29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Polska dyplomacja ma niełatwy orzech do zgryzienia. Podział Europy na kontynent dwóch prędkości powoli staje się faktem. Trudno ten proces zatrzymać, jest on bowiem w interesie zarówno płatników netto udzielanej w ramach funduszy ratunkowych pomocy, jak i krajów beneficjentów. Przypominanie Niemcom i Francuzom, że dzielą w ten sposób Europę dziś dużo już nie zmieni. Oni o tym dobrze wiedzą. Nawet jeśli w strefie euro są politycy podzielający nasze obawy, to skala obecnych wyzwań i przeciągający się kryzys, oraz presja rynków na rozwiązanie obecnych problemów, np. poprzez emisję euroobligacji, tworzą bardzo silną presję na ściślejszą integrację w ramach obszaru wspólnej waluty. Moglibyśmy jedynie przypominać o tym, aby w ramach tego procesu nie zapominać o krajach aspirujących do strefy euro, aby proces przystępowania do tego klubu nie stał się bardziej skomplikowany i utrudniony w stosunku do obecnych rozwiązań. Polskie oficjalne stanowisko musi jednak wspierać wszelkie działania mające na celu silniejszą Europę. Bo tak naprawdę, nie będąc w stanie zatrzymać procesu, powinniśmy się skupić na tym co dla nas najważniejsze. A dzisiaj najważniejszym wyzwaniem jest obrona propozycji budżetu unijnego w kształcie zaproponowanym przez Komisję Europejską. Wraz z rosnącym ryzykiem rozpadu strefy euro, kiedy kolejne miesiące zwiększają koszty ratowania krajów znajdujących się w kłopotach, ciężko będzie używając dotychczasowych argumentów podtrzymać poparcie dla projektu budżetu europejskiego na kolejną perspektywę. Szczególnie w sytuacji kiedy akurat kraje Europy Środkowej wyjątkowo dobrze radzą sobie w tej odsłonie kryzysu, osiągając ponadprzeciętne tempa wzrostu i utrzymując całkiem przyzwoite (z wyjątkiem Węgier) wskaźniki fiskalne. W zamian za wsparcie i nieblokowanie działań integrujących powinniśmy domagać się przyjęcia budżetu europejskiego w zaproponowanym kształcie. Niezależnie od tego należałoby uzbroić się w dodatkowe argumenty, które nie były dotychczas używane, lub być może ich siła przebicia nie była wystarczająca. Wśród tych nowych argumentów na pierwszym miejscu wymieniłbym prostą zależność pomiędzy konkurencyjnością gospodarki niemieckiej a wydatkami na poprawę infrastruktury i wspieraniem wzrostu w krajach Europy – Środkowo Wschodniej. Niemcy mianowicie w części zawdzięczają swą dzisiejszą przewagę konkurencyjną przedsiębiorcom z naszej części Europy, którzy wytwarzają produkty pośrednie znacznie taniej niż miałby to miejsce w starej Europie, włącznie z terenami byłej NRD. Jesteśmy współtwórcami siły niemieckiego eksportu! Nie bez znaczenia jest też fakt, że wraz ze wzrostem zamożności społeczeństw postkomunistycznych, konsumenci w rosnących z roku na rok wolumenach kupują dobra finalne w największej gospodarce europejskiej. Polska jest dziesiątą destynacją niemieckiego eksportu, przed Rosją, do której potencjału gospodarczego nasi sąsiedzi zza Odry przykładają niewspółmierną wagę. Drugim ważnym argumentem jest odpowiedź na pytanie w jaki sposób najsensowniej jest wydawać europejskie pieniądze. Doświadczenia ostatnich trzech lat po upadku Lehman Brothers pokazały, że stymulacja fiskalna odnosi wyłącznie skutki krótkoterminowe, tylko w okresie kiedy środki są wydatkowane. Sensowna polityka fiskalna o charakterze inwestycyjnym może przynosić pozytywne rezultaty tylko w przypadku gdy oprócz efektów popytowych pojawiają się też efekty podażowe. Takie które przyczyniają się do wzrostu konkurencyjności danej gospodarki. Efekty takie w dzisiejszych czasach można uzyskać przede wszystkim w Europie Środkowo – Wschodniej. Jako prezydencja powinniśmy się skupić na sprzyjaniu procesowi ściślejszej koordynacji gospodarczej i wykorzystać ten czas na głośne artykułowanie argumentów za polityką spójności. Mamy szanse załatwić dobrze jedną sprawę i na tym należałoby się skupić.

