29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

W Polsce dyskusja koncentruje się na tym czy będziemy od czasu do czasu zapraszani na szczyty euro czy też nie. Nie twierdzę, że jest to nieistotna kwestia. Padały bowiem propozycje wyjątkowo absurdalne jak wniosek Brytyjczyków (z którego się w końcu wycofali) aby szczyty strefy euro nie mogły odbywać się w budynkach UE. Ale od tego czy będziemy zapraszani na szczyty unijne czy też nie ważniejsze jest to jaką politykę gospodarczą będziemy prowadzili w najbliższych latach i czy będzie ona bliższa niemieckiej czy tej prowadzonej przez kraje Południa. Kluczowe znaczenie będą miały polityka fiskalna i poziom konkurencyjności gospodarki. W tej pierwszej kwestii bardzo pomocna byłaby unia fiskalna, która przewiduje de facto zobowiązanie do zrównoważenia budżetu uwzględniającego wahania cyklu koniunkturalnego. Polskie stanowisko w tej sprawie jest co najmniej niejasne. Tuż po szczycie Polska była w gronie entuzjastów unii fiskalnej. Chwilę jednak później, gdy zaczęła się dyskusja o jego treści, pojawiły się głosy, że nasze regulacje są ostrzejsze (czyli lepsze). Potem, że nie wiemy jaka będzie ostateczna treść tekstu. Ostatnio, że raczej nas tego typu pakt nie interesuje, gdyż nakłada na Polskę dodatkowe ograniczenia…

 No właśnie. Dodatkowe ograniczenia wprowadzone są nie po to aby było wygodnie i przyjemnie ale aby zmniejszyć ryzyko kolejnego kryzysu fiskalnego. Polska ma jeden bardzo mocny bezpiecznik jakim jest konstytucyjny limit długu do PKB oraz dodatkowe zabezpieczenia w ustawie o finansach publicznym, w tym istotny próg 55%. Tyle, że ten drugi limit nie jest już tak silny jak ten konstytucyjny ze względu na to, że jest wyłącznie ustawowy i ustawą może zostać zniesiony. Podobnie miękka jest też definicja długu, którą - jak widzieliśmy w przeszłości - można trochę pozmieniać. Dodatkowym zabezpieczeniem jest jeszcze reguła wydatkowa, ograniczająca ustawowo wzrost wydatków państwa. Bez wątpienia ustawowe zabezpieczenie tego typu jest silniejsze niż sama deklaracja Rady Ministrów, niemniej w przeszłości nie udawało się skutecznie tej reguły stosować, a populistyczny rząd zawsze będzie mógł zmienić jej zasady przegłosowując zwykłą większością odpowiednią ustawę. Należy też pamiętać, że reguła wydatkowa sprawdza się w dobrych czasach, gdy szybko rosną dochody. W okresie spowolnienia, gdy dochody spadają reguła ta nie działa. Oczywiście Polska na tle innych krajów Europejskich wypada całkiem nieźle w zakresie rozwiązań instytucjonalnych chroniących przez nadmiernym zadłużeniem. Jest to w znacznej mierze efekt traumy bo bankructwie Polski w 1981 po długach Gierka. Ale to nie oznacza wcale, że nasz system instytucjonalny ustrzeże nas przez nadmiernym długiem. Gdyby bowiem teraz rozpadła się strefa euro i w Polsce mielibyśmy recesję, nastąpiłaby eksplozja zobowiązań państwa i szybko przekroczylibyśmy próg konstytucyjny. Dziś chodzi o to aby wprowadzić takie mechanizmy, które pozwolą uniknąć tego typu scenariusza w przyszłości.

Rozumiem, że polski rząd niekomfortowo się czuje z pomysłem przyjęcia dodatkowych ograniczeń budżetowych. I to w tak niełatwych czasach. Ale propozycja zrównoważonego budżetu to bardzo potrzebny bezpiecznik na przyszłość. Byłby to bezpiecznik silniejszy od naszych regulacji wewnętrznych, gdyż oceniany według tych samych zasad przez instytucję zewnętrzną. Nasze możliwości manipulacji byłyby bardzo ograniczone. Gdyby w najbliższej przyszłości doszli do władzy populiści ich możliwości „skoku na kasę” byłyby minimalne. Zrównoważony budżet oznacza brak przyrostu długu, ale nie chroni przez efektem irlandzkim, gdzie eksplozja zadłużenia wynikała z potrzeby dofinansowania sektora bankowego kwotą prawie dwukrotnie zwiększającą poziom zadłużenia kraju. Lekcja z obecnego kryzysu finansowego jest więc taka, że nie wystarczą bezpieczniki fiskalne, ważne są również inne kwestie takie jak konkurencyjność gospodarki, poziom nierównowag na różnych rynkach aktywów, czy też elastyczność warunków prowadzenia biznesu. Same zasady fiskalne nie zapobiegną nowemu kryzysowi, ale przynajmniej ograniczą ryzyko jego wystąpienia.

Polska powinna przystąpić do paktu fiskalnego przede wszystkim dla własnego dobra. Przystępując do paktu wzmocnilibyśmy też swoją pozycję w Europie i uzyskalibyśmy mocniejsze argumenty aby domagać się miejsca przy stole strefy euro. Pakt - jeśli będzie przestrzegany - wzmocni strefę euro i tym samym nas do niej przybliży. Jest to więc rozwiązanie zarówno w interesie Europy jak i Polski.

W Polsce przyszedł czas aby podejmować decyzje dobre dla kraju w dłuższej perspektywie, choć niewygodne w najbliższym czasie. Nasze stanowisko w sprawie paktu fiskalnego to jedno z nich.

