą różnicą, że podatnik niemiecki postępuje znacznie bardziej racjonalnie niż francuski. Całe szczęście, że kryzys przybrał już takie rozmiary, że przewódcy obu tych najważniejszych państw w strefie euro naprawdę się przestraszyli. Dobrze byłoby gdyby podobny strach obleciał polityków w Grecji i we Włoszech. Bo tylko strach może zmusić do działań w których główną busolą nie będą wyniki badań opinii publicznej.
2011-11-08 09:24
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Wywiad dla tygodnika Wprost. Rozmawia Ryszard Holzer Ryszard Holzer: Najpierw Papandreu zapowiada referendum, potem unijni politycy wpadają w histerię, zastanawiają się czy może wyrzucić Grecję ze strefy euro, wreszcie Papandreu odwołuje referendum. O co chodzi? Ryszard Petru: O grecką politykę. Zauważmy, że Papandreu zapowiedział referendum w kilka dni po tym, jak przywódcy strefy euro, wraz z nim ustalili zasady wychodzenia z europejskiego kryzysu. Jednym z elementów ustaleń była decyzja umorzeniu połowyprywatnej części greckiego długu. Pomysł z referendum zburzyłby cały plan. RH: Dlaczego? RP: Grecja ma ok. 350 mld euro długu. Z tego jedna trzecia, która jest w posiadaniu banków i funduszy inwestycyjnych miałaby być zredukowana o połowę. Resztę kraj jest winien Europejskiemu Bankowi Centralnemu, Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu oraz greckim bankom i przedsiębiorstwom. Banki zagraniczne na takie rozwiązanie przystały i wydawało się, że to na razie grecki problem rozwiązuje, i że rozwiązanie kryzysu leży już tylko w gestii Włoch. Dług włoski wynosi ponad 2 bln euro i aby uniknąć problemów z płynnością Włoch zaproponowano zwiększenie Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego, aby mógł skupować włoskie obligacje rządowe wtedy kiedy rynek nie będzie chciał tego robić. W strefie euro na tak wielki fundusz pieniędzy już nie ma stąd koncepcja, aby pozyskać również fundusze spoza strefy euro - w tym m.in. chińskie i brazylijskie. I cały ten misterny plan Papandreu wywrócił do góry nogami w ramach rozgrywki na potrzeby wewnętrznej polityki greckiej. Chińczycy i inni zapraszani do tego funduszu mówią dzisiaj– „to my wrócimy, jak już się między sobą dogadacie”. RH: Czy plan zaciskania pasa przez Grecję jest wykonalny? Opozycyjna Nowa Demokracja mówi: „im bardziej zaciskamy pasa, tym bardziej wpędzamy kraj w recesję; tym mniejsze wpływy z podatków i trudniej spłacać długi”. RP: Nie można sprawy sprowadzać tylko do cięć. Są różne rodzaje reform – jedne polegają na zwalnianiu urzędników, obniżaniu płac, ale są też reformy deregulacyjne niezbędna do tego, żeby gospodarka stała się konkurencyjna. W Polsce mamy przeregulowane prawo gospodarcze, ale w porównaniu z Grecja to małe piwo. Tam ok. 140 zawodów jest reglamentowanych. Żeby zostać kierowcą ciężarówki trzeba uzyskać akceptację związku kierowców ciężarówek i wpłacić duży depozyt. To powoduje, że wejście do zawodu jest ograniczone i na przykład przewóz towaru grecką ciężarówką z Salonik do Aten jest droższy niż przewóz polskim tirem z Warszawy do Aten. Jeśli prowadzenie biznesu jest tak drogie, to część biznesu w ogóle nie powstaje, albo jest oferowana z zagranicy, albo wędruje do szarej strefy i nie płaci podatków. Kolejna reforma to prywatyzacja, bez której nie sposób zwiększyć efektywności greckiej gospodarki. Ale oczywiście są też cięcia, które wpędzają kraj w recesję. Tyle, że każdy minister finansów Grecji ma świadomość, że może liczyć