2011-08-30 22:00
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   
Stagnacja wielkich gospodarek jak Stany Zjednoczone i Niemcy stała się faktem. Niestety widać już tego efekty również w Polsce. Słabsze dane o lipcowej produkcji przemysłowej w żadnym wydatku nie są sygnałem stagnacyjnym ale wskazują na spowolnienie polskiej gospodarki w drugim półroczu. O ile jeszcze miesiąc temu oczekiwano dynamiki w drugiej połowie tego roku rzędu 4 procent o tyle dzisiaj byłbym skłonny skorygować ten wskaźnik bliżej poziomu 3.5 procent. Taki wynik oznaczałby, znaczne spowolnienie w stosunku do pierwszego półrocza i dynamikę wzrostu poniżej 4 procent w całym roku. Prawdopodobnie też wzrost gospodarczy w przyszłym roku osiągnie poziom poniżej 3.5 procent. To bardzo wstępne szacunki, ze względu na krótki szereg danych i wciąż znaczną niepewność co do przyczyn i charakteru stagnacji zaobserwowanej w najsilniejszych spośród rozwiniętych gospodarek na świecie. Na tle Europy Polska i tak będzie zachwycać, bo prawie każdy kraj ze starej Europy marzyłby o takim spowolnieniu. Trzeba bowiem pamiętać, że stagnacja oznacza brak jakichkolwiek przyrostów, również zysków przedsiębiorstw. Jeśli więc scenariusz stagnacyjny jest najbardziej prawdopodobnym to nie powinna dziwić korekta wycen na rynku akcji. Naturalnym jest jednak pytanie na ile głęboka powinna być to korekta i czy rynek już przypadkiem nie przesadził. W okresie podwyższonej niepewności jutra i obaw, że kolejne dane mogą okazać się jeszcze gorsze od poprzednich, rynek woli dmuchać na zimne. A jak tylko pojawi się zła informacja, to podejście to przeradza się w zachowania paniczne. Niestety, taki jest teraz nastrój. W realnej gospodarce widziałbym dwa kanały oddziaływania na Polskę. Pierwszy to kanał handlowy, przede wszystkim poprzez słabszy popyt zewnętrzny. Zobaczymy wyhamowanie zarówno polskiego eksportu jak i produkcji przemysłowej. Drugi kanał to prywatne inwestycje. Polscy przedsiębiorcy po doświadczeniach ostatniego kryzysu byli wyjątkowo ostrożni z podejmowaniem decyzji inwestycyjnych. Stąd mizerne ich tempo w ostatnich latach, neutralizowane poprzez silny przyrost inwestycji publicznych. Przedsiębiorcy czekali na silniejsze potwierdzenie, ze ożywienie gospodarcze ma charakter trwały, a kolejne kwartały będą przynosić poprawę a nie pogorszenie. Niestety w 2011 rok świat zewnętrzy dostarczył nam jak na razie więcej złych informacji. Najpierw potrzeba ratowania Irlandii i Portugalii z finansowej opresji. Jednocześnie wybucha konflikt w świecie arabskim, ropa osiąga rekordowe ceny, równolegle rosną też ceny innych surowców a także żywności. Nieumiejętność podejmowania decyzji w strefie euro doprowadza w końcu do tego, że niewypłacalnością zostały zagrożone nawet Włochy. No i na koniec cały ten spektakl z podnoszeniem limitu długu w Stanach Zjednoczonych, który kończy się obniżeniem ratingu dla najbardziej wiarygodnej gospodarki świata. Na domiar złego obraz pogorszają słabe dane makro zarówno z USA jak i Niemiec. Przeciętny przedsiębiorca nie może czuć się w takim otoczeniu komfortowo. Działa więc ostrożnie, nie podejmuje ryzykownych decyzji i nie inwestuje na wielką skalę. Efektem tego będzie wolniejszy przyrost zatrudnienia i siłą rzeczy słabsza dynamika konsumpcji prywatnej w porównaniu z poprzednimi kwartałami. Pytanie jak żyć w takich warunkach ma charakter prowokacyjny. Jedyną sensowną radą dla rządzących jest obecnie unikanie nerwowych działań, bo nie ma nic gorszego niż nerwowe reakcje polityków na nerwowe zachowania rynków. Trzeba będzie zapewne zrezygnować z prywatyzacji poprzez giełdę na rzecz wyboru inwestora strategicznego. Po wyborach niezbędne będą reformy strukturalne od mundurówek, poprzez KRUS na regulacjach gospodarczych kończąc. Tylko w ten sposób, poprzez wzrost konkurencyjności kraj taki jak Polska może uodpornić się na drugą falę kryzysu. Nie ma bowiem żadnych cudownych lekarstw na takie problemy.
2011-08-23 10:15
Polskie wpisy usa, akcje, niemcy, recesja, stagnacja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Na pytanie Krytyki Politycznej, czy demokracja przeżyje drugą falę kryzysu odpowiadam: Oczywiście, że przeżyje. Często spotykam się z manierą upraszczania świata i dzielenia go na kapitał i społeczeństwo. A rynki finansowe to my. Wszyscy, którzy posiadamy jakieś oszczędności, nie chcemy ich stracić, wolimy jak się pomnażają. Ludzie w swej masie reagują podobnie jak rynki finansowe, podlegają emocjom, euforii i panice. Spośród wielu instrumentów finansowych wolą wybierać uproszczone i bardziej zrozumiałe wskaźniki i takie właśnie jak oferują im m.in. agencje ratingowe. Każdy rozumie, że AAA jest lepsze od AA+. Ale to nie agencje ratingowe rządzą światem. One wydają swe oceny, a inni je po prostu kupują. Jeśli chcemy postawić agencje ratingowe naprzeciw polityków wybieranych w powszechnych wyborach, to nie sposób nie zauważyć, że w tej odsłonie kryzysu bardziej od agencji skompromitowali się politycy europejscy. Wydawało się im, że deklaracjami i zapewnieniami mogą uspokoić rynki finansowe. Ale rynki, podobnie jak obywatele, nie chcą już wierzyć politykom na słowo. Po jakimś czasie od złożeniach przez nich deklaracji sprawdzają co zostało zrobione. Jeśli więc w przypadku Grecji obiecywano reformy i obniżkę długu, a w zmian części reform nie wprowadzano a dług rósł, to nikogo nie powinien dziwić brak wiary dla tych którzy w kółko zapewniają, że w przyszłości będzie lepiej. Jeśli zmierzch demokracji miałby polegać na tym, że ludzie nie wierzą w obietnice tylko w czyny, to byłbym za takim zmierzchem. Nie przesadzajmy z tym końcem demokracji. To w końcu politycy mają władzę, aby zmieniać świat. Agencje ratingowe, czy szerzej rynki finansowe, tylko reagują na zastane zjawiska. Oczywiście w globalnej gospodarce ich rola wzrosła. Ale zasady są te same co zawsze. Kraje, w których rządy sprawowali populiści, są w tarapatach, a tam gdzie rządy były odpowiedzialne, nie. PS. Populiści bywają zarówno lewicowi jak prawicowi, rozsądna polityka nie musi mieć ideologicznych barw.
2011-08-22 14:22
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Duetowi Merkel Sarkozy chodzi o jak najściślejszą koordynację gospodarczą. Pytanie jak daleko może się posunąć koordynacja polityk siedemnastu krajów eurolandu tak aby projekt ten był do przyjęcia również dla mniejszych krajów strefy, takich których siła przebicia jest znacznie mniejsza niż Niemiec czy Francji. Ostatnie deklaracje kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy wskazują na dalsze zacieśnianie współpracy w ramach siedemnastu krajów ze wspólną walutą. Co prawda część z ostatnio ogłoszonych deklaracji nie jest nowością, niemniej sam fakt mocnej determinacji politycznej dwojga najważniejszych przywódców strefy euro wskazuje na to, że należy spodziewać się kolejnych etapów zacieśniania współpracy. Z gospodarczego punktu widzenia jasne jest o co im chodzi. Szukają mianowicie takiej formy koordynacji gospodarczej aby jak najbardziej zbliżyć się do unii fiskalnej nie odbierając przy tym rządom czy parlamentom poszczególnych krajów atrybutów władzy wykonawczej. To trochę jak z tym ciastkiem które chciałoby się trochę zjeść i mieć jednocześnie. Będzie ciężko. Ale po kolei. Po pierwsze proponuje się wpisanie do konstytucji poszczególnych państw zasady zrównoważonego budżetu, dzięki czemu uniknietoby w przyszłości namiernego długu. Co więcej, miałoby to na celu unikniecie przekroczenia 60% długu do PKB. Jednak aby z dzisiejszego poziomu długu kraje takie jak jak Belgia czy Włochy gdzie długi państwa przekraczają 100 procent PKB ( nie wspominając o Grecji) musiałby dokonać dodatkowych działań aby ten poziom osiagnąc. Trzeba pamiętać, że dzisiaj średni dług europejski wynosi dziś ponad 80 procent PKB co oznacza, że niewiele krajów eurolandu będzie w stanie w najbliższych latach spełniać limit długu zapisany w Maastricht. Było to więc swego rodzaju wpisanie do konstytucji zasad limitujących dług, prawdopodobnie w stylu zbliżonym do zapisów niemieckich. Pomysł jak najbardziej godny poparcia, pytanie tylko jak skutecznie go wdrożyć. Diabeł tkwi przecież w szczegółach, szczególnie w ścieżce dojścia do bezpiecznych poziomów zadłużenia. Drugim pomysłem jest tzw. rząd gospodarczy strefy euro. Nie jest de facto żaden rząd, bardziej forma koordynacji polityk gospodarczych. Chodzi m.in. o to aby uzgadniać założenia przy tworzeniu budżetów i koordynować, na tyle ile to możliwe, politykę fiskalną i monitorować konkurencyjność gospodarek. Tego typu rozwiązanie bez wątpienia sprzyjać będzie stabilizacji, ale nie jest w stanie wymusić odpowiedzialnej polityki od nieodpowiedzialnych rządów. Ten dylemat pozostanie bez względu na wszelkie zapisy traktatowe. Kolejny pomysł to wprowadzenie podatku o transakcji finansowym. Jak na razie pomysł ten jest jednym z bardziej kontrowersyjnych, choćby ze względu na to, że miałby