29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Kurs franka szwajcarskiego nie daje spokojnie spać osobom z kredytami hipotecznymi w tej walucie. Niestety w okresie globalnej niepewności frank szwajcarski stał się jedyną walutą postrzeganą przez inwestorów jako safe haven. Do niedawna jeszcze jednym tchem wymieniano wraz z frankiem szwajcarskim japońskiego yena. Niestety po ostatnim trzęsieniu ziemi w Japonii, z w szczególności po problemach elektrowni w Fukushimie, pojawiły się obawy o fundamenty japońskiego wzrostu gospodarczego. Z kolei zmiana nastawienia S&P do amerykańskiego długu dała sygnał inwestorom, że nie wolno traktować amerykańskich papierów jako najbezpieczniejszych na ziemi. Aby być dobrze zrozumianym, dolar amerykański i yen japoński są wciąż jednymi z najbardziej wiarygodnych walut na świecie. Ale na skutek opisanych powyżej wydarzeń wzrosła relatywnie siła franka szwajcarskiego. Stał się tak naprawdę jedynym safe haven w pełnym tego słowa znaczeniu. Stąd tak znaczne jego umocnienie w stosunku do euro, no i siłą rzeczy do złotówki.

Nie mam zbyt wielu dobrych wiadomości dla tych którzy wciąż mają kredyty we franku. Niepokój w Europie  spowodowany ryzykiem restrukturyzacji greckiego długu będzie trwał. Nie spodziewam się aby w najbliższych tygodniach mogła zapaść decyzja o redukcji greckich długów. Co więcej EBC sprzeciwia się ich restrukturyzacji argumentując, że grozi to efektem zarażenia i upadkiem wielu instytucji finansowych w Grecji. Nie wspominając o tym, że sam posiada już całkiem sporą ilość greckich obligacji. A brak decyzji to ryzyko i strach o jutro.

Prowadzona w Polsce polityka banku centralnego ogranicza skalę możliwej deprecjacji złotego w relacji do euro. Głównym czynnikiem o charakterze fundamentalnym jest wzrost dysparytetu stóp. Jest to czynnik zasadniczy, który przyciąga kapitał spekulacyjny na polski rynek. Interwencje walutowe dokonywane przez BGK zmniejszają ryzyko znacznej deprecjacji waluty ale jako takie powodują jej umacniania. Efekt BKG polega raczej na tym, że inwestorzy bardziej obawiają się silnej interwencji przy słabszych poziomach kursu, aniżeli stałych napływów euro na rynek. Jak widzimy jednak obie te siły wystarczają jedynie na utrzymanie złotego w korytarzu 3.90 – 4.00. To i tak nieźle, ale na znacznie więcej nie należy liczyć.
2011-05-31 15:43
Polskie wpisy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

Każdego dnia z Grecji napływają nowe wiadomości, które razem składają się na niezłą mieszankę wybuchową. Słyszymy a to o kolejnym obniżeniu ratingu kraju, a to o kolejnych protestach na ulicach miast, a to o sprzeciwie opozycji wobec planów konsolidacyjnych rządu. Nie wspominając o opóźnieniach w przesłaniu do UE i MFW przez rząd Grecji zmodyfikowanego programu konsolidacji fiskalnej, o sygnałach wysyłanych z MFW o możliwości nieprzyznania Grecji kolejnej transzy wsparcia finansowego czy też o problemach z tytułami własności państwowych aktywów, jako argumentu za opóźnieniem realizacji planów prywatyzacyjnych greckiego rządu. I to wszystko w sytuacji kurczącej się gospodarki z wciąż sporym deficytem i rosnącym długiem. Konsekwencją tych informacji są kolejne rekordy rentowności greckich obligacji. Im więcej czasu upływa tym większy sceptycyzm co do sensowności dotychczasowej polityki krajów strefy euro wobec Grecji.

Politycy europejscy powtarzają, że nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji … i dlatego decydują się na kolejne transze pomocy. Ale, jak wielokrotnie pisałem, zapewnienie Grecji krótkoterminowej płynności przy tak ogromnym zadłużeniu i tak niekonkurencyjnej gospodarce odkłada jedynie problem w czasie. Co więcej, niepewność przenosi się na kolejne państwa regionu, na szczęście wciąż jeszcze omijając Hiszpanię. Ale wystarczyło tylko żeby w zeszłym tygodniu rządząca partia poniosła klęskę w wyborach lokalnych a rynki już następnego dnia oceniły, że premier Zapatero chcąc ratować władzę odejdzie (jak to raz już zrobił rok temu) z drogi reform. Czy odejdzie czy nie odejdzie nie mam pojęcia, ale im więcej krajów stoi przed takim ryzykiem tym kryzys staje się bardziej poważny dla całej strefy euro.

Polityka, podobnie jak ekonomia, polega na umiejętności wyboru. Z faktu, że nie ma dobrych rozwiązań nie wynika, że nic nie należy robić. Po pierwsze wśród nieoptymalnych rozwiązań są lepsze  i gorsze. A co najważniejsze, jak pokazuje ostatni rok, odkładanie decyzji w czasie pogarsza sytuację. Bowiem wraz z upływem czasu rośnie ryzyko, że któryś z rządów ogłosi, że nie ma zamiaru prowadzić dalszych bolesnych reform. Nastąpi wtedy jeszcze głębszy spadek wartości papierów zagrożonych krajów i w efekcie niekontrolowana restrukturyzacja długów tych państw w skali znacznie większej niż obecnie. Nic bowiem nie dokonuje tak głębokiej przeceny walorów jak panika. Wspomniany powyżej scenariusz jest jednym z wielu. Ale przecież nie chodzi o to aby przewidzieć dzisiaj dokładny rozwój wydarzeń ale raczej przestrzegać przed prawdopodobną sekwencją zdarzeń.

