29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Wojciech Staszewski nieśmiało pyta, RYSZARD PETRU odpowiada

Wojciech Staszewski: Kto rządzi światem?

 

Ryszard Petru: - Rozumiem, że pyta Pan w podtekście o to, kto rządzi rynkami finansowymi na świecie. Cały czas największe potęgi gospodarcze: Stany Zjednoczone, stara Europa, i w coraz większej skali Chiny.
 
Ale personalnie?
 
- Świat wygląda inaczej niż w epoce Jałty, kiedy trzech panów dzieliło świat na części. Teraz świat jest dużo bardziej demokratyczny, potrzeba dużo więcej kompromisów. W Stanach mamy dwie partie, które się muszą dogadywać, w Europie mamy kilkoro przywódców i partie polityczne w ich krajach. Wszyscy muszą jednak brać pod uwagę opinię społeczną w swoich krajach. Opinia publiczna to zarówno sondaże ale również „głosowanie nogami” czyli np. uciekanie od ryzykownych inwestycji. Społeczeństwa mają więcej do powiedzenia niż kiedykolwiek wcześniej.
 
Ma to też swe negatywne strony, politycy zbyt dużą wagę przywiązują do sondaży opinii publicznej. A kryzysy najlepiej rozwiązuje się w niewielkich zespołach i w sposób autorytarny nie bacząc na krótkoterminowe zmiany nastrojów opinii publicznej.
 
Czyli jest jak w filmie „Wall Street II”, że w pokoju siedzi dziewięć osób i one decydują o losach świata, bankructwach instytucji, przebiegu kryzysu finansowego?
 
- Są takie pokoje, w których kilka osób podejmuje decyzje, ale to czy one rządzą czy nie zależy od tego czy panują potem nad efektami swych decyzji. Skutki upadku banku Lehman Brothers trzy lata temu nie były zgodne z tym, czego panowie zgromadzeni w tym pokoju oczekiwali. Sądzili bowiem, że upadek wielkiego banku inwestycyjnego spowoduje straty u podobnych podmiotów ale nie uderzy w cały sektor finansowy i w przeciętnego zjadacza chleba. Nie spodziewano się, że w wyniku tej decyzji nastąpi zupełne zamrożenie rynku bankowego zarówno między bankami jak i między bankami a światem realnym. Rządzenie to w domyśle pełna kontrola, pełnej kontroli nie było. Rynek finansowy, czyli wszyscy posiadający oszczędności zareagowali inaczej. Potem przywódcy świata musieli odkręcać skutki tamtej decyzji ustanawiając nową doktrynę, polegającą na tym że żaden bank nie może upaść, dofinansowując wielomiliardowymi kwotami chwiejące się z swych posadach instytucje państwowe. W tamtym okresie banki centralne przejęły rolę pośrednika bo nikt już nikomu nie ufał. Dzisiaj uważam, że jeśli nie upadłby Lehman Brothers chwilę później padłby inny bank z podobnym skutkiem.
 
Oczywiście należy sobie zadać pytanie, dlaczego w pokoju, w którym podejmowano decyzje był prezes Goldman Sachs, a nie było prezesa Lehman Brothers. Kto powiedział, że świat jest doskonały?
 
Przywódcy świata czyli kto?
 
Dzisiaj Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Barack Obama, Hu Jintao … Buffet, Murdoch, Jobs. Ale politycy coraz mniej rządzą światem, mają coraz większy wpływ negatywny poprzez błędy jakie mogą popełniać. 
 
No to kto w końcu rządzi? Politycy wybierani w wyborach, czy prezesi banków mianowani przez rady nadzorcze?
 
- Na losy świata wpływ ma wypadkowa wielu decyzji. Są to decyzje polityków, przedsiębiorców, bankwów, mediów, agencji ratingowych itd. Ale zobaczmy co  się stało z szefem agencji ratingowej S&P, która obniżyła w lipcu rating Stanów Zjednoczonych. Został zwolniony, podjął bowiem błędną decyzję, która naraziła na szwank wiarygodność firmy. Pomylił się nie tylko co do oceny wiarygodności USA ale i również w obliczeniach. Jeszcze tego samego dnia amerykański Sekretarz Skarbu wykazał dużą pomyłkę w szacunkach przyrostu długu.
 
Kto go zwolnił?
 
- Właściciele S&P.
 
Oni rządzą światem?
 
- Też nie! Dzisiaj decyzje są wypadkową wielu decyzji. To prezydent Sarkozy zachowuje się tak jakby rządził Europą zarówno w wymiarze politycznym jak i ekonomicznym. Mówi „uratujemy Grecję” i uważa, że tak ma być i że wszyscy mu uwierzą. Każe francuskim bankom zrolować dług Grecji, czyli wykupić na nowo greckie obligacje. Francuskie banki powiedziały „OK, prezydent oczekuje, to robimy”.
A banki niemieckie? „Nie ma mowy, nie możecie nas zmusić do czegoś, co jest niezgodne z interesem tych, którzy mają u nas ulokowane oszczędności”. Niemieckie banki sprzeciwiły się swym politykom w działając w interesie swych akcjonariuszy.
 
O co w tym chodzi? Przypuśćmy, że kupuje Pan obligację greckiego rządu za 100 z obietnicą, że za rok ona będzie warta 105. Ten rok mija i rząd grecki (a w naszym przykładzie francuski i niemiecki) namawia Pana, aby kupił Pan ją jeszcze raz, a za rok dadzą panu 110. Dlaczego? Aby nie ogłosić w sposób formalny, że nie ma pieniędzy na wypłatę tych obiecanych rok wcześniej pieniędzy. Dziś prawdziwa wartość tej obligacji jest znacznie niższa niż 105. Kupienie po cenie pierwotnej jest działaniem wbrew swojemu interesowi. Dlatego, że Pan jako właściciel tej obligacji obawia się, że za rok grecki rząd powie: „Nie oddam 110, tylko 55, czyli połowę”. Opłaca się więc jak najszybciej wyciągnąć pieniądze z tej inwestycji i uciec w bezpieczniejsze miejsce, np. do Szwajcarii. Mały co prawda oferują tam procent ale jest przynajmniej bezpiecznie.
 
A kto kupił greckie obligacje? Bo ja akurat nie mam.
 
- Głównie Francuzi i Niemcy.
 
Fundusze, banki, obywatele?
 
- Obywatel kupuje jednostki funduszu. Większość ludzi nie ma głowy do tego aby na bieżąco śledzić indeksy i zleca transakcje pośrednikowi. Ale pośrednicy też popełniają błędy. Niedawno jeszcze inwestor niemiecki kupował papiery pod nazwą „Wyżej oprocentowane rynki europejskie w tym Grecja, Hiszpania, Włochy”. Przeciętny obywatel nie śledzi dokładnie przebiegu wszystkich transakcji podejmowanych w jego imieniu, ale zawierza komuś, aby dokonał dla niego dobrego wyboru. No i zwala się winę na złe działania funduszy czy banków...
 
No właśnie.
 
- Ale to nie prezesi funduszy podejmują tę decyzję, w jakie papiery inwestować. W tym funduszu jest cała masa ludzi, których celem jest zoptymalizowanie wyniku. Kupują więc obligacje, które przez nich i przez cały rynek finansowy są uznawane za bezpieczne. Greckie obligacje miały taką opinię, bo Grecja była (i jest) w strefie euro i świat był przekonany, że jak Grecja będzie miała problemy, to pozostałe kraje eurolandu pożyczą jej w potrzebie. Zresztą Europejski Bank Centralny cały czas traktował greckie obligacje jako podobnie bezpieczne jak niemieckie, co tym bardziej wprowadzało inwestorów w błąd. Winni są przede wszystkim politycy. Ale oczywiście gdyby cały problem dotyczył tylko Grecji to zdecydowanoby prawdopodobnie aby na dekadę lub dwie zasilać ją kroplówką unijnej kasy.
 
Problem niestety jest szerszy i dotyczy grupy krajów stojących w kolejce do bankructwa, na końcu tej kolejki dzisiaj są już nawet Włochy. Co więcej wyniku rozlania się ryzyka niewypłacalności na tak dużą część Eurolandu pojawiła się groźba rozpadu strefy euro. Mechanizm, który ma uratować Grecję mógłby uratować jeszcze Irlandię i Portugalię, ale nie wystarcza, żeby ratować jeszcze Hiszpanię i Włochy.
 
Dlaczego ich wszystkich trzeba ratować?
 
- Bo Ci którzy im pożyczyli obawiają się, że nie dostaną z powrotem wszystkich pieniędzy. Wyobraźmy sobie, że mamy oszczędności zainwestowane powiedzmy w obligacjach Hiszpanii i Włoch, dochodzą do nas sygnały, że kraje te są w tarapatach gospodarczych. Wolimy więc sprzedać szybko te obligacje i kupić papiery niemieckie, chociaż są niżej oprocentowane.
 
Kto wysyła te sygnały? Może to właśnie on rządzi światem?
 
- To w głównej mierze sygnały obiektywne. Wskaźniki gospodarcze, które mówią jaka jest sytuacja.
 
A emocje?
 
- Oczywiście, szczególnie w takich sytuacjach kryzysowych dochodzą do głosu. Emocje pozytywne i negatywne napędzają rynki finansowe. Kierowanie się emocjami jest zaprzeczeniem rozsądku. Ale jesteśmy tylko ludźmi.
 
Emocje z pewnością rządzą giełdą papierów wartościowych.
 
- Wpływają, ale inwestorzy w dłuższym okresie są racjonalni. Jeżeli kurs akcji spada bez uzasadnienia, to zaraz znajdzie się wystarczająco dużo takich , którzy je kupią po niskiej cenie i kurs zacznie rosnąć. Plotka, która nie ma uzasadnienia w fundamentach, krótko żyje. Chociaż w krótkim okresie zdarzają się na rynkach finansowych takie sytuacje gdzie nieuzasadniona plotka może zasiać niezłe spustoszenie. Tak było dwa lata temu z Lotosem – jeden z banków inwestycyjnych opublikował opinię, że akcje Lotosu są warte zero. To była opinia nieuzasadniona, bo sama wartość majątku firmy nie była niższa od jej długów.
 
I co się stało?
 
