29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

W dyskusji nt. potrzeby podwyższania wieku emerytalnego pojawia się coraz więcej przekłamań i nieporozumień, zwykle wynikających z braku wiedzy. Czasami jednak używane są one jednak celowo po to aby przestraszyć społeczeństwo perspektywą wyższego wieku emerytalnego. Pojawiają się również różne nowe propozycje, na tyle poważne, iż należałoby się do nich odnieść.
 
Główna niepewność Polaków dotyczy pracy po pięćdziesiątce. Powszechnie wiadomo, że o znalezienie pracy w tym wieku w naszym kraju jest trudno, powstaje więc naturalne pytanie, czy wydłużenie wieku emerytalnego nie zwiększy i tak wysokiego bezrobocia wśród tej grupy wiekowej. To było pierwsze pytanie jakie zadałem uczestnikom panelu zorganizowanego w zeszłym tygodniu przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich na temat wieku emerytalnego. Zasadniczym argumentem ekonomicznym obalającym obawy o pracę po pięćdziesiątce są perspektywy demograficzne. Mianowicie w perspektywie dwudziestu lat liczba osób zdolnych do pracy spadnie o 5 milionów, co oznacza, że będzie im znacznie łatwiej znaleźć pracę niż teraz. Dodatkowo doświadczenia pokazują iż w krajach, w których okres aktywności zawodowej jest krótszy i obywatele wcześniej wychodzą z rynku pracy, bezrobocie jest wyższe. I wreszcie, obowiązujące obecnie okresy ochronne na rynku pracy zamiast chronić pracowników wypychają ich na bezrobocie. Bowiem każdy pracodawca woli nieco młodszego pracownika, którego w kryzysie może zwolnić.
 
Kolejną kwestią wrażliwą społecznie jest obawa, czy kobiety będą na siłach pracować aż do 67 roku życia. Pokutuje bowiem wciąż przekonanie, że praca wykańcza i w bardziej zaawansowanym wieku nie każdy może ją wykonywać. Jednak tego typu obawy dotyczą prac fizycznych, których liczba już zasadniczo spadła w ciągu ostatnich 20 lat i jeszcze bardziej zmaleje w kolejnych 20-stu. Coraz więcej czynności powtarzalnych zostanie zautomatyzowanych, co przesunie siłę roboczą do prac nie wymagających wysiłku fizycznego. Należy również zwrócić uwagę na fakt, że to kobiety są generalnie zdrowsze od mężczyzn i dłużej żyją. Tak więc, jeśli mężczyzna będzie w stanie pracować do 67 roku życia, to tym bardziej kobieta.  
 
Często w dyskusji publicznej pojawiał się argument, że kobiety w wieku powyżej 60 lat mają inne zadania do wykonania, a mianowicie zajmowanie się wnukami. Zauważmy jednak, że zajmowanie się wnukami wynika ze słabości systemu a nie jego siły. Brak elastycznych form zatrudnienia, ograniczona podaż żłobków, a w wielu miejscowościach również przedszkoli, usztywniony zetatyzowany system zatrudnienia, to wszystko razem powoduje, że kobieta chcąca pogodzić obowiązki rodzinne z pracą jest na rynku pracy dyskryminowana. Na pewno przymusowe „ubabciowienie” nie jest najwłaściwszym sposobem rozwiązania tego typu problemów.
 
W całej tej dyskusji zasadnym jest pytanie czy w ogóle jest co liczyć na powszechny system emerytalny. Należy przypomnieć, iż obowiązkowe systemy emerytalne wprowadzono aby zmusić ludzi do zabezpieczenia się na starość. Przed wojną emerytura była w Polsce określana mianem renty starczej. Ładnie i atrakcyjnie brzmią wszelkie hasła zachęcające do tego aby dać ludziom wolność wyboru i pozwolić im samym zadbać o swoją przyszłość. Tyle, że większość osób o niskich dochodach i tak i tak wyląduje ostatecznie na garnuszku państwa, ze względu na zbyt niski poziom dochodów w wieku emerytalnym – niewystarczający do zapewnienia minimum socjalnego. Niestety, wielu z nas woli pieniądze teraz, choć mniejsze, niż większe, ale w przyszłości. „Przyszłość jest niepewna, a żyjemy tu i teraz”, to przecież dość powszechne twierdzenie. Aby zapobiec tego typu zjawiskom wprowadzono obowiązkowe systemy emerytalne. Każdy kraj oczywiście decyduje jaki powinien być ten poziom minimum, w jaki sposób finansować wydatki emerytalne, w jaki sposób i czy zachęcać obywateli do dodatkowego oszczędzania. Ale wszędzie oczywista jest jedna prawidłowość, im dłużej ludzie żyją tym dłużej muszą pracować, bo liczbę lat oszczędzania należałoby dzielić przez coraz większą liczbę lat dalszej oczekiwanej długości życia. Nie wspominając o tym, że dłuższa aktywność zawodowa przyczynia się do większego potencjału gospodarki a tym samym pośrednio, do większej siły nabywczej przyszłych emerytur.
 