Za miesiąc rozpoczyna się Polska prezydencja w Unii Europejskiej. Będzie niestety przysłonięta problemami tzw. krajów peryferyjnych. Szczególnie, że jako kraj będący poza euro nie mamy zbyt dużo do powiedzenia w tej sprawie. Choć własne zdanie wypadałoby mieć. Nie wiem jaka jest opinia polskiego rządu w kwestii  sposobu wyjścia z greckiego zadłużenia. Uważam, że powinna być zbliżona do niemieckiej, czyli popierać tzw. miękką restrukturyzację greckiego długu. Dzisiaj głównym zmartwieniem Europy nie są już nierówności regionalne, sen z powiek spędza im przede wszystkim obawa, że za Grecję rachunek trzeba będzie niedługo już zapłacić i prawdopodobnie na jednym kraju się nie skończy. A w najbliższych tygodniach zapadać będą kluczowe dla przyszłego budżetu unijnego decyzje. I to w okresie, kiedy oprócz problemów krajów peryferyjnych większość krajów europejskich skupionych jest na cięciu deficytów. Chętnie więc przyciętoby też na budżecie unijnym. A jak się nie uda za bardzo przyciąć to przynajmniej budżet ten tak zrestrukturyzować aby więcej środków trafiło z powrotem do płatników np. w postaci wsparcia tzw. zielonych technologii czy innowacji. To co się dzieje dzisiaj wokół Grecji ma wpływ na naszą przyszłość. Dlatego powinniśmy się opowiadać za rozwiązaniem które łatwe nie jest, ale problem przecina i daje możliwość skupienia się na przyszłości.  

 
2011-05-31 13:08
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Na początku kwestia terminologiczna. W Polsce przyjęło się, że III filar to IKE, czyli indywidualna konta emerytalne. W literaturze jednak pojęcie III filara jest bardzo szerokie. Są to bowiem wszelkiego rodzaju dobrowolne formy oszczędzania na emeryturę. Niejednokrotnie jako alternatywę dla typowych inwestycji dokonywanych poprzez rynek finansowy podaje się inne formy oszczędzania takie jak nieruchomości czy też udziały w własnym biznesie. W dzisiejszym świecie finansów, gdzie w ramach inwestycji emerytalnych można kupować instrumenty pochodne również pod projekty nieruchomościowe lub też poprzez inwestycje typu private equity, światy te się wzajemnie przenikają i trudno je podzielić na czysto finansowe i realne. Innymi słowy dodatkowe dobrowolne formy inwestowania są bardzo szerokie.
Doświadczenia światowe pokazują, że jest kilka istotnych determinantów wpływających na decyzje dotyczące dodatkowych oszczędności emerytalnych. Szeroka literatura ekonomiczna nie daje jednak jednoznacznej odpowiedzi który z tych czynników jest najważniejszy. Trudno bowiem sprowadzić do wspólnego mianownika rozwiązania emerytalne z różnych krajów. Wśród kluczowych czynników można wymienić zachęty podatkowe, wysokość oczekiwanej emerytury z systemie powszechnym a także formy zorganizowania dodatkowych ubezpieczeń.
Zaczynając od zachęt podatkowych należy przypomnieć podstawową zasadę opodatkowywania planów emerytalnych: opodatkowujemy tylko raz, albo składkę, albo zyski, albo świadczenie emerytalne. Ulga podatkowa jeszcze dodatkowo obniża koszt płacenia bieżących podatków, ale nie jest to forma zachęt natury emerytalnej tylko po prostu skierowania za pomocą zachęt finansowych strumienia oszczędności z jednej formy w drugą. Zaletą oszczędności emerytalnych jest ich struktura - są to bowiem z natury oszczędności długoterminowe. Osobiście byłbym zwolennikiem takiego rozwiązanie pod warunkiem, że będzie ono trwałe (na lata) i  będzie wynikało ze świadomej polityki państwa wspierającej ten typ oszczędności. Świadoma polityka państwa oznacza, że państwo nie rozdaje ulg podatkowych na prawo i lewo tylko konsekwentnie realizuje określony (w tym przypadku proemerytalny) model polityki społecznej.
Drugim ważnym aspektem są obietnice systemu powszechnego. Jeśli system obiecuje wysokie stopy zastąpienia skłonność do dodatkowego oszczędzania maleje. Z kolei brak powszechnych systemów emerytalnych, jak to ma miejsce np. w niektórych krajach azjatyckich, sprzyja dobrowolnym ubezpieczeniom na starość. Tyle, że nie o taki model nam chodzi. Wniosek z tych dwóch ekstremalnych przykładów jest taki, że właściwa relacja jest gdzieś po środku. 
Forma i konstrukcja systemu emerytalnego może mieć wpływ na skalę oszczędności dobrowolnych. Szczególnie w przypadku systemów organizowanych przez pracodawców, którzy kontrybuują do planów emerytalnych. Nie bez znaczenia jest też tradycja emerytalna w danym kraju. Mianowicie tam gdzie od dziesiątek lat powszechne są pracownicze plany emerytalne, pracownicy traktują je jako element kontraktu pracowniczego.
Wśród pozostałych czynników należy wymienić poziom edukacji ekonomicznej społeczeństwa, jego zamożność, perspektywy demograficzne. Im bowiem społeczeństwo bardziej jest ekonomicznie świadome tym bardziej skłonne jest oszczędzać na starość. Im bogatsze, tym bardziej je na to stać.
Cały ten wywód teoretyczny dotyczy jak najbardziej spraw polskich. W III filarze nie było istotnych ulg podatkowych. Zbyt mała była świadomość oczekiwanej stopy zastąpienia. Nie rozwinęły się zbyt mocno programy pracownicze, nie było też takiej tradycji. Świadomość ekonomiczna społeczeństwa jest wciąż poniżej średniej europejskiej, podobnie z zamożnością. Lepszą mamy tylko demografie ale nie na długo. Potrzebna jest więc zarówno edukacja, wzrost gospodarczy i odpowiedź na pytanie jaki model polityki społecznej nasze państwo chce wspierać.
 