- Ceny akcji chwilowo spadły. Analityk stracił wiarygodność, bank też nie był dumny z tej rekomendacji. W dłuższym okresie takie działania przynoszą skutki negatywne dla tych którzy je podejmują. Tu nie chodzi o to aby się wyróżnić, chodzi o to aby dobrze ocenić. Ale wszędzie i zawsze będą też ci którzy będą chcieli szybciej niż inni zarobić.
 
Na giełdzie wszyscy wyceniamy akcje oceniając przyszłe wyniki firm. Podobnie z obligacjami – kupujemy je dziś obstawiając, jaki będzie rozwój wydarzeń w ciągu roku, pięciu, dziesięciu, dwudziestu lat. Przy zakupie amerykańskich obligacji na 30 lat oprocentowanych na 2 proc. rocznie, kupujący zakłada, że po pierwsze: za 30 lat Stany będą funkcjonowały: a po drugie, że będą panu co roku dopisywać te 2 proc. To jest przecież swego rodzaju zakład.
Jeżeli pan kupuje akcje banku np. UBS za 100, to zakłada Pan, że ich cena wzrośnie i osiągnie pan zyski w przyszłości. Ale ludzie się też mylą.
 
Giełda to wielki hazard?
 
- Zaraz hazard. Wszyscy codziennie robimy zakłady. Jeżeli kupuje Pan mieszkanie i bierze kredyt hipoteczny, to Pan zakłada, że będzie w stanie spłacić ten kredyt w ciągu 30 lat. Dzięki temu, że są chętni obstawiać przyszłość mogą powstawać od zera przedsiębiorstwa. Wyobraźmy sobie, że chce Pan założyć od zera agencję informacyjną, i jest Pan przekonany że znajdzie klientów i będzie przynosić zyski. Ja Panu uwierzę i zainwestuję 20 tys. zł. za powiedzmy 49 proc. udziałów w Pana firmie. Bez tego zastrzyku finansowego nie byłby Pan w stanie firmy stworzyć.
Oczywiście można to robić tak, jak zwykle się robi w Polsce, krok po kroku. Ale jeżeli chcemy się szybciej rozwijać i na większą skalę, trzeba pozyskać kapitał albo w postaci kredytu albo zastrzyku finansowego. Ten, kto da Panu kredyt lub zainwestuje w Pana firmę, obstawia, że Panu się uda.
 
Kiedyś rozwijano firmy z majątków rodzinnych.
 
- Ale jak nie majątku, to co? Steve Jobs stworzył Apple’a dzieki zastrzykowi finansowemu. Gdyby miał to robić na bazie swego majątku firma nigdyby nie powstała. Nie byłoby dzisiaj ani Microsoftu, ani Appla. Świat byłby znacznie uboższy.
 
Gdyby rozwój bazował tylko na tych, którzy mają kapitał, Polska nigdy by się nie rozwinęła, u nas II Wojna Światowa a potem 40 lat komunizmu zniszczyły większość kapitału. Bez kredytu nie można się rozwijać szybko.
 
Cały świat funkcjonował zawsze na kredycie, już za Chrystusa była lichwa. Tylko dzisiaj jest to bardziej masowe. W Polsce dominuje przekonanie ze starych czasów „dobry zwyczaj - nie pożyczaj”. Jest tak samo złe jak „zastaw się a postaw się”. Świat nie wymaga od nas postaw aż tak skrajnych. Jesteśmy obciążeni masą złych skojarzeń: po wojnie komuniści tak wymienili pieniądze, że ludzie stracili, potem oszczędności zjadła inflacja, a kredyt był lichwą. Nasze społeczeństwo dopiero od kilkunastu lat pożycza w bankach na mieszkania. W Anglii albo w Stanach każde dziecko wie, co to jest hipoteka, a u nas jakby Pan spytał na ulicy, połowa ludzi nie wiedziałaby czy hipo czy teka. Co nie znaczy, że kredyt zawsze jest dobry. Nadmierna ostrożność jest nierozowojowa, nadmierny hurraoptymizm groźny. Do takiego hurraoptymizmu doszło w Stanach Zjednoczonych gdzie w wyniku błędnej polityki FED utrzymywano zbyt długo stopy procentowe na zbyt niskim poziomie, co zachęcało Amerykanów i amerykańskie banki do akcji kredytowej w niespotykanej skali. Nie chciałbym aby ten wywiad był pochwałą kredytu. Ja staram się opisać działanie dzisiejszego świata wskazując, że pewne procesy są nieuniknione. Nigdy jednak nie wolno przesadzić!
 
Mamy złe współczesne doświadczenia z kredytami: pętla kredytowa rolników z symbolicznym samobójstwem Andrzeja Leppera.
 
- Jeszcze raz, ja opisuję świat, nie mówię, że on jest doskonały. „Krytyka Polityczna” spytała mnie niedawno, czy to koniec demokracji, bo rządzą nami rynki finansowe. To skrajne uproszczenie. Dzięki temu, że pieniądz jest łatwiej dostępny, każdy może wystartować, ale też jest większe niebezpieczeństwo, że mu się może nie powieść.
To tak jak z demokracją, niedoskonała ale nie ma lepszego systemu. Rynek jest niedoskonały, ale wszelkie inne formy okazały się znacznie gorsze.
 
Rynek finansowy to miliardy codziennych zakładów. Te zakłady to również gra spekulacyjna. W dzisiejszym świecie na skalę globalną. Ja z własnego telefonu mogę zaraz dokonać transakcji w Nowym Jorku. Pojawili się nowi aktorzy. Dużo więcej jest pieniędzy do zainwestowania. Globalizacja ma oczywiście też złe strony. Jednym przyciskiem może Pan sprzedać akcje w Polsce, Rosji, RPA i Izraelu. To strasznie odhumanizowane, ale tak to działa.
 
Kto mi kupił mieszkanie?
 
- Pan sobie kupił mieszkanie.
 
Sprzedałem na giełdzie dużą pulę akcji pewnej firmy, które były wtedy po 113 zł, a teraz są po 13 zł. Kto za to moje mieszkanie zapłacił?
 
- Pan kupił mieszkanie. Tylko że był ktoś, kto uważał, że opłaca się kupić te akcje po 113 zł, bo one jeszcze wzrosną.
 
Ten ktoś przyniósł do biura maklerskiego konkretne banknoty, za które ja kupiłem mieszkanie. A on je stracił.
 
- Stracił, ten zakład przegrał. Ale może zyskał na innych akcjach.
Giełda, a raczej cały rynek finansowy jest odzwierciedleniem wszystkich transakcji, które się odbywają na świecie.
 
Czasem mam wrażenie, że giełda to piramida finansowa. Trzeba przynosić ciągle nowe pieniądze, żeby to działało.
 
- Większość firm rośnie, przynosi zyski, wypłaca dywidendę.
Wszyscy kupują akcje przedsiębiorstw, bo oczekują większych zysków w przyszłości. Czasem mają rację, czasem nie. Gdyby pan kupił Apple’a pięć lat temu, to dziś miałby pan kokosy, bo wartość tej firmy bardzo mocno wzrosła, na Nokii z kolei za to by Pan stracił. Ważne aby zrozumieć jak wylicza się wartość firmy.
 
Oceniając majątek i zyski?
 
- Szacując, ile zysku ta firma będzie nam w stanie przynieść za powiedzmy dziesięć lat plus wartość majątku. Restauracja, w której siedzimy, to ostatnio bardzo modne miejsce. Prostota, prawdopodobnie relatywnie nieduże nakłady. Powiedzmy, właściciele zainwestowali w ten lokal milion złotych, dziś warta byłaby prawdopodobnie dwa, trzy razy więcej. Ten kto zainwestował tu rok temu 100 tys. złotych, dziś wychodząc z inwestycji nieźle by zarobił.
 
Czyli wartość tej knajpki, to nie są bułeczki, które nam podają i ludzie, którzy tu dziś przychodzą, tylko ile osób będzie tu przychodziło za kilka lat, tak?
 
- Tak, oczywiście nie bez znaczenia jest majątek, grunt, ale jej wartość w dłuższym okresie czasu będzie determinowana strumieniem przyszłych zysków.
 
Musimy też popytać trendsetterów, czy wtedy nadal będzie to tak modny lokal.
 
- Tak, tyle że to też strasznie trudno przewiedzieć. Prawdopodobnie nie będzie tak modna jak dzisiaj, ale my we dwójkę nie jesteśmy najwłaściwszymi osobami aby to przewidzieć.
 
Firma ma dziś zysk 100, ale ciężko będzie taki zysk utrzymać w dłuższym okresie. Tak więc trzeba przyjąć, że jej wartość to 10 lat razy 50. Ale pojawi się ktoś inny, który oceni, że kawiarnia ta będzie tak modna jak dzisiaj przez następne 10 lat i wyceni ją za 10 razy 100. Jedna z tych osób się pomyli.
 
Bardzo wiele osób w ten sposób inwestuje swe pieniądze, na tym polega rynek. Jako klienci ocenimy obsługę, jak pachnie kawa, kto tu przychodzi. Gdybyśmy chcieli tu zainwestować, zwrócilibyśmy uwagę na inne kwestie. Dopytalibyśmy o zyski bieżące, jakie były, jakie koszty, jaki jest stan budynku, jaki jest plan zagospodarowania przestrzennego w okolicy. Natomiast jeśli ktoś z zagranicy chciałby zainwestować w sektor usługowy w dużych miastach będzie już patrzył tylko na ogólne wskaźniki: Polska, Warszawa, wzrost 4 proc. rocznie, perspektywy nie są najgorsze, kupuję.
 
Czy nie odrywamy się przy tym od rzeczywistości? Kiedyś firma była coś warta i przynosiła jakiś zysk. A teraz tyle, ile analitykom z instytucji finansowych wydaje się, że będzie przynosiła za ileś lat.
 
- Oczywiście są momenty, kiedy się odrywamy. Stąd kryzysy, które są właśnie korektą tego oderwania. Zostańmy przy naszej knajpce: powiedzmy, że Pan chciał dać za nią pół miliona, ale ja dałem za nią milion. Ktoś się o tym dowiedział i kupił knajpkę w okolicy za już za 2 mln. Robi się moda na kupowanie kawiarni w Warszawie, kolejne są już sprzedawane po dwa i pól miliona, bo poszła plotka, że w Warszawie opłaca się inwestować w kawiarnie.
W pewnym momencie jedna z tych knajp pada. I wszyscy się łapią za głowę: „Co myśmy kupili? To jest warte najwyżej trzysta tysięcy!”. Próbują wyjść z tych inwestycji , więc ich ceny spadają.
Stąd ta zmienność wycen. W średnim okresie kursy uzależnione są od wyników, a wahania wynikają z tego, że ludzie źle to chwilami wyceniają.
To nie prezes funduszu rządzi światem, tylko dziesiątki ludzi, którzy kupują akcje. Ktoś kupi tę knajpkę za półtora miliona, tak jak kupił od pana akcje za 113 licząc, że je sprzeda za 130.
 