obowiązywać w siedemnastu krajach eurolandu, a nie w całej UE. Chwilę po jego zgłoszeniu pojawiły się głosy, że chodziło przecież o całą Unię Europejską, ale bądźmy poważni - nie wyobrażam sobie Brytyjczyków wprowadzających tego typu pomysły, szczególnie w zakresie opodatkowania transakcji finansowych. Wspólny podatek od zysków korporacji miałby być kolejnym elementem planu. Na początku tylko we Francji i Niemczech, potem zapewne w całym Eurolandzie. Francuzom jak zwykle chodzi o to, aby pieniądz inwestycyjny nie uciekał do miejsc bardziej atrakcyjnych podatkowo w ramach siedemnastki. Pytanie tylko czy poprzez wprowadzenie wspólnego podatku korporacyjnego strefa euro stanie się bardziej konkurencyjna czy też mniej konkurencyjna. Raczej mniej, bo stawka podatku będzie równała przecież w górę. W sumie więc dwie sensowne propozycje, dwie mniej. Najważniejsze jednak, że liderzy strefy euro chcą i będą iść w stronę ściślejszej integracji. I to bez nas, ale na to się nie ma co obrażać. Stera euro ma wspólne problemy i trudno oczekiwać, ze do ich rozwiązywania zaproszą kogoś spoza tego klubu. Unia Europejska podzieli się na dwie prędkości i procesu tego nie powstrzymamy. Kluczowe zarówno dla nas jak i dla całej Unii był brak zgody, przynajmniej na razie, dla emisji euroobligacji. Rynek finansowy oczekuje, że w końcu euroobligacje staną się faktem. To zrozumiałe, jeśli Niemcy, Francja i kilka mniejszych ale zamożnych krajów Północy będzie gwarantowało euroobligacje to ich emisja powinna wystarczyć na pokrycie problemów płynnościowych Hiszpanii, ba nawet Włoch. Wprowadzając jednak euroobligacje państwa dające gwarancje dla tych papierów stają się współodpowiedzialne za kondycję fiskalną pozostałych krajów będących w strefie euro, szczególnie tych w tarapatach finansowych. Emisja wspólnych obligacji zdejmie bezpośrednią odpowiedzialność za sytuację finansów publicznych, gdyż gwarancji będą udzielać Niemcy i Francja. Czyli zostanie zlikwidowany jedyny skutecznie dyscyplinujący mechanizm jakim jest rynek. I przecież o to chodzi, aby rynek nie oceniał poszczególnych krajów tylko całą strefę euro. Tyle, że odpowiedzialność za budżet Grecji, Portugalii a być może i Hiszpanii będzie odpowiadał rząd Niemiec, może też Francji. Wyobraźmy sobie, że rząd z któregoś kraju znajdującego się w tarapatach finansowych nie ma zamiaru wprowadzać oszczędności w budżecie i prowadzi politykę wzrostu deficytu i długu. Jaki miałby w takim przypadku zadziałać mechanizm przywołujący rząd czy parlament tego kraju do porządku? Jedynym skutecznym rozwiązaniem musiałoby być oddanie części suwerenności. Niedawno słyszałem z ust jednego z doradców rządu niemieckiego, iż pełnomocnictwa w zakresie tworzenia prawa w takim kraju przejmowałby Parlament Europejski. Uważam to nie dość że za utopijne, to wręcz niebezpieczne. Byłbym skłonny twierdzić, że emisja euroobligacji na dużą skalę mogłaby być początkiem końca Unii Europejskiej. Bowiem jej konsekwencją musiałaby być bardzo głęboka ingerencja w suwerenne decyzje krajów członkowskich. Gdyby do niej doszło, doprowadziłoby to do powstania napięć i szowinizmów narodowych i sprzeciw wobec dyktatu bogatszych krajów wobec biedniejszych. Rynek finansowy patrzy bardzo krótkoterminowo jak rozwiązać obecny problem w strefie euro, przywódcy europejscy powinni jednak podejmować tego typu decyzje przeanalizowawszy ich długoterminowe konsekwencje. Na szczęście na razie projekt euroobligacji został odrzucony. Ale jeśli dokładnie wsłuchać się w słowa prezydenta Sarkozy’ego, to nie wygląda to już tak różowo. Powiedział on bowiem, że projekt euroobligacji można sobie wyobrazić dopiero na końcu procesu integracji, a nie na początku. Tak naprawdę jedynym krajem sprzeciwiającym się euroobligacjom są Niemcy, którzy ustami swego ministra finansów Wolfganga Schäuble stwierdziły, że wprowadzenie mechanizmu wspólnych obligacji dla całej strefy euro zlikwidowałby jedyny skuteczny mechanizm, który ogranicza nieodpowiedzialne działania polityków, mechanizm rynkowy. Tak naprawdę to Niemcy musiałby wziąć całą odpowiedzialność za strefę euro na własne barki. Nie jestem pewien czy niemieckie społeczeństwo, gdzie nie mieszkają przecież sami zamożni obywatele, byłoby skłonne tego typu zobowiązanie zaakceptować. W sumie powoli zmierzmy w kierunku ścisłej koordynacji polityk w ramach strefy euro. Niemniej sama koordynacja polityk bieżących problemów nie rozwiąże. Problemy nie są płynnościowe ale strukturalne. Nie rozwiążą ich też żadne euroobligacje. Bez reform strukturalnych zarówno dziś jak i w przyszłości gospodarek które są dziś w tarapatach nie da się postawić na nogi. W ekonomii bowiem nie ma cudownych lekarstw.
2011-08-22 08:24
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Najczęściej obecnie używane słowo na rynku finansowym to niepewność. Inwestorzy poturbowani przez ostatnie tygodnie, a w szczególności ostatni tydzień, nie mają zbyt wielu pomysłów w jaki sposób można teraz zarabiać. I choć często ostatnio pojawiają się porównania z kryzysem finansowym z 2008 roku po upadku Lehman Brothers, to stawanie znaku równości z tym co się dzieje obecnie jest nieporozumieniem. To nie jest początek recesji, ale nie widać te z znaków na lepszą przyszłość. W przypadku kryzysu 2008 roku mieliśmy do czynienia z korektą nadmiernych wzrostów, co w niektórych sektorach, szczególnie w budownictwie, objawiło się powstaniem baniek spekulacyjnych. Co gorsza, na bazie cen nieruchomości tworzono skomplikowane instrumenty finansowe, które rozprzestrzeniono w skali globalnej i dotychczas niespotykanej. Wzrost cen aktywów był w znacznej mierze podsycany zbyt niskim stopami procentowymi, które napędzały boom na rynku nieruchomości i sprzyjały bardziej ryzykownym inwestycjom finansowym. Dziś mamy do czynienia z inną sytuacją. Dane makroekonomiczne napływające z głównych gospodarek rozwiniętych wskazują na to, że ścieżka wzrostu gospodarczego jest i będzie w najbliższych kwartałach niższa niż się wcześniej spodziewano. Szczególnie było to widoczne niespełna dwa tygodnie temu kiedy nastąpiła głęboka korekta danych z USA dotyczących głębokości recesji w roku 2009 i obecnego tempa wzrostu. Nowe, gorsze od wcześniejszych szacunków dane, w sposób naturalny wymuszają korektę na rynku akcji i surowców i dostosowanie wycen do nowych, nieco gorszych prognoz. Nie jest to jednak korekta recesyjna. Faktem jest, że do problemów z dynamiką wzrostu dochodzi kwestia zadłużenia. O ile po upadku Lehman Brothers problem wysokości zadłużenia nie był tematem, bo i zadłużenie było niższe, tak teraz wysokość długu w połączeniu ze słabymi perspektywami wzrostu stają się wyzwaniem numer jeden. Po upadku Lehman Brothers zaordynowano wręcz pompowanie pieniędzy publicznych w gospodarkę by pobudzić wzrost gospodarczy. Mało kto wtedy wskazywał na ryzyko nadmiernego zadłużenia. Dominowała przez dobrych kilka kwartałów doktryna im więcej stymulowania fiskalnego tym lepiej (akurat Polska jest jednym z niewielu chlubnych przykładów, gdzie udało się nie ulec tej presji). Rynki finansowe lubią pobudzanie fiskalne i kolejne odsłony poluzowywania monetarnego. Oceniają one bowiem świat w krótkiej perspektywie, często kwartalnej, najwyżej rocznej. Jeśli ktoś pompuje w gospodarkę pieniądze to będzie się ona przez jakiś czas kręciła trochę szybciej, a to daje zarobić. Dzisiaj wiadomo, że kilka krajów przesadziło z tym pompowaniem publicznych pieniędzy, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Wciąż uważam obniżkę ratingu USA za nieporozumienie. Szukając jednak dobrych stron, można stwierdzić, że zaletą tego ruchu był mocny sygnał wysłany rynkom finansowym, że to koniec z dalszym wzrostem długów w krajach rozwiniętych. Jeśli USA straciły najwyższy rating to każdy może stracić. Stąd chwilę później obawy o utratę AAA przez Francję. A brak szans na dodatkowe stymulowanie gospodarki, ba potrzebę cięć deficytów, to dla rynków znak, że w krótkim okresie wzrost może być jeszcze niższy! I nie będzie jak go pobudzić. Powtórzę raz jeszcze, rynki patrzą krótkoterminowo. Według weekendowego Financial Times na rynki pieniężne w ostatnim tygodniu „przeparkowano” prawie 50 mld USD. Tego typu ruch wskazuje, że inwestorzy wolą utrzymywać środki na niskooprocentowanych lokatach niż realizować jakąś strategię inwestycyjną, której prawdopodobieństwo powodzenia na dzisiejszym rozchwianym rynku trudno oszacować. Na szczęście dla prawie 700 tysięcy Polaków niepewność tę zwiększył jeszcze ostatnio bank centralny Szwajcarii, wprowadzając wśród inwestorów niepokój wokół swej, postrzeganej jeszcze niedawno na równi ze złotem, waluty. W takich niepewnych czasach najlepszą inwestycją są lokaty, kruszce szlachetne i inwestycje w tych krajach gdzie jest silny stabilny wzrost przy niskim poziomie zadłużenia. A czeka nas prawdopodobnie kilka dobrych miesięcy niepewności, bo jeśli nie jest to recesja to czy może grozi nam stagnacja?