2011-05-25 19:33
Polskie wpisy Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

 

Najnowsza propozycja minister pracy oznacza faktycznie likwidację OFE. Proponuje się mianowicie aby na dziesięć lat przez emeryturą oszczędności zebrane przez obywateli w OFE stopniowo przenosić do ZUS, który miałby przejąć rolę instytucji wypłacającej emerytury zarówno w część zusowskiej jak i z OFE. Wcześniej pojawiały się propozycje aby to ZUS był głównym wypłacającym jednak nikt nie poszedł aż tak daleko aby środki gromadzone przez lata w OFE wydać od razu na bieżące emerytury. Czyli żadnego inwestowania, tylko przejęcie naszych oszczędności przez ZUS i łatanie na bieżąco dziury budżetowej.
Jak nie wiadomo o co chodzi to zwykle chodzi o pieniądze. Trudno inaczej wytłumaczyć tak szalony pomysł. Bo przecież przekazanie całych środków gromadzonych przez lata w OFE na wypłaty emerytur jest dokładnie tym co zrobili Węgrzy. Tam przejęto od razu zgromadzone przez ludzi pieniądze, u nas proponuje się aby działo się to stopniowo. Propozycja ta jest o tyle szokująca, że jeszcze kilka tygodni temu przedstawiciele rządu zapewniali nas, że likwidacji II filaru nie będzie!
Jeszcze roku temu tak szalone propozycje zgłaszane przez minister pracy nie były brane na poważnie. Po tym jednak jak cały rząd poparł jej propozycje obcięcia składki na OFE strach pomyśleć co będzie teraz. Nie wiem na ile poważną propozycją jest alternatywa aby lepiej zarabiający mogli pobrać zgromadzone w OFE środki w ramach jednorazowej wypłaty zamiast przekazywać je do ZUS. Jeśli bowiem taka alternatywa stałaby się obowiązującym prawem to przecież nikt o zdrowych zmysłach nie oddałby pieniędzy do czarnej dziury jaką jest ZUS. Podzielilibyśmy wtedy Polaków na tych biedniejszych w ZUS i tych bogatszych samych dbających o swą emeryturę. Może o to chodzi, aby tych którzy najwięcej protestowali przy obcięciu składki na OFE udobruchać atrakcyjną alternatywą ucieczki od ZUS?
 Prawie dziesięć lat temu powstał raport Banku Światowego, którego byłem współautorem, opisujący różne warianty wypłat emerytur w ramach II filara.  Konkluzją raportu była propozycja aby wypłatą świadczeń emerytalnych zajęły się funkcjonujące na rynku podmioty, m.in. firmy ubezpieczeniowe. Uznano bowiem, że jest to wariant najtańszy, nie wymagający powstawania nowych instytucji, doskonale bilansujący ryzyko i wykorzystujący umiejętności zarządzania aktywami. W raporcie omówiono też wariant zarządzania środkami przez ZUS i wypłacaniem ich przez tę instytucję, z negatywną rekomendacją. Dzisiaj widać jak na dłoni, że jeśli tylko politycy dostaną nasze pieniądze do zarzadzania (np. przez ZUS) to przy jakichkolwiek problemach finansowych państwa od razu przeznaczą te środki na bieżące wypłaty, zostawiając ludziom jedynie obietnice. Raport Banku Światowego został przesłany do Ministerstwa Pracy. Byłbym skłonny się założyć, że Pani Minister go nie czytała.
Propozycja Minister Pracy nie jest niczym innym jak skokiem na kasę zgromadzoną w OFE. Nie można tego inaczej nazwać. Co więcej ma być to dokonane pod płaszczykiem bezpieczeństwa zarzadzania środkami emerytalnymi. No rzeczywiście nie ma nic bardziej bezpiecznego niż puste konto w ZUS i obietnica państwa, że pieniądze w przyszłości będą wypłacone. To nie lepiej powiedzieć wprost, tak jak Węgrzy, że prywatne jest złe i trzeba oszczędności obywateli znacjonalizować? 
W tym wszystkim najbardziej przerażające jest to, ze takimi deklaracjami Polacy mają prawo zupełnie zrazić się do państwa. Państwo coś obiecuje, potem część odbiera ale obiecuje, że więcej nie obierze, po czym kilka tygodniu później proponuje przejecie całych aktywów. I potem politycy się dziwią, że Polacy unikają płacenia podatków i składek.  Bo jaki jest sens płacić wysoka składkę jeśli na końcu i tak mi ZUS zabierze. Lepiej płacić teraz minimalną i samemu zadbać o własną przyszłość …
2011-05-25 16:35
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Ci którzy porównują dzisiejszą Polskę z tą z lat 80-tych mogą odnieść wrażenie ogromnego skoku. Mogą uznać, że najważniejsze zmiany już nastąpiły, teraz jest czas na małe kroczki. Tak zapewne myśli większość rządzącej obecnie elity. Mogą czuć się zmęczeni przemianami ostatnich 20 lat, reformami Balcerowicza z 1989 roku, reformami rządu Buzka dziesięć lat później. Porównują swoje lata młodości, czyli szare i beznadziejne lata 80-te z dzisiejszą rzeczywistością i mówią: „ale skok”.