Ale rządzą analitycy, bo ludzie nie rozumieją co kupują.
 
- Zgoda, trzy miesiące temu spotkałem starszą panią, która przyszła do wielkiego hallu dużego banku i spytała mnie, gdzie tu jest giełda. Czyli musiała kupić albo dostać jakieś akcje, niestety kompletnie nie miała pojęcia gdzie, co i jak. Zwykle, kiedy ludzie masowo kupują produkty, których nie rozumieją, to znaczy, że giełda się odrywa od rzeczywistości. Przynam szczerze, że zignorowałem ten sygnał rynkowy…
 
 
Najpewniejsza inwestycja świata to obligacje, oczywiście amerykańskie. Jak można było obniżyć rating Stanów Zjednoczonych? To wtedy pomyślałem, że nasz świat upada.
 
- To był błędna decyzja. Agencja S&P podjęła niewłaściwą decyzję, pozostałe agencje tego nie zrobiły.
 
Ile jest agencji ratingowych na świecie?
 
- Trzy duże. Dwie w Stanach, jedna w Wielkiej Brytanii. To firmy, których chyba działy analityczne już nie nadążają za tempem globalizacji świata. I dlatego popełniają czasem poważne błędy. Nie dorosły do działań, jakie podejmują. W sumie to Międzynarodowy Fundusz Walutowy miał przejąć taką rolę, ale w tego typu instytucjach naciski polityczne będą zawsze duże.
 
Raporty agencji to niezwykłe uproszczenia. Pyta się chiński inwestor amerykańskiego, co ten myśli o Polsce, a amerykański odpowiada: Aminus. I koniec. Mógłby mu dać stustronicowy raport, ale tamten by tego nie przeczytał.
 
Dlaczego ludzie wierzą agencjom, skoro są mało kompetentne?
- Właśnie dlatego, że oferują tak uproszczone oceny. Mówią AAA albo AA i nie wchodzą w szczegóły.
 
Agencje ratingowe rządzą światem?
 
- Nie, są jednym z wielugraczy na rynku. Ostatnio popełniają zbyt wiele błędów, ale my wciąż reagujemy na ich decyzje. Ale nie są w stanie rządzić światem. Co się stało po obniżce ratingu Stanów Zjednoczonych? Świat zaczął masowo wykupywać dolary amerykańskie uznając, że nie ma niczego bardziej wiarygodnego.
Gdyby jakaś agencja stwierdziła, że Polska ma śmieciowe papiery, to inwestorzy może zaczęliby je wyprzedawać, ale zaraz spojrzeliby na twarde wskaźniki ekonomiczne, zastanowili się i zaczęli kupować. Można krajowi zaszkodzić złą oceną, ale nie można doprowadzić go do bankructwa, jeśli gospodarka dobrze funkcjonuje.
 
Jak zbankrutowała Argentyna?
 
- Przy pewnych podobieństwach do przypadku greckiego, jest wiele różnic. Argentyńczycy samoistnie związali swoją walutę z dolarem i silne peso powodowało, że z roku na rok stawali się coraz drożsi i mniej konkurencyjni. Grecy natomiast mają wspólną walutę obszaru walutowego. Nie mogą zbyt łatwo z dnia na dzień opuścić strefy euro.
 
Argentyna zbyt długo utrzymywała sztywny kurs wobec dolara. Utrzymywała go tak długo bo walczyła z inflacją. Ale powodowało to także osłabienie eksportu i odpływ walut za granicę (tani import). Osłabienie przemysłu prowadziło do zwiększenia bezrobocia. W latach 90tych rósł silnie dług publiczny, dodatkowo Argentyna borykała się z wysokim poziomem korupcji oraz masowym uchylaniem się od płacenia podatków. Dług zaciągnięto za granicą, m.in. w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, co oznaczało, że potrzebne były waluty, aby móc go spłacać. W pewnym momencie system nie wytrzymał. Argentyna straciła zaufanie inwestorów, którzy zaczęli wycofywać kapitał z kraju. Argentyńczycy dodatkowo w obawie przed utratą oszczędności ruszyli na banki, aby wypłacać peso i zamieniwszy je na dolary wysyłać za granicę. Argentyna musiała zdewaluować peso. PKB spadło o 11 proc., bezrobocie przekroczyło 20 proc. Wprowadzono zakaz wypłacania większych kwot z bankomatów i banków, a potem wymieniono ludziom oszczędności na siłę w stosunku 1:1,4. Gdy ktoś miał 100 peso warte 100 dolarów, okazało się, że to jest warte 70 dolarów. Nastąpiły zwolnienia, były problemy z płynnością. Kraj, który dewaluuje walutę może łatwiej eksportować, ale nagle to co importuje staje się potwornie drogie: samochody, lodówki, telefony a czasem i żywność.
 
Podobnie jest w Grecji z tą różnicą, że bankructwo Grecji nie musi oznaczać ucieczki od euro, powrotu do drachmy i jej zdewaluowania wobec euro. W wariancie wyjścia z Grecji ze strefy euro mielibyśmy wariant argentyński tylko na większą skalę. Poupadałyby wszystkie firmy, które mają zobowiązania w euro, bo nagle musiałyby oddać o wiele więcej pieniędzy. Co więcej wywołało by to efekt domina i presje na wyjście z euro kolejnych krajów.
 
Grecja zbankrutuje?
 
- Im szybciej tym lepiej, ważne aby nie wyszła ze strefy euro i proces ten przeprowadzić w sposób kontrolowany. Z tym że bankructwo państwa to nie to samo, co bankructwo firmy. Polska też zbankrutowała...
 
Polska zbankrutowała?!
 
- W 1981 r., rząd Jaruzelskiego de facto ogłosił niewypłacalność i przestaliśmy oddawać długi – i kapitał, i odsetki. Nikt nam niczego nie chciał pożyczyć. Stąd inflacja, kartki na wszystko i puste sklepy. Wcześniej większość było na kredyt. Gierek zaimportował masę towarów za pieniądze pożyczone. I potem nie byliśmy tego w stanie oddać. Na początku lat 90-tych dzięki reformom Balcerowicza dogadaliśmy się z wierzycielami z Zachodu na spłatę tylko połowy długu. Do dziś to pokutuje, mamy niższy rating od Czechów, bo oni nie poprosili o redukcję długu.
 
Dawniej było powiedzenie: „Zbyt duży, żeby upaść”. Dziś obowiązuje hasło „zbyt bogaty żeby upaść” . Z nami, z Argentyną nikt się nie patyczkował. A z Grekami  wszyscy się cackają, bo Grecja jest zbyt mocno powiązana z bogatym światem, a gdyby upadła, to by w ten świat uderzyło rykoszetem. Francuzi mają 50 mld euro w greckich papierach. Jeśli Grecy oddadzą połowę, to francuskie banki wpadają w poważne tarapaty.
 
Czy my też jesteśmy tak powiązani z Francją albo Niemcami?
 
- Kłopoty niemieckie byłyby kłopotami polskimi, bo siła naszego eksportu zależy od siły eksportu Niemiec …
 
A czy kłopoty polskie byłyby kłopotami niemieckimi?
 
- Nie, chociaż z każdym rokiem bardziej. Im więcej bogate kraje są zaangażowane kapitałowo w danym kraju, tym bardziej są zainteresowani w pomocy temu krajowi. Nie jesteśmy Wielką Brytanią, która jest tak wielka, że może być z boku. Jeśli strefa euro przetrwa, musimy być w jej środku. Nikt nie ratuje Grecji, bo jest kochana, tylko dlatego, że to się opłaca. W Grecji już trzeszczy od dawna. System dotychczas działał bardzo prosto: za kredyty z Niemiec Grecy kupowali niemieckie samochody. Perpetum mobile, nieprawdaż?
 
Bankructwo oznacza nieoddanie części długów i jest orzeźwiające. Tak się dzieje w przypadku przedsiębiorstw, które znalazły się w tarapatach. Bank mówi: „Dobra, oddajesz mi połowę, tworzymy program restrukturyzacyjny, a ja wysyłam do twojej firmy człowieka, który będzie tego programu pilnował”. W przypadku kraju pojawia się problem – ile suwerenności mogą Grecy oddać, żeby wpuścić niemieckiego przedstawiciela, który będzie pilnował ich restrukturyzacji. Na to nie pozwala system demokratyczny, Grecy bowiem mają prawo wybrać sobie rząd, który powie: „Niczego nie reformujemy i wychodzimy ze strefy euro”.
 
Dla Polski bankructwo kontrolowane Grecji w krótkim okresie oznaczałoby wstrząsy na rynku finansowym. W dłuższym okresie, niezbędne jest rozwiązanie wiszącego problemu Grecji. Bankructwo jest nieuniknione, bez tego może dojść do rozpadu strefy euro, co byłoby znacznie gorsze dla nas.
 
 
Rodzinom, którym nie domyka się budżet pisma kobiece radzą usiąść z kartką, podliczyć dochody, ograniczyć wydatki, a przede wszystkim nie pożyczać. A bank nie proponuje „oddaj połowę”, tylko zabiera mieszkanie. A w skali państw? Hulaj dusza!
 
- Gospodarstwa domowe są dużo bardziej odpowiedzialne. Mało które gospodarstwo domowe mogłoby się tak zadłużyć jak Grecja, bo już wcześniej dostawałoby sygnały, że coś jest nie w porządku.
 
Czy my też nie żyjemy na kredyt? Patrzyłem na licznik długu publicznego, przekroczył już 790 mld zł.
 
- To nominalne liczby. Ważne jaki to dług w stosunku do PKB.
 
Tylko że ten dług ciągle rośnie, od wczoraj zadłużenie każdego Polaka zwiększyło się o 2 zł 50 gr.
 