2012-01-31 08:52
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

In November I was in Brussels taking part in a discussion on how to save the world - a standard topic in these parts. The discussion is still raging and will carry on for quite some time but in this debate it is not just the arguments that are important but also the narrative. Various parties addressed the topic of how to save the world, from politicians whose expertise in the matter is somewhat limited through to media people, think tanks and research bodies whose pronouncements all help to shape opinion. I have the distinct impression that on continental Europe (with the exception of Germany) there is the strong conviction that the only the ECB can get the continent out of its current mess. During that debate my interlocutor from one of the main Brussels think tanks was of the opinion that the worse the situation on the markets, the better because then the pressure on the ECB will be so great that it will finally "do something". Interesting... 

This view is echoed in Poland. Recently the finance minister said for ECB policy to be applied domestically should Polish bond yields grow excessively as a result of market panic, the central bank would join in the fray and buy back the bonds on the secondary markets. What can be seen here is the strong conviction that during a crisis only the bank can be really effective in stabilising prices. Ah, if only things were that simple.   

The ECB have been buying up the debt of distressed states for some time now. It has been estimated that the bank has bought more than 200 billion euro of peripheral country bonds which is strong evidence that the bank which has not shrunk from the untypical role of stabilizing prices. However, supporters of further ECB intervention indicate that the Fed has invested almost 14% of GDP in the purchase of its country's treasury bills compared with the 3% GDP's worth of Euroland bills bought by the ECB. This the famous bazooka so many are waitning for. The obvious conclusion is that in order to successfully survive the crisis, the ECB has to earmark considerably more funds for the purchase of peripheral country bonds. This will make all those nasty problems disappear like magic.   

These kinds of simple comparisons are of little use. Firstly because there is nothing to show that the Fed approach was successful. It is however clear that the Fed was exposed to less risk than the ECB as the Fed was issuing the world's reserve currency and shared the risk of inflation with the rest of the globe while the ECB does not have that luxury. Secondly because the actions of the Fed were coordinated with federal government policy which is something the ECB will never be able to do because the governments of the countries involved are all conducting different policies and are completely differently placed as to the scale of debt, competitiveness and growth. The weakening of the dollar has had a positive effect on the US trade balance, which is not the case with a weak euro. A weak currency will not solve Greece's problems - not even in the medium term because of the degree to which it must adapt and because of the lack of any kind of competitive edge. The Greeks simply do not have anything to export.   

But there is a much more serious issue. An announced ECB bond purchase will take all pressure off the peripheral countries where only austerity measures and particularly supply side reforms will enable those countries to get back on the path of growth and create the possibility of debt servicing and repayment. Simultaneously the scale of the purchase would have to be unlimited and there is nothing to say that this wouldn't end up being 14% of GDP. The ECB should buy the bonds of indebted countries without openly declaring its intention thus creating a degree of crucial uncertainty. In the case of insolvency, it is known that the ECB will do all within its power to prevent panic in the markets without its having to issue prior warning! It is important to treat the central bank as the lender of last resort and to solve problems in a more civilised way. This would be the role of the IMF with its reform dependent assistance. In observing the Hungarian case it is possible to see how this process works. Just as there are no free lunches, Santa Claus or leprechauns, unlimited bond purchases by a central bank on primary or secondary markets will not solve problems of competitiveness or surplus debt. Life is hard - and that goes for economics too.

2012-01-28 21:27
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Spowolnienie gospodarcze z którym mamy do czynienia w Polsce ma też swoje pozytywne cechy. Jest to bowiem okres w którym sprawdzają się bardziej konserwatywne strategie, kiedy wszelkie hurraoptymistyczne plany legną w gruzach, kiedy stuprocentowe marże trzeba korygować. W Polsce na szczęście mamy do czynienia wyłącznie ze spowolnieniem gospodarczym, a nie z recesją jak w niektórych krajach południowej Europy. Obserwując jednak ostatnią dekadę w tych krajach widać jak na dłoni, że dzisiejsze głębokie reformy, częstokroć oprotestowywane na głównych ulicach europejskich miast, wynikają z tego, że przez ostatnie lata wzrost gospodarczy, a raczej bardziej precyzyjnie poprawa warunków bycia, była na wyrost. Kryzys wymusza reformy, zarówno firm jak państw, których nie realizowano w ostatnich latach. W tym sensie jest uzdrowieńczy, choć bolesny dla wielu którzy przywykli do wcześniejszych warunków funkcjonowania.

Grecki przykład jest oczywiście skrajny, przez lata całe poprawa warunków życia przeciętnego Greka wynikała z życia na kredyt, akceptacji powolnej utraty konkurencyjności, czego efektem był narastający deficyt na rachunku obrotów bieżących. Innymi słowy rozwój Grecji był coraz bardziej uzależniony od zewnętrznego kapitału, który umożliwiał im zakup coraz to większej ilości towarów, ale też i usług z zagranicy. Tak długo jak cały świat akceptował ten układ możliwa była stała poprawa warunków życia mieszkańców najstarszej demokracji świata. Teraz jednak trwa bardzo bolesna korekta przyrostu który odbywał się przez ostatnie prawie dwie dekady. W tak drastycznym przypadku jak grecki jest to jedna z podstawowych przyczyn trwającej kolejny rok recesji. Dodatkowy czynnikiem pogrążającym grecką gospodarkę jest terapia fiskalna polegająca głównie na podwyższaniu podatków. Niestety w wielu komentarzach obarcza się tzw. „działania oszczędnościowe” za greckie spowolnienie, co jest bardzo dalekim uogólnieniem. Przede wszystkim dlatego, że obecna korekta wzrostu jest wynikiem życia na kredyt w poprzedniej dekadzie, a po drugie dlatego, że terapia oszczędnościowa jest skoncentrowana głównie na podwyżkach podatków, co zawsze ma efekt ma antywzrostowy. Łatwiej jest jednak podwyższać podatki, przynajmniej w krótkim okresie, niż wprowadzać oszczędności, które zawsze znajdą opór dotkniętych grup społecznych. Jednak tego typu strategia sankcjonuje wiele nabytych praw socjalnych, na które państwo na takim poziomie rozwoju na jakim rzeczywiście jest Grecja po prostu nie stać. Trudno to wytłumaczyć społeczeństwu, ale jeśli się tego nie zrobi przez kolejne dekady Grecja będzie skazana na wolne tempo rozwoju i niską konkurencyjność ze względu na wysoki poziom opodatkowania gospodarki.

