29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

Dzisiaj grecki parlament ma przyjąć pakiet kolejnych reform od których uzależniona będzie pomoc Unii Europejskiej i MFW. Wszystko na to wskazuje, że pakiet zostanie przyjęty, bo alternatywa wydaje się jeszcze bardziej beznadziejna. Rynek finansowy zapewne odetchnie z ulgą. Ale to będzie tylko chwilowa ulga. Przecież diabeł i tak tkwi w implementacji, a mało kto chyba wierzy, że przyjmując kolejne pakiety reform Grecja dług swój spłaci. Jest on po prostu za duży jak na kraj który się nie rozwija, a nawet jak wejdzie za rok lub dwa na ścieżkę rozwoju, to wzrost będzie mizerny, nie dający szansy na szybkie wypracowanie nadwyżki pierwotnej w budżecie.
Dwa tygodnie temu pisałem, że rośnie ryzyko rynkowego defaultu. W zeszłym tygodniu Fitch i S&P poinformowały, że jakiekolwiek „dobrowolne” rolowanie długu zostanie ocenione jako wymuszone i uznane za formalną niewypłacalność. W sumie słuszna ocena, co to za dobrowolność, do której inwestorzy są zmuszani. Zapewne politycy europejscy będą wymyślać różnego rodzaju konstrukcje, aby taki scenariusz się nie zmaterializował. Ale w dłuższym okresie nie da się rynku oszukać. Ryzyko niekontrolowanego defaultu w ostatnich tygodniach wzrosło a nie zmalało. Może się wydawać, że przyznanie Grecji kolejnego pakietu pomocy problem na kolejny kilka lat rozwiąże, ale przecież wiadomo, że Grecja przez całą dekadę albo i dwie nie będzie w stanie wyjść po finansowanie na rynek. Politycy europejscy chcą doczekać do 2013 roku, kiedy zacznie działać mechanizm umożliwiający restrukturyzację w ramach powołanego funduszu EFS, przewidujący udział prywatnych inwestorów. Rynek jednak nie ma zamiaru czekać aż do 2013 roku. Bo przecież jeśli nawet Grecja przegłosuje pakiet, a Unia i Fundusz uchwalą kolejną pomoc, nie oznacza to wcale końca problemów.
Po pierwsze dlatego, że istnieje ryzyko zaliczenia greckich papierów jako niewypłacalnych przez jedną z agencji ratingowych, co po ostatnich ogłoszeniach Fitch i S&P wydaje się to bardzo prawdopodobne. Po drugie istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że rząd grecki nie będzie realizował skutecznie pakietu reform. Tak zdarzało się w przeszłości. Po trzecie rynki przestraszyły się opozycji greckiej, która inaczej niż opozycja w Portugalii czy w Irlandii sprzeciwia się programowi reform. W sumie w interesie opozycji byłoby umorzenie znacznej części greckiego długu, bo wtedy Grecja byłaby znacznie mniej zależna od MFW i Unii a moment zamętu związanego z ogłoszeniem niewypłacalności spadłby na obecnie rządzących. Redukcja długu jest najbardziej nie rękę Francji, która ma najwięcej do stracenia na takiej operacji, gdyż jej banki mają największe zaangażowanie w Grecji. Nie przypadkowo widać u nich tak wielką determinację aby u sterów MFW stanęła Francuzka…
Dziś należy skupić się raczej na tym jak w sposób kontrolowany i najmniej kosztowny dla gospodarki europejskiej przeprowadzić operację restrukturyzacji greckiego długu. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie które zadał wiceprezes NBP Andrzej Raczko: jak zapewnić aby Grecja po restrukturyzacji mogła wrócić na rynek długu. Wydaje się, że aby to było możliwe skala redukcji długu musi być znacznie głębsza niż 50%. Chodzi przecież o to aby Grecja była w stanie dług ten przy swej niekonkurencyjnej gospodarce obsługiwać. Dlatego też skala redukcji musiałby być prawdopodobnie bliższa 70%, tak aby relacja długu do PKB wyniosła ok 50% PKB. Jednocześnie wraz z redukcją długu ważne będzie wydłużenie jego zapadalności. I zapewne do roku 2013 Grecja będzie musiała mieć otwartą linię kredytową w MFW, czyli do momentu kiedy podobny mechanizm będzie mógł być oferowany przez UE.
Tak czy inaczej, im prędzej uda się Grecję postawić na nogi i zminimalizować jej uzależnienie od innych państw europejskich tym lepiej. Wtedy to od determinacji greckich polityków będzie zależało, czy wyprowadzą kraj na prostą odzyskując konkurencyjność czy też nie. A pilnować całego procesu będzie rynek.
2011-06-28 19:43
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Komisja Europejska proponuje rozwiązania, które jeśli zostaną wprowadzone, to nasz kontynent wyjdzie z kryzysu wzmocniony, oddalając się w końcu od socjalnego modelu gospodarczego.

Komisja Europejska przedstawiła rekomendacje dla strefy euro i poszczególnych krajów członkowskich w ramach planów konwergencji na najbliższe lata.  Trzeba przyznać, że rekomendacje Komisji są dość rewolucyjne jak na tę instytucję.