Ale jest też inne, bardziej mi bliskie spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Ci którzy nie pamiętają za bardzo okresu komunizmu porównują dzisiejszą Polskę ze światem zewnętrznym, który dzięki otwartym granicom jest na wyciagnięcie ręki. Porównują dzisiejszą Polskę z Wielką Brytanią gdzie pracują, Hiszpanią gdzie albo pracują albo studiują albo spędzają wakacje, czy nawet z Czechami i Słowacją przez które przejeżdżają. I pytają: „jaki skok?”.
W 2011 roku osoby które po raz pierwszy będą głosować nie tylko nie pamiętają komuny, one urodziły się po jej upadku! Mają zupełnie inne oczekiwania i aspiracje do młodzieży sprzed dziesięciu lat nie wspominając już o tej sprzed dwudziestu lat. Ta różnica perspektyw jest kluczowa dla zrozumienia dychotomii postrzegania reform. Dla obecnej elity władzy Polska jest już normalnym krajem europejskim gdzie reformuje się powoli i zwykle przy mniejszej lub większej aprobacie opinii publicznej. Młodsi obywatele naszego kraju uważają, że przepaść pomiędzy standardem europejskim a naszym jest ogromna. Chodzi zarówno o biedę w małych miejscowościach i wsiach, szczególnie tzw. Polski B, jak i obciach przy wjeździe do Polski autostradą widmo czy też opóźnionym pociągiem o standardzie sprzed trzydziestu lat. Chodzi również o całą sferę usług publicznych oferującą żenująco niski poziom, zaczynając od urzędów państwowych, poczty, niedostępnych publicznych usług medycznych itd. I nie chodzi w żadnym wypadku o umiejętności osób tam pracujących, ile o sposób organizacji pracy, zarzadzania tymi instytucjami, systemem bodźców. Nie bez znaczenia są karuzele stanowisk w spółkach skarbu państwa. W ciągu ostatnich sześciu lat zmieniło się ośmiu prezesów LOT, siedmiu prezesów PKO BP, trzech prezesów Poczty Polskiej, dwunastu prezesów Telewizji Publicznej. Obywatel to widzi i trudno aby nabierał zaufania do państwa. Państwo staje się coraz bardziej obce, obojętne, obciachowe. I młodsze pokolenie nie rozumie dlaczego ma akceptować taki stan rzeczy. 
Autostrady i orliki nie zmienią Polski na tyle aby dokonać skoku cywilizacyjnego. Oczywiście infrastruktura nie jest bez znaczenia. Udrożnienie komunikacji drogowej w Polsce będzie jak zamontowanie pierwszej kanalizacji w miastach w XIX wieku. Nie można jednak na tym ważnym projekcie skończyć projektu modernizacyjnego Polski. Orliki też są elementem zmiany rozwojowej Polski. Ale nie wystarczą do tego aby w małych miejscowościach i wsiach Polski B ludzie nie rozpoczynali dnia myśląc o swych beznadziejnych perspektywach życiowych. Lecąc samolotem z Gdańska do Warszawy, czy też z Wrocławia do Warszawy nie widać wielu miejsc w Polsce gdzie wciąż na dworcu w nocy jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy.
Donald Tusk w 2000 roku w sposób doskonały zdiagnozował zmiany demograficzne zachodzące w tamtym okresie w Polsce. Mianowicie zauważył, że coraz silniejszy głos wyborczy będzie miało pokolenie które coraz mniej pamięta okres PRL-u, że oczekuje innego języka niż język debaty publicznej w tamtym okresie. Zauważył też olbrzymi potencjał w samorządach i rzucił hasło wyborów bezpośrednich prezydentów miast. I zakaz finansowania partii politycznych. Pytanie czy wyczucie z tamtych lat zniknęło wraz z upływem lat, czy też jest chwilowo przesłonięte perspektywą zbliżających się wyborów? 
Dlatego tak bardzo rozczarowujące były propozycje obcięcia składki na OFE oraz towarzysząca temu retoryka. W szczególności argument, że to OFE są odpowiedzialne za przyrost długu w Polsce. Teraz znalazł się drugi chłopiec do bicia – samorządy. To jeszcze smutniejsze, pamiętając hasło Donalda Tuska sprzed dziesięciu lat dającego więcej siły i władzy samorządom. Ja tych propozycji nie rozumiem. I pytanie gdzie to wyczucie sprzed lat? Samorządy w Polsce nie są winne zadłużeniu państwa gdyż ich dług wynosi jedynie 55 mld na dług w wysokości 765 mld. Co więcej wiele samorządów jest na granicy limitów długu i dalej zadłużać się nie będą mogły. Pamiętać również należy, że limitu długu dla samorządów odnoszą się do ich dochodów podatkowych a nie do wytwarzanego przez nie PKB jak to ma miejsce w przypadku limitów długu skarbu państwa. Odpowiedzialnym za wysoki dług nie są odpowiedzialne ani OFE ani samorządy tylko poszczególne rządy.