Nieco inną drogę wybrały Włochy. Oczywiście sytuacja gospodarcza tego jednego z najbogatszych krajów na świecie z Grecją porównywana być nie może. Grecja jest bankrutem, Włochy ryzykują utratę płynności. Niemniej jednak część cech jest wspólnych, w tym przede wszystkim niska konkurencyjność. Niektóre z działań podjętych ostatnio przez rząd premiera Mario Monti’ego zmierzają w kierunku odzyskania przewag konkurencyjnych poprzez liberalizację dostępu do zawodów czy też liberalizację ograniczeń w handlu. Widać już pierwsze efekty, we Włoszech część sklepów już pracuje w niedziele. W innych krajach, np. w Portugalii i Hiszpanii zmniejsza się liczbę świąt wolnych od pracy, co ma podobny cel jak liberalizacja włoskiego handlu. Osobiście najbardziej wierzę w tego typu reformy podażowe, które zwiększają aktywność zawodową zwiększając tym samym potencjał gospodarki. Jeśli bowiem skupimy cały wysiłek na podwyższaniu podatków, i nazwiemy to jeszcze reformami, to zamiast poprawy wyjdzie marazm.

Polska wciąż jeszcze czerpie garściami z renty opóźnienia. Co prawda proste rezerwy już się wyczerpały ale skala zapóźnienia technologicznego, infrastrukturalnego jak i w zakresie know how jest wciąż znaczna w stosunku do czołówki światowej. To daje wciąż olbrzymi potencjał wzrostu w perspektywie najbliższej dekady. Ale z każdym rokiem czynniki te będą oddziaływać coraz słabiej. Ważne jest więc aby korzystać z doświadczeń innych, a w szczególności uczyć się na błędach, nie tyle nawet Greków, co przede wszystkim krajów które kilka lat temu mało kto zaliczał do chorych przypadków w Europie, takich jak Włochy, Hiszpania, czy Irlandia. Trzeba być więc dziś wyjątkowo ostrożnym z podnoszeniem podatków, bardziej dynamicznym z tempem podwyższania wieku emerytalnego, nie ulegać magii państwowego kapitalizmu, nie bać się dokonać przeglądu świat państwowych w celu ich redukcji. Taka jest bowiem lekcja płynąca z obecnej fazy kryzysu gospodarczego, który nie jest kryzysem euro, a jedynie krajów należących do strefy euro które w okresie ostatnich dziesięciu lat prowadziły nieodpowiedzialną politykę gospodarczą.