Przede wszystkim w dokumencie tym  nie wspomina się już ani słowem o wspieraniu fiskalnym, a  jedynie o sposobach na zwiększenie konkurencyjności i redukcji ryzyka fiskalnego. Jeszcze kilka kwartałów temu nawoływanie do utrzymania wsparcia fiskalnego dla utrzymania wzrostu było stałym elementem unijnych dokumentów. Najważniejsze jednak, że w obliczu pogłębiającego się kryzysu w ramach strefy euro Komisja Europejska proponuje rozwiązania o charakterze  bardzo wolnorynkowym, można wręcz rzec – liberalnym.  To ważne i właściwe, ale jednocześnie dość rewolucyjne jak na Unię.
Walka z deficytami
Wśród ogólnych postulatów na uwagę zasługuje ten, w którym się mówi, że kraje z deficytami na rachunku obrotów bieżących muszą starać się je ograniczać, m.in. poprzez likwidację płacowych  mechanizmów indeksacyjnych. Chodzi o to, aby dynamika płac uwzględniała wzrost wydajności w poszczególnych przedsiębiorstwach, a nie była narzucana odgórnie na poziomie ogólnokrajowym. Z kolei kraje z nadwyżką obrotów bieżących powinny w szczególności zliberalizować sektor usług.
W ramach bardziej szczegółowych rekomendacji KE skupia się na trzech obszarach: potrzebie konsolidacji fiskalnej, reformie rynku pracy i mechanizmach prowzrostowych. W zakresie rynku pracy proponuje się przede wszystkim podwyższanie wieku emerytalnego, likwidację wcześniejszych emerytur i wprowadzenie takich relacji pomiędzy płacą a zasiłkiem dla bezrobotnych, aby wysokość zasiłku nie zniechęcała do podejmowania aktywności zawodowej. To bardzo ważne i kluczowe zarówno dla wydłużenia aktywności zawodowej, jak i uelastycznienia rynku pracy.
Wyższy wiek emerytalny zwiększy podaż pracy, zmniejszając jednocześnie wydatki. Z kolei właściwa relacja pomiędzy zasiłkiem a płacą jest jedną z kluczowych odpowiedzi na bezrobocie wśród młodych, które w Hiszpanii sięga powyżej 40 proc., a we Włoszech powyżej 30 proc.  W zakresie polityki fiskalnej proponuje się, aby w krajach z wysokim deficytem wzrost wydatków był poniżej średniookresowej dynamiki PKB (z wyjątkiem innowacji, zielonej energii, edukacji).
Taka dyscyplina wydatkowa jest najprostszym sposobem, w jaki kraje członkowskie mogą pilnować swych finansów. W ramach mechanizmów wspierających wzrost gospodarczy jako główne narzędzie postuluje się wprowadzenie dyrektywy usługowej, wskutek czego w ramach całej Wspólnoty będzie możliwe oferowanie usług z innego kraju, dzięki czemu wzrośnie konkurencja, spadnie cena usług i Unia jako całość stanie się bardziej konkurencyjna. W zasadzie nic nowego, ale może dopiero kryzys wymusi tego typu działania na bogatszych krajach Unii, które od lat w zakresie liberalizacji rynku usług uprawiają protekcjonizm gospodarczy.
W sumie propozycje godne poparcia, pytanie, czy jest szansa na ich wprowadzenie w życie. Gdyby tak się stało, Europa wyszłaby z kryzysu wzmocniona, odchodząc w końcu od socjalnego modelu gospodarczego. A w tym momencie jest to jedyne sensowne rozwiązanie.
Słabości naszej gospodarki
Wobec Polski Komisja jest dość krytyczna. Nie pisze tego wprost, bo taki jest język unijny, ale wskazuje dość jednoznacznie słabości naszej gospodarki. Po pierwsze, zwraca uwagę, że obcięcie składki do OFE przesuwa tylko problem w czasie, ale problemu zadłużenia nie rozwiązuje. Wskazuje, że Polska musi dokonać dodatkowych działań zmniejszających deficyt do 3 proc. PKB w 2012 roku, co oznacza, że przedstawione dotychczas propozycje działań są niewystarczające.
Według Komisji powinna zostać wprowadzona reguła fiskalna obejmująca cały sektor finansów publicznych i być liczona według metodologii ESA 95, co jest przytykiem do wąskiego zakresu wprowadzanej obecnie reguły wydatkowej i faktu, że w Polsce liczy się deficyt według łagodniejszych zasad, niż to robią w Europie. W ramach ograniczeń wydatkowych Komisja apeluje o to, aby cięcia nie odbywały się kosztem wydatków inwestycyjnych, jak to się dzieje obecnie. W kwestii reform jednym tchem wymienia się podwyższanie wieku emerytalnego, KRUS, system emerytur mundurowych, zachęty do większej aktywności zawodowej kobiet.  Niby nic nowego, ale jak kolejna instytucja po MFW, Banku Światowym i OECD mówi to samo, czas się zastanowić, co oni tacy uparci i czy przypadkiem nie mają racji.
2011-06-27 16:08
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
Once again there is dancing in the streets because France and Germany have reached an agreement, both countries announcing that they will not force  holders of Greek bonds to postpone maturity on those securities but merely ask them to buy them back. Putting back maturity dates on bonds would count as defaulting but if holders voluntarily buy them back there is still a chance that they will not be booked as a loss.
 