To nie jest tekst przeciwko rządowi. Chodzi o to aby zwrócić uwagę rządzącym na inne podejście do rzeczywistości. Nie muszą zmian nazywać reformami. Niech nawet w ogóle tego nie nazywają, niech po prostu robią.  Jestem w stanie zrozumieć traumę po AWS i podniecenie perspektywą pierwszej w wolnej Polsce szansy wygrania wyborów po czterech latach rządzenia. Ale to wcale nie oznacza, że strategia małych kroczków, lub kroków wstecz jak w przypadku OFE czy samorządów, doprowadzi do kolejnej wygranej. To przecież strach przez PiS a nie skuteczność zarządzania reformami jest głównym sprawcą wysokiej pozycji partii rządzącej w sondażach. Jeszcze trochę i głosy niezadowolonego brakiem zmian elektoratu przejmie inna partia (obecna lub też zupełnie nowa). Nie można bagatelizować oczekiwań coraz większej grupy Polaków. Platforma Obywatelska jest wciąż partią o największym potencjale reformatorskim. Tyle, że potencjał ten jest coraz sprawniej ukrywany. A jak wiemy z domowych doświadczeń jak coś się bardzo dobrze schowa i potem przez lata nie używa, to ciężko jest to potem znaleźć. Chodzi o to aby pobudzić wolę reformatorską w głównej sile politycznej kraju. I zwrócić uwagę na to, że zmieniają się oczekiwania, że świat się zmienia i że łatwo zaprzepaścić sukces.
Strach przed PiS jest uzasadniony, szczególnie jeśli celem przywódcy głównej partii opozycyjnej jest chęć zemsty a nie pomysł na lepszą Polskę. Ale unikanie niepopularnych decyzji nie jest pomysłem ani na Polskę ani na wygrywanie wyborów wyborów.
Aby dokonać skoku rozwojowego potrzebne są fundamentalne reformy. Możemy je nazywać strategią małych kroków, możemy je nazwać budową społecznej gospodarki rynkowej. Nie ważne, nazwa jest wtórna. Chodzi o to aby więcej było ludzi aktywnych zawodowo, aby więcej osób pracowało w usługach, aby zachęcać do przechodzenia z rolnictwa do prac o większej wartości dodanej, aby wspierać rozwój aglomeracji w taki sposób aby korzystały z niego okoliczne miasta i miejscowości. Chodzi o to aby wspierać dobrą edukację, czyli dobrych nauczycieli lepiej wynagradzać a złych zwalniać, aby minimalizować armię urzędników, a tych niezbędnych zachęcać do lepszej pracy, chodzi o to aby w Polsce opłacało się wymyślać i realizować nowe pomysły i wynalazki. Chodzi wreszcie o to aby szybciej prywatyzować nie tylko poprzez akcjonariat obywatelski ale przede wszystkim w taki sposób aby prywatyzowane firmy uzyskiwały prawdziwych nowych właścicieli, aby tworzyć warunki konkurencyjne, w których każdy ma szansę w wyścigu. To się samo nie zrobi. Nie jesteśmy jeszcze na takim etapie rozwoju, aby móc powiedzieć najważniejsze zostało zrobione, teraz nie się już samo kręci. Nic się samo kręcić nie będzie! Wciąż w polskiej polityce gospodarce jest bardzo dużo do zrobienia i nadgonienia. A świat się rozwija szybciej niż my i konkurencja jest coraz silniejsza nie tylko od podobnych do nas krajów w Europie ale przede wszystkim z Azji. A niedługo zapewne również z innych kierunków. Chciałbym aby to myślenie było również obecne w myśleniu rządzących.
2011-05-24 12:38
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Zbyt wcześnie aby ogłaszać koniec kryzysu na rynku bankowym. Wciąż nie rozwiązane pozostają kwestie zadłużenia krajów peryferyjnych Europy w których to banki europejskie zainwestowały spore sumy pieniędzy wykupując w starych dobrych czasach ich obligacje. Banki regionalne w Hiszpanii, czy w Portugalii wciąż mają problem z niedoborem kapitału. Płynność w niektórych miejscach Europy ciągle  jest dobrem rzadkim. W ciągu najbliższych kilku lat zostaną wprowadzone nowe regulacje przewidziane w Bazylei III. Nie wspominając o nowych zasadach nadzoru. Niemniej w tej zdrowszej części Europy można odnieść wrażenie, że świat finansów wraca do normalności. Do normalności rozumianej jako presja na wysokie, coraz wyższe stopy zwrotu, oczekiwanie coraz wyższej rentowności kapitału, premiowanie bardziej agresywnych graczy.