2012-01-24 07:48
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   
Obniżka ratingu nie oznacza katastrofy. Agencje ratingowe po tym jak zupełnie przegapiły poprzedni kryzys chcą dziś dmuchać na zimne. Coraz więcej w tym jednak dmuchania, bo ich siła sprawcza maleje, a głównym decydentem oceniającym wiarygodność poszczególnych krajów jest rynek. Parę słów jednak ostatniej decyzji S&P należałoby poświęcić, dotyczyła bowiem ona najbogatszych krajów na świecie. W uzasadnieniu pogarszających się perspektyw eurolandu S&P wymienia pięć przyczyn: (i) zacieśnienie warunków kredytowych; (ii) rosnąca liczba krajów strefy euro w obszarze ryzyka systemowego; (iii) delewarowanie gospodarki zarówno w odniesieniu do gospodarstw domowych jak i rządów; (iv) słabnące perspektywy wzrostu; (v) przeciągająca się dyskusja wśród decydentów europejskich nt. prób zaradzenia z kryzysem. W sumie nic w tym nowego. Sama decyzja jako taka była spodziewana. Najwięcej emocji budziła oczywiście decyzja obniżająca najwyższy rating Francji. Wiarygodność Francji bez wątpienia była niższa niż jej głównego partnera politycznego w Europie jakim są Niemcy. Obniżka ratingu dla Francji z najwyższego jest odzwierciedleniem stanu rzeczy jaki i tak miał miejsce. Co więcej, jeśli ta sama agencja obniżyła latem zeszłego roku najwyższy rating dla Stanów Zjednoczonych, to tym bardziej należało obniżyć Francji z podobnym poziomem zadłużenia, ale z gorszymi perspektywami wzrostu gospodarczego na najbliższe lata. Co więcej zaangażowanie Francji w ratowanie fiskalne eurolandu jest dodatkowym argumentem za podważeniem jej najwyższej wiarygodności kredytowej. To wszystko prawda, ale w znacznej mierze to czy dany kraj ma najwyższą wiarygodność czy też nie zależy od oceny rynków. Decyzja o obniżce najwyższego ratingu dla USA w zeszłym roku spotkała się ostatecznie z odrzuceniem jej przez rynki finansowe – Stany Zjednoczone są w czołówce krajów najtaniej emitujących dług na świecie. W przypadku Francji sytuacja będzie nieco inna, spodziewam się że w dłuższym okresie rentowności francuskich papierów zbytnio w wyniku tej decyzji się nie zmienią. W tym sensie można uznać, że decyzje S&P były zgodne z wcześniejszą oceną rynku. W żadnym wypadku nie można uznać, że decyzja ta jest katastrofą dla tych krajów. Szczególnie dla tych którym ocena wiarygodności została obniżona z najwyższego poziomu, czyli z potrójnego A. Są to przecież nadal jedne z najbardziej wiarygodnych krajów świata, będą nadal bez żadnych problemów plasować na rynku swój dług. To na ile ocena wydana przez S&P była uzasadniona pokażą najbliższe miesiące. Na przykład w przypadku Austrii ryzyko związane z jej poziomem zadłużenia w relacji do PKB jest ściśle związane z sytuacją na Węgrzech i szerzej z ryzykiem poniesienia strat również w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie zaangażowane są austriackie banki (akurat Polska do tych krajów nie należy). Jeśli sprawdziłby się scenariusz bazowy, w którym mamy do czynienia ze stagnacją w strefie euro, ale nie dochodzi do jej rozpadu, ani innych tego typu wstrząsów, to zapewne  za jakiś czas Austria (a być również Francja) będą traktowane przez rynki finansowe lepiej niż ocenia S&P. To oczywiście zależy od przebiegu kryzysu jak i od realizacji reform podażowych (czyli prowzrostowych) w tych krajach. Co do przeprowadzanych reform pojawia się dużo kontrowersji. Również S&P ocenia, że działania oszczędnościowe ograniczają możliwości wzrostu gospodarki a tym samym są argumentem za obniżką poziomu wiarygodności. Stwierdzenie to zwykle nie jest podważane, tym bardziej należałoby precyzyjniej ocenić jakiego rodzaju działania oszczędnościowe są antywzrostowe. Bez wątpienia podwyżki podatków wzrostowi gospodarczemu nie sprzyjają. Ale z ograniczeniem wydatków bywa różnie. Mianowicie część niewłaściwie adresowanych wydatków socjalnych, w wyniku ich ukrócenia, wyzwala bardziej efektywne działanie sektora prywatnego. Podobnie może być w przypadku chybionych inwestycji publicznych.  Należy być ostrożnym z tego typu ogólnymi ocenami, co zresztą pokazuje najnowsza historia. Dostosowanie fiskalne w Irlandii odbywały się głównie w części wydatków, podczas gdy np. w Grecji po stronie wzrostu opodatkowania gospodarki. Irlandia, która gdyby nie boom na rynku nieruchomości i przeogromny jak na ten mały kraj sektor bankowy, prowadziła znacznie bardziej odpowiedzialną politykę budżetową niż Grecja. Zwracam szczególną uwagę na tą kwestię, gdyż po decyzji S&P pojawiły się głowy, że jest to czerwona kartka dla wprowadzania oszczędności w zadłużonych krajach. Niestety brutalna prawda jest taka, że po latach życia ponad stan, bardzo szybkich owoców nie zobaczymy. Choć niektóre reformy podażowe, np. realizowane obecnie przez rząd włoski, polegające m.in. na wydłużeniu godzin pracy sklepów czy też likwidacji barier dostępu do wielu zawodów, mogą dać znacznie szybsze efekty niż wielu sceptyków dziś sądzi. Na koniec warto zwrócić uwagę, że obniżka francuskiego ratingu utrudnia cały proces ratowania zagrożonych krajów poprzez ESFS. Od dawna jednak uważam, że problemy europejskie powinna rozwiązywać jedyna do tego nadająca się instytucja czyli MFW.  Słabość pomysłu z ESFS uwidoczniły problemy Włoch, decyzja S&P je jeszcze przypieczętowała. Czas może wyjść poza myślenie polityczne, życzeniowe i zmierzyć się na poważnie z problemem.  Główną zaletą tej obniżki ratingów może być jej rola otrzeźwiająca. Uzmysławia ona bowiem w którym kierunku prowadzą niekończące się zgniłe kompromisy i rozwadnianie wcześniejszych ustaleń przez najważniejszych europejskich polityków. Niestety, jak pokazały nam doświadczenia ostatnich miesięcy, ten prysznic prawdopodobnie ostatnim nie będzie.
2012-01-19 18:31
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

W listopadzie uczestniczyłem w Brukseli w dyskusji na standardowy jak na tą szerokość geograficzną temat, czyli jak uratować świat. Dyskusja trwa do dziś i zapewne jeszcze parę kwartałów trwać będzie, ale w dyskursie tym oprócz argumentów ważna jest też narracja. Na zadawane w Europie pytanie jak uratować świat, odpowiedzi można usłyszeć zarówno z ust polityków (których wiedza w tym zakresie jest dość ograniczona), z prestiżowych mediów zajmujących się tematem jak i przede wszystkim z różnego rodzaju think-tanków i instytutów badawczych, których to opinii zasięgają pozostali. Wspominam o tym, gdyż odnoszę silne wrażenie, że w Europie kontynentalnej (z wyjątkiem Niemiec) dominuje mocne przekonanie, że jedynym sposobem wyciagnięcia kontynentu z obecnych tarapatów jest Europejski Bank Centralny. W tej rozmowie o której wspomniałem, padł dodatkowy argument. Mój interlekutor z jednego z czołowych brukselskich think – tanków był zdania, że im gorzej będzie się działo na rynku tym lepiej, gdyż tym większa będzie presja na EBC aby w końcu „wziął się do roboty”. Ciekawe podejście, nieprawdaż?