- Na szczęście PKB też rośnie. Jeśli dług rośnie wolniej niż PKB, to dobrze, jak szybciej, to źle. Dług jednak nie może być zbyt wysoki. Polski dług zbliżył się do poziomów awaryjnych, i dla bezpieczeństwa kraju musi być obniżany.
 
Dobrą drogą dla Polski jest droga do euro?
 
- Tak długo, jak euro będzie mocną walutą, a nie klubem dyskusyjnym. Jestem zaskoczony, że politycy tak przesuwają decyzje w sprawie Grecji, Portugalii czy Irlandii. Gdyby nie politycy te kraje dawno by zbankrutowały i dzisiaj trwałby już proces odbudowy .
 
Może politycy nie dorośli do rynku kapitałowego? I jest koniec świata kapitalizmu i demokracji?
 
- Nie przesadzajmy, nieporównywalnie gorsza sytuacja była w latach 30. XX wieku.
Dzisiaj trudność polega na tym, że świat jest globalny i w tej globalnej rzeczywistości trzeba umieć żyć, a nie jest to proste. Politycy już nie rządzą światem, a wielu z nich ma wciąż myślenie z minionej epoki. Nie jest już tak, że jak coś zadekretują, to się wydarzy – bo mają jeszcze po drugiej stronie społeczeństwo, które również poprzez rynek kapitałowy reaguje, zgodnie z własnymi ocenami. Mam wrażenie, że wielu polityków europejskich tego nie rozumie żyjąc w przekonaniu, że to oni podejmują decyzje i wszyscy ich słuchają.
 
Czyli kto rządzi światem?
 
- Świat jest dużo bardziej demokratyczny niż kiedykolwiek. Rządzą społeczeństwa najpotężniejszych gospodarek świata. Poprzez głos w wyborach i w postaci kwot, które inwestują. Pan też rządzi światem, bo pan sprzedał akcje po 113 złotych.
 
A może w tych ciągłych kryzysach powinniśmy powiedzieć: „Nie będziemy umierać za Wall Street”.
 
- A co to jest Wall Street?
 
Ci faceci z tego pokoju, którzy podejmują decyzje, kto upadnie.
 
- Ci faceci mają się dobrze.
 
DLACZEGO NIE SĄ ODPOWIEDZIALNI ZA ZLE DECYZJE?
 
-  Jeśli ich decyzje były zgodne z prawem to nie można przecież ich pociągnąć do odpowiedzialności karnej. Ważne jest jednak aby za błędy rynek karał tych którzy te błędy popełniali.
 
Niestety na kryzysach tracą tacy, jak ta pani z hallu tego dużego banku, która w ogóle nie wie, o co chodzi. Wall Street to są wszyscy, którzy wpłacają oszczędności do banków.
 
To może pieniądz rządzi światem?
 
Kiedyś rządził w ten sposób, że bogate państwa miały potężne armie i mogły złupić biedniejsze. Dzisiaj państwa mają większy wpływ na rzeczywistość przez powiązania kapitałowe. Powinniśmy być jak najbliżej powiązani z bogatą częścią świata poprzez wymianę handlową, wzajemne inwestycje i wspólną walutę. Nie będziemy wtedy na jego peryferiach. Wtedy my też będziemy mieć wpływ.
 
2011-09-29 09:06
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

together with Pawel Swieboda

Before the fall of the Lehman Brothers there weren't many people forecasting the fall of the euro while today there are too many. Fear can motivate politicians but only briefly. Fear clouds thinking and clear thinking is what is needed when considering whether it is worth the effort to save the euro.

The main reason for saving the euro would be the consequences of its demise. It is difficult to tell how the european economy would react. Predictions of catastrophe may turn out to be exaggerated or too optimistic. The world has so far not yet experienced anything of this scale before.

Greece: in or out

Three scenarios are possible: strict integration - the euro within the euro, or the total disintegration of the zone. The latter possibility is the least likely because of the gigantic costs entailed - so we will concentrate on the first two.

The most optimistic scenario is the one where gradually the problems facing distressed countries are solved or reduced. This will require difficult decisions like refusing to issue Greece the next tranche of financial assistance if Athens refuses to implement agreed reforms. The result would be Greece's formal bankruptcy which would still be a better solution than Greece leaving the eurozone.

The second scenario - i.e. Greece leaving the eurozone (which is still a possibility in the case of no confidence in the Greek government) would certainly be the beginning of the partial disintegration of the eurozone and the creation of the "euro within the euro". The financial markets would then expect more of the same from other distressed countries in the eurozone (the main contenders are in the South). They would then factor in the risk accordingly. That would bring about an increase in the cost of debt servicing of these countries and face them with the dilemma of even more stringent reforms or of leaving the eurozone. Usually the easier option wins but in this case it would open up pandora's box.

Such a gradual or partial disintegration of the eurozone would also mean massive, albeit temporary (probably lasting a few years) problems for the richer countries of the North. This does not just refer to German and French banks. The new euro would become a much stronger currency and anything they exported by countries with that currency will be much more expensive. The main markets for German exporters are not China but the Eurozone (more than 40 percent of all exports compared with the 5% that go to China). The shock brought about by the disintegration of monetary union would be considerably greater than in the wake of the fall of the Lehman Brothers.

Towards A New Order

In the short term the most important thing is to quell market panic in the eurozone.   Key are fiscal and structural forms in the distressed countries. A detailed plan for defaulting eurozone member countries will have to be worked out. It is important to do this in a way that the day following the announcement of the default, the whole banking sector, industry and services could function normally not just in the country in question but in the whole world. This means recapitalizing european banks in a way that they are able to absorb the losses following the insolvency of the country or countries where they are involved. The global banking sector will need a fresh injection of liquidity.

The EFSF fund must also be increased in order to quell market panic and so that it will have the capacity to save Spain and possibly Italy. The fund should act as agent for the debt so that the purchase of "bad" debt does not have to be made by the ECB. Ultimately it would play the role of European Monetary Fund. In undertaking short term activities it is important to heed the future architecture of the institutional order of Europe. It will be necessary to steer the short term "bail out" in such a way as to ensure it will be taken over in the foreseeable future by a long term plan for the economy. 

Today the world awaits two signs: the first is that european economy has not fallen into a recession and that there are signs of improvement in the economy, secondly that the governments of overly indebted countries are able to reduce their deficits and debts in a way that will not hamper the rate of growth. This requires structural reforms (eg. raising the retirement age) not the slashing of investment and development expenditure. Today decisions to change constitutions have been adopted at a speed which is without precedent in order to sanction the new rules of the game and at the same time to show determination. In all of this, the basic criterion is the "depth" rather than the "quality" of the reforms. This is a big risk for european growth prospects.

Reforms and closer integration should be cheered on. This requires the most organisation and skill in implementing reforms in the South and the patience of public opinion in the North. It's difficult to predict if european leaders will rise to the challenge. If they succeed, a new fiscal coordination mechanism in the eurozone will be inevitable. This will keep fear at bay for the moment. In the future it will be necessary to build a political process which will make citizens feel that there is transparency.

Reaching a consensus will be hard. One of the reasons for this is that the proposals put on the table by the Merkel Sarkozy duo require a series of agreements amongst the seventeen coupled with the approval of national parliaments. Right now the focus in on fiscal rules but future economic governance logic will go beyond debts and deficits. Increased coordination will mean a drive to unify the taxation system and the creation of a "range" for various policies (for example indicators for pensionable age). A few days ago Mark Rutte and Jan Kees Jager, Dutch premier and finance minister, proposed the creation of a european commissioner for budgetary discipline. We've already witness the first attempts at institutionalising european fiscal policy. Legitimising this process will be crucial. This will require an intergovernmental model with strong expertise and a decentralised monitoring process. This is what the Germans want, rather than federalism with common institutions. 

In the long term closer coordination of economic policies in the eurozone is inevitable. Poland should not hamper this process. A strong common currency is in our interests because the eurozone is our biggest economic partner and because we will also need stable support in times of trouble and possibly even currency wars.

A strong eurozone gives small economies a chance to develop. Over the next twelve months a big challenge is the defence of the financial plan adopted at the end of June by the European Commission. Any actions blocking integration of the eurozone will thwart this.

Observing the mounting frustration of european politicians and bankers, it's difficult to believe that Europe does have a chance of coming out of this crisis stronger. This will require courageous reforms and restoration of confidence. Nothing is certain. Europe is at the crossroads. Mistakes or a lack of decision making could lead to the collapse of the common currency. With strong decision making, the eurozone could become one of the safest and most stable currency zones in the world.