Chancellor Merkel drew on the example of the 2009 Vienna Initiative when banks with commitments in Central and Eastern europe agreed not to drain further liquidity from their central european subsidiaries despite their own liquidity problems.   Frau Merkel suggested that just as in 2009 when foreign banks did not cut their losses and run, Greece today should be treated in a similarly lenient fashion. But there is a big difference between then and now. Firstly, countries of Central Europe where not on the verge of bankruptcy. Secondly, it made sound business sense as providing liquidity to their central european subsidiaries was very profitable for parent banks. The investment paid off, which can hardly be said about Greece. For private investors the only price at which it's worth buying Greek bonds is the market price. They know perfectly well that if they don't buy the next issue of bonds, this increases the risk of a formal default on Greek securities. But in buying up the latest long term bond issue they are running the risk that Greece will still end up defaulting.
 
Pricing the new issue on a mark-to-market basis would signify immediate losses so bonds will have to be held to maturity, fingers firmly crossed that a return on investment will materialise within a few years. Welcome to fairyland. It will be interesting to see how politicians will try to encourage voluntary buying of Greek securities.
 
But the biggest danger in this whole operation is the risk of an uncontrolled default. In other words: massive discounting of Greek securities despite the best intentions of politicians . This could happen if the Greek government fails to agree on the next package of austerity measures which would prevent the IMF from paying the next tranche. But market forces could still hold sway. Bear in mind that S&P have downgraded Greek debt to CCC, i.e. the lowest rated in the world - just one step away from default . In order to declare a default, you need a so called "default event", which according to rating agency criteria can be classified as insolvency. But apart from sovereign debt there is also the country's commercial debt which very often has a lower rating than the latter. At the same time a default event may be defined differently by S&P or by Moody's depending on general credit agreements. These may include provisions such as default clauses which means that a sharp drop in the credit rating of any given company or its insolvency would render its shares worthless.  At which point the shareholder must book this as a loss. In addition most investors only grant loans above a certain rating.    I just don't see how Greek companies will be able to get funds from the financial markets when Greek sovereign debt has junk status.
 
This whole operation has become very expensive and complicated. The bill for all the unpaid debt will have to be paid somehow. It would no doubt be better to spread out the cost in installments but let's not pretend that Greece will emerge from this crisis unscathed. According to the latest European Commission estimates, Greek debt will soar to 160% of GDP next year!
 
Debt restructuring is inevitable, sooner or later. It would be better to bite the bullet now than have to succumb to an out of control restructuring scenario further down the line.
2011-06-25 22:05
English notes grecja, Greece Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Why did the financial markets ignore the mess that was brewing in Greece and the other PIIGS? Why could the Greeks enjoy virtually the same borrowing conditions as Germany when their debt continued growing year after year while at the same time becoming increasingly less competitive?
 
I can recall the pre-crisis discussions about mounting labour costs in the PIIGS against the background of Germany's competitive lead. Yet at the time no one was asking questions about the possibility that unchecked, such a situation could lead to insolvency in a eurozone country. That possibility was ignored as a result of the implicite guarantees offered by the rest of the eurozone. In other words there exists the conviction that other eurozone countries will come with the bail-out when things go wrong. And so it has come to pass that Greece has been rescued, conditions applying to such a bail-out being radically different from those applied thus far to any other country in need. If the problem had only concerned the Greeks, they would have been drip fed loans over many years. Lenders could thus protect their own interests. But as is well known, the Greek problem has assumed gargantuan proportions and is still growing...
 
European politicians are still trying to work out how to roll over the Greek debt at the lowest possible cost. A whole raft of euphemisms has been spawned so as not to arouse suspicions that the actions undertaken have anything to do with avoiding insolvency which in turn might trigger events which the rating agencies could see as a declaration of bankrupcy. The name of the game is "planned debt reduction" without mentioning the word "insolvency". It will be interesting to see if they pull this off but I would call a spade a spade (if not a bloody shovel) and say that Greece will not pay off its debts and in that sense is bankrupt.
 
Yet again players on financial markets are being led to think that it is possible to avoid restructuring Greek debt which to their logical way of thinking means that Greece will continue to be propped up. Either the money gets paid back through further borrowing or not. There is no other way out. In the long run fooling the financial markets is pointless. Moreover it flies in the face of the interests of long term eurozone stability. The question of how to avoid a repetition of the crisis is still being hotly debated in Europe. It has been suggested that the European Union should have a common finance minister and the Commission has floated broadminded deregulation proposals calling for fiscal discipline. The European Union would in future like to examine the competitivity of EU companies and be much firmer in applying fiscal principles which ought to be enshrined in member states' national legislation (as is the case in Poland). Although I don't quite see how this could work if politicians in any given country are answerable to their own electorate. And voters sometimes elect populist politicians. It will be very difficult to impose fiscal discipline from above at EU level, not to mention competition discipline.
 