Na koniec chciałbym się odnieść do ostatnio zgłaszanych nowych propozycji dotyczących wieku emerytalnego zgłaszanych m.in. przez Marka Borowskiego. Pomysł polega w uproszczeniu na tym, aby zrobić wyjątek i pozwolić tym, którzy „uzbierali” minimalną emeryturę, przechodzić wcześniej niż wymagane 67 lat. Argumenty ekonomicznie słuszne, jednak rozwiązanie to ma też i wady. Po pierwsze pracodawcy mogli by je wykorzystywać - tak jak się to dzieje obecnie - do zwalania poprzez zmuszania do przejścia na wcześniejszą emeryturę, bo przecież na „minimalną już zarobił”. Po drugie wszelkie wyłomy w systemie grożą tworzeniem nowych, a co więcej mogą w przyszłości wywoływać presję na manipulację przy wskaźniku wieku. Rozwiązanie to także nie gwarantuje wydłużenia aktywności zawodowej. I na koniec, zauważmy, że osoby o które najbardziej się martwimy, że nie będą w stanie pracować do 67, to te którym nie będzie łatwo uzbierać na minimalną emeryturę. Takie rozwiązanie byłoby więc „korzystne” dla bogatszych a mniej dla uboższych. Dlatego znacznie lepiej pozostać przy 67 dla wszystkich.
2012-02-28 08:15
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Podstawowe pytanie, jakie należy sobie zadać, wprowadzając nowe regulacje, to, czy przypadkiem nie przyczynią się one do nowych, niekorzystnych zachowań rynkowych. O ile wielu uczestników rynku ma zastrzeżenia do skuteczności agencji ratingowych, o tyle można mieć zasadnicze wątpliwości, czy wprowadzenie nowych regulacji zwiększy jakość ich pracy. Niestety, rozwiązanie zmuszające do rotacji firm, zamiast zwiększyć efektywność rynku, ją zamrozi. Co więcej, trudno doszukać się związku pomiędzy rotacją a skutecznością działań agencji. Z kolei wprowadzenie zasad przejrzystości kryteriów i publikacji założeń ocenić należy pozytywnie. Pytanie tylko, czy musi być to normowane na poziomie regulacji unijnej, czy nie lepiej byłoby, aby tego typu zasady były przedmiotem tzw. dobrych praktyk. Co do zasady należałoby raczej dążyć do większej konkurencji na rynku agencji ratingowych, a temu niestety nowa dyrektywa służyć nie będzie.
2012-02-27 18:24
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Leszek Baj: Grecja wpadła w błędne koło? Unia Europejska i MFW wymagają od niej kolejnych oszczędności, które pogłębiają recesję i zmuszają do następnych cięć. W IV kw. grecki PKB skurczył się o 7 proc.

Ryszard Petru, partner PwC, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich: Grecja rzeczywiście wpadła w błędne koło. Jedynym sposobem na wyjście z niego jest przeprowadzenie gruntownej restrukturyzacji całej gospodarki, tak jak zrobiliśmy to w Polsce po 1989 r. Grecja potrzebuje głębokiej terapii, niestety bolesnej dla społeczeństwa. Taka terapia mogłaby postawić kraj na nogi w ciągu dwóch-trzech lat. Tylko że Grecja jest przykładem kraju, który sam się nie chce reformować, dlatego będzie to trwało dłużej i w sumie okaże się bardziej bolesne. U nich nie ma tej determinacji co Polsce w 1989 r. Grecy sami sobie nie chcą pomóc.

Na czym powinna polegać taka gospodarcza terapia?

- Musiałaby oznaczać zmniejszenie zakresu sektora publicznego, likwidację blokad dostępu do wielu zawodów, głęboką prywatyzację gospodarki, deregulację, obniżenie części wydatków, które są źle adresowane, i wprowadzenie skuteczniejszego systemu podatkowego. Obecnie podatki w Grecji są podnoszone, ale część ludzi ich nie płaci, przez co są wysokie.

Już teraz Grekom spadły płace, średnio o kilkanaście procent...

- Żeby grecka gospodarka stała się konkurencyjna, płace muszą spaść o 30-40 proc. To się może wydarzyć przez obniżki płac, ale i przez renegocjacje umów, wydłużenie czasu pracy czy wprowadzenie systemu zadaniowego. Aby gospodarka stała się bardziej konkurencyjna, potrzebne są też pozostałe reformy, o których wspomniałem wcześniej. Ale zarówno te podażowe reformy, jak i tak duża skala obniżek płac nie jest akceptowana przez obywateli oraz wielu polityków. A jeśli do redukcji płac nie dojdzie, to Grecja straci dekadę, jej gospodarka nie będzie się rozwijała.

Takie wewnętrzne dostosowanie kosztowe udało się np. w krajach bałtyckich. To ożywiło ich eksport.

- Jednak różnica między Grecją a krajami bałtyckimi - Łotwą czy Estonią - polega na tym, że człowiek, który widział komunizm, jest w stanie więcej znieść. Na Łotwie ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że przyrost płac był zbyt szybki, dlatego pogodzili się z obniżkami pensji. Nawet po raz drugi wybrali tego samego premiera.