2011-09-28 21:09
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

W czerwcu tego roku na konferencji zorganizowanej przez DemosEuropa zadałem Mario Monti’emu byłemu dwukrotnemu komisarzowi Unii Europejskiej, pytanie dlaczego politycy europejscy tak powoli podejmują decyzje w tej odsłonie kryzysu. Odpowiedział, że jeszcze nigdy nie podejmowali tak szybko. To co nam wydaje się ślimaczym tempem dla nich jest zapewne tempem zawrotnym. Ale czasu jest coraz mniej i ostatnie tygodnie pokazały, że kryzys wchodzi w rozstrzygającą fazę. W czarnym scenariuszu może dojść do załamania się systemu finansowego strefy euro. Wszystko zależy od tego czy politycy europejscy zaczną w końcu rozwiązywać narosłe problemy. Symbolicznym znakiem, że sprawy w starej Europie idą naprawdę w złym kierunku było niedawne wycofanie przez niemiecką grupę Siemens pół miliarda euro depozytów z francuskiego banku Societe Generale i ulokowanie w sumie ponad 4 miliardów euro w Europejskim Banku Centralnym. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, co się będzie działo z systemem bankowym, jeśli inne wielkie grupy przemysłowe postąpią (a może już postępują) podobnie. Obserwujemy rosnący brak zaufania na rynku co już samo przez się ogranicza aktywność gospodarczą przedsiębiorstw, ale może doprowadzić w niedługim okresie do zamrożenia obiegu gospodarczego. To kwestia tygodni - tyle pozostało prawdopodobnie czasu aby przeciwdziałać czarnemu scenariuszowi. Dlatego też potrzeba dokapitalizowania europejskich banków jest coraz bardziej paląca. Pod koniec zeszłego tygodnia zapowiedziano co prawda dokapitalizowanie 16 banków, które najgorzej przeszły stress testy, ale szacunki MFW mówią, że potrzebna jest kwota rzędu 200 miliardów euro. To wskazuje na potrzebę znacznie szerszego niż tylko dla wymienionej szesnastki zastrzyku kapitałowego. Ciekawe co się jeszcze musi wydarzyć na rynku aby przywódców europejskich naprawdę przestraszyć. Sygnały z ostatniego szczytu G20 jak również corocznego spotkania MFW i Banku Światowego w Waszyngtonie wskazywałaby, że powszechna jest już świadomość, że dotychczasowa strategia odwlekania trudnych decyzji w czasie nie sprawdziła się. Zamiast doczekać się efektów oszczędności fiskalnych i pierwszych sygnałów ożywienia, mamy wciąż rosnące zadłużenie i pogłębiającą się recesję. Chodzi przede wszystkim o kraje peryferyjne, ale przecież prawdopodobnie już dziś cała strefa euro jest już w płytkiej recesji. Brak zdecydowanego działania może wepchnąć Niemcy w tak niechciany instrument jakim są euroobligacje. Euroobligacje będą odpowiedzią na problem płynności, ale nie rozwiążą przecież problemów strukturalnych. Ostatni piątek przyniósł przecieki z zamkniętego spotkania socjalistów w Grecji na którym to ponoć grecki minister finansów przygotowywał partyjnych kolegów do kontrolowanej restrukturyzacji połowy greckiego długu. Tego samego dnia szef holenderskiego banku centralnego powiedział publicznie, że nie wyklucza takiego wariantu. A kilka dni wcześniej Van Rompuy zapewniał, że to nie wchodzi w rachubę. Panowie, w takich warunkach nie da się pracować! Dawno już przyszedł czas na decyzje. Jeśli dotychczasowe tempo europejscy politycy uznawali za szybkie to czas już na Formułę 1. Od momentu kiedy uruchomiony zostanie proces działania, czyli przede wszystkim ogłoszone zostanie upadłość Grecji, chwilę później decyzje będą musiały zapadać z iście rajdową prędkością. Akurat w takiej sytuacji banki centralne w ostatnim kryzysie nie najgorzej sobie poradziły. Również teraz prawdopodobnie przejmą pierwsze skrzypce w procesie wychodzenia z tego korkociągu w którym znalazła się Europa. Politycy powinni je wspierać w tym procesie, a przynajmniej nie przeszkadzać. Choćby dlatego przydałoby się wkońcu na początek uzgodnić wspólne stanowisko w podstawowych sprawach.

* * *

This is above all political crisis

At the conference organised by Demos Europa in June of this year I asked Mario Monti, two times former EU commissioner why european politicians are taking so long in making decisions at this stage of the crisis. His answer was that they have never acted so fast. What to us seems like a snail's pace is to them breakneck speed. But time is running out fast and the last few weeks have shown that the crisis has entered the decisive phase. The darkest outcome would be the breakdown of the eurozone financial system. It will all depend on whether Europe's politicians will at last get down to tackling the problems which have become gargantuan. A sign that things in old Europe are indeed going in that direction was German group Siemens withdrawing half a billion euro it had deposited with the French bank Societe Generale and depositing over 4 billion euro at the European Central Bank. I don't need to point out what would happen to the banking system if other large industrial groups act in similar fashion (this may already be happening as we speak). There is a growing lack of confidence in the market which in itself has cramped the movements of companies but in the long term this could lead to the whole economic system grinding to a halt. This is a question of weeks - that's all the time that is left to stave off financial disaster. This is why the recapitalization of european banks has become increasingly urgent. At the end of last week recapitalization had been arranged for the 16 banks which came off worst in the stress tests but the MF estimates the total required to be around 200 billion euro. This points to the need of a much bigger requirement than what is needed to recapitalize the sixteen banks mentioned. One wonders what would have to happen to the market for european leaders to really get scared. What has emerged from the last G20 summit as well as from the annual IMF and World Bank meeting in Washington is that everyone knows that the strategy applied so far of putting off hard decisions has failed. Instead of the awaited effects of fiscal savings and the first signs of growth, the debt burden has grown and the recession has deepened. This concerns primarily the peripheral countries but the rest of the eurozone is by now already in a shallow recession. Lack of decisive action may push a reluctant Germany into eurobonds. Eurobonds will solve the liquidity problem but not the structural problems. Information leaked from the closed meeting of Greek socialists last Friday tells us that the Greek finance minister had once again prepared his party colleagues for a controlled restructuring of half of Greece's debt. On that same day the Dutch central bank chief publicly stated that he is not excluding that possibility while a few days earlier Van Rompuy had uttered hollow assurances that this was absolutely not on the cards. Gentlemen! It is not possible to work in such conditions. Decision time has long expired. If Europe's politicians believe that they are working fast, maybe it's time to switch to Formula One. From the moment action is taken, that means basically from the moment Greek insolvency is announced, key decisions will have to be taken at lightning speed. It has to be said that the central banks managed to ride out the last crisis quite well. As then they will now also take over managing the process of getting Europe out of this mess. Politicians should support this process or at least not hamper it. This is why it's important to assume a common position regarding all the basic matters right at the start.

2011-09-27 08:33
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Although Poland does not have the euro, its economic future is closely tied to the success of the common currency. Sixty per cent of Polish exports go to the eurozone. A quarter of all Polish exports to go to a single country: Germany.

Poland is a less open economy than the Czech Republic, Hungary or Slovakia, where the relation of exports to gross domestic product is close to 80 per cent. In Poland it is only 40 per cent. Poland’s large internal market makes the difference.
This gives Poland's economy three engines: consumption, investments and exports. It is Poland’s varied economic structure which allowed it to avoid a recession in 2009. During the first wave of the crisis, consumption shrank, but stayed positive; a strong depreciation of the zloty boosted the profitability of exports; and rising public investments made up for the fall in private sector investments.
During the current second phase of the crisis, that scenario is, for the moment, repeating itself.
Over the last few weeks the zloty has weakened, falling by at least 8 per cent since the beginning of August. While we are seeing a weakening in the dynamic of German exports, Polish trade profitability is being maintained, just as in 2009.
Poland’s economic success depends on the success of Germany, and on the rest of the eurozone. In the event of even a mild recession in the eurozone, Poland should still be able to eke out positive economic growth thanks to lower volatility in private consumption than in wealthier countries, and to continued profitable exports because of a weaker currency. But that is not much of a success, as growth of 2 or 3 per cent is far below the economic potential of a still-young economy, which should be able to grow at 4 or 5 per cent a year.
Until September, Poland’s financial markets did not suffer much from the turbulence in Europe’s periphery. Although the stock market tends to follow global trends, the bond market appreciated in the uncertainty. With local repo rates at 4.5 per cent, inflation at about 4 per cent, and real economic growth at an annual 4.4 per cent in the first half of the year, the long-term return of bonds was just over 5 per cent. Demand for Polish treasuries has been growing as they have looked increasingly attractive when compared to bonds from Spain or Italy.
There are two reasons for the recent stable demand for Polish debt. First, Poland has growth, which is key to increasing budget revenues. Secondly, the debt-to-GDP ratio is about 55 per cent, which is significantly lower than the average for the eurozone. Since 1997 the Polish constitution has included a provision that limits debt to 60 per cent of GDP.
Of course, all those advantages disappear in the event of the risk of the collapse of the eurozone, which would be a catastrophe for both Germany and Poland. That means, in the event of a negative turn of events, or even a continuation of the atmosphere seen over the last couple of weeks, demand for Polish debt could fall. That is why the recent increase of global risk aversion and threat of eurozone break-up leads to the outflow of the real money from Polish markets, weakening the zloty and raising bond yields.
Poland is often compared to a small boat on a large ocean. In the event of a large storm, quick manoeuvres thanks to a floating exchange rate will mean little. In contrast to the UK, Poland is not proud of not being a member of the eurozone.
The success of the euro project, and the strengthening of economic governance in the common currency lies in Poland’s historical interest. In the end, Poland wants to swiftly join a strengthened eurozone so as not be left alone on the ocean.

http://blogs.ft.com/beyond-brics/2011/09/21/guest-post-poland-needs-stable-eurozone/

2011-09-22 11:58
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

współautor: Paweł Świeboda

Przed upadkiem banku Lehman Brothers proroków było za mało, dziś osób wieszczących upadek euro jest nadmiar. Strach działa mobilizująco na polityków, ale tylko na krótko. Utrudnia bowiem myślenie o przyszłości. A bez tego nie wiadomo, czy warto stawać na głowie, by ocalić euro.

Głównym argumentem za akcją ratowania euro są konsekwencje jego upadku. Trudno przewidzieć, jak zareagowałaby na to gospodarka europejska. Wszelkie katastroficzne prognozy mogą okazać się przesadzone, ale może się też okazać, że były... zbyt optymistyczne. Takiego eksperymentu, w takiej skali, świat jeszcze nie przechodził.

Grecja zostaje, Grecja wychodzi

Możliwe są trzy scenariusze: ściślejsza integracja, powstanie "euro w euro" oraz zupełny rozpad strefy. Ostatni wariant jest najmniej prawdopodobny z uwagi na gigantyczne koszty, jakie by za sobą pociągnął, dlatego skupimy się na dwóch pierwszych.

• Najbardziej optymistyczny scenariusz, to taki w którym krok po kroku rozwiązywane są lub przecinane problemy zagrożonych krajów. Wymagać to będzie trudnych decyzji, choćby takiej jak odmowa Grecji kolejnej transzy pomocy finansowej, jeśli Ateny nie będą realizować reform, do których się zobowiązały. Konsekwencją będzie formalna niewypłacalność Grecji, co i tak jest lepszym rozwiązaniem niż jej wyjście ze strefy.

• Wariant drugi, czyli opuszczenie przez Grecję strefy wspólnej waluty (nie jest całkowicie wykluczony w przypadku załamania zaufania do greckiego rządu), byłby zapewne początkiem częściowego rozpadu strefy euro i stworzenia „euro w euro”. Rynek finansowy oczekiwałby bowiem podobnego zachowania innych krajów strefy, które mają kłopoty (głównie tych z Południa). I odpowiednio wyceniłby takie ryzyko. To przełożyłoby się na wzrost kosztu obsługi długu tych państw i postawiłoby je przed dylematem: jeszcze ostrzejsze reformy czy wyjście ze strefy. Wobec takich opcji zwykle dokonuje się wyboru łatwiejszego, czyli ucieczkę do przodu, choć w nieznane

Taki stopniowy lub częściowy rozpad strefy oznaczałby też olbrzymie, choć przejściowe (prawdopodobnie kilkuletnie), problemy bogatszych krajów Północy. Nie chodzi tylko o kłopoty niemieckich i francuskich banków. Nowe, okrojone euro stałoby się walutą znacznie silniejszą, a eksportowane przez nich towary znacznie mniej atrakcyjne cenowo. Trzeba też pamiętać, że głównym rynkiem zbytu dla niemieckich eksporterów nie są Chiny, jest nim strefa euro (ponad 40 proc. eksportu, do Chin - ok. 5 proc.). Wstrząs wywołany rozpadem unii monetarnej byłby znacznie większy niż kryzys po upadku Lehman Brothers.