There is only one remedy: the imperfect, criticised and hated financial markets. The financial markets force governments to be disciplined on condition that they will not take risks. If in the future we signal to the markets that ailing countries will be bailed out, the market will not expect the governments of those countries to apply corrective measures. What should happen is that a country which gets into too much debt gets a warning sign from the market in the form of higher bond yields. The more irresponsible a country is, the higher the cost of borrowing. This is a clear enough signal for any government to correct its economic policy. If however it appears that an irresponsible country will not be allowed to fail, market mechanisms will not work in the way I've just described and the country in question will get into more debt. In economics this is known as the phenomenon of moral hazard. This is what has to be avoided.
 
 
 
2011-06-25 22:02
English notes grecja, Greece Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Ryszard Petru, Paweł Świeboda

 

W trakcie Polskiej prezydencji w Unii nie unikniemy konsekwencji kryzysu strefy euro. Może on zdominować inne tematy, bo główni rozgrywający zajęci będą gaszeniem finansowego pożaru lub ograniczaniem skali spustoszenia, jakie spowoduje.

W ostatnich dniach powróciło ryzyko niekontrolowanego bankructwa Grecji oraz zainfekowania innych krajów Południa, w tym Hiszpanii. Do końca czerwca musi zostać uzgodnione rozszerzenie pakietu ratunkowego albo Grecja zacznie zwijać żagle, nie wypłaci pensji i emerytur, co może tym razem doprowadzić do eksplozji niepokojów społecznych.

Problem Grecji nie polega na braku płynności, ale na tym, że rekordowo zadłużona, niekonkurencyjna gospodarka nie daje perspektyw spłaty rosnącego zadłużenia. Kolejna transza pomocy nie rozwiąże więc w dłuższym okresie żadnego z istotnych greckich problemów strukturalnych. Niektórzy politycy coraz bardziej otwarcie zachęcają do przecięcia tego węzła gordyjskiego poprzez restrukturyzację greckiego długu.

Kwestia Grecji bardzo nas dotyczy. Trudno sobie wyobrazić, aby przedstawiając pod koniec czerwca propozycję wieloletniego budżetu UE, komisarz Janusz Lewandowski mógł nie uwzględnić konsekwencji kryzysu w strefie euro. Tymczasem inni komisarze, szczególnie z krajów płatników netto, wysyłają sygnały, że problemy tzw. krajów peryferyjnych Unii przysłaniają wyzwania związane z wyrównywaniem różnic pomiędzy starą i nową Europą.

Koncepcja UE od dawna opierała się na zasadzie solidarności. Jej przejawem było rozszerzanie Wspólnoty o kraje mniej zamożne, w tym przyjęcie dziesięciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2004 i 2007. W wymiarze gospodarczym chodziło o dorównanie zapóźnionych krajów postkomunistycznych do starej Unii. Oprócz podstawowego instrumentu jednolitego rynku UE z jego swobodnym przepływem osób, towarów, usług i kapitału sposobem na osiąganie konwergencji była i jest polityka spójności. Niektórzy nazywają ją drugim planem Marshalla, którego celem było uruchomienie mechanizmów prowzrostowych w uboższych krajach. Taką politykę stosowano od lat. Działo się to jednak w czasach prosperity, kiedy szybki rozwój niwelował problemy fiskalne.

Kryzys finansowy zmienił gospodarcze oblicze Europy. Coraz częściej słyszymy o podziale Europy na rozwijającą się konserwatywną Północ i rozrzutne, pozbawione perspektyw wzrostu Południe, a nie na biedny Wschód i bogaty Zachód. Jednak powiązania finansowe przebiegają według starego podziału. Skala zaangażowania Północy w obligacje
tzw. państw peryferyjnych jest niewspółmierna do inwestycji poczynionych przez kraje Północy na Wschodzie. Ma to swoje konsekwencje w różnicach w definiowaniu i rozumieniu pojęcia solidarności w Europie. Bogate kraje muszą zmagać się z nadmiernym deficytem i długiem publicznym przy mizernym wzroście gospodarczym. Jednocześnie muszą wygospodarowywać coraz większe kwoty na kolejne pożyczki dla krajów peryferyjnych strefy euro. W sytuacji, gdy kluczowym ryzykiem są strukturalne zagrożenia sprawnego funkcjonowania strefy euro, coraz realniejsza staje się obawa, że polityka spójności zejdzie na dalszy plan.