W Grecji ludzie za kryzys obwiniają bankierów, którzy im przez lata pożyczyli pieniądze. Tymczasem przez ostatnie 20 lat Grecja żyła na kredyt, weszła do strefy euro, dzięki czemu spadły jej koszty finansowania. Kraj cały czas miał deficyt handlowy i pożyczał pieniądze na import towarów. Nawet dewaluacja waluty przy wyjściu Grecji ze strefy euro miałaby ograniczony efekt, bo Grecja prawie nie eksportuje. Skorzystała by na niej głównie turystyka.

Turystyka może pobudzić wzrost PKB?

- Struktura gospodarcza bogatego kraju Europy musi być oparta na popycie wewnętrznym, eksporcie, ale także inwestycjach. W Grecji sama turystyka nie wystarczy. W dłuższym okresie w Grecji może się odbudować przemysł. Ale Grecy muszą być tańsi, muszą znaleźć nisze produktowe, w których byliby lepsi od innych. Muszą być bardziej produktywni. A jeśli mamy ograniczenia dostępu do zawodów, relatywnie wysokie płace - to pracownik automatycznie jest droższy, a więc i produkt finalny jest niekonkurencyjny.

Może Grecja powinna wyjść ze strefy euro?

- To groziłoby jeszcze większą recesją. Poza tym byłoby ryzyko "zarażenia" innych krajów, w tym szczególnie Portugalii.

A Grecja nawet po wyjściu ze strefy euro pozostanie w UE i będzie musiała być finansowana zewnętrznie. Tak długo, jak się nie pojawi w Grecji wzrost gospodarczy, tak długo żaden prywatny inwestor nie będzie chciał jej pożyczać pieniędzy.

Pana zdaniem decyzje podjęte na ostatnim szczycie strefy euro wystarczą, aby postawić Grecję na nogi?

- Obniżenie greckiego długu do 120 proc. PKB w 2020 r. to ciągle za mało. Tak wysokiego długu Grecja nie będzie w stanie sama obsługiwać. Musiałby on spaść do poziomu ok. 50- 60 proc. PKB. Grecja będzie potrzebowała głębszej redukcji długu, a 130 mld euro może się okazać pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Bankructwo Grecji byłoby o tyle dobre, że zmniejszyłoby raz na zawsze ryzyko związane z zadłużeniem tego kraju. Grecja po prostu później potrzebowałaby mniejszej pomocy.

Moim zdaniem ten teatr będzie dalej trwał. Unia Europejska będzie groziła Grecji, że pieniędzy nie pożyczy, żeby zmusić Grecję do reform. Grecy wiedzą, że pieniądze wpłyną, ale jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że nie mogą powiedzieć kategorycznie: "nie" reformom. Obie strony doskonale wiedzą, że są "na musiku". Nie wiem tylko czy wie o tym grecka ulica.



Rozmawiał Leszek Baj

 

2012-02-25 23:03
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

The latest US economic data is encouraging. The 243000 increase on the nonfarm payroll and the creation of 257000 jobs in the private sector very clearly shows a more upbeat job market. With this trend already lasting a few months, it's not unrealistic to express cautious optimism about the direction the US economy is taking.   Even if we revise job data downward to take account of an inflated first reading, there has still been a respectable monthly increase in the number of jobs which points to modestly stable economic growth and job creation.
 
US growth over the next few years will be slower than during the the prosperous first five years of the last decade. That prosperity was based on interest rates being kept low for too long and on the property bubble. Today conditions are much less growth friendly especially because the US are struggling with a markedly higher public debt which not only has to be serviced but it has to be reduced in GDP terms. Moreover, the conclusions from the financial crisis are clear enough - holding interest rates low for too long will lead sooner or later to an excessive growth in the price of assets which inevitably leads to a new crisis. If this optimism is confirmed by macroeconomic data, the Fed will be have to backtrack on its promise of further financial support.   They may also after a while change their position on freezing interest rates until 2014. The current optimism is not only due to the latest job figures but also to GDP and other indicators of an economic upturn. It will however be months before its possible to speak of an unmistakeable trend.
 
The Fed's volte face on monetary easing and freezing interest rates would be a major factor in changing market parameters. The States could become the most attractive market with growing interest rates and a strengthening dollar. That change would also help Europe by increasing its relative competitiveness and by sowing optimism amongst european businesses who have been impatiently scrutinising the horizon for sturdy green shoots.
 
Regarding the timeline, events in the USA have preceded was happening in Europe by three to six months. It would be a very optimistic sign if a positive assessment of the US situation were reflected in the latest analyses. Unfortunately, comparisons of the economic situation of both continents puts Europe in a particularly bad light and this is not just because the ECB is not as active on the market as the FED (as some people contend), but mainly because in the USA, the banking sector has been restructured and recapitalised. In Europe it is not enough that we have only just started that process, the problem of indebted countries has still not been resolved. While the ECB's supplying liquidity to the commercial banks has minimised the risk of a credit crunch, there is still the imminent danger from Greece followed by Portugal which hangs over Europe like Damocles sword like a dark storm cloud poised to drown the continent at any moment (to mix metaphors).   The best example of this are the current negotiations with the Greek government which must urgently decide on the scale of the reduction of the Greek debt vis a vis private investors.
 