* * *

The most frequently used word in the financial markets today is "uncertainty". Investors upset by the events of the last few weeks and in particular by what happened last week have virtually run out of ideas about what to do to make some money. Comparisons with the 2008 crisis following the Lehman Brothers collapse are however an indicator that the current events are being misinterpreted. Despite few signs of imminent recovery, this is not the start of a recession,. In 2008 we witnessed the correction of huge increases which in many areas (notably the construction sector) was hallmarked by the creation of speculative bubbles. Worse, complicated financial instruments were developed on the basis of property prices which then spread around the globe in unprecedented fashion. Growth in asset prices was to a great degree stoked by overly low interest rates which fuelled the boom on the real estate market and favoured riskier financial investments. Today is different. Macroeconomic data from the leading developed countries show that economic growth is lower than expected and that this trend will continue over the next few quarters. This was particularly obvious just under two weeks' ago when there was a deep correction to US data concerning the depth of the 2009 recession and the current growth rate. New, worse than earlier forecast data naturally have forced a correction on the stock and commodity markets and prices and the general outlook have had to adapt to the somewhat gloomier forecasts. This however does not signal recession! The fact is that added to the problem of the dynamics of growth one must now factor in the debt. After the fall of Lehman Brothers the problem of debt was not an issue because it was smaller, but now the size of the debt coupled with weak growth prospects have become challenge number one. After the fall of Lehman Brothers the prescribed solution was to pump public money into the economy in order to stimulate economic growth. Hardly anyone pointed out the risks of an overwhelming debt burden. What dominated was the doctrine of fiscal stimulus - the more the better (it just happens that Poland is one of the few worthy examples of a country which did not succumb to this pressure). Financial markets view the world from short and medium term perspectives and like fiscal stimulus and the subsequent opportunities offered by loose monetary policy. Money pumped into the economy tends to boost activity which translates into money making opportunities. Today we know that a few countries including the USA went too far in this regard. I continue to consider the USA downgrade as a misunderstanding. But looking on the bright side, this could be a strong signal to the financial markets that this is the end of inflating the debt burden in developed countries. If the USA has been downgraded, it could happen to anyone which is why France was in turmoil last week. And the lack of opportunities for further economic stimulus plus a crying need to reduce deficits tell markets that growth will be even more feeble in the short term with no way of jump starting the economy. To repeat: the markets take the short term view. According to the weekend edition of the Financial Times almost 50 billion USD flowed into the money markets. This kind of action shows that investors prefer to keep their funds in low yield deposits rather than having some kind of investment strategy the likelihood of the success of which is difficult to estimate in today's crazed market. Fortunately for almost 700,000 Poles that uncertainty has been increased recently by the Swiss Central Bank which has spooked investors with its currency which only recently was on a par with the zloty.In such uncertain times the best investments are deposits, the noble metals and investments in those countries with strong stable growth and little debt. In the meantime we will have to sit out a few months of uncertainty because if this isn't a recession, then maybe it's stagnation. 