W stronę nowego ładu

W krótkiej perspektywie najważniejsze jest opanowanie paniki rynkowej w strefie euro. Kluczowe są reformy fiskalne i strukturalne w zagrożonych krajach. Trzeba też przygotować szczegółowo plan kontrolowanego bankructwa członka strefy euro. Chodzi o to, by proces ten przeprowadzić w taki sposób, by dzień po ogłoszeniu niewypłacalności mógł funkcjonować w tym kraju i na świecie cały sektor bankowy, sektor przedsiębiorstw, usług itd. Potrzebne jest więc dokapitalizowanie banków europejskich tak, by były w stanie zaabsorbować straty, które wystąpią po ogłoszeniu niewypłacalności kraju lub krajów, w których są zaangażowane. Potrzebna będzie też powtórka z akcji zasilenia w płynność sektora bankowego na całym świecie.

Dla opanowania paniki rynkowej niezbędne jest równoczesne powiększenie funduszu EFSF, tak aby był w stanie ratować Hiszpanię i ewentualnie Włochy. Fundusz powinien przejąć rolę agencji długu, tak aby wykupu "złych" obligacji nie musiał już robić EBC. Docelowo fundusz ten przejąłby rolę Europejskiego Funduszu Monetarnego. Ważne, aby podejmując działania krótkoterminowe, uwzględniać przyszłą architekturę ładu instytucjonalnego Europy. Trzeba więc tak nawigować krótkoterminowym procesem "ratunkowym", by mógł się on w przewidywalnej przyszłości spotkać ze scenariuszem długoterminowym dotyczącym rządu gospodarczego.

Dzisiaj świat czeka na dwa sygnały: pierwszy, że gospodarka europejska nie wpada w recesję i że pojawiają się przebłyski ożywienia gospodarczego; drugi, że rządy nadmiernie zadłużonych państw są w stanie redukować deficyty i długi tak, by nie wpłynąć negatywnie na tempo wzrostu. Potrzebne są więc reformy strukturalne (takie jak np. podwyżka wieku emerytalnego), a nie cięcia wydatków rozwojowych i inwestycyjnych. Dzisiaj w sposób bezprecedensowo szybki podejmowane są decyzje o zmianach konstytucji, by nowe reguły gry utrwalić i tym samym dać rynkom najsilniejszy możliwy sygnał o swojej determinacji. W tym wszystkim podstawowym kryterium staje się "głębokość", a nie "jakość" reform. To duże ryzyko dla europejskich perspektyw rozwoju.

Trzeba kibicować wariantowi reform i ściślejszej integracji. Wymaga to jednak najwięcej pracy organicznej i umiejętności w prowadzeniu reform na Południu oraz cierpliwości opinii publicznej na Północy. Trudno odpowiedzieć na pytanie: Czy przywódcy europejscy sprostają temu wyzwaniu? Jeżeli im się powiedzie, nieuchronne jest powstanie nowego mechanizmu koordynacji fiskalnej w strefie euro. Dzisiaj jest ona postrzegana jako ratunek przed powtórzeniem dyktatury strachu. W przyszłości potrzeba będzie zbudowania wokół niej procesu politycznego, tak by obywatele czuli, że nie wszystko jest rozgrywane za ich plecami.

Proces dochodzenia do konsensusu nie będzie łatwy. Między innymi dlatego, że propozycje przedstawione przez duet Merkel - Sarkozy wymagają serii uzgodnień w ramach Siedemnastki i zgody parlamentów narodowych. Na razie wszyscy skupiają się wokół reguł fiskalnych, ale przyszła logika "rządu gospodarczego" będzie wychodziła znacznie poza limity długu i deficytów. Pogłębienie koordynacji oznaczać będzie dążenie do ujednolicenia systemu podatkowego oraz stworzenia "widełek" dla poszczególnych polityk (np. wskazania dotyczące wieku emerytalnego). Mark Rutte i Jan Kees Jager, holenderski premier i minister finansów, zaproponowali przed paroma dniami powołanie europejskiego komisarza ds. dyscypliny budżetowej. Mamy więc już pierwsze przymiarki do instytucjonalizacji europejskiej polityki fiskalnej. Kluczowym wyzwaniem będzie legitymizacja tego procesu. W czasach kryzysu o nią łatwiej, ale po jego przezwyciężeniu problem wróci. To oznacza model międzyrządowy z silnymi ciałami eksperckimi i scentralizowanym procesem kontrolnym, na czym szczególnie zależy Niemcom, ale nie federalizm ze wspólnymi instytucjami. Faktycznie będzie to ostateczne potwierdzenie kluczowej roli dużych państw członkowskich w grze o zarządzanie wspólnym "zasobem suwerenności" w sprawach fiskalnych. To bardzo wrażliwy proces, który musi uwzględniać niechęć społeczeństw do przekazania dowodzenia innym.

W długiej perspektywie ściślejsza koordynacja polityki gospodarczej w strefie euro jest nieunikniona. Polska nie powinna tego procesu blokować. Silna wspólna waluta jest w naszym interesie, zarówno dlatego, że strefa euro to nasz najważniejszy partner gospodarczy, jak i dlatego, że sami potrzebować będziemy stabilnego oparcia w czasach zwiększonych turbulencji, a być może "wojen walutowych".

Silna strefa euro jest szansą rozwojową dla małej gospodarki, która z roku na rok coraz bardziej otwiera się na świat. Nie można też zapominać, że w perspektywie najbliższych 12 miesięcy jednym z najważniejszych wyzwań dla naszej dyplomacji jest obrona kształtu perspektywy finansowej przyjętej pod koniec czerwca przez Komisję Europejską. Jakiekolwiek działania hamujące integrację w ramach strefy euro nie pomogą w realizacji tego zadania.

Obserwując dzień po dniu coraz większą frustrację europejskich polityków i bankierów, trudno w to uwierzyć, ale Europa ma szanse wyjść z obecnego kryzysu wzmocniona. Wymaga to jednak odważnych decyzji reformatorskich i odbudowy wzajemnego zaufania. Nie ma pewności, że tak się stanie, i dziś można śmiało powiedzieć, że Europa jest na rozdrożu. Popełniając błędy lub unikając decyzji, może doprowadzić do rozpadu wspólnej waluty. Podejmując dobre i odważne decyzje, może uczynić strefę euro jednym z bezpieczniejszych i stabilniejszych obszarów walutowych na świecie. Polska łódka płynie w konwoju wraz z dużym i wymagającym pilnej naprawy okrętem. To cały czas nie musi być "Titanic".
 

2011-09-22 11:43
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Bankructwo Grecji należy dobrze przygotować. To trochę jak z operacją którą się przeprowadza po raz pierwszy. Trzeba być przygotowany na różne scenariusze. Jeśli więc w trakcie operacji nastąpi krwotok, musi być pomysł jak go szybko i skutecznie zatamować. Od skutecznego przebiegu tego zabiegu będzie zależeć przyszłość eurolandu. Jeśli bowiem po ogłoszeniu bankructwa Grecji nastąpi zamrożenie rynków z jakim mieliśmy do czynienia po upadku Lehman Brothers, to panika może być większa niż wtedy. Znana bowiem jest kolejka krajów czekających na upadłość,  reakcja rynków po nieudanej greckiej operacji mogłaby zmusić kolejne rządy do nieformalnego ogłoszenia niewypłacalności. Rynek odwróciłby się zupełnie od krajów takich jak Hiszpania i Włochy i cały ciężar wykupu obligacji tych krajów spadłby na ECB, nie wspominając o reakcji giełd i rynków walutowych. Niedawno mieliśmy tego przedsmak kiedy wyceny banków w całej Europie zanurkowały do poziomów z 2009 roku ze względu na strach związany z potencjalną skalą strat. MFW wyszacował potrzeby dokapitalizowania sektora bankowego na 200 miliardów dolarów. Nie będzie łatwo zebrać taką kwotę w sektorze prywatnym, dorzucić się będą musiały również rządy najbogatszych państw.

Nie mamy zbyt wiele czasu aby przygotować się do operacji bankructwa Grecji. Stracono już 18 miesięcy przez co dziś zagrożone jest już nawet funkcjonowanie strefy euro. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, przyszedł czas na męskie decyzje. Przede wszystkim należy odpowiedzieć na pytanie jakie będą natychmiastowe konsekwencje bankructwa Grecji. Po pierwsze wszyscy posiadacze greckich obligacji będą musieli ujawnić straty. Dotyczy to zarówno banków, których zaangażowanie znamy, ale również przedsiębiorstw, funduszy inwestycyjnych, hedgingowych, czyli instytucji nie objętych nadzorem regulatorów. Ich problemy odbiją się z krótkim opóźnieniem znów na sektorze bankowym. Tak więc skala dofinansowania będzie prawdopodobnie znaczenie większa niż obecnie wyceniana. Załamanie sektora przedsiębiorstw będzie w szczególności dotyczyło podmiotów greckich, ale nie tylko, obawiam się że skala tego problemu może być spora uwzględniając recesję w jakiej znajduje się od trzech lat grecka gospodarka. Aby zawczasu zaadresować ten problem należałoby przed ogłoszeniem bankructwa dokonać mocnego dokapitalizowania sektora bankowego tak aby był w stanie zaabsorbować straty wynikłe z upadku Grecji. Co więcej zastrzyk kapitałowy powinien być na tyle mocny aby sektor bankowy mógł spokojnie przeżyć kolejne upadłości Portugalii i Irlandii a nawet częściowo Hiszpanii i Włoch. Nie może bowiem powstać wrażenie, że sektor bankowy po dokonaniu kontrolowanego upadku Grecji zachwieje się swych podstawach.