But even after this agreement, there is no way we can expect that a heavily indebted Greece will return to the financial markets. Greek debt will in fact continue to grow as remedial measures in that country centre on increased taxation and this, coupled with a correction of excessively high growth for at least the last decade means that over the next few years the word "recession" will be the adjective most frequently applied to the world's oldest democracy. Judging by the rate at which decisions are taken in Europe, I do not expect 2012 to see significant inroads into the resolution of the debt crisis.
 
This will be a very important year for Europe because of elections, particularly in France. I fear however that the pace of decision making on the old continent will stay as it is which means crawling out of the recession at a snail's pace compared with the United States' approach. Business will react to political decision making and hold back from significant investing in the face of helplessness, not to mention chaos and muddled strategy.
 
Whichever way you look at it, positive signs from the USA are good for the world. But it will be a long time before we will see similar positive signs in Europe. Certainly not in 2012. The only consoling thought is that the next move has a chance of being a move in the right direction.

 

2012-02-24 20:35
English notes Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

 

 

   The news headlines on Greece grow more ominous with each successive article.    With such titles as "Greece looks into the abyss!"; "Greece burns!"; "Greece expelled from the Union!", it really sounds as if the end is nigh. There are articles describing in detail the hypothetical scenes on the streets a day/a week/a month after Greece declares bankruptcy.   It all sounds indescribably tragic.   An either/or approach is being touted: Greece gets bailed out some more = peace or: Greece declares bankruptcy = the end of the world.   This kind of black and white thinking is often used to exert pressure on decision makers - in this case on those who would rather not fork out the money for the next aid tranche.   Most recently even German finance minister Wolfgang Scheuble talked about the need to formally announce insolvency.   Like many other financial experts he is also aware that even if Greece's debt is reduced to 120% of GDP, it will not be able to repay it.   Today even this figure has been called into question. Give the speed of the reforms and the scale of the expected recession in that country for the next few years and on the basis of the European Commission's latest data, after the debt reduction which is now being negotiated with private creditors, Greek public debt will shrink to 129% and not 120%.   There is no doubt then that this reduction will not be the end of the story. The question is, will a formal declaration of bankruptcy help Greece in the long process of getting back on track. 
 
Greece has been insolvent for a long time because it cannot honour its current commitments but has not yet formally declared bankruptcy because the European Union and the IMF are helping it to service previously contracted debt by lending cash. If it were just a question of quickly recovering strength and getting back on the path of growth, this could be done without first declaring insolvency. But Greece is not Italy where the for a certain period markets lost confidence that the country could honour its current debt service commitments.   This has been the case in Greece for the last two years and there is no end in sight.   Moreover, the size of the Greek debt will not get any smaller even based on the most optimistic assumptions which means basically that there is nothing at all to point to the debt ever being paid back.   This is the reason that private investors have agreed to negotiate debt relief which in practice is an admission that the country is insolvent.   Not actually saying so is just sophistry.   From the standpoint of economics, Greece is bankrupt.
 
A formal declaration will have legal consequences and cause an avalanche of events, from insurance claims to Greek companies being unable to get financing.   But the country will not be grind to a halt. It will continue to receive help from the EU and the IMF to meet current expenditure needs.   Such assistance will be reduced as formal insolvency brings on the next round of negotiations on the remaining debt reduction. As I have repeatedly indicated, Greece must reduce all its debt by 70% in order to achieve a level which it could actively service for the foreseeable future. But even after the debt is slashed, Greece will still be on a drip feed and I don't think for a moment that this lifeline will be cut off because it is in no one's interest to have a run on the banks or mass demonstrations due to the State not paying its bills on time. Only in the Soviet Union would the state have got away with not paying salaries for several months.   So cash will continue to circulate although it would be better if the debt cut could be performed once and for all so that the risk of further reductions did not loom in the background. 
 
Some people think that only by leaving the euro zone can Greece solve its very low competitiveness which is its main problem but if this happened, the EU or perhaps only the IMF would still have to bankroll the country for the reasons I mentioned earlier.   It is possible that such aid would have to be greater because of the scale of devastation which would be caused by the devaluation of the drachma vis a vis the euro which would lead to a much deeper recession than the present one. Neither would Greece have much to gain with a new currency because as a country with barely any exports, it would not have any competitive advantage to benefit from. However a formal declaration of bankruptcy is a different animal altogether for it is an official confirmation of the status quo, forcing creditors to accept a much deeper but more realistic reduction. If subsequent decisions take full account of the facts and common sense, rather than heeding illusions and unrealistic schemes, the greater the chance of recovery.
2012-02-24 20:18
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Wczoraj na panelu zorganizowanym przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich zadałem poniższe pytania.
 
1. Skąd pewność, że po reformie znajdzie sie praca dla 50–latka?
2. Czy wiek 67 będzie wiekiem na siły i możliwości kobiet?
3. Jak udowodnić, że dłuższy wiek emerytalny nie zabierze miejsc pracy młodym?
4. Dlaczego, jak proponują niektórzy, nie dać ludziom możliwości wyboru wieku przechodzenia na emeryturę?
5. Czy nie lepiej jak 65 letnia kobieta zajmuje sie wnukami a nie poszukiwaniem pracy?
6. Czy i jakie działania osłonowe są potrzebne dla złagodzenia społecznych efektów podwyższenia wieku emerytalnego?
7. Czy racje ma premier Pawlak, że nie ma co liczyć na państwo?
 