2011-08-16 10:06
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Obniżka ratingu USA przez S&P jest faktem, bez względu na to co o niej sądzimy. Niestety jeśli obniżana jest wiarygodność waluty rezerwowej całego świata to inwestorzy muszą uciekać do takich bezpiecznych przystani jak złoto czy frank szwajcarski. Oprócz krótkookresowej reakcji zadać sobie należy pytania o długofalowe skutki piątkowej decyzji. O ile pierwszy szok jest naturalny i uzasadniony to jednak w dłuższej perspektywie dla Stanow Zjednoczonych ważniejsze od ratingow będą wyniki gospodarki i sentyment rynkowy. Wciąż nie sądzę aby inwestorzy finansowi mogli odsunąć się od dolara i amerykańskich papierow skarbowych z jednej prostej przyczyny: nie ma za bardzo sensownej alternatywy. Na dzisiaj na pewno alternatywą dla dolara nie jest euro, które zmaga się z nieporownywalnie poważniejszymi problemami niż dolar. Jeśli obniżany jest rating dla Stanow Zjednoczonych powinno się obniżyć rating rownież wielu innym krajom europejskim, ktore jeśli nawet jeśli nie znajdują się obecnie w tarapatach finansowych, to poprzez rosnący udział w mechanizmie gwarancyjnym EFSF mogą znaleźć się w znacznie poważniejszej sytuacji niż obecnie USA. Alternatywą dla dolara nie jest też chiński yuan, z prostego powodu iż nie jest to waluta płynna a chiński rynek finansowy wciąż jest płytki. Żadną alternatywą nie jest frank szwajcarski, który obecnie przez inwestorow traktowany jest bardziej jak złoto, czyli aktywo na złe czasy, a nie pieniądz wymiany międzynarodowej. Tak więc w średnim okresie trudno sobie wyobrazić sytuację w której następuje masowy odpływ inwestycji z amerykańskich obligacji rządowych do innych miejsc na świecie. Pomimo obniżenia ratingu przez jedną z agencji wciąż Stany Zjednoczone pozostaną w oczach inwestorów jedną z najbardziej wiarygodnych gospodarek świata. Będzie to nadal bezpieczna przystań, gdzie w niepewnych czasach lokowane będą oszczędności całego świata. Wczytując się w uzasadnienie opublikowane przez S&P nie sposób oprzeć się wrażeniu, że argumentacja jest dość miękka. Najsilniejsze argumenty dotyczą amerykańskiej polityki. Faktem jest, że kilka miesięcy temu S&P przestrzegała, że jeśli w ramach podwyższenia limitu długu nie zostaną przyjęte działania odpowiednio zmniejszające zadłużenie Ameryki w przyszłości to dojdzie do obniżenia ratingu. Niemniej argumenty dotyczące klasy politycznej w Stanach Zjednoczonych mają charakter wyjątkowo ocenny. A mianowicie wskazuje się, że amerykańska klasa polityczna jest mniej przewidywalna i stabilna niż wcześniej sądzono. Chodzi tu oczywiście o nieodpowiedzialne zachowania polityków amerykańskich, o czym pisałem w zeszłym tygodniu, którzy są skłonni przedkładać ambicje polityczne nad interes kraju. Tyle, że był to jak razie jeden show, z którego można wyciągać oceny polityczne, ale chyba zbyt wcześnie aby na tej podstawie konstruować długoterminowe scenariusze fiskalne. Drugim argumentem za obniżką ratingu była gorsza perspektywa dług w kontekście najnowszych danych z USA i projekcji długu w kontekście gorszych danych o głębokości recesji i dynamice wzrostu w ostatnich kwartałach. Dla przypomnienia najnowsze dane Biura Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis) pokazały, że gospodarka amerykańska zanotowała spadek PKB w 2009 roku nie o 2.6% jak wcześniej szacowano, ale o 3.5%. Jednocześnie w roku 2010 i w pierwszej połowie 2011 wzrost gospodarczy był nieco wolniejszy niż wcześniej sądzono. Dane te oznaczają niższe nominalne PKB Ameryki i trochę gorsze perspektywy na przyszłość. Jednak rewizja ta nie jest aż tak głęboka aby zagroziła Ameryce. To politycy decydują o poziomie długu. Pytanie na jakiej podstawie S&P uważa, że po wyborach w 2012 nie będzie większości gotowej na głębsze schodzenie z deficytem? W roku 2015 kraje posiadające w piątek potrójne A, będą miały relację długu do PKB w przedziale od 30% w Kanadzie do 83% we Francji. W tym czasie w Stanach dług do PKB ma wynieść 79%. Dlaczego więc Francja ma mieć nadal wyższy rating, nie wspominając o jej zaangażowaniu w ratowanie europejskich bankrutoe Gdyż w przeciwieństwie do USA, w pozostałych krajach dług netto zacznie się obniżać, przed lub po 2015 roku. Szczerze mowiąc niezbyt mocne to wytłumaczenie - to wszystko zależy przecież od tego kto rządzić będzie w tym krajach po następnych wyborach i z jaką determinacją będą obniżać dług. Akurat obniżka ratingu dla Stanów zmniejsza szanse Baraka Obamy na reelekcję i szansę na republikańskiego prezydenta przy republikańskiej większości w Kongresie. Być może za rok trzeba będzie przywrocić AAA.

* * *

There is no substitute for the US dollar.