tylko na pieniądze od Unii. A więc – przepraszam– musi realizować program, którego chcą Merkel i Sarkozy. Ostatnie badania pokazują, że 70 proc. Greków popiera euro, ale 60 proc. jest przeciw oszczędnościom. Nie chcą wychodzić z europejskiej rodziny, ale jednocześnie chcieliby nie robić reform. Nie można zjeść ciastka i je mieć . RH: A gdyby Grecja odrzuciła ustalenia z UE? RP: Wtedy UE nie ma ruchu, nie może płacić pieniędzy krajowi, który nie realizuje reform. RH: Może powiedzieć „bankrutujcie, spadajcie, wyłaźcie ze strefy euro, z Unii”. RP: To właśnie powiedzieli Papandreu Sarkozy i Merkel po tym jak ten wyskoczył z pomysłem referendum. Rzecz w tym, że gdyby Grecja wyszła ze strefy euro, to byłaby katastrofa dla niej samej. Nie byłaby już zupełnie w stanie spłacać swych zobowiązań w euro, gdyż dług w drachmach byłby znacznie by wzrósł. I wyjście Grecji z euro uruchomiłoby proces : to co wydarzy się w Grecji stałoby się pierwowzorem dla pozostałych krajów. I rynki zaczęłoby wyceniać wyjście ze strefy euro Portugalii, Hiszpanii i Włoch co odwieciedliłoby się w wyższych odsetkach od długu.. Gdyby problem dotyczył tylko Grecji, można by ją jeszcze przez lata finansować z kieszeni podatników europejskich. Półtora roku temu Merkel i Sarkozy: sprawdzili ile mają w portfeleach i i powiedzieli „we dwójkę przez najbliższe 10 lat możemy tę Grecję finansować”. Potem się pojawił problem Portugalii i Irlandii. Jeszcze machnęli ręką. Ale gdy pojawiła się Hiszpania portfele okazały się już trochę za chude.. A jak doszły Włochy – klapa. RH: A czy nie można powiedzieć Grecji - „to zbankrutujcie i pijcie ouzo”, a Włoch będziemy bronić jak niepodległości i porannego espresso? RP: Ja jestem zwolennikiem takiego rozwiązania - bankructwa Grecji bez wyjścia ze strefy euro. Już jesteśmy tego blisko, skoro zgodzono się na redukcję części o połowę. Tyle, że ta redukcja powinna być jeszcze większa – rzędu 70 proc. całości zadłużenia. Całości, a więc włącznie z tym, co mają Europejski Bank Centralny i Fundusz Walutowy. To sprowadziłoby ten dług z obecnych ok. 160-170 proc. PKB, do ok. 55 proc. PKB. Tyle co ma Polska. To jest rozwiązanie dla Grecji – redukcja długu do poziomu możliwego do obsłużenia, reformy strukturalne, czyli cięcia, plus reformy które pozwolą wyjść na prostą; no i utrzymanie płac w ryzach albo ich stopniowe obniżanie, aby po jakimś czasie stały się dużo bardziej atrakcyjne i konkurencyjne. RH: To dlaczego tak długo z tym greckim bankructwem zwlekano? RP: Na początku, sądzono, że to tylko problem Grecji, Potem starły się dwa podejścia– francuskie i niemieckie. Francuskie polegało na tym, żeby udawać, że nie ma problemu. Sarkozy chciał, żeby Europejski Bank Centralny ogłosił, że będzie skupował wszystkie greckie, włoskie, hiszpańskie obligacje. Na to nie zgodzili się Niemcy, mówiąc, że to prowadzi do hazardu moralnego. Jeśli Berlusconi robi jakieś reformy, to dlatego, że wymusza to na nim UE. A tak zajmowałby się wyłącznie tym co lubi najbardziej. Politycy włoscy, hiszpańscy, czy greccy dostaliby sygnał, że nie ma co się wysilać, bo EBC będzie skupować ich dług. Niemcy obawiają się też, że to odbiłoby się inflacją, a mają traumę po doświadczeniach z lat 20-tych, gdy hiperinflacja pośrednio doprowadziła do władzy Hitlera. Sarkozy proponował też, aby po częściowym bankructwie Grecji dokapitalizować banki przez instytucje europejskie, a nie przez poszczególne kraje. Bo banki francuskie mają trzy razy