Poniżej moje odpowiedzi:
 
Ad1. Dzisiaj brak pracy dla 50-latka bierze się z niskiego wieku emerytalnego i okresu ochronnego. Im wyższy wiek emerytalny tym później pojawia się opisany problem na rynku pracy. Oprócz podniesienia wieku należałoby zlikwidować przedemerytalny okres ochronny.
Ad2. Jeśli mężczyźni mogą pracować, to tym bardziej kobiety. Są zdrowsze i prowadzą bardziej odpowiedzialny tryb życia.
Ad3. Doświadczenia lat 90-ych w Polsce pokazały, że wczesne przechodzenia na emerytury podwyższa składkę emerytalną i tym samym zwiększa bezrobocie. A osoby starsze wcale nie zwalniają miejsc pracy młodym.
Ad4. Gdyby każdy mógł przechodzić na emeryturę kiedy chce wiele osób otrzymałoby głodowe emerytury i wylądowałyby na garnuszku państwa. Ludzie wolą mieć pieniądze teraz, nawet mniejsze, niż kiedyś w przyszłości większe. To jak z tym gołębiem na dachu i w garści.
Ad5. Kobiety 60-cioletnie powinny realizować się zawodowo a nie być przymusowo „ubabciawiane”. Wychowaniem powinni zajmować się rodzice, a państwo powinno tworzyć warunki do elastycznych form pracy, o czym za chwilę.
Ad6. Osłonowe działania są potrzebne, ale nie w postaci pieniędzy ale elastycznych form zatrudnienia, żłobków i przedszkoli, odchodzenia od pracy etatowej w stronę zadaniowej.
Ad7. Nie ma racji. Dla przeciętnego Polaka, po podniesieniu wieku emerytalnego do 67 lat emerytura będzie stanowiła ponad połowę ostatnich zarobków. Nie jest to więc poziom chimeryczny. Dla osób bardzo bogatych ze względu na limit opłacania składki od 2,5 krotności średniej krajowej emerytury będą bardzo niskie. Bogaci rzeczywiście nie mają co liczyć na państwo.
2012-02-21 17:44
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Coraz bliżej katastrofy. Grecja płonie. Grecja wypychana przez Unię. Co artykuł to bardziej złowieszczy tytuł. Brzmią jak koniec świata. Niektórzy nawet rozpisują czarne scenariusze, jak będzie wyglądała grecka ulica dzień, tydzień, miesiąc po ogłoszeniu bankructwa. Wszystko brzmi strasznie i bardzo groźnie. Narzuca się więc prosty dwuwariantowy podział: dalsze finansowanie Grecji (czyli spokój), lub też ogłoszenie bankructwa (czyli koniec świata). Często tego rodzaju dwubiegunowość jest wykorzystywana do wywierania presji na decydentów, w tym wypadku na tych którzy nie chcą płacić kolejnych transz pomocy. Ostatnio o potrzebie ogłoszenia formalnego bankructwa mówi już nawet minister finansów Niemiec Wolfgang Scheuble. Podobnie jak wielu innych finansistów ma świadomość, że Grecy i tak nie spłacacą długu, jesli nawet zostanie on zredukowany do 120 proc PKB. Dzisiaj już nawet sama kwota jest coraz częściej kwestionowana. Bowiem uwzględniając tempo greckich reform i skalę oczekiwanej recesji w tym kraju w perspektywie najbliższych lat, wychodzi zgodnie z najnowszymi szacunkami Komisji Europejskiej, że po redukcji długu, która jest obecnie negocjowana z wierzycielami prywatnymi, grecki dług publiczny zmaleje do 129 proc a nie do 120 proc. Na tej jednej redukcji napewno więc się nie skończy. Pytanie na ile w całym tym długim procesie wychodzenia na prostą ogłoszenie formalnego bankructwa Grecji pomoże.

Grecja od dawna jest bankrutem. Nie może bowiem na bieżąco obsługiwać swoich należności. Jednak formalnie bankructwa nie ogłosiła, gdyż pomaga jej Unia Europejska i MFW pożyczając pieniądza na spłatę wcześniej zaciągniętych długów. Gdyby była to wyłącznie kwestia szybkiego odyskania sił witalnych i wejścia na ścieżkę wzrostu mogłoby się udać bez ogłaszania formalnie niewypłacalności. Ale Grecja to nie Włochy, które utraciły przez pewien czas zaufanie rynku co do możliwości obsługiwania na bieżąco swego zadłużenia. Grecja od dwóch lat długu swego nie obsługuje i przez dłuższy czas nadal obsługiwać nie będzie w stanie. Dodatkowo, wysokość greckiego zadłużenia przy wszelkich najbardziej optymistycznych założeniach nie będzie maleć, co oznacza, że na spłatę tak wielkiego długu nie ma co liczyć. Dlatego też wierzyciele prywatni zgodzili się negocjacje dotyczące redukcji zadłużenia, co w praktyce oznacza przyznanie się kraju do niewypłacalności. To, że nie nazywa się jeszcze tego formalnie bankructwem jest trickiem prawnym. Ekonomicznie Grecja jest bankrutem.