Whatever we may think, the fact is that S&P have downgraded the US. Unfortunately, when the credibility of the world's reserve currency is reduced, investors will take refuge in the safe havens which are gold or the Swiss franc. Leaving aside the immediate reaction, questions must be asked about the long term implications of Friday's downgrade. While initial shock is natural and justified, economic performance and market sentiment will be more important to the United States than the opinions of the rating agencies in the long run. I still do not think that financial investors will be able to move away from the dollar and from American treasury bills for one simple reason - there are no viable alternatives. The euro which is struggling with incontrovertibly more serious problems than the dollar is certainly not a contender. If the USA's rating has been cut, then so should it be for many european countries which could find themselves in a much more serious situation than the United States because of their growing involvement in the EFSF guarantee mechanism even if they are not in deep trouble now. The Chinese yuan is no USD alternative either for the simple reason that is only allowed to float in a narrow margin around a fixed base rate and the Chinese financial market is still flat. Neither is the swiss franc any alternative - it is currently being treated by investors as if it were gold - i.e. a refuge in troubled times rather than an internationally traded currency. So in the medium term a massive outflow of investment from American government bonds to other areas in the world is unlikely. Despite one rating agency's downgrade, the United States will still be considered by investors as one of the most reliable economies in the world. It will retain its safe haven status in uncertain times for investors the world over. In reading over the reasons for the S&P downgrade, the impression that their arguments are flimsy is difficult to ignore. The strongest arguments concern American politics. It is true that a few months ago S&P warned of a downgrade in the case of insufficiently strong measures to reduce US debt during the talks on raising the debt ceiling. However the arguments citing the US political scene constitute more of an opinion, which states that the political class is less predictable and stable than previously thought. This obviously concerns the irresponsible behaviour of American politicians who put personal interests before those of their country, something which I wrote about last week. It may be possible to make some insightful political observations but not to construct any meaningful long term fiscal scenarios. Another reason given for the downgrade was worsening debt prospects in the light of the latest USA data as well as the projected debt in the context of gloomier figures regarding the depth of the recession and growth dynamics for the last six months. Let me recall the latest data issued by the Bureau of Economic Analysis which show that in 2009 the American economy noted a drop in GDP of 3.5% and not 2.6% as estimated earlier. At the same time, in 2010 and in the first half of 2011, economic growth was somewhat slower than had been earlier predicted. These figures indicate a lower nominal GDP and a slightly worse outlook. But this downward revision is not so deep as to threaten America. It is politicians who decide on debt levels. The question is why do S&P believe that after the 2012 elections America will lack a majority prepared to tackle the deficit more energetically? Those countries which were rated AAA on Friday will have GDP to debt ratios ranging from 30% in Canada to 83% in France in 2015. For the USA this is estimated at 79%. Why then should France not be downgraded, also given its involvement in european bankruptcy rescues? Because "unlike in the US, in other countries net debt will start to decrease either before or after 2015" Quite frankly, that argument is rather weak as all depends on who will be in power in those countries after the next elections and how determined they will be to tackle debt reduction. It just happens that the downgrade reduces Barack Obama's chances for reelection and increases the likelihood of a republican president and a republican majority in Congress. It may well be necessary to restore that AAA rating next year.

2011-08-09 20:27
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Obniżka ratingu USA przez S&P jest faktem, a skutki zobaczymy już w poniedziałek rano. Trudno nie spodziewać się spadków na giełdach i kolejnych rekordów złota i franka. Przy obecnym nastroju rynkowym obniżka ratigu przychodzi w najgorszym momemcie. Na szczęśnie stało się to w piątek po zamknięciu sesji, jest weekend na ochłonięcie.

Jednak wczytując się w uzasadnienie http://www.marketwatch.com/story/text-of-sp-downgrade-of-us-rating-2011-08-05  widać, że argumenty są dośc miękkie. Pierwszy to taki, że amerykańska klasa polityczna jest mniej przewidywalna i stabilna niż kiedyś (to w kontekscie show jaki nam zgotowano tygodniami nie mogąc się dogadać w sprawie podniesieinia limitu długu). Czy na takiej ocenie można budować długoletni scenariusz fisklany?  Drugi dotyczy ścieżki fiskalnej i projekcji długu w kotekście gorszych danych o głębokości recesji i dynamice wzrostu w ostatnich kwartałach. Trudno zrozumieć, dlaczego już dzisiaj S&P uważa, że Francja po 2015 roku mając podobną relacje długu do PKB jak USA będzie ją obniżać a Stany nie wiadomo?

Na wyrost trochę te argmenty. Ciekawe czy czy Fitch i Moody's zrobią to samo. Obstawiam, że nie

Niewątpliwei to policzek dla prezydenta Obamy. W długim okresie dla Ameryki poważniejsze będą skutki polotyczne niż ekonomiczne tej decyzji.