Obsłużenie dwóch solidarności, tradycyjnej i tej nowej, polegającej na przepływach finansowych do państw stojących na skraju bankructwa, staje się problematyczne. Przykładowo Niemcy wpłacają rocznie nieco ponad 20 mld euro do budżetu UE. Minimalnie więcej, bo ok. 22 mld euro, będzie wynosiła ich całkowita składka do Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) mającego od 2013 r. ratować zagrożone kraje
. Niemcy nie zgodziły się na połowę płatności w 2013 r., uzyskując zgodę na pięć rocznych rat. Oprócz kapitału wpłaconego pozostaje jeszcze kapitał "na wezwanie". W przypadku kłopotów kolejnych krajów, np. Hiszpanii czy Włoch, nie sposób wycenić rzeczywisty koszt, jaki będą musiały ponieść kraje finansujące EMS. Gdyby trzeba było wesprzeć Hiszpanię na podobnych zasadach jak Grecję czy Irlandię, to roczne zapotrzebowanie wyniosłoby 120 mld euro. To kwota przewyższająca roczne zaangażowanie w Grecji, Irlandii i Portugalii razem wziętych. Na razie problem nie został zwerbalizowany w przedbiegach do negocjacji wieloletniego budżetu UE. Trzeba się spodziewać, że tak się stanie.

Trudności w sfinansowaniu budżetu UE po stronie przychodowej będą miały odzwierciedlenie po stronie wydatkowej, gdzie kraje członkowskie zintensyfikują zabiegi mające na celu maksymalnie duży zwrot kapitału wpłaconego do kasy UE. W Brukseli pojawiają się koncepcje nowego funduszu infrastrukturalnego, z którego korzystałyby wszystkie, nie tylko nowe, kraje UE. Podobnie w dyskusji o źródłach wzrostu pojawia się postulat uruchomienia programu inwestycyjnego skoncentrowanego na zielonych technologiach i wspieraniu innowacyjności. Z kolei Komisja Rozwoju Regionalnego Parlamentu Europejskiego przedstawiła propozycję utworzenia kategorii regionu w UE z PKB
pomiędzy 75 a 90 proc. Do tej pory po przekroczeniu progu 75 proc. następowało sukcesywne wycofanie pomocy. Kraje gospodarczego środka (wiele to państwa pogrążonego w kryzysie Południa) będą chciały uzyskać dostęp do większego kawałka finansowego tortu, argumentując, że to niezbędne do ich powrotu na ścieżkę wzrostu. Problem w tym, że płatnicy do budżetu UE dopuszczają jako możliwy jego wzrost zaledwie o poziom inflacji. Już prosta kalkulacja wskazuje, że dla wszystkich nie wystarczy.

Nowa solidarność nie musi wykluczać starej. Obecne problemy finansowe strefy euro muszą zostać rozwiązane poprzez powrót na ścieżkę konkurencyjności zadłużonych gospodarek i przeprowadzenie miękkiej restrukturyzacji długów najbardziej zadłużonych państw. To proces bez wątpienia kosztowny, ale koszt nie może przesłaniać agendy poszukiwania nowych źródeł wzrostu. Do dynamiki gospodarczej UE przyczyniają się dziś wschodzące gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej. Osiągają szybkie tempo wzrostu dzięki rencie zapóźnienia, poprawie infrastruktury i napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI). W interesie Unii leży wspieranie tej dynamiki, w szczególności w krajach o niższym poziomie rozwoju. Paradoks polega na tym, że biedniejsze kraje Europy Środkowo-Wschodniej prowadziły ostrożniejszą politykę fiskalną niż tzw. kraje peryferyjne strefy euro, a gdy kondycja finansowa niektórych z nich została zagrożona, dokonały głębokich reform.

Główną dźwignią wzrostu w UE jest wzrost wydajności. Jednak w krajach doganiających unijny peleton przyrost wydajności był pochodną działań restrukturyzacyjnych i zmian w strukturze zatrudnienia, podczas gdy w krajach rozwiniętych pochodził przede wszystkim z innowacji. W biedniejszych krajach zapóźnienia infrastrukturalne wciąż obniżają możliwości wzrostu.

W tej debacie Polska powinna przekonująco wykazać znaczenie utrzymania silnej polityki spójności w odniesieniu i do uboższych, i bogatszych regionów UE. Powinna wskazywać na przełożenie, jakie wyższa stopa inwestycji publicznych w krajach kohezyjnych ma na poziom wzrostu gospodarczego, dowieść znaczenia budowy infrastruktury transportowej i przesyłowej dla sprawnego funkcjonowania jednolitego rynku europejskiego, a także sposobu wpisywania się polityki spójności w działania modernizacyjne gospodarki UE, reform rynku pracy, wspierania innowacyjności, badań i rozwoju oraz spójności społecznej. Innymi słowy, Polska musi pokazać, że trzeba promować obszary, które napędzają rozwój UE. Dlatego z punktu widzenia przyszłych źródeł wzrostu, jak również modernizacji polskiej gospodarki, głównym źródłem oszczędności w budżecie UE powinna zostać Wspólna Polityka Rolna. W debacie powinniśmy opowiadać się za konserwatywnym podejściem budżetowym i popierać stanowisko Niemiec w kwestii rozwiązania greckiego kryzysu, co oznacza współudział finansowy inwestorów prywatnych.

Kryzys zmienia Europę. W bogatych krajach zyskują radykalne partie, jak choćby Prawdziwi Finowie czy holenderska Partia Wolności (PVV), a starą solidarność zastępuje nowa, której istotą jest finansowanie upadających państw członkowskich, aby ratować własne instytucje finansowe.