Formalne ogłoszenie bankructwa będzie miało swoje konsekwencje prawne. Uruchomi zapewne lawinę, poczynając od wypłat odszkodowań z tytułu zabepieczenia przed bankructwem Grecji do trudności z pozyskaniem finansowania przez greckie przedsiębiorstwa z powodu ogłoszenia niewypłacalności kraju. Ale kraj nie stanie. Dalej będzie otrzymywał pomoc z UE i MFW na bieżące potrzeby wydatkowe. Pomoc ta może w przyszłości być mniejsza, gdyż formalne bankructwo przyspieszy kolejne rundy negocjacji dotyczące pozostałego do redukcji długu. Jak już wielokrotnie wskazywałem, Grecja musi zredukować cały swój dług o 70 procent, aby uzyskać taki poziom zadłużenia który mógłby być na bieżąco obsługiwany przez to państwo w dającej się przewidzieć przyszłości. Ale i tak po tak głębokiej redukcji Grecja będzie na kroplówce. I nie sądzę aby choć na chwilę podawanie żywotnych płynów było wstrzymane, bo nikomu przecież nie zależy na panice bankowej czy też masowych protestach z powodu niewypłacenia na czas zobowiązań przez państwo. To tylko człowiek radziecki był w stanie zaakceptować kilkumiesięczne opóźnienia w wypłacie pieniędzy. Pieniądz więc będzie płynął, lepiej byłoby jednak, aby redukcja długu mogła zostać dokonana raz i porządnie, tak aby nad Grecją wciąż nie wisiało ryzyko kolejnych redukcji.

Niektórzy uważają, że tylko wyjście Grecji ze strefy euro może rozwiązać ich główny problem jakim jest bardzo niska konkurencyjność. Przypomnę tylko, że gdyby Grecja opuściła strefę euro, to i tak UE lub też już tylko MFW musiałby dalej ją finansować, z tych powodów które wymieniłem przed chwilą. Niewykluczone, że pomoc musiałaby być jeszcze większa ze względu na skalę spustoszenia jakie wywołałaby dewaluacja drahmy wobec euro i w konsekwecji znacznie głębszą recesję niż obecna. Grecja też nie zyskałaby wiele na nowej walucie, bo jako kraj nieeksportujący, nie miałoby jak w krótkim czasie wykorzystać swej nowej przewagi konkurencyjnej.

Czym innym jest jednak ogłoszenie formalnie niewypłacalności. Jest bowiem formalne potwierdzenie faktu i zmuszenie wierzycieli do przyjęcia znacznie głębszej, ale i realnej, redukcji greckiego długu. Jeśli podejmowane decyzje będą zgodne z faktami i zdrowym rozsądkiem tym mniej będzie iluzji i nieralnych planów i tym też większe szanse na wyjście na prostą.

2012-02-21 07:31
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

An economic downturn is a time of radical change in an economy which especially affects business - its very core. Usually such a period is associated with restructuring which is generally no longer considered to be the most state of the art solution. Times have changed and in most cases the call for restructuring is the attempt to apply a remedy from the beginning of the last decade. Today, adjustment processes in companies need to be engineered much more subtly than before which is why some businesses succeed while others lose their market position. Most striking during a downturn is that companies look around for new sources of finance because borrowing has become both more expensive and more difficult. During such times the emission of corporate bonds becomes the most popular form of raising money while some companies resort to financing investments from future income. This process requires a total change in mind set which means a switch to a completely different approach to financing which in turn requires time and preparation. The other standard challenge during a downturn is the lack of liquidity often in the form of payment bottlenecks which in the past have often led to a company having to fold. This is often the first time that the management of a company actually tackles the issue of optimising the conditions governing the signing of contracts, not to mention other measures such as the introduction of implementing procedures or "soft" payment collection methods or discounts for early payment. A downturn is therefore a moment in which such actions are taken which could have been taken a lot earlier but the pressure to do so was simply lacking.

But now that credit or just cash is more difficult to obtain, it's time to put things in order. This is more difficult with unpredictable factors like exchange rates or the price of raw materials. Exchange rate fluctuations make it difficult for companies to plan and this increases uncertainty. Hence the search for solutions with built in insurance or which minimise the impact of interest rate fluctuations. With our southern partners, in matters of billing many Polish companies have opted to invoice in zloty in order to reduce the impact of exchange rate fluctuations. Another way of minimising the negative influence of the unpredictability of exchange rates is by creating a flexible base of suppliers from various currency zones. This makes possible a change in supply sources based on exchange rates. In addition, changes in raw material prices are minimised thanks to the creation of so called buying consortia.

Thanks to collective purchases made by a company as a member of a buying consortium, a business is able to negotiate lower prices. All these methods would have also lead to an improvement in company results during prosperous times, but firms are only applying them now that they have their backs to the wall. Nowadays firms mostly fear a drop in demand especially in countries which are the largest importers of our goods and services. A drop in the need for our products will mean they will be difficult to sell which in turn will lead to bloated stocks and the search for ways to rapidly restructure.

But before shedding jobs, companies should examine softer solutions like changes to pay in such a way that not only offers greater sales incentives, but also faster and more efficient ways of obtaining payment owed. Increased competition and pressure to lower costs will force companies to restructure which in many cases will come months too late. More flexible forms of employment are now being introduced, reserves are being reduced and management is being made more efficient. Forced restructuring by Polish companies does not always have to be especially innovative. These businesses are falling back on traditional solutions which could have been applied earlier but the motivation was lacking.