2011-08-06 18:23
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Monitorować należy parę euro frank. To tam właśnie rozgrywa się głowna gra walutowa, która rykoszetem uderza w złotowkę. W sumie jak na razie polski rynek finansowy zachowuje się wyjątkowo stabilnie, polska waluta wobec euro osłabiła się w ostatnim tygodniu jedynie o kilka groszy. Przed obecną paniką rynkową złoty w lipcu osiągnął swój najwyższy poziom wobec euro w wysokości 3.92, tak więc osłabienie złotego w ciągu ponad miesiąca nie przekroczyło 2.5%. Byłbym skłonny zaryzykować tezę, że złoty jest jak na razie wyjątkowo stabilny w tej odsłonie kryzysu. W tym samym bowiem czasie euro osłabiło się wobec CHF o ponad 14 procent. Wszystko odbywa się w relacjach międzynarodowych i powinniśmy się cieszyć, że Polski nie dotknęła jeszcze globalna wyprzedaż walut. Gdyby tak się stało, to abstrakcyjna dziś perspektywa relacji CHF do EUR na poziomie 1:1 (co w dzisiejszych warunkach oznaczałoby, że za szwajcarską walutę trzeba płacić 4 złote) stałaby się znacznie bliższa. Innymi słowy złoty osłabiając się wobec euro, dotarł by to tego dziś abstrakcyjnego poziomu zanim za jednego franka płacilibyśmy jedno euro. Nie chcę straszyć, ale w obecnej panice bankowej takiego wariantu nie można przecież wykluczyć.Najczęściej dziś zadawane pytania dotyczą przyczyn paniki z którą mamy do czynienia.Czy to jest druga fala kryzysu? Czy istnieje możliwość że frank szwajcarski na dłużej będzie postrzegany podobnie jak złoto i jego relacja wobec euro przez długi czas nie powróci na poziomy rzędu 1.30 jak to było jeszcze rok temu? No i czy Stany Zjednoczone naprawdę mogą stracić rating potrojnego Trudne to pytania, a rynek nie zawsze przecież zachowuje się racjonalnie. Próbując na nie odpowiedzieć, zacząłbym od tego, że druga fala kryzysu trwa już od ponad roku i jest to faza kryzysu fiskalnego. Dziś przejawia się w globalnej panice rynkowej, a przez ostatni rok widoczna była w szczególności w strefie euro. Ostatnie wydarzenia polityczne, w tym szczegolnie teatr nieodpowiedzialności zafundowany całemu światu przez politykow amerykańskich, podgrzał atmosferę, co wsparły chwilę poźniej słabe dane z gospodarki amerykańskiej.Co do franka szwajcarskiego i jego roli podobnej do złota, zwróciłbym uwagę na fundamentalną różnicę, jaką jest fakt, iż CHF jest walutą konkretnego kraju, który przy takich poziomach nie będzie w stanie się rozwijać. W przeciwieństwie do złota, dla którego nie ma ekonomicznych limitów cen, silny frank zabija szwajcarską gospodarkę, która bazuje przecież na eksporcie. Szwajcarzy nie są w stanie w takim tempie przystosować do aprecjacji własnej waluty. Kłopoty i spowolnienie gospodarki Szwajcarii będą mocnym argumentem za wyprzedażą CHF. I na koniec USA. Wciąż za absurdalne uważam prognozy przewidujące obniżenie ratingu USA. Jest to największa, najbardziej elastyczna i najbardziej prężna gospodarka na świecie. Co prawda ze znacznie większym długiem niż trzy lata temu, z brakiem rezerw na napędzanie za pomocą środków budżetowych i z klasą polityczną która nie była w stanie się porozumieć w tak banalnej kwestii jaką jest podwyższenie limitu długu. Stąd niepewność i panika rynków. Moim zdaniem jednak znacznie przesadzona.Gospodarka nie wpada w recesję jak po upadku Lehman Brothers. Dziś po prostu dominuje olbrzymia niepewność jutra, którą zafundowali nam politycy. What's uo with Franc The Euro/Swiss franc currency pair should be closely watched. This is where the main currency game is being played out with the zloty being hit in the crossfire. With Polish financial markets being particularly stable at the moment, the zloty weakened vis-a-vis the euro only by a few percentage points last week. In July, before the current market panic, the zloty reached its record of 3.92 to the euro which means that losses against the euro did not exceed 2.5% in over a month. I would even venture to say that the zloty is exceptionally stable at this stage in the crisis. During this same period the euro fell around 14% against the CHF. This is all being played out on in the international arena and we should be glad that the global sale-off of currencies has not yet hit Poland. If this had happened, today's abstract prospect of a CHF/EUR 1:1 rate (which would mean that in today's conditions we would have to pay 4 zloty for 1 CHF) would be much less distant. In other words, if the zloty weakened against the euro, it would reach this level even before franc/euro parity. I don't want to scare anyone but in the current panic-ridden climate, this cannot be ruled out. The most frequent questions today are about what fuelled the panic; Is this the second wave? Is there any possibility that the CHF will in the long term achieve the same status as gold and will it indeed be a very long time before last year's 1.30/1CHF is seen again? And is it really possible that the USA could lose their AAA rating? These are difficult questions and the market does not always behave rationally. By way of reply, let me say that the second stage of the crisis is over one year old and that it is going through its fiscal crisis phase. Today it is in its global market panic incarnation with particular emphasis on the eurozone. The atmosphere has been heated up by the latest political events, especially by irresponsible American politicians making a spectacle of themselves for the whole world to see. Weak US economic data seals the deal. As to the Swiss franc and its gold-like appeal, let me point out the fundamental difference between the currency and the metal: the CHF is the currency of a real country whose economy will grind to a halt if the present high level persists. In contrast to gold, for which there are no economic limits to the price, an overly strong franc is lethal for the swiss economy which is export based. The Swiss cannot adapt to the appreciation of their currency fast enough to stave off trouble and a slow down in their economy. This will militate in favour of a sell off of the franc. But let the last word be about the USA. I maintain that the predicted rating downgrade is absurd. The American economy is the biggest, the most flexible and most resilient in the world while it is also true that its debt has grown considerably in the last three years with little provision in the budget with which to kick start the economy and politicians who are unable to agree on such basic issues like increasing the debt ceiling. Herein lies the cause of the market panic and uncertainty which is in my opinion exaggerated. The economy is not entering a recession as after the collapse of Lehman Brothers. Today, thanks to the politicians, what prevails is massive uncertainty about the future.

2011-08-05 15:06
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Wśród polityków europejskich słychać apele, że trzeba zrobić wszystko, by zapobiec rozpadowi strefy euro. Główna obawa dotyczy rozpadu niekontrolowanego, gdy jeden z krajów, bez uzgodnienia z innymi, zdecyduje się na wprowadzenie innej niż euro waluty. Scenariusz taki brzmi wciąż bardzo futurystycznie, ale nie wolno go wykluczać.

Spróbujmy przyjrzeć się jak mogłoby wyglądać kontrolowane i niekontrolowane wychodzenie z obszaru wspólnej waluty.

Wariant niekontrolowanego wyjścia, choć wydaje się nieprawdopodobny jest jednak możliwy. Wyobraźmy sobie sytuację, iż jeden z zagrożonych obecnie krajów strefy euro, zawiesza realizację planu reform uzgodnionego z Komisją Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Automatycznie powinno wtedy nastąpić odcięcie go od płynności, co oznacza brak możliwości realizowania bieżących zobowiązań finansowych. Wstrzymanie realizacji planu reform „powinno” skutkować wstrzymaniem pomocy finansowej, ale w obecnej rzeczywistości politycznej politycy europejscy deklarują, że zrobią „wszystko” aby nie dopuścić do rozpadu strefy euro.

Zgodnie z przyjętymi zasadami finansowanie powinno jednak zostać wstrzymane i rząd takiego kraju miałby dwie drogi działania: albo zaprzestanie realizacji płatności, do których był zobowiązany lub realizować swoje zobowiązania finansowe w postaci emisji nowych środków płatniczych. Mogą być to na pierwszym etapie bony lub też innego rodzaju papiery wartościowe emitowane i honorowane przez państwo. Po pewnym czasie występowanie równolegle dwóch środków płatniczych stałoby się normą. Wszelkie dobra nie będące przedmiotem handlu międzynarodowego zachowują podobne relacje cen, rosną natomiast relatywnie ceny dóbr wymienialnych, a w szczególności importowanych. Taki stan teoretycznie mógłby trwać dłuższy czas aż do momentu usankcjonowania w pełni nowego środka płatniczego zarówno przez władze lokalne, jak i społeczność międzynarodową. Dodatkowo trzeba byłoby zapanować nad importowaną inflacją i oczekiwaniami inflacyjnymi.

Wprowadzenie nowego środka płatniczego mogłoby być częścią wspólną zarówno dla wariantu kontrolowanego opuszczenia obszaru wspólnej waluty, jak i dokonywanego w sposób niekontrolowany. Musiałoby być uzgodnione pomiędzy władzami danego kraju a instytucjami międzynarodowymi. Jest to związane choćby z tak podstawowymi kwestiami jak wymienialność nowej waluty, nie wspominając o przywróceniu pełnych funkcji bankowi centralnemu tegoż kraju.