więcej obligacji greckich niż niemieckie i jak by miały to robić instytucje europejskie, to Niemcy by włożyły proporcjonalnie więcej pieniędzy. W ostatnich tygodniach Francja ustąpiła– zagrożona obniżeniem ratingu - przestała być równorzędnym partnerem, a jedynym silnym podmiotem zostały Niemcy, które mogą ratować innych. RH Ale właściwie kogo? Grecję, Włochy? Czy raczej banki? Ale czemu nie powiedzieć - niech bankierzy sami sobie radzą? RP Jak banki wezmą na siebie straty zbyt duże, by je mogły udźwignąć, to i tak trzeba by je dokapitalizować, co może zrobić tylko francuski czy niemiecki podatnik. Świat ma w świeżej pamięci kolejną traumę - upadek banku Lehman Brothers - i skutki tego były bardzo bolesne. Gdy upada taki wielki bank, to pozostałe banki traca do siebie zaufanie. Następuje zamrożenie działalności bankowej, tak zwany credit crunch. To się właśnie wydarzyło po 15 września 2008 r.. –I niestety ostatnio już widać pierwsze oznaki tej nieufności. Np. miesiąc temu Siemens ogłosił, że wycofuje 0,5 mld euro z banku Societe General i lokuje te pieniądze w Europejskim Banku Centralnym. Jeśli coś takiego zaczęłoby się odbywać na masową skalę, to rynek finansowy przestałby normalnie funkcjonować. RH Wielu powie na to: „To są spekulanci, niech zdychają, co nas to obchodzi”. RP Obchodzi, bo bankructwo banków oznaczałoby zamrożenie systemu bankowego i bardzo głęboką recesję. Zaczęłoby się od Grecji, a potem rozlało na inne kraje. Już teraz z Grecji co miesiąc wypływa zagranicę ok. 2 mld euro depozytów. Wyobraźmy sobie Greka, który ma trochę większe oszczędności i zbliża się czas referendum i ryzyko wystąpienia za strefy euro I bankructwo. A jak kraj bankrutuje, to pierwsze co robi, to wprowadza zakaz wypływu środków z banków zagranicę. W takiej sytuacji lepiej na wszelki wypadek przenieść oszczędności do Niemiec, czy Szwajcarii. Ale jeśli tak uczyni dziesiąty, setny, milionowy Grek, to zaczyna się panika bankowa i . Podobny scenariusz jak z Grecją dotyczyłby również sektora finansowego w Europie po upadku jednego z banków. Wszczyscy starają się uciec z depozytami w bepzieczne miejsce RH: Dotyczyłoby to także polskiego sektora finansowego? RP: Także polskiego. RH: Czy projekt euro jest jeszcze do uratowania? RP: Uważam, że jest, bo wszystkim się to opłaca, a najbardziej Niemcom i Francji. Ale będzie to wymagało politycznej zgody na to, by część uprawnień fiskalnych przenieść na poziom Brukseli. Pytanie, czy jest politycznie akceptowalne, żeby np., w razie dojścia w Polsce populistów do władzy i zwiększenia przez nich deficytu do 10 proc. Parlament Europejski, czy inna instytucja mógł powiedzieć „nie wolno tego zrobić, bo dostaniecie karę takiej to, a takiej wysokości”. RH A czy rozpad strefa euro czymś by nam groził? RP: Oznaczałby masowe bankructwa krajów. Z jednej strony greckie przedsiębiorstwa mają długi w euro i po przejściu na drachmę to zadłużenie straszliwie rośnie. A z drugiej Niemcy tracą wielki rynek eksportowy, na którym sprzedawali swoje samochody, bo Greków i innych Europejczyków teraz nie stać na Volkswagena. A jak Niemiec sprzedaje 30 proc. samochodów mniej, to fakt, że polskie części potaniały nie ma znaczenia. Spadek popytu na Zachodzie oznacza spadek polskiego eksportu. W recesje wpadają więc nie tylko kraje Południa ale i bogata Północ ale również Polska. Skala zamieszek na Południu byłaby niepórywnywalna z tym co widzimy teraz. Wolałbym nigdy czegoś takiego nie oglądać.