W Polsce też obecne są tego typu głosy. Ostatnio minister finansów opowiedział aby zaaplikować politykę EBC na naszym podwórku i w przypadku zbyt wysokich rentowności polskich papierów - wywołanych paniką rynkową - włączył się bank centralny skupując je na rynku wtórnym. Widać tu silne przekonanie, że największą moc sprawczą w czasach kryzysu może mieć wyłącznie bank powołany do stabilności cen. Och, gdyby świat mógł być tak prosty…

EBC od dawna już skupuje dług zagrożonych państw. Szacuje się, że skupił ponad 200 mld euro obligacji krajów peryferyjnych, co jest mocnym dowodem na to, że bank powołany do stabilizacji cen, w tej nietypowej dla siebie działce, nie próżnował. Jednak zwolennicy dalszej interwencji EBC wskazują, że FED zainwestował w skup papierów rządowych swojego rządu prawie 14% PKB, co w porównaniu z 3% PKB eurolandu skupionymi przez EBC, to jest dopiero słynną bazooką, na którą tak wielu czeka. Wniosek z tego porównania aż się sam narzuca - aby skutecznie przeciwdziałać kryzysowi, EBC musi znacznie więcej środków przeznaczyć na skup obligacji krajów peryferyjnych. A wtedy wszelkie bolączki znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Z takich prostych porównań mało jednak wynika. Po pierwsze dlatego, że nie ma dowodu, że polityka FED była skuteczna. Można natomiast udowodnić, że ryzyko które podejmował FED było znacznie mniejsze niż to które podejmuje EBC, gdyż FED emitował rezerwową walutę świata i niejako dzielił się ryzykiem inflacyjnym z całym globem, a EBC już nie ma takiego komfortu. Po drugie dlatego, że działania FED były koordynowane z polityką rządu federalnego, a takiej możliwości EBC nigdy mieć nie będzie, gdyż rządy poszczególnych krajów prowadzą zgoła odmienne polityki i znajdują się w zupełnie innych miejscu jeśli chodzi o skalę zadłużenia, konkurencyjność gospodarek, tempo ich wzrostu. Osłabianie dolara wpływało pozytywnie na bilans handlowy USA, tego efektu nie uzyskamy jednak słabym euro np. dla Grecji. Słabsza waluta nie rozwiąże problemów tego kraju nawet w średnim okresie ze względu na skalę niezbędnego dostosowania, ale również z powodu braku jakichkolwiek przewag konkurencyjnych. Grecy po prostu nie mają czego eksportować.

Ale jest też znacznie poważniejszy problem. Zadeklarowanie skupu obligacji przez EBC zdjęłoby jakąkolwiek presję na rządy krajów peryferyjnych, a przecież to tylko reformy, szczególnie te podażowe, pozwolą wejść tym krajom na ścieżkę wzrostu i stworzyć szansę na obsługę i spłatę zadłużenia. Jednocześnie nieograniczona skala skupu obligacji musiałaby być nielimitowana i nie ma pewności czy skończyłaby się na 14% PKB. I na koniec wreszcie, EBC i tak skupuje dług zadłużonych krajów nie deklarując tego otwarcie, dzięki czemu zostawia furtkę niepewności, co jest w tym wypadku kluczowe. Wiadomo przecież, że w przypadku utraty płynności EBC zaangażuje każde środki aby nie doprowadzić do paniki na rynkach. Nie musi tego ogłaszać! Ważne jest jednak aby bank centralny traktować jako instancję ostatniej szansy, a problemy rozwiązywać w sposób bardziej cywilizowany. Przypomnę, od tego jest MFW i jego program pomocy, uzależniany od postępu reform. Na przykładzie Węgier możemy na bieżąco obserwować jak działa cała procedura.

Tak jak nie ma darmowych obiadów, świętych Mikołajów i perpetum mobile tak nieograniczone skupowanie obligacji przez bank centralny, czy to na rynku pierwotnym czy też na wtórnym, problem braku konkurencyjności i zbytniego zadłużenia nie rozwiążą. W gospodarce jest jak w życiu – nie ma lekko.

2012-01-10 10:25
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

During the last day of 2011, just when the fact that GDP has not been exceeded by 55% was being hailed as one of the year's triumphs, I tweeted my wish list for 2012. To sum up it was for the euro zone to stay intact, for the government to keep its promises, for investments to stay on their current roll, for the zloty not to weaken excessively, and for the IMF to finally commit to rescuing Italy. I wished that the world might finally understand that in economics there are no shortcuts and that in the euro zone we might at last see some chinks of light at the end of the tunnel. Let me elaborate...

I don't believe that the euro zone is about to fall apart. This would not be either in the interests of countries which might be considered candidates for leaving the zone nor for those intending to remain. Let us not forget that this is a political project and that politicians will dictate what kind of year the zone will have. And as long as the price of saving the common currency will be lower than the cost of eurozone disintegration, everything will be done to prevent collapse. As the costs of disintegration are a great unknown, I do not expect anyone in Europe to wish to go that route. Not even one country leaving. With the current level of tension, a country leaving the common currency zone - let's say Greece - would trigger a domino effect. This certainly doesn't mean that leaving the Eurozone will be become an impossibility. The problem of how to organise a controlled exit should be solved swiftly and adopted together with the New Fiscal Pact.

In Poland 2012 will be fraught with serious systemic challenges. The economy will slow, debt will not decrease and businesses be reluctant to invest and create jobs in a climate of such stark uncertainty. The structural changes announced by the government may not be enough to stem rising debt but they do represent critical additional fuel for the growth of the Polish economy in the future. Two such key changes are the raising of the retirement age and the reform of the state pension and sickness fund for farm workers (KRUS). Legislation to raise the pensionable age should be adopted during the first quarter of 2012 while the Council of Ministers should adopt the necessary legislative amendments in the matter of KRUS reform. There is no point in delaying, it is better to act preemptively than be at the mercy of the markets.

For investments to maintain their current momentum, it will be necessary to invest more in both the public and private sectors than in 2011 which will not be an easy thing with the drop in public spending. Because that would mean that the increase in the volume of investments made by private investors would have to considerably exceed 2011 figures. 2011 was marked by optimism at least until summer. At the moment many large domestic and foreign investment projects have been suspended which unfortunately does not bode well for investments in 2012. The lack of urgency is primarily caused by an uncertain future which is mainly in the hands of the leaders in the euro zone who didn't handle the 2011 crisis particularly well.