Po drugie, wystąpi prawdopodobnie wzrost braku zaufania na rynku międzybankowym oraz wzrost kosztu pieniądza podobnie jak po upadku Lehman Brothers.  Aby zneutralizować ten efekt do akcji zasilania w płynność muszą natychmiast przystąpić największe banki centralne świata na niespotykaną dotychczas skalę.

Trzecim istotnym elementem scenariusza jest dofinansowanie EFS tak aby był w stanie tuż po operacji przejąć rolę skupującego dług pozostałych zagrożonych państw. Bowiem chwilę po ogłoszeniu upadłości Grecji może zniknąć jakikolwiek popyt na hiszpańskie i włoskie papiery. Nie sądzę aby to zamrożenie trwało długo, będzie jednak zależeć od tego czy kolejne aukcje obligacji przebiegną płynnie. Stąd kluczowa rola EFS i zwolnienie z tej roli ECB, który jak pokazują ostatnie badania w strefie euro coraz szybciej traci na wiarygodności który powoli stajnie się tzw. „złym bankiem” z rosnącym portfelem śmieciowych obligacji.

O tym wszystkim wspominał ostatnio sekretarz stanu USA Timothy Geithner we Wrocławiu. Niektórzy Europejczycy obrazili się, że Stany które „są w gorszej sytuacji niż Europie śmieją pouczać Stary Kontynent”. Tyle, że nie mają racji, Europa jest w znacznie trudniejszej sytuacji niż USA, że względu na zbyt wielu decydentów i brak decyzyjności. W biznesie też nie wolno się też obrażać.

Na koniec trzeba przypomnieć że taka operacja powinna być przeprowadzona z zaskoczenia, w okresie chwilowej stabilizacji na rynku finansowym, najlepiej w piątek po zamknięciu giełd. Chodzi bowiem o to aby przebieg operacji dyktowali ci którzy ją zaplanowali a nie rynek finansowy, tak jak to było po 15 września 2008.

2011-09-20 11:12
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Deutsche Bank Chief Joseph Ackermann recently said that the current crisis reminds him of the one in 2008. Although this crisis differs from the point of view of the condition various economies are in or because of the reasons for the current distress, similar market behaviour may prompt the fear that we will again see losses similar to those observed post August 15 2009. This was obvious last Friday when investors closed their positions and fled to the safest assets in the world. It was this that caused the zloty to fall sharply, not Polish economy fundamentals. Today it is not just that the most world's most developed economies are experiencing stagnation or even a shallow recession, the decisions taken by Europe's leading politicians indicates that they have no idea how to end the debt and stagnation spiral. There is no end in sight and it's getting worse with each passing week.

Last week Barack Obama announced the latest stimulus package for the American economy. The motive for the move is transparent, given next year's presidential elections. It's about spending now without worrying about mounting debt in order that the average American may believe at least for a while that things have taken a turn for the better. Yet in the long term this will not help America. Currently the country's high level of indebtedness and fear of higher future taxation is emerging as the biggest risk factor. The USA are however better placed than Europe. While today nothing can be done without the agreement of both the Democrats and Republicans the next elections will most likely see in a clear majority able to make difficult decisions swiftly and decidedly. The current slow down in the economy has reduced the cost of money in the USA which is good for a drop in commodity prices, mainly oil. America also has a much more advantageous demographic structure than Europe. The largest economy in the world will be on the path of growth within a year or two barring any major errors in economy policy.

The real problem is Europe. The vicious cycle which has arisen from the desire to rescue Greece and the other countries that subsequently found themselves in trouble has led to a situation where the disintegration of the Eurozone looks increasingly likely. Eighteen months ago it seemed that only Greece was affected. European politicians deemed that the size of the sums required by Greece made it possible to assume responsibility for the financing of Greek borrowing requirements over the next few years. It was thought that this was the way to calm down financial markets and restore equanimity. Only months later it was obvious that both Portugal and Ireland were going to be affected in the same way and that financing all three countries out of our own pockets over the next few years was no longer looking like an option. However European politicians chose to apply the same solution as before, in the hope that things would not get worse. When the risk spilled over into Spain and Italy everyone saw that it was just not possible to pour such vast sums into all these troubled countries. The European Central Bank was the lender of last resort, forced to buy all Europe's bad debts. This runs counter to the Bank's main remit which is to ensure price stability. This bond purchase is a classic example of just what a central bank should never do - deficit financing. However today Europe's politicians have forced the Bank into a corner and it has no other course of action available, not until the worst affected economies declare bankruptcy. There is a very limited range of options on offer and the ECB will not be able to finance Italy and Spain ad infinitum. 

The number one reason for all the problems was the determination of European leaders to solve Greece's problems without the IMF, relying instead on Eurozone contributions. If Greece's debt had been restructured even eighteen months or even a year ago, along with the debts of of the three countries most under threat of collapse, we would not be witnessing this increasingly vertiginous downward spiral. This coupled with the weakness of Europe's political elite increases the risk of the Eurozone falling apart. While even a few weeks ago no-one said this out loud, now even a few prime ministers in northern Europe are openly speaking about the possibility. The markets have already factored in such an outcome (one of the main causes for last week's sharp falls in stock indexes). And it may still happen whether it is counter to the expectations of the European political elite or not. I am convinced that the if Greece leaves the Eurozone, a stampede comprised of Portugal, Ireland, Spain and even Italy would head for the exit as the risk of steep bond haircuts for those countrieswould immediately be factored into debt servicing costs by the financial markets. This in turn would lead to the long term insolvency of Portugal, Ireland et al at the same time bringing their situation closer to that of Greece today. In a short period of time the Eurozone would comprise of the richest countries of the north with the strictest fiscal discipline and the euro would be a much stronger currency than it is today. Those countries would experience an immediate and major drop in competitiveness, followed shortly by economic collapse. But even so the problems of the north would be minor in comparison to those countries of the south which have been bled dry by massive company bankruptcies once bereft of their former strength which was based on a cheap euro and the banking sector collapse. This is something of a doomsday scenario but it just cannot be put in another way. In order to avoid this happening it is necessary to proceed to restructuring Greece's debt as fast as possible and most probably this should also apply to both Portuguese and Irish debt and at home we would have to implement supply side reforms.If not we will be sucked further into the vortex.

2011-09-15 12:05
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Niedawno szef Deutsche Banku Joseph Ackermann powiedział, że obecny kryzys przypomina mu to co się działo w roku 2008. I choć sytuacja jest inna, inny jest stan gospodarek i inny mają charakter przyczyny obecnego załamania, to podobne zachowania rynków mogą budzić strach, że znów zobaczymy spadki podobne do tych obserwowanych po 15 września 2009. Nastrój ten był szczególnie wyraźnie odczuwalny w ostatni piątek, kiedy inwestorzy zamykali pozycje na rynku akcji uciekając do najbardziej bezpiecznych aktywów na świecie. Stąd też tak silne osłabienie złotego, nie mające się nijak do fundamentów polskiej gospodarki. Dzisiaj, nie dość, że główne rozwinięte gospodarki świata znajdują się w stagnacji, lub być może nawet już płytkiej recesji, to decyzje najważniejszych polityków europejskich wskazują na to, że nie mają oni pomysłu jak wyjść ze spirali długów i stagnacji. Końca nie widać. Co więcej z każdym tygodniem sytuacja staje się coraz bardzie trudna i skomplikowana. Barak Obama ogłosił w zeszłym tygodniu kolejny pakiet stymulujący amerykańską gospodarkę. Z punktu widzenia przyszłorocznych wyborów prezydenckich to całkiem zrozumiałe posunięcie. Wydajmy dziś pieniądze, nie przejmując się rosnącym długiem, po to aby przeciętny Amerykanin, choć na krótko mógł uwierzyć, że sprawy idą w lepszym kierunku. Jednak na dłuższą metę tego typu programy nie pomogą Ameryce. Obecnie w Stanach głównym czynnikiem ryzyka zaczyna być wysokie zadłużenie kraju i obawa przed wzrostem podatków w przyszłości. USA są i tak w komfortowej sytuacji w porównaniu z Europą. O ile dzisiaj w każdej sprawie potrzebne jest porozumienie pomiędzy Demokratami i Republikanami to prawdopodobnie po najbliższych wyborach powstanie jednoznaczna większość, która będzie w stanie podejmować trudne decyzje zdecydowanie i szybko. Obecne spowolnienie gospodarcze obniża koszt pieniądza w Stanach i sprzyja spadkom cen surowców, w tym przede wszystkim ropy. Do tego jeszcze Ameryka ma znacznie bardziej korzystną strukturę demograficzną w porównaniu z Europą. Jeśli nie zostaną popełnione istotne błędy w polityce gospodarczej, ta największa na świecie gospodarka w perspektywie roku, dwóch wejdzie na ścieżkę wzrostu. Problemem tak naprawdę jest Europa. Zapętlenie wynikające z chęci ratowania Grecji, a potem kolejnych zagrożonych krajów, doprowadziło do tego, że dziś za coraz bardziej prawdopodobny przyjmuje się scenariusz rozpadu strefy euro. Półtora roku temu problem, jak się wtedy zdawało, dotyczył tylko Grecji. Politycy europejscy uznali, że kwoty potrzebne Grecji są na tyle małe, że można przez najbliższe kilka lat przejąć odpowiedzialność za finansowanie greckich potrzeb pożyczkowych. Sądzono wtedy, że w ten sposób uspokoi się rynki finansowe i powróci spokój. Kiedy kilka miesięcy później było już jasne, że podobny problem będzie dotyczył również Portugalii i Irlandii i strategia finansowania wszystkich trzech krajów przez najbliższe kilka lat z własnych kieszeni nie była już dobrym pomysłem. Politycy europejscy jednak woleli jednak zaaplikować te same rozwiązania co wcześniej, mając nadzieje, że już nic gorszego się wydarzy. Kiedy ryzyko rozlało się na Hiszpanię i nawet na Włochy stało się jasne, że finansowanie w tak olbrzymiej skali wszystkich tych krajów nie jest możliwe. Ostatnią deską ratunku pozostał Europejski Bank Centralny, zmuszony skupywać złe obligacje po całej Europie. Takie działania stoją w skrajnej sprzeczności z głównym zadaniem EBC, jakim jest stabilność cen. Skupowanie obligacji przez bank centralny jest klasycznym przykładem czego nie powinien nigdy robić żaden bank centralny - finansować deficytu. Dzisiaj jednak sytuacja w jaką zabrnęli politycy europejscy nie pozwala EBC zachowywać się inaczej, tak długo jak nie dojdzie do upadłości najbardziej zagrożonych gospodarek. Wachlarz rozwiązań jest ograniczony, a EBC nie może w nieskończoność finansować Włoch i Hiszpanii! Praprzyczyną wszystkich problemów była determinacja przywódców europejskich aby problemów Grecji nie rozwiązywać standardowo z pomocą MFW, tylko ratować ją z zrzutki krajów strefy euro. Gdyby półtora roku temu doszło do restrukturyzacji greckiego długu, czy nawet rok temu trzech najbardziej zagrożonych gospodarek nie bylibyśmy dzisiaj w sytuacji, która z każdym miesiącem staje się coraz bardziej bez wyjścia. To zapętlenie i słabość politycznych elit Europy zwiększa ryzyko rozpadu strefy euro. O ile jeszcze kilka tygodni temu był to temat tabu, tak teraz mówią o tym wprost niektórzy premierzy rządów Północy Europy. Rynki już wyceniają taki rozwój wydarzeń, co było jedną z głównych przyczyn zeszłotygodniowej serii spadków indeksów. Pomimo tego, że nie jest to rozwiązanie zgodne z oczekiwaniami europejskiej elity politycznej, to może się to wydarzyć wbrew ich woli. W moim przekonaniu wyjście w dzisiejszych warunkach rynkowych Grecji ze strefy euro doprowadziłoby do tego, że w kolejce do opuszczenia obszaru wspólnej waluty znalazłyby się zaraz Portugalia, Irlandia, Hiszpania a nawet Włochy. Bowiem rynek finansowy natychmiast wyceniłby w koszcie obsługi długu ryzyko znacznej dewaluacji zadłużenia Portugalii, Irlandii itd. To z kolei doprowadziłoby to długotrwałej niewypłacalności tych krajów i tym samym zbliżyło je do dzisiejszej sytuacji Grecji. W krótkim czasie w strefie euro pozostałyby wyłącznie zamożniejsze i bardziej zdyscyplinowane fiskalnie kraje Północy ze znacznie silniejsza niż dzisiaj walutą. A to oznaczałoby natychmiast dla nich znaczną utratę konkurencyjności i zapaść gospodarczą w krótkim okresie. I tak problemy Północy byłoby niczym w stosunku do wydrenowanych z oszczędności krajów Południa, z bankrutującymi masowo firmami, których siła oparta była na tanim euro i zapaści sektora bankowego. Scenariusz trochę katastroficzny, ale nie można go nie brać pod uwagę. Aby się nie zmaterializował trzeba jak najszybciej głęboko zrestrukturyzować grecki dług, prawdopodobnie też portugalski i irlandzki i skutecznie wdrażać u siebie reformy podażowe. Bez tego będziemy wpadali w coraz głębszy korkociąg.
2011-09-15 11:44
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Polish diplomacy faces a difficult task. Two speed Europe is slowly becoming a reality. It is difficult to halt this process which is in the interests of both the beneficiary countries and the net contributor countries funding the EFSF. Reminding the French and Germans that this is leading to a divided europe will not change much today. They are perfectly aware of what is happening. Even if certain politicians in the eurozone share our concerns, the sheer scale of current challenges, coupled with the continuing crisis and a market clamouring for solutions in the shape of eurobond issues, all spells strong pressure for closer integration in the eurozone. Against this backdrop we can only remind people that countries with an eye on joining the eurozone should not be forgotten and gaining membership of the club should not become more complicated and difficult than it is now.