Niekontrolowane wyjście ze strefy euro jest paradoksalnie łatwiejsze i bardziej prawdopodobne niż wariant określany mianem kontrolowanego. W wariancie kontrolowanym wszelkie te czynności musiałby być zawczasu uzgodnione na poziomie europejskim i prawdopodobnie cały proces musiałby być dokładnie opracowany i przeprowadzony w sposób bardziej cywilizowany, albo inaczej to ujmując, mniej rynkowy. Wariant mniej rynkowy oznaczałby wyznaczenie momentu emisji nowego pieniądza, jego poziomu wymiany, jak również przygotowanie całego zaplecza instytucjonalnego. Optymalne przeprowadzenie takiej operacji powinno być również dokonane szybko i z zaskoczenia, aby zminimalizować ryzyko ucieczki lokalnego kapitału.

W kraju, który miałby związany swój kurs z inną walutą operację nagłej dewaluacji można przeprowadzić z zaskoczenia. Wyjście ze strefy wspólnej waluty trudno byłoby jednak zachować w tajemnicy. Nie wspominając o niechęci przywódców europejskich do wypuszczenia jednego z członków ze strefy euro. Ich obawa wynika przede wszystkim z faktu, że wypuszczenie jednego z krajów może wywołać efekt domina i doprowadzić do paniki wśród inwestorów.

Przygotowywanie takiego procesu stwarzałoby również ryzyko wypływu kapitału i ucieczki oszczędności zgromadzonych w euro (tak samo oczywiście stałoby się w przypadku niekontrolowanego wyjścia ze strefy euro). Cała operacja byłaby przeprowadzana po raz pierwszy i mało który polityk byłby skłonny podjąć tak duże ryzyko. Dlatego też wariant kontrolowanego opuszczenia strefy euro wydaje się nieprawdopodobny. Niekontrolowany byłby znacznie łatwiejszy do zrealizowania.

2011-08-05 12:03
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Przeciętny obywatel może łapać się za głowę słysząc, że lista krajów stojących w kolejce do bankructwa ciągle się wydłuża. O ile jeszcze do problemów Grecji, Portugalii i Irlandii zdążyliśmy się przyzwyczaić o tyle już ryzyko niewypłacalności Włoch podważa cały porządek gospodarczy świata. Nie wspominając oczywiście o ryzyku chwilowej niewypłacalności Stanów Zjednoczonych z powodu braku zgody na podwyższenie limitu długu. Nagłówki wiadomości wprowadzają jednak sporo zamieszenia. Zupełnie inne są problemy Grecji, inne Włoch a inne Stanów Zjednoczonych. Oczywiście wspólnym mianownikiem dla tych wszystkich krajów jest problem długów, z tym że o ile Grecja jest rzeczywiście bankrutem, Włochy mają przejściowe problemy, to w Stanach decydenci urządzają sobie teatr polityczny, rodem znad Wisły, i to raczej z lat 90-tych a nie dzisiejszej.

Wiarygodność kraju buduje się dziesiątkami lat. Fakt, że Polska trzydzieści lat temu zaprzestała spłacać i obsługiwać swoje długi wpływa również na dzisiejszą wiarygodność naszego kraju. Dużo się od tego czasu zmieniło, można kwestionować jakąkolwiek ciągłość pomiędzy PRL  a III RP, szczególnie w sensie gospodarczym. W tym samym jednak okresie nasi południowi sąsiedzi i Węgrzy nie zdecydowali się na redukcję długu, co przez długi czas było przewagą w postrzeganiu tych krajów nad Polską.

Stany Zjednoczone są postrzegane jako jeden z najbardziej wiarygodnych krajów na świecie, który udowodnił  w swej historii, że polityka fiskalna tego kraju była zawsze odpowiedzialna, bez względu na to która partia polityczna rządziła. Co więcej, w Stanach w trudnych sytuacjach dochodziło do porozumienia pomiędzy głównymi partiami politycznymi. Zawsze dominował pragmatyzm nad ideologią. Obecna sytuacja jest więc dość nietypowa. Kwestia podniesienia limitu długu jest wyłącznie problemem politycznym, kwestią dogadania się pomiędzy Demokratami i Republikanami. Przeciągający się brak porozumienia, a w szczególności widoczny podział wśród Republikanów na Partię Herbacianą i pozostałych, powoduje niepewność  na rynkach finansowych i pozwala zadać pytanie, czy w Stanach nie nastąpiła istotna zmiana w zachowaniu polityków. Bo jeśli przez ostatnie kilka lat USA nieodpowiedzialnie zadłużały się korzystając z siły dolara jako jedynej waluty rezerwowej świata, a teraz pomimo ostrzeżeń agencji ratingowych przekładają ideologię nad pragmatyzmem to powstaje pytanie, czy politycy amerykańscy będą w stanie porozumieć się w kwestii redukcji olbrzymiego zadłużenia które narosło za prezydentury Baraka Obamy.  Stąd obawy o przyszłość i wiarygodność Ameryki.

Zarówno w Grecji, we Włoszech jak i w Stanach Zjednoczonych główny problem ma charakter polityczny. W przypadku Grecji, jeśli w końcu dojdzie do właściwego poziomu restrukturyzacji długu, to wciąż głównym pytaniem będzie kwestia wyjścia gospodarki na krzywą wzrostu. A to zależy od reform gospodarczym, które muszą być przeprowadzone w tym kraju co zależy przede wszystkim od woli politycznej i umiejętności przekonania przez greckich polityków ulicy do przeprowadzenia głębokich reform gospodarczych. Mało kto w to wierzy, stąd brak wiary rynków w Grecję. A ten brak wiary w polityków wynika z dotychczasowych doświadczeń. Z kolei we Włoszech słabość premiera Berlusconiego i jego brak zainteresowania problemami gospodarczymi kraju, przyczynił się do negatywnego postrzegania przez rynki finansowe perspektyw Włoch.

Daleki byłbym stawianiu tezy, że świat Zachodu bankrutuje. Niemniej faktem jest, że coś się zmieniło w polityce, kiedy przywódcy państw większą wagę przykładają do bieżących zmian nastrojów opinii publicznej aniżeli kondycji finansowej państwa w średnim okresie. Nie chodzi mi nawet o długi okres, a jedynie taki kiedy efekty podejmowanych działań mogą być widoczne w okresie jednej kadencji. Obecny kryzys fiskalny albo zmieni postawy polityków albo zmiecie rządzącą klasę polityczną.

2011-08-04 10:13
Polskie wpisy Komentarze (3)