"In 2012 net exports will have a positive effect on growth" In actual fact this sentence is a little misleading as the weak zloty will make firms reluctant to expand as they fear that there will be less demand for their products. The current weakening of the zloty is linked to the risk of recession in the euro zone. For Polish businesses which have to bear the entire risk of currency fluctuations, there is nothing worse than the exchange rate roller coaster. I would like the zloty to remain stable in 2012 with no wild swings either way. These are however pious wishes because the situation on the financial markets is far from being stable. It's enough to recall that in the first quarter of this year half a billion's worth of bonds denominated in euros will have to be rolled over. 

I cannot see Italy's problems being solved without IMF help. Let's not delude ourselves - there is no money available for a firewall for Italy. Not coming from the ECB at any rate and neither will the German government agree to the further printing of euro bonds. Mario Monti is capable of requesting help from the IMF and the IMF is prepared to give conditional aid. And this should happen in 2012. Those people calling for massive bond purchases by the ECB are forgetting that in economics there are no shortcuts. Just as there is no such thing as perpetual motion, there is no easy and palatable solution for rescuing countries which are heavily in debt and sunk deep in recession.

And in the end I am quietly hoping that at least towards the end of the year we will see some green shoots in the euro zone which promise growth during the coming years. I hope, or rather I fear that this will be a year of stagnation which is in itself an optimistic outlook.

2012-01-09 21:53
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

If one were to try to describe the 2011 global crisis in a few words, it could be summed up by "lack of leadership". Throughout the year as Europe's leaders struggled to resolve the debt crisis, they seemed to lack any overall strategy or vision for today's Europe. The various last chance summits failed to solve the problems and what is worse at the end of 2011 the financial crisis in Europe looks a lot worse than it did only a year ago. While at the beginning of 2011, the main fears were that Spain would declare insolvency, this risk has by now spread to the world's seventh largest economy. Mismanagement of the crisis has led to Italy losing credibility as a country able to service its debt after years of being able to do so at the rate of 120% of GDP. If Greece had been allowed to fail two years ago with the IMF taking responsibility, we would not be saddled with Italy's problems today. 

Lack of leadership was to be seen not only in Europe but across the globe. The US today no longer feel responsible for the rest of the world, they have enough problems of their own. Hence their economic strategy for resolving the crisis: quantitative easing - i.e. printing more of the world's (still) most desirable currency. Such support for dollar demand will lead in the long term to uneven growth in the world although in the short term this can boost US growth. In accordance with economic theory, fuelling the economy with money does not create real growth but only leads to inflation (which is not apparent in the immediate term). In the case of the USA, FED policy does not just shape the US economy but has a negative impact globally.

The Americans however are not too concerned about this . I am however puzzled by the attitude of non eurozone countries to the Italian crisis. While the problems of Greece, Portugal, Ireland and Spain were a european concern, Italy's current liquidity emergency is a global matter. If the seventh biggest economy in the world were to fail, this would not only affect the old continent but all the others too. When it can be see that the Europeans themselves are unable to cope, the biggest economies in the world (including the UK and the United States) should intervene on the back of the IMF. Unfortunately the opposite is happening - the de facto exclusion of the UK from european affairs and a totally ambivalent US stance.  

Perhaps ambivalence is too strong a world, but I would refer to Timothy Geithner's visit to Wroclaw when he made the case for solving the crisis by adopting the same solutions opted for in the US after the fall of the Lehman Brothers. To put it diplomatically, the european response to this was not very enthusiastic. This is a pity because the American solution to the debt crisis has proved to be successful. Only a few months ago, the IMF suggestion that european banks should be recapitalized was ill received. However it is clear today that banks in Europe must absorb losses linked to the insolvency of the peripheral countries. I fear that the amount of extra liquidity necessary will be considerably more than the 100 billion euro estimated during one of the last european summits. But european decision makers are still lagging behind events. And others are on the sidelines saying that this is still a european problem. 

Last year there were several european summits, including a few last chance ones. It is difficult to shake off the impression that the point of these summits was to calm financial markets rather than actually solving the real problems. Todays leaders would much rather do without the judgement of the financial markets and leave the economy alone, perhaps with the exception of Greece which most people are prepared to admit is bankrupt after two years of crises. Blaming the current crisis on the financial markets is exactly like blaming the the fever on the thermometer. That barometer that is the financial markets has been tampered with and improperly used but is still giving a measurement of sorts. And the current fever is the effect of many years of loss of competitiveness and of out of control debt. But still many european politicians are just not getting it.  

2011 was marked by a crisis of leadership. There are no politicians in Europe today who would be able to take decisions which fly in the face of public opinion, decisions to adopt long term solutions - the kind which require explanations risking a fall in popularity and political support. It is a pity because today's challenges require just that sort of decision.

2012-01-05 00:01
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Ryszard Petru i Paweł Świeboda

Na grudniowym szczycie UE Polska poparła pomysł utworzenia unii fiskalnej i zabiegała, aby przystąpiła do niej jak największa liczba krajów. Co więcej, politycy koalicji rządzącej starli się z opozycją, wskazując, naszym zdaniem słusznie, że miejsce Polski jest w grupie państw zabiegających o jak najściślejszą integrację w ramach UE. Niespodziewanie z ust ministra Jacka Rostowskiego usłyszeliśmy jednak niedawno, że nie zamierzamy uczestniczyć w mechanizmie dyscypliny fiskalnej, który jest sednem nowego porozumienia międzyrządowego.