2011-11-07 18:17
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Despite expectations the summit was a breakthrough. For the first time in a eighteen months we have a major decision to write off a large chunk of Greek debt. This may not be a surprise today, but only a few weeks ago, Europe's key politicians swore that a reduction in Greek debt was not on on the cards. Moreover the ECB president was against such a solution. Yesterday morning's decision talks of a reduction in the debt held exclusively by private creditors. According to UBS the ECB holds 55 billion of the slightly less than 350 billion of Greek debt, 17.5billion is held by the IMF, 48billion are bilateral loans. The remainder is held by private institutions, of which 74 billion are with Greek Cypriot banks, 26 billion in Greek funds including pensions and around 126 billion are held by international financial institutions. In other words, the debt held by the government, the ECB and by the IMF will not be diminished. As a result of Thursday's summit decision, Greek debt will be reduced to 120% of GDP by 2020. Greece will not pay off that debt but this will be a problem for the future and mainly affect public funds. It is highly likely that this debt will also be reduced within a few years but it will be considerably easier to negotiate with public institutions than with private investors and the costs will be spread over a broader group of countries. But even so, the announced 50% reduction of private debt is a success because from this point forth, one can talk of the beginning of a real solution to Europe's problems. The next major decision was the increase in the capital adequacy ratio for the banking sector to 9% by June 2012. This is undoubtedly a success and it is worth recalling the opposition of the banking sector including for example that of France. The banks will suffer both direct and indirect losses following the reduction of Greece's debt and will have to be able to absorb them without shaking the financial system to its very foundations. But the increase in capital adequacy ratios will have an impact on the real economy. The owners of banks can do this by adding more of their own resources to banks' current capital or by inviting new participants into the business. None of these options is particularly attractive. The first means that return on invested capital will be considerably smaller than it has been thus far. The second will mean profits will have to be shared with the new stakeholder. The banks also have a third option which Deutsche Bank chief Joseph Ackermann talked about recently - they can simply grant less credit because the capital adequacy coefficient may be corrected by increasing capital or by limiting credit commitments. It is to be expected that both of those approaches will be applied. Unfortunately for us capital consolidation will occur on a global level. So capital restrictions will also affect Polish companies despite their particularly good capital situation. Unfortunately the Polish regulator will not be in a position to resist this process and this means that credit will be more expensive and less available. This will be the result for the real economy. The main questions at yesterday's summit were about how the EFSF would be funded. A statement was adopted concerning its increase through the growth of guarantees and private investors. There is however no clarity about the amount or about when the fund would be enlarged. There was talk of increasing the fund's clout fourfold but no specific amount was mentioned. This should not take anyone by surprise - it is not known if outside investors will be interested in getting involved in this enterprise. Fueling the EFSF with real cash is what can in actual fact calm financial markets. One has to remember that for the last three months, financial markets have found themselves in a state of high uncertainty. This is increasingly affecting the real economy with the holding back of investment projects. This current uncertainty in all of Europe is one of the reasons for the slowdown. The outcome of such an approach are clear also in Poland where firms with huge surpluses are putting investment plans on ice. A similar approach is observable amongst foreign investors who are postponing honouring their investment commitments. This is why it is so vital to quell uncertainty by supplying the EFSF with the the ammunition it needs. Working out the specifics over the next few weeks and months will no doubt give rise to high emotion. It would be enough for China to declare that they are not interested in saving Europe for the markets to be plunged into panic again. Or for France to be downgraded from its top rating or for Italy to give us a good fright and nerves will again be frayed. For the problems have not been solved. People have managed to draw up a plan for the reform process. But this plan has got to be implemented and only afterwards will we see if the idea was a good one. We will have to wait for Greek debt restructuring before we know the true scale of devastation. We will see if 106 billion will be enough for bank capitalisation and whether the governments of Spain and Italy will help us to get back on the right track. We still have months of uncertainty ahead of us. Yesterday's summit is undoubtedly a great victory for the German approach. It was possible to avoid the French plan which was based on short cuts. Germany was right to oppose the use of the ECB as an institution which was to bear responsibility for calming the financial markets by buying up Italian and Spanish bonds. For while ECB bond purchases during a period of particular panic was justified by the necessity of the moment, the central bank declaring it would buy bad debt would have had far reaching negative consequences. In the short and even medium term this would calm markets and reduce those countries' bond yields but simultaneously the pressure on Italy and Spain to apply economic reforms would totally evaporate. Because there would be no need to implement fiscal and structural reforms because after all the ECB would be bound to step in and buy the bonds of distressed countries indefinitely, this could trigger moral hazard. This could start the precedent of excessive debt being "paid for" by inflation tax. In the long term this would end up being a new crisis - a fiscal inflationary crisis. The next few months will continue to be stressful. It appears that the risk of the disintegration of the eurozone has been avoided. If the EFSF gets the right fuel and Italy and Spain are on the road to reform, the world will believe that the worst has been avoided. But this does not mean that there will be peace. What awaits us is finding a global solution to the problems of surplus debt. What are also required are growth friendly supply reforms in order to bring back the prospect of growth in industrialised countries. And the EU has got to answer the question of how to manage the eurozone in order to avoid such a crisis in the future. The main thing is that there is a chance that things are on the right track.

2011-11-05 16:51
English notes Greece Komentarze (1)