O ile jeszcze rok temu główną troską analityków bankowych był niedobór kapitału tak teraz coraz częściej na rynku słychać głosy o tym, że wyższy niż minimum współczynnik wypłacalności kapitałowej jest przejawem zbytniej ostrożności i niewykorzystania potencjału. W tym sensie można odnieść wrażenie jakbyśmy znów znajdowali się w drugiej połowie poprzedniej dekady.  Są jednak pewne różnice. Choćby taka, że podejście banków do kwestii płynności uległo istotnej zmianie po kryzysie. Zbyt dużo bowiem stresu kosztowało zarządzających płynnością poszukiwanie środków na rynku w okresie kiedy płynność zniknęła. I choć dzisiaj w Polsce można swobodnie pozyskać na rynku pieniądz hurtowy, nikt nie może mieć pewności, że tak samo będzie za tydzień czy za miesiąc. Problem płynności będzie, oprócz wymogów kapitałowych, głównym wyzwaniem banków na najbliższe lata.

Aby zbilansować kredyty z depozytami można albo ograniczać akcję kredytową lub też starać się pozyskiwać więcej depozytów. Przypomnę, że w okresie kryzysu mieliśmy do czynienia wręcz z wojną depozytową, kiedy brak płynności na rynku hurtowym i potrzeba dopasowania pozycji w złotówkach do pozycji kredytu w walucie obcej, był najważniejszym wyzwaniem dla banków. Dzisiaj nie ma paniki, ale widać, że depozyt jest dobrem rzadkim i pożądanym. Widać to przede wszystkim po spadających marżach depozytowych, które w ostatnich miesiącach spadły o ponad 0.5 pp. Zauważmy też, że przeciętny bank na polskim rynku zmuszony jest dopłacać do depozytów cały zarobek przerzucając na część kredytową i cross sell (ostatnio sytuacja z punktu widzenia banków mogła się poprawić ze względu na szybką serię podwyżek stóp procentowych). Jednocześnie obserwujemy również spadek marż kredytowych na rynku. Dawno minęły już czasy kiedy klient chodził od banku do banku prosząc o kredyt i był szczęśliwy płacąc za niego 400 punktów bazowych. Obecnie średnia marża kredytowa dla kredytu korporacyjnego wynosi lekko poniżej 200 punktów bazowych i nadal spada. Wracamy do normalności. Pytanie jak daleko banki będą skłonne zejść z marżami. Czy tak jak przed kryzysem, że marża na poziomie 20 czy 30 punktów bazowych nie należały do rzadkości? Takim obrotem spraw byłbym zaskoczony bo oznaczałoby to, że nie zostały wyciągnięte wnioski z roku 2008, byłoby to również wbrew logice. W latach 2007, 2008 dynamika kredytu korporacyjnego wynosiła 25 % a hipotecznego ponad 50% (uwzględniając efekt kursowy). Działo się to jednak w okresie nieograniczonej płynności. Dziś, kiedy banki dopłacają do depozytów, płynność nie jest ograniczona a popyt ze strony firm umiarkowany trudno spodziewać się aby marże zjechały do poziomów sprzed kryzysu.

Bankowość powinna wrócić do swego tradycyjnego modelu gdzie bank jest pośrednikiem pomiędzy depozytariuszem i kredytobiorcą. Tyle, że banki przyzwyczaiły akcjonariuszy do całkiem przyzwoitych zwrotów z kapitału i teraz posiadacze akcji znów tego oczekują. Banki więc szukają produktów o wyższej marżowości. Stąd m.in. presja na ofertę kredytów walutowych, które wciąż są jednym z najbardziej atrakcyjnych marżowo produktów. O ile więc można się spodziewać powrotu do bardziej tradycyjnej bankowości to obawiam się, że nie unikniemy presji na powrót do wysokich zwrotów z kapitałów. A to oznacza, że o ile wyższe wymogi kapitałowe i mniejsze uzależnienie od hurtowego pieniądza ograniczą skalę ewentualnej ekspansji, o tyle presja na wyniki będzie znów pchała bankowców do szukania produktów bardziej ryzykownych.

2011-05-18 11:16
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

W sumie główne zaskoczenie wynika z niewłaściwej komunikacji z rynkiem. Podwyżki stóp były oczekiwane, tyle że bardziej rozłożone w czasie. Szczególnie, że po zapowiedzi skoordynowanej interwencji na rynku walutowym przez ministerstwo finansów przekaz ze strony banku centralnego sugerował, że skala podwyżek dzięki takim właśnie działaniom może być mniejsza. Wczoraj na konferencji prasowej prezes NBP Marek Belka powiedział wprost, że przy podejmowaniu decyzji o podwyżce stóp nie było jednomyślności. Zauważmy, że nigdy nie było jednomyślności, jednak wczoraj o tym powiedziano na konferencji. Dobrze, że taka deklaracja padła bo rzuca nieco światła na kulisy decyzji. Wygląda na to, że większość która zagłosowała za podwyżką stóp nie zgadzała się z wcześniejszą retoryką zastępowalności pomiędzy podwyżkami stóp a kursem walutowym. Być może nie udało się uzgodnić tego przekazu związanego z interwencją z większością Rady. Teraz prezes Belka na konferencji musiał studzić odczekiwania rynku co do skali zacieśnienia monetarnego sugerując, że oczekiwana skala podwyżek będzie zgodna z planem RPP, tyle że dokonana zostanie wcześniej niż rynek się tego spodziewał.

Reakcja rynku walutowego była mocna, w wyniku decyzji złoty umocnił się o ponad 3 grosze. Na rynku pieniężnym oczekuje się teraz, że w ramach całego cyklu zacieśnienia monetarnego stopy w Polsce wzrosną do poziomu 5% - 5.25% a do końca tego roku do poziomu 4.75%. Nie jestem pewien czy to jest zgodne z tym co planowała RPP. Starając się zinterpretować wczorajszą decyzję raczej obstawiałbym wariant, że stopy w Polsce nie wzrosną do 5.25 procent a RPP za miesiąc lub dwa ogłosi dłuższą przerwę w dalszych podwyżkach stóp, lub powie wręcz, że na tym koniec.