Czas przerwać błędne koło kolejnych pożyczek skrywanych pod eufemistycznymi nazwami seryjnych "europejskich mechanizmów" i skupić się na tym, co jest źródłem wzrostu w całej Unii. Gospodarcza historia świata pokazuje przecież, że działania protekcjonistyczne i skupianie się wyłącznie na rozwiązywaniu własnych, bieżących problemów prowadzą do jeszcze większych kryzysów.

 
2011-06-21 16:16
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Znów słychać w Europie euforię bo Niemcom udało się dogadać z Francją. Oba kraje ogłosiły, że nie będzie się zmuszać obecnych posiadaczy greckich obligacji do przymusowego wydłużenia zapadalności tylko poprosi się o powtórny wykup tych papierów. Różnica między tymi dwoma rozwiązaniami jest taka, że w pierwszym przypadku wydłużenie zapadalności obligacji doprowadziłoby do zaliczenia greckich obligacji do niewypłacalnych (z ang. default) podczas gdy w wariancie dobrowolnego wykupu jest szansa, że do niewypłacalnych te obligacje zaksięgowane nie zostaną.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel powoływała się przykład porozumienia między bankami z 2009, kiedy to w Wiedniu banki zaangażowane w Europie Środkowo-Wschodniej uzgodniły, że pomimo własnych problemów z płynnością nie będą drenowały z płynności swoich banków córek w Europie Centralnej. Paraleli z tą właśnie inicjatywą użyła pani Kanclerz sugerując, że tak jak w 2009 nie wstrzymano zasilania w płynność Europy Centralnej tak teraz nie można płynności pozbawić Grecji. Jest jednak spora różnica pomiędzy tamtą decyzją a dzisiejszą. Przede wszystkim dlatego, że kraje Europy Centralnej nie były wtedy na skraju bankructwa. Po drugie zasilenie w płynność banków córek było biznesowo opłacalne, gdyż banki matki zarabiały na dostarczaniu płynności swym córkom. Była to niezła inwestycja która się zwróciła, czego nie można powiedzieć o Grecji. Wykup greckich obligacji po cenie innej niż rynkowa nie leży w interesie prywatnych podmiotów. Mają one oczywiście świadomość, że jeśli kolejnych obligacji nie wykupią to wzroście ryzyko formalnego defaultu greckich papierów. Tyle, że kupując nowe greckie papiery na kolejnych kilka lat narażają się na ryzyko, że w tej dość długiej perspektywie i tak dojdzie do ogłoszenia niewypłacalności Grecji. Nie chcąc ich wycenić według zasady mark-to-market bo to oznaczałoby natychmiastową stratę będą musieli trzymać wykupione obligacje do zapadalności (hold to maturity) „licząc” na to, że za lat kilka odzyskają zaangażowane środki. Ale jak wiadomo mało kto w to wierzy. Ciekawe jak politycy zamierzają zachęcić do dobrowolnego wykupu greckich papierów. Chyba tylko jako pomysł na zrolowanie straty i przekazanie jej przyszłym zarządom rolujących instytucji.

Jednak największe ryzyko całej operacji wiąże się z ryzykiem niekontrolowanego defaultu. Czyli sytuacji w której wbrew intencji polityków następuje olbrzymia przecena greckich papierów. Może się to stać w przypadku braku zgody władz greckich na kolejne pakiety oszczędnościowe co uniemożliwi MFW uruchomienia kolejnej transzy płynności. Ale jest też możliwy mechanizm rynkowy. Przypomnijmy agencja S&P obniżyła rating greckiego długu do CCC, czyli najniższego na świcie - o krok przed defaultem. Aby ogłosić default musi zdarzyć się tzw. „default event” czyli wydarzenie które w według definicji agencji ratingowej jest klasyfikowane jako niewypłacalność. Ale oprócz długu państwa jest też dług przedsiębiorstw który najczęściej ma niższy rating niż dług suwerena. Jednocześnie default event w ramach poszczególnych umów kredytowych może być definiowany inaczej niż przez S&P czy Moody’s.  Istnieją takie zapisy jak default clause które polegają na tym, że znaczna obniżka ratingu lub niewypłacalnośc danego podmiotu może powodować zaliczenie danego papieru przedsiębiorstwa jako niewypłacalnego. Wtedy kredytodawca ma obowiązek zapisania tego jako stratę i wykazanie jej w bilansie. Co więcej większość kredytodawców ma określone minima ratingowe po których może udzielać pożyczek. Ciężko mi sobie wyobrazić jak greckie przedsiębiorstwa miałyby w dłuższym okresie otrzymywać finansowanie na rynku kiedy państwo w którym operują ma śmieciowy rating.  