Finally one should not overlook the opportunities which arise when the outlook for growth is bad. Share prices fall thus presenting a buying opportunity. Shareholders may add to their portfolio while some companies may present an attractive takeover opportunity. Only a crisis or a downturn offers such possibilities. In times of prosperity no one wants to dispose of their gold egg laying chickens. In my view these are the possibilities which 2012 offers and they should be seized to the best advantage.

2012-02-19 11:41
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Dyskusja na temat wysokości wieku emerytalnego nie jest łatwa, najważniejsze bowiem argumenty nie są intuicyjne. W PRL, w starym systemie emerytalnym, sprawa była dość jasna. Państwo gwarantowało określony poziom emerytury, a im komu się wcześniej udało na nią przejść tym więcej zyskiwał. Na wysokość emerytury staż pracy miał bowiem niewielki wpływ. W państwie, które udawało że płaci, a więc trzeba było też udawać że się pracuje, ucieczka na jak wcześniejszą emeryturę była z punktu widzenia przeciętnego obywatela uzasadniona i racjonalna. Dałem przykład PRL-u jako skrajny, ale w większości krajów rozwiniętych dominował system w ramach którego obiecywano konkretny poziom emerytury, nie uzależniony od poziomu wpłaconych składek. Jeśli był on w znikomym stopniu zależny od stażu pracy, naturalnie zachęcał do wcześniejszego przejścia na emeryturę. Długi okres funkcjonowania takich rozwiązań emerytalnych wytworzył odpowiednie zachowania społeczne i postawy. Choćby taką, że kobiety wcześniej przechodzące na emeryturę zajmowały się wnukami, nie wspominając o głębokim przekonaniu, że niski wiek emerytalny neutralizuje bezrobocie wśród młodych. Zauważmy, że potrzeba zajmowania się wnukami wynikała głównie ze słabości rozwiązań w zakresie zarówno opieki nad małym dzieckiem (brak odpowiedniej liczby przedszkoli) jak i elastycznych form zatrudnienia dla kobiet.

Ale co najważniejsze, w nowym systemie emerytalnym wczesna emerytura musi być niska! W systemie w którym emerytura zależy od wysokości wpłaconych składek i wieku zakończenia aktywności zawodowej, wczesny wiek emerytalny oznacza niższy kapitał podzielony przez większą liczbę lata. Szczególnie dotyczy to kobiet, które dziś mogą przechodzić na emeryturę o pięć lat wcześniej niż mężczyźni. To tak naprawdę w ich interesie jest późniejszy wiek emerytalny bo inaczej będą skazane na bieda emerytury.

W kwestii rynku pracy potrzebne jest dłuższe wyjaśnienie. Myślenie o zastępowalności miejsc pracy zwalnianych przez osoby przechodzące na emeryturę i tych co wchodzą na rynek pracy jest wciąż silnie obecne. Kandydat socjalistów we francuskim wyborach prezydenckich Hollande, głosi dokładnie takie poglądy, zapowiadając obniżkę wieku emerytalnego. I to we Francji, gdzie podobne myślenie przyświecało skróceniu tygodnia pracy do 35 godzin, a w efekcie doprowadziło do znacznej utraty konkurencyjności przez francuską gospodarkę i wzrostu bezrobocia. Jeśli pracuje się mniej za tyle samo, to koszt wytworzenia danego produktu rośnie. Staje się on droższy od takiego samego towaru wytwarzanego np. w Niemczech przy dłuższym tygodniu pracy. Francuzi wycofali się po latach z tego pomysłu, bo zamiast – zgodnie z intencjami - pomagać ludziom, 35 godzinny tydzień pracy zwiększał bezrobocie. Takie zależności są trudne do uchwycenia, gdyż Ci którzy korzystają z krótszego tygodnia pracy zwykle nie zauważają tych, którzy pracę tracę, jak i tych którzy nie mogą jej znaleźć.

Podobnie jest w przypadku emerytur. Na początku polskiej transformacji uznawano, że wcześniejsze emerytury są sposobem na zmniejszenie bezrobocia. Ale kiedy okazało się, że w ciągu jednego roku (1991), na emerytury przeszło pół miliona osób, a nie sto tysięcy jak to zwykle bywało, nagle trzeba było znaleźć dodatkowe źródło dochodów na pokrycie lawinowo rosnących wydatków emerytalnych. Dlatego też w pierwszych latach transformacji rząd został zmuszony do podwyżki składki zusowskiej z obowiązujących z 38% do 45%!. Ci którzy przeszli na wcześniejszą emeryturę nie odczuli tej podwyżki, opuścili bowiem rynek pracy. Ci którzy pracowali nie odczuli tego też tego od razu, gdyż w tamtym okresie całość składki pokrywana była przez pracodawcę. Dopiero po pewnym czasie niektóre przedsiębiorstwa musiały ograniczyć przyszłe podwyżki płac, czy też szukać oszczędności w innych obszarach działalności, włącznie ze zwalnianymi pracownikami. Ale zwalniany dwa lata później pracownik nie jest w stanie dostrzec zależności pomiędzy utratą swego miejsca pracy a wyższym poziom składki zusowskiej. Wysokie bezrobocie lat 90-ych niestety miało swe praprzyczyny w dobrych intencjach polityków zajmujących się politykę socjalną na początku lat 90-ych. Wtedy jednak byliśmy pionierami reform i błędy miały prawo się zdarzać. Dzisiaj jednak jesteśmy mądrzejsi o tamte doświadczenia i skrajną nieodpowiedzialnością byłoby nie wyciąganie wniosków z przeszłości!