Tak czy inaczej z Polski poszedł mocny sygnał, że RPP jest poważnie zaniepokojona inflacją i głównym instrumentem do walki z nią są stopy procentowe. Ich wpływ na kurs jest ważnym czynnikiem, ale to nie kurs jest celem działań Rady. Bez wątpienia Rada byłaby bardziej skuteczna w działaniu gdyby udało jej się również skoordynować komunikację, bo jak wiadomo zarówno z literatury jak i doświadczeń dobra komunikacja z rynkami może być ważnym instrumentem zarządzania oczekiwaniami inflacyjnymi.  Pozostaje mieć nadzieje, że zostaną z tego wyciągnięte wnioski na przyszłość.

 

 

 
2011-05-12 10:18
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Od mniej więcej dwóch lat stale rosną ceny akcji. Nikt jednak nie jest skłonny nazwać tego wzrostu hossą. Jest to bez wątpienia odreagowanie po zbyt głębokich spadkach w okresie kryzysu. Wzrost cen akcji jest też reakcją na ożywienie globalne – pomimo różnego rodzaju obaw gospodarka światowa całkiem nieźle się rozwija. Ale hossa to nie jest. Za dużo jest niepewności, zbyt dużo nierozwiązanych problemów, zbyt wiele napięć i nierównowag na świecie.

Przyczynkiem do napisania tego felietonu był ostatni bardzo głęboki spadek cen ropy. Za spadkiem tym podążyły również inne surowce. Dużo o tym w ostatnich dniach pisano, skupię się więc na pozostałych wątkach. Przede wszystkim na tym na ile bańka została przebita i co to znaczy dla dalszych perspektyw zarówno rynku akcji jak i surowców. Pytanie jak wiadomo nie należy do najłatwiejszych.

Nierównowaga na rynku finansowym jest efektem kilku czynnikami. Po pierwsze nierównym tempem rozwoju gospodarczego, bardzo szybkim w krajach azjatyckich, dość szybkim w innych krajach rozwijających się, powolnym w większości krajów rozwiniętych i ujemnym w krajach tzw. unijnych peryferii. To zróżnicowanie wzrostu ma swoje konsekwencje dla globalnych nierównowag, szybko rozwijające się kraje azjatyckie generują inflację, która jest eksportowana na cały świat w tym również do krajów wolno rozwijających się. Szybko rozwijające się kraje, we tym przede wszystkim Chiny, są więc zmuszone prowadzić coraz ostrzejszą politykę monetarną zarówno poprzez wzrost stóp procentowych jak i umacnianie własnej waluty. Podobną politykę stosuje Polska, gdzie mamy do czynienia zarówno z podwyżkami stóp procentowych jak i interwencjami na rynku walutowym w celu umocnienia złotego. Kolejnym sprawcą nierównowag jest luźna polityka pieniężna prowadzona przez główne banki centralne świata. Co prawda EBC rozpoczął już cykl podwyższania stóp procentowych, ale wciąż są one na rekordowo niskim poziomie i szanse na ich „normalizację”, jak to określił ostatnio nowy szef Bundesbanku, w najbliższym czasie są znikome. Czekają nas prawdopodobnie jedna lub dwie podwyżki stóp procentowych i na tym na razie koniec. Fed co prawda zapowiedział zakończenie drukowania pieniędzy, wciąż jednak nadmiar gotówki krąży w światowej gospodarce i musi być gdzieś inwestowany. Nie bez znaczenia jest też ogromny deficyt budżetowy Ameryki co również oznacza dodatkowy pieniądz. I na razie, co najmniej do końca tego roku, nic nie zapowiada aby do jakiegoś poważniejszego zacieśnienia czy to monetarnego czy to fiskalnego miało dojść. Na rok przed wyborami Barak Obama będzie raczej skłonny pobudzać gospodarkę a nie ją chłodzić. Co prawda to pobudzanie również odbija się czkawką w Ameryce gdzie wzrost cen benzyny ogranicza możliwości zakupowe Amerykanów. Wiele wskazuje jednak na to, że obecna luźna polityka fiskalna i monetarna będzie kontynuowana.

W takiej sytuacji nadmiar pieniądza będzie musiał być nadal gdzieś inwestowany. Po ostatniej korekcie na rynku surowców część pieniędzy zostanie zainwestowana na rynek akcji i papierów dłużnych. Perspektywy wzrostu nie są najgorsze choć są bardzo nierównomiernie rozłożone na świecie. Pieniądze będą więc płynęły tam gdzie perspektywy wzrostu gospodarczego są najwyższe a ryzyko przegrzania w najbliższym czasie wciąż relatywnie małe. Tak czy inaczej miejsca te będą kolejnym miejscem tworzenia się bańki spekulacyjnej. Polska jest jednym z krajów gdzie niezłe perspektywy wzrostu i relatywnie głęboki rynek kapitałowy zachęcają do angażowania większych środków. Stąd też rekordowy w ostatnim czasie napływ pieniędzy na rynek akcji i obligacji. Spodziewam się, że trend ten będzie kontynuowany, szczególnie jeśli uwzględnimy zmniejszone ryzyko nagłej dewaluacji. Ogłoszone bowiem niedawno skoordynowane działanie ministerstwa finansów i NBP wymiany środków unijnych zmniejsza ryzyko takiego scenariusza.

Mamy bez wątpienia do czynienia z rynkiem byka, ale wątpliwości pozostają. Ale gdyby nie było wątpliwości to jest byłaby to po prostu hossa. Która też trwać wiecznie nie może.