Cała ta operacja staje się jak widać bardzo skomplikowana i kosztowna. Rachunek niespłacalnego długu i tak i tak trzeba będzie zapłacić. Na pewno lepiej byłoby koszty rozłożyć na raty, ale nie można udawać, że Grecja wyjdzie z tego kryzysu na prostą. Według najnowszych szacunków Komisji Europejskiej w 2012 dług Grecji do PKB wyniesie już 160%! Wcześniej czy później bez restrukturyzacji długu się nie obejdzie. Najgorszym jednak wariantem byłaby restrukturyzacja niekontrolowana.

 
2011-06-21 15:58
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Dlaczego rynki finansowe przez lata ignorowały problemy Grecji i innych krajów peryferyjnych? Dlaczego Grecy mogli się przez lata zadłużać po prawie takich samych stawkach jak Niemcy kiedy z roku na rok narastał ich dług i z roku na rok kraj ten tracił konkurencyjność? Pamiętam dyskusje przed kryzysem o stale rosnących kosztach pracy w krajach peryferyjnych na tle rosnącej przewagi konkurencyjnej Niemiec. Jednak wtedy nie zadawano sobie pytania czy w wyniku kontynuacji tych dwóch czynników może dojść do ryzyka niewypłacalności kraju leżącego w strefie euro. Ryzyko takie nie było brane pod uwagę ze względu na ukryte gwarancje pozostałych krajów strefy euro. Ukryte gwarancje to przekonanie, że inne kraje obszaru wspólnej waluty przyjdą na pomoc temu kto znajdzie się w potrzebie. I jak na razie taki właśnie scenariusz jest realizowany, Grecja jest ratowana na zupełnie innych zasadach niż jakikolwiek kraj będący w podobnych tarapatach w przeszłości. Gdyby problem dotyczył wyłącznie Grecji to kroplówka zostałaby zamontowana na długie lata, tak aby poprzez pożyczki chronić własne interesy. Ale jak wiadomo problem na Grecji się nie kończy i dlatego jest znacznie poważniejszy. A do tego jeszcze wraz z upływem czasu się pogłębia.

Politycy europejscy wciąż debatują nad sposobem w jaki przy najmniejszym koszcie zrolować grecki dług. Powstają coraz to nowe określenie w poszukiwaniu jak najłagodniejszego brzmienia po to aby nikomu podejmowane działania nie kojarzyły się z ogłoszeniem upadłości. Nie chodzi oczywiście o wymiar symboliczny tylko o przeprowadzenie tego procesu w taki sposób aby nie wywołał on wydarzenia które przez agencje ratingowe zostanie zaklasyfikowane jako ogłoszenie niewypłacalności. Gra idzie o to aby Grecja mogła w sposób zaplanowany redukować swój dług nie nazywając tego niewypłacalnością. Ciekawe czy komuś uda się taką transakcję przeprowadzić, ale nie ma co się oszukiwać, Grecja długów nie spłaci i w tym sensie jest bankrutem.

Znów mamy do czynienia z sytuacją w której gra się z rynkami finansowymi sugerując im, że możliwe jest uniknięcie restrukturyzacji greckiego długu, co przez logicznie myślących graczy jest interpretowana jako dalsze wspieranie finansowe Grecji. Rachunek jest do opłacenia, albo więc pożycza się pieniądze aby go spłacić albo się nie płaci. Nie ma innych rozwiązań. Tyle, że oszukiwanie rynków finansowych w dłuższym okresie nie ma sensu. Co więcej, stoi w sprzeczności z długoterminowymi interesami stabilności strefy euro.

Wciąż bowiem w Europie trwa debata jak nie dopuścić do powtórki z podobnego jak ten kryzysu. Padają propozycje wspólnego ministra finansów dla całej Unii, Komisja Europejska przedstawia liberalne propozycje deregulacyjne nawołując do dyscypliny fiskalnej. Unia chce badać w przyszłości konkurencyjność unijnych gospodarek i być znacznie twardsza w egzekucji zasad fiskalnych, które powinny (tak jak to ma miejsce w Polsce) być wpisane w narodowe ustawy poszczególnych państw członkowskich. Ale nie za bardzo widzę jak miałoby to skutecznie zadziałać, jeśli na samym końcu i tak politycy w danym kraju odpowiadają przed swoimi wyborcami. A wyborcy czasem wybierają populistów (jak to miało miejsce w niedalekiej przeszłości w Polsce), będzie więc bardzo trudno odgórnie na poziomie unijnym narzucić dyscyplinę fiskalną nie wspominając o dyscyplinie konkurencyjności.

Jest tylko jeden skuteczny, acz niedoskonały, krytykowany i nielubiany mechanizm. Nazywa się rynek finansowy. Rynek wymusza dyscyplinę na poszczególnych rządzach pod warunkiem jednak, że nie będzie się z rynkiem grało. Jeśli w przyszłości będziemy wysyłać sygnały o ratowaniu państw w kłopocie to rynek finansowy nie będzie wcześniej wymuszał korygujących działań na rządach tych państw. Poprawnie mechanizm powinien działać następująco – kraj który się nadmiernie zadłuża dostaje sygnał ostrzegawczy od rynku w postaci wyższych rentowności emitowanego długu. Im bardziej nieodpowiedzialną prowadzi politykę tym bardziej rosną koszty długu. Dla każdego rządu jest to wystarczający sygnał ostrzegawczy aby dokonać korekt w polityce gospodarczej. Jeśli jednak wysyłane są sygnały, że nieodpowiedzialny kraj nie może stać się niewypłacalny to wtedy opisany mechanizm nie zadziała w pełni. I kraj się jeszcze bardziej zadłuży. W ekonomii nazywa się takie zjawisko hazardem moralnym. Chodzi o to aby go unikać.