Gdyby takie miało być ostateczne stanowisko rządu, wówczas zostalibyśmy co najwyżej obserwatorem w procesie, który może zmienić nie do poznania Unię Europejską. Niewiele zostałoby z deklaracji ministra Sikorskiego ze słynnego wystąpienia w Berlinie nawołującego w imieniu Polski do pogłębienia integracji europejskiej. Minister Rostowski argumentuje, że Polska ma już kotwicę wydatkową i nie potrzebuje dodatkowego gorsetu dyscyplinującego, który może być dla rządu niewygodny. Projekt porozumienia w sprawie unii fiskalnej rzeczywiście przewiduje, że deficyt strukturalny (czyli deficyt skorygowany o wahania cyklu koniunkturalnego) nie powinien przekraczać 0,5 proc PKB. Minister finansów ewidentnie spodziewa się, że to może być dla Polski problem, nawet w perspektywie najbliższych pięciu lat.  Pytanie tylko, czy Polska będzie mogła sobie pozwolić na to, aby mieć znacząco wyższy deficyt, gdy kraje strefy euro wprowadzą regułę zrównoważonego budżetu do swoich konstytucji. Nasz problem polega na tym, że jesteśmy krajem o historycznie wysokim poziomie deficytu, a rynki finansowe będą bezwględnie piętnować wyjście poza to, co przewiduje unia fiskalna.

W naszym przekonaniu Polska dla własnego dobra powinna podpisać się pod regułą ograniczającą deficyt strukturalny. Przede wszystkim dlatego, że zawarte w projekcie porozumienia zapisy obligują poszczególne kraje do zrównoważenia budżetu, czyli niegenerowania długu. Jest to zapis znacznie dalej idący niż polskie rozwiązanie w postaci kotwicy wydatkowej, polegającej wyłącznie na powstrzymaniu wzrostu wydatków.

Kotwica stanowi bez wątpienia skuteczny środek ograniczania deficytu w okresie prosperity, gdy dochody rosną szybciej, niż wydatki, ale nie sprawdza się w czasach spowolnienia gospodarczego, gdy dochody budżetu spadają i samo ograniczanie wydatków nie wystarcza. Obecnie najsilniejszym i w sumie jedynym bezpiecznikiem polskich finansów jest 60-procentowy limit długu zapisany w ustawie zasadniczej (na szczęście!) i limity wpisane w ustawę o finansach publicznych, w tym próg 55 proc., o którego nieprzekroczenie 31 grudnia tego roku tak bardzo trzeba było się starać... Trzeba też pamiętać, że projekt nowego porozumienia międzyrządowego umożliwia pojawienie się deficytu w sytuacji większego spowolnienia, czy też sytuacji nadzwyczajnych, a więc nie eliminuje całkowicie pola manewru ze strony rządu. No i na koniec - dla naszego bezpieczeństwa lepiej byłoby przyjąć miernik definiowany przez instytucję zewnętrzną, czyli Eurostat, a nie wskaźniki, które można zmieniać w zależności od koniunktury politycznej.

Oczywiście niełatwą do decyzji kwestią jest to, czy chcemy, aby pieczę nad poziomem naszego deficytu sprawować wspólnie z partnerami z UE w ramach tworzonego obecnie mechanizmu. Minister finansów ewidentnie woli mieć wolne ręce do kształtowania polityki fiskalnej. Ale wtedy powinniśmy zapomnieć o odgrywaniu roli wielkich Europejczyków, zatroskanych o przyszłość kontynentu. To, co zrobimy w sprawie unii fiskalnej, pokaże, czy jesteśmy mocni w słowie, czy także w czynach.

Jest powód polityczny, dla którego rządowi może być wygodniej pozostać poza unią fiskalną. Sama jej zapowiedź rozbudziła upiory przeszłości i wznowiła trudną dyskusję o narodowej suwerenności. Tuż po Brukseli rozgorzała debata o sposobie ratyfikacji nowego porozumienia. Podpisanie dokumentu, ale niestosowanie przewidzianych w nim rozwiązań daje rządowi łatwe alibi, aby załatwić temat ratyfikacji i nie musieć tłumaczyć społeczeństwu zawiłości rodzącego się europejskiego federalizmu. Ale przecież na tym polega prawdziwe przywództwo, aby działać w imieniu dobra społecznego, umiejąc do takiego działania przekonywać wyborców!

Być może za brakiem entuzjazmu jest też strach przed pytaniem o nasze członkostwo w strefie euro, które w sposób prawie automatyczny stanęłoby na porządku dziennym, gdy przyłączylibyśmy się do unii fiskalnej. Jeżeli bowiem wprowadzamy zasadę zrównoważonego budżetu, to najbardziej kłopotliwe kryterium przyjęcia wspólnej waluty mamy spełnione na wejściu. Politycznie przystępowanie do unii fiskalnej nie miałoby nadmiernego sensu, gdybyśmy w niedługim czasie nie zamierzali przyjąć wspólnej waluty.

Wszystko wskazuje na to, że nowy rok zaczniemy od ważnego testu polskiego zaangażowania w Europie. Oby tylko nikt nie chciał zamieść tematu pod dywan, nie mając odwagi się z nim zmierzyć. Dla swojego dobra i w interesie pozycji Polski w UE powinniśmy przystąpić do unii fiskalnej z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Nieprzystąpienie zaprzepaści wysiłki rządu, aby Polska była w centrum wydarzeń europejskich i zakwestionuje wiarygodność polskiego dążenia do twardej polityki fiskalnej.