2011-05-11 14:04
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Kiedy Stany Zjednoczone otrzymały żółtą kartkę za brak perspektyw obniżenia narastającego długu,  a Grecja jest coraz bliższa restrukturyzacji długu, to w Polsce pojawia się coraz więcej pomysłów na dodatkowe wydatki. W ostatnim tygodniu nastąpił wysyp takich propozycji i nie sposób ich nazwać bezpiecznymi dla finansów publicznych. A to dopiero początek kampanii wyborczej. Strach pomyśleć co będzie dalej.

Zacznijmy od akcyzy na paliwo. Ceny benzyny na stacjach są rekordowe, przekraczają 5.30 złotych za litr. Jak wiadomo tak wysoka cena benzyny jest pochodną wzrostu cen ropy na rynkach światowych zarówno z powodu konfliktu zbrojnego w Afryce Północnej jak i wzrostu popytu na ten surowiec generowanego przez szybko rozwijające się kraje azjatyckie. W sumie możemy wpływać na cenę ropy albo poprzez kurs walutowy lub też poprzez zmianę poziomu stawki akcyzy. Dla przypomnienia z 5.20 złotych ceny benzyny podatki (akcyza, VAT, opłata paliwowa)  stanowi ok. 2.7 zł, ok. 2 zł  to koszt surowca, a 50 groszy to marża dystrybutora i producenta. Gdyby obniżyć akcyzę o 20 groszy to spadek dochodów budżetowych z tego tytułu wyniósłby 2 miliardy złotych, czyli mniej więcej czwartą część „oszczędności” uzyskanych z obniżki składki do OFE. W tak trudnej i napiętej sytuacji budżetowej jak obecna, w okresie kiedy proponuje się przycięcie inwestycji samorządowych aby ograniczyć ich negatywny wkład do wyniku sektora finansów publicznych, obniżanie nagle dochodów o 2 miliardy złotych byłoby zupełnie niezrozumiałe. Zdziwiłbym bym się gdyby zgodził się na to minister finansów. Ale trzeba przyznać, że niejedno mnie ostatnio zadziwiło.

Najbardziej zaskoczyła mnie jednak zeszło wtorkowa decyzja rządu o podniesieniu płacy minimalnej od 2012 roku do 1500 złotych z obecnych 1386 zł. To niemała podwyżka bo o ponad 8%. Ta decyzja może mieć dwojakie konsekwencje. Po pierwsze jest mocną wskazówką jaka skala podwyżek płac jest w ogóle do pomyślenia. Na pierwszy rzut oka zależności pomiędzy płacą minimalną a średnią nie jest oczywista, niemniej w okresie kiedy znacznie wzrosła inflacja i coraz bardziej zasadne są obawy o nasilenie się presji płacowej, sygnał ze strony rządu jest dolewaniem oliwy do ognia. Została bowiem zapowiedziana podwyżka w określonej skali która będzie wzorcem dla wielu przedsiębiorstw, szczególnie państwowych. A w obecnej sytuacji nadmierny wzrost płac byłby zabójczy dla polskiej gospodarki, gdyż nie wynikałby ze wzrostu wydajności a z surowcowego wzrostu kosztów, co uderzyłoby w przedsiębiorstwa podwójnie. Wzrost płacy minimalnej to też problem dla regionów w których stawki płac są znacznie niższe niż w metropoliach. Przy tak wysokim zróżnicowaniu regionalnym utrzymywanie jednej, wspólnej dla całego kraju płacy minimalnej mija się ze zdrowym rozsądkiem, na który ostatnio często się powoływano. Drugi ważny aspekt ma charakter fiskalny. Wzrost płacy minimalnej generuje bowiem wzrost wydatków w wielu dziedzinach, w których są one indeksowane wysokością płacy minimalnej. Koszt fiskalny zapowiedzianej przez rząd podwyżki szacować można na kilkaset milionów złotych.

Trzecim pomysłem który się ostatnio pojawił było przekierowanie jednego lub dwóch miliardów złotych na aktywne formy walki z bezrobociem. Brzmi to atrakcyjnie, rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna. Doświadczenie światowe, ale też i polskie wskazują na to, że aktywne formy przeciwdziałaniu bezrobociu są nieskuteczne. Ich moc sprawcza działa wyłącznie w okresie wydawania tych środków. Po ich wygaśnięciu bezrobocie znowu rośnie.  W Polsce, ale również mało gdzie na świecie, nie udało się stworzyć skutecznego mechanizmu zwalczania bezrobocie poprzez aktywne formy walki z tym zjawiskiem. Nauka ekonomii jest nauką wyboru. W tym wypadku wybór dotyczy tego czy dokonać przesunięcia miliardów złotych na aktywne formy czy też obniżyć o tę samą kwotę deficyt budżetowy, a tym samym dług. W krótkim okresie, np. w okresie wyborów, opłaca się dokonać wyboru pierwszego, bo w okresie wydatkowania tych pieniędzy bezrobocie zapewne spadnie. Jednak po ich wygaśnięciu znów wzrośnie a rachunek trzeba będzie zapłacić. Innymi słowy mamy dylemat pomiędzy krótkotrwałą kosztowną poprawą na rynku pracy a mniejszym deficytem i długiem w dłuższym okresie co zwiększa, w małym co prawda, stabilność polskiej gospodarki a tym samym poprawia jej perspektywy. No cóż, odwieczny dylemat przedwyborczy … Tyle, że wszystkie razem dość kosztowne dla gospodarki. Bo rachunki przyjdą po wyborach.

2011-05-05 13:34
Polskie wpisy Komentarze (2)