2011-06-17 12:57
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Ostatnio premier zdystansował się od dwóch kontrowersyjnych pomysłów zgłoszonych przez ministrów jego rządu. W pierwszym przypadku chodziło o pomysł minister pracy aby na dziesięć lat przed przejściem na emeryturę rozpocząć przekazywanie pieniędzy zgromadzonych w OFE do ZUS-u, w drugim przypadku o specjalny podatek bankowy który miałby zasilać nowopowstały funduszu celowy. Obie te zgoła różne propozycje mają jeden wspólny mianownik – poprawiają księgowo wynik deficytu finansów publicznych. I taka jest moim zdaniem główna idea przyświecająca pomysłodawcom. Zdystansowanie się premiera od obu tych pomysłów jest dobrą decyzją. Nie wiadomo jednak, czy po wyborach pomysł ten nie powróci jak bumerang, jak to wydarzyło się w zeszłym roku z OFE. Przypomnę, że też zaczęło się niewinnie od zgłoszenia pomysłu obcinania składki na OFE, potem premier się od pomysłu odciął, a jak się skończyło to wszyscy pamiętamy.

Przydałby się zapewne dwa słowa wyjaśnienia jak miały działać obie propozycje. Przypadek przekazywania składek do OFE opisałem kilka tygodni temu w DGP. Przypomnę tylko, że przekazanie gromadzonych przez nas pieniędzy z OFE do ZUS-u oznaczałoby ostateczną likwidację OFE.  Po prostu środki zgromadzone w funduszach emerytalnych zostałyby wydane na bieżące emerytury pozostawiając niewielki kawałek obowiązkowych oszczędności gromadzonych z 2.3% składki do 55 roku życia. Z kolei drugi pomysł miał polegać na stworzeniu specjalnego funduszu celowego na który to fundusz musiałby się składać wszystkie banki w postaci nowoustanowionego podatku bankowego. Można zadać po co w Polsce tworzyć dodatkowy fundusz w tym celu jeśli już działa istnieje Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Odpowiedź jest prosta: głównym celem tego funduszu nie będzie przecież ochrona polskiego systemu bankowego przed potencjalnymi zagrożeniami a poprawa wyniku finansów publicznych. Jeśli zgodnie z zamysłami twórców projektu do tego funduszu miałoby wpływać rocznie ok. 700 mln złotych to o taką właśnie sumę pomniejszałby się deficyt sektora finansów publicznych. Podobnie w przypadku przekazywania środków zgromadzonych w OFE do ZUS-u, przekazywane kwoty obniżałyby saldo budżetu państwa.

Sytuacja finansów publicznych w dobrym stanie nie jest. W roku 2012 nie uda się zejść z deficytem do poziomu 3% PKB, tak jak to wciąż prognozuje rząd. Aby wariant taki stał się bardziej realny trzeba będzie poszukiwać dodatkowych oszczędności lub też źródeł dochodów. Dotychczasowa praktyka wskazuje na to, że będzie raczej grany ten drugi wariant. Dla dobra gospodarki oszczędności powinny być dokonywane po stronie wydatkowej, ale to tylko pobożne życzenia. Najłatwiej jest dokonać podwyżek podatków w sposób niezauważalny, taki właśnie jak wprowadzenie podatku bankowego. Społeczeństwo dostaje prosty przekaz, że bogate banki będą musiały zapłacić podatek, a to przecież w końcu one właśnie są odpowiedzialne za ostatni kryzys. Rozwiązanie wydaje się więc fair – bogate banki musza tworzyć własny fundusz na wszelki wypadek gdyby coś im się stało. Tyle, że nikt nie wspomina o tym, że za podatek bankowy zapłacą ich klienci. I paradoksalnie proporcjonalnie więcej zapłacą Ci, którzy mniej świadomi działania systemu bankowego a nie ci obracający dziesiątkami milionów. Pytanie jakie jeszcze pojawią się po wyborach pomysły.

Okres po wyborach to doskonały moment do przeprowadzenia poważnych reform. Można też ten czas zmarnować wprowadzając takie pomysły o których przed chwila była mowa. A najgorsze co może się zdarzyć to populizm w okresie powyborczym. Nie dość, że jest szkodliwy dla gospodarki to jeszcze miesza społeczeństwu w głowach. Po takiej dawce tego typu pomysłów trudniej będzie przeprowadzać sensowne reformy bo społeczeństwo uwierzy, że można tego typu trickami rozwiązać problemy gospodarcze. Można, tylko kosztem wolniejszego wzrostu i mniej efektywnej gospodarki.

2011-06-08 13:35
Polskie wpisy Komentarze (2)