The official Polish stance must however be to support any measures aimed at a stronger Europe. Because really, as we are unable to halt the process, we should concentrate on what is most important to us. And today's most important challenge is the defence of the draft EU budget as proposed by the Commission Together with the growing risk of eurozone disintegration with the costs of rescuing troubled countries escalating over the next few months, it will be hard to use the arguments deployed so far to sustain support for the draft budge for the next few years. Just when countries of Central Europe with the exception of Hungary are coping particularly well with this chapter of the crisis, achieving above average growth rates and sustaining perfectly respectable fiscal results.

In exchange for support and lack of hindrance to integration measures, we should strive to get the draft budget adopted in its present form. 

Independently of that, if would be appropriate to arm ourselves with fresh impactful arguments. Firstly that there is a straightforward connection between the competitiveness of the German economy and money spent to improve infrastructure and to foster growth in central and eastern Europe. Germany in part owns its competitive edge to the central european companies in our region who produce semi-finished products at a much lower cost than in "old Europe" (including in former GDR). Central Europe has made a major contribution to the strength of German exports! Also significant is the fact that with the increased wealth of post-communist societies, consumers there are buying finished products from the largest economy in europe in quantities which increase yearly. 

Poland ranks as tenth destination for German exports, ahead of Russia, to whose economic weight our neighbours across the Oder attach a particular importance. The second argument will be the answer to the question how best to spend EU money. The experience of the last three years after the fall of Lehman Brothers has shown that fiscal stimulus is only effective in the short term and only while funds are being disbursed. A reasonable investment oriented fiscal policy can achieve positive results only if there is an effect on the supply and not just on demand and which goes hand in hand with increased competitiveness of a given economy. Such results may be observed in particular in central and eastern Europe in today's context. 

During the Presidency, we should concentrate on encouraging the process of closer economic cooperation and use the time to clearly articulate arguments in favour of cohesion policy. We have the opportunity to do one thing well and we should concentrate on that.

2011-09-14 10:35
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Przed wyborami partie prezentują swe programy gospodarcze, ale nie oczekujmy, że powiedzą nam pełną prawdę o przyszłości. Z prezentowanych programów można wyciągnąć jedynie wnioski co do ogólnego kierunku działań, priorytetów, obszarów zainteresowania. Żaden z polityków w Polsce nie będzie zwierzał się przed wyborcami z tego w jaki sposób cele głoszone w programach wyborczych będzie realizował. Tak to już u nas jest, że najważniejszych kwestii przed wyborami się nie porusza. To problem niedojrzałej demokracji, jak również w pewnej mierze efekt …. zielonej wyspy. W krajach gdzie recesja doprowadziła do znacznego pogorszenia sytuacji gospodarczej wybory wygrywają ci którzy obiecują pot i łzy. Mam swoją listę priorytetów po wyborach. Lista ta musi odpowiadać na podstawowe słabości polskiej gospodarki. A są to zbyt duży udział państwa w gospodarce, wysoki udział transferów socjalnych w wydatkach publicznych, duży udział społeczeństwa żyjącego na wsi, rosnące różnice w poziomie rozwoju pomiędzy Polską A i B, wysoka nieelastyczność wydatków publicznych, wysoki poziom zbiurokratyzowania gospodarki, niska innowacyjność. Polska w krótkim okresie musi wzmocnić się przed wstrząsami zewnętrznymi. W tym zakresie strategia ministerstwa finansów była wręcz książkowa. Wykorzystanie popytu na polskie papiery do zwiększenia kwot na rachunkach ministerstwa i tym samym zaspokojenie potrzeb pożyczkowych w tym roku było najlepszym ruchem z możliwych. Niewykluczone, że gdy kryzys się zaostrzy (a to nam chyba grozi) nie będzie nam już tak łatwo pożyczać. Końcówka zeszłego tygodnia mogła być niestety tym złym prognostykiem. W dłuższym okresie musimy skupić się na zwiększeniu potencjału rozwojowego polskiej gospodarki. Do reform zwiększających szanse rozwojowe zaliczyłbym przede wszystkim zmniejszenie udziału wydatków sztywnych w wydatkach budżetu ogółem i tym samym zwiększenie elastyczności finansów publicznych na wahania cykliczne gospodarki. Dzisiaj ograniczanie przyrostu długu oznacza redukcje wydatków prorozwojowych, głownie inwestycji infrastrukturalnych. Drugim zadaniem jest głęboka deregulacja gospodarki polegająca na przyspieszeniu reformy sądownictwa, uproszczeniach w prawie gospodarczym, cyfryzacji procedur. Nie są to wyzwania natury politycznej, wymagają umiejętności przeforsowania sensownych reform przez biurokratyczny aparat państwa. Ważne jest aby działania takie realizował ktoś kto zna prawo gospodarcze z praktyki, a nie tylko z prasy. Dzisiaj dominują dobre chęci przy braku umiejętności skutecznego wprowadzania zmian. Następnym ważnym zadaniem jest redukcja wydatków socjalnych, ale nie poprzez ich cięcie, ale poprzez przegląd ich adresowania tak aby pomoc społeczna trafiała wyłącznie do najuboższych. Następne wyzwanie to powrót do prawdziwej prywatyzacji, gdzie własność państwowa przechodzi w ręce prywatne. Pisałem o tym w zeszłym tygodniu w DGP. W ochronie zdrowia potrzebne są reformy podejmowane w krajach naszego regionu i w Europie Zachodniej. Musi więc nastąpić wprowadzenie współpłacenia za usługi medyczne, w taki jednak sposób aby koszty nie uderzyły w najuboższych. Wprowadzenie negatywnego koszyka usług medycznych, który określi w końcu na jakie procedury medyczne polskiego państwa nie stać. Aby zmiany te były kompletne muszą być wprowadzone dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne. W szkolnictwie najważniejszą zmiana która odsztywni system promocji powinna być likwidacja przywilejów Karty Nauczyciela. Chodzi o to aby promować dobrych nauczycieli a złych móc zwalniać. Inaczej pomimo corocznych podwyżek wynagrodzeń wciąż większość nauczycieli, szczególnie tych dobrych, nie będzie miało poczucia, że ich praca przekłada się na zarobki. Na koniec reforma KRUS, emerytur mundurowych i podwyżka wieku emerytalnego. O ile te dwie ostatnie są oczywiste, to przypomnę tylko, że w reformie KRUS nie chodzi wyłącznie o oszczędności ale zrównanie warunków działania pomiędzy wsią i mieszkańcami pozostałej części kraju a także zwiększenie aktywności zawodowej Polaków. Reforma KRUS jest najważniejszą wielką reformą ustrojową bez której w Polsce nie będziemy w stanie zlikwidować biedy na obszarach wiejskich. To wszystko będzie możliwe do realizacji tuż po wyborach.
2011-09-13 22:06
Polskie wpisy Komentarze (2)
1 | 2 |