2012-01-03 15:05
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

W ostatni dzień zeszłego roku, kiedy otrąbiono już wielki sukces nieprzekroczenia 55% PKB, pozwoliłem sobie wypisać na Twiterze życzenia noworoczne. W skrócie były one następujące. Aby w 2012 roku nie rozpadła się strefa euro. Aby rząd zrealizował zapowiedzi ze swojego expose. Aby inwestycje utrzymały dodatnią dynamikę. Aby złoty nam się nadmiernie nie osłabił. Aby w końcu MFW zaangażował się w ratowanie Włoch. Aby wreszcie świat zrozumiał, że w gospodarce nie ma drogi na skróty. I aby w tym nowym roku pojawiły się choćby najmniejsze, ale zielone, jaskółki w strefie euro. Pozwolę sobie rozwinąć poruszone powyżej wątki.

Nie sądzę aby strefa euro miała się w najbliższym czasie rozpaść. Jej upadek nie leży w interesie zarówno krajów kandydatów do jej opuszczenia, jak i tych którzy mieliby w niej pozostać. Nie można zapominać, że jest to projekt polityczny i to od woli polityków zależeć będzie to w jakim składzie strefa euro zakończy rozpoczynający się rok. Tak długo jak koszty ratowania wspólnej waluty będą niższe niż te związane z jej rozpadem, będzie robione wszystko aby euro się nie rozpadło. A biorąc pod uwagę to, że koszty związane z rozpadem są wielką niewiadomą, nie spodziewam się aby ktokolwiek w Europie był skłonny podjąć ryzyko takiego eksperymentu. Także wyjścia choćby jednego kraju z euro. Przy obecnym poziomie napięcia opuszczenie obszaru wspólnej waluty np. przez Grecję uruchomiłoby proces domina. Nie oznacza to wcale, że w przyszłości wariant wyjścia ze strefy euro na zawsze miałby być wykluczony. Rozwiązanie opisujące kontrolowane opuszczenie obszaru wspólnej waluty powinno być szybko opracowane i przyjęte wraz z nowym paktem fiskalnym.

W Polsce w 2012 roku znów stać przed nami będą poważne wyzwania systemowe. Gospodarka zwolni, dług nie zmaleje, a przedsiębiorcy przy tak olbrzymiej niepewności nie będą skłonni inwestować na szeroką skalę i tym samym tworzyć nowe miejsca pracy. Zapowiedziane w expose zmiany strukturalne mogą nie wystarczyć aby powstrzymać narastanie długu ale są niezbędne aby wykrzesać dodatkową energię dla wzrostu polskiej gospodarki w przyszłości. Kluczowa w tym zakresie jest podwyżka wieku emerytalnego i reforma KRUS. W tym pierwszym przypadku odpowiednia ustawa powinna zostać przyjęta już w pierwszym kwartale tego roku, natomiast co do reformy KRUS w tym samym czasie Rada Ministrów powinna przyjąć stosowną zmianę prawa. Nie ma na co czekać, lepiej działać wyprzedzająco niż później pod dyktando rynków.

Aby w 2012 inwestycje utrzymały dodatnią dynamikę w sektorze publicznym i prywatnym razem trzeba będzie zainwestować więcej niż w roku poprzednim, co przy spadku nakładów publicznych nie będzie proste. Bo oznaczałoby to, że przyrost wolumenu inwestycji realizowanych przez podmioty prywatne musiałby być znacznie większy niż w 2011. A przypomnę, że rok 2011 był czasem kiedy do lata panował optymizm. Obecnie wiele dużych projektów inwestycyjnych zarówno zagranicznych jak i krajowych jest zawieszanych, co niestety dobrze nie wróży nakładom inwestycyjnym w 2012 nie wróży. Brak zapału do przyspieszenia inwestycji bierze się głównie z niepewności jutra, na co niestety główne przełożenie mają przywódcy euro, którzy specjalnie zarządzaniem kryzysowym w 2011 roku się nie popisali.

W 2012 znów eksport netto będzie miał dodatni wkład do wzrostu polskiej gospodarki. Jest to jednak trochę złudne, bo przy słabym złotym firmy nie inwestują w nowe moce wytwórcze obawiając się ograniczenia popytu u swoich kontrahentów. Obecne osłabienie złotego związane jest bowiem z ryzykiem recesji w strefie euro. Dla polskiego przedsiębiorcy, który bierze na siebie całe ryzyko kursowe, nie ma nic gorszego niż walutowy roller coaster. Chciałbym aby złoty się w 2012 roku zbytnio nie osłabił, a w okresie prosperity zbytnio nie umocnił. Są to jednak raczej pobożne życzenia, bo sytuacja na rynkach finansowych jest daleka od stabilnej. Wystarczy przypomnieć, że w pierwszym kwartale tego roku do zrolowania jest pół biliona obligacji denominowanych w euro…

Nie widzę sposobu na wyjście Włoch z opresji bez pomocy MFW. Nie łudźmy się, w Europie nie znajdą się już pieniądze na ścianę ogniową dla Włoch. Nie zrobi też tego ani EBC, ani rząd niemiecki zgadzając się na emisję euroobligacji. Mario Monti jest w stanie MFW o to poprosić, a Fundusz jest gotów takiej warunkowej pomocy udzielić. I to powinno się wydarzyć właśnie w 2012 roku. Ci którzy nawołują do zmasowanych zakupów obligacji przez EBC zapominają, że w gospodarce nie ma drogi na skróty. Tak jak nie ma perpetuum mobile tak nie istnieją rozwiązania łatwe lekkie i przyjemne, którymi ratuje się zadłużone i pogrążone w recesji kraje.

I na koniec mam cichą nadzieję, że przynajmniej pod koniec roku pojawią się w strefie euro jakieś przebłyski zielonych sygnałów, wskazujących na perspektywę wzrostu w latach przyszłych. Mam nadzieję, ale raczej obawiam się, że będzie to jednak rok stagnacji. Co i tak przecież jest optymistyczną prognozą.

2012-01-03 09:45
Polskie wpisy Komentarze (1)