Kolejną nieintuicyjną kwestią jest problem wypychania osób po 50-tce z rynku pracy. Niektórzy politycy nawet używają takiego argumentu – jeśli człowiek w wieku 50 lat nie może znaleźć pracy to jak można do zmuszać aby trwał w takim stanie do 67 roku życia. Chwytliwy argument, ale prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Mianowicie problemy pięćdziesięciolatków na rynku pracy wynikają z tego, że przedemerytalny okres ochronny zniechęca pracodawców do zatrudniania osób, których w niedługim czasie nie będą mogli zwolnić, gdyby zaszła taka potrzeba. To nie jest tak, że przedsiębiorca lubi zwolnienia, on musi mieć możliwość elastycznego zachowania w przypadku gdyby nastąpiła zmiana warunków rynkowych, choćby kryzys taki jak w 2009 roku. Aby nie być ograniczony zapisami ustawowymi pracodawca woli zatrudnić czterdziestolatka, który takich ograniczeń nie ma, niż pięćdziesięciolatka. A im wyższy wiek emerytalny tym później będą pojawiać się problemy na rynku pracy. Oczywiście najlepiej byłoby znieść okres ochronny, ale to wymagałoby dodatkowej akcji informacyjnej.

Trzeba też pamiętać, że miejsca pracy zwalniane przez 60-latków nie są tymi których poszukują młodzi. Tak było w czasach kiedy dominowała praca fizyczna, nie wymagająca wyższych umiejętności. Dzisiaj na miejsce zwalniane przez 60-latka przychodzi 50-latek, czyli osoba o podobnych umiejętnościach. Natomiast praca dla osób nowowchodzących na rynek pracy jest zupełnie inna. Od tych młodych osób nikt nie oczekuje długoletniego doświadczenia, a bardziej dobrego wykształcenia, umiejętności IT, języków i zdolności do realizacji zadań. Nie ma więc zastępowalności pracy pomiędzy dwudziesto i sześćdziesięciolatkiem.

Dłuższy czas pracy to nie tylko dodatkowe wpływy z tytułu składek. To także dodatkowy popyt generowany przez wydłużenie aktywności zawodowej społeczeństwa. Osoby aktywne zawodowo tworzą większy popyt niż ci nieaktywni. Tak więc nie dość, że wytwarzają dodatkowy PKB poprzez swą pracę zawodową to kreują nowy popyt, który tworzy nowe miejsca pracy. Dlatego tak ważna jest ta reforma dla gospodarki.

W dyskusji na temat wieku emerytalnego potrzebne jest jasne i obrazowe tłumaczeni opinii publicznej zależności pomiędzy wiekiem emerytalnych a ich standardem życia. Jak wspomniałem większość tych argumentów jest nieintuicyjna – wymaga spokojnej rozmowy i wyliczeń a nie referendów czy walki na sztandary. Mamy to szczęście, że jako społeczeństwo żyjemy coraz dłużej - musimy więc dłużej pracować aby nasze emerytury wystarczyły na tę mniej aktywną zawodowo część życia. Podwyższanie wieku jest więc nieuchronne, pytanie tylko kiedy i w jakim tempie. Znacznie lepiej jest to robić w sposób zaplanowany i stopniowy, niż pod wpływem kryzysu być zmuszonym do skokowych i nagłych zmian.

2012-02-17 09:17
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Okres spowolnienia gospodarczego to czas w którym następują znaczne zmiany w gospodarce,  przede wszystkim w jej jądrze jakim są przedsiębiorstwa. Tam właśnie dzieją się procesy które przez najbliższe lata będą decydowały o dynamice polskiej gospodarki. Zwykle czas porządków kojarzy się nam z restrukturyzacją, która w powszechnym mniemaniu do najbardziej innowacyjnych nie należy. Ale czasy się zmieniły i prymitywna restrukturyzacja to w większości przypadków śpiew z początku minionej dekady. Dzisiaj procesy dostosowawcze w przedsiębiorstwach wymagają znacznie więcej finezji. Dlatego też niektórym się udaje, inni w tym okresie tracą swą pozycję rynkową.

Najbardziej oczywistym faktem jest to, że firmy szukają w okresach spowolnienia gospodarczego nowych źródeł finansowania bo o kredyt jest trudniej i jest on droższy. Bardzo popularną formą w takim momencie staje się emisja obligacji korporacyjnych lub też finansowanie inwestycji pod przyszłe przychody. Proces ten wymaga jednak przestawienia myślowego na zupełnie inny sposób podejścia do procesu finansowania jak również wymaga czasu i przygotowań. Inny standardowym wyzwaniem w czasach spowolnienia  jest płynność, a dokładnie jej brak, często w formie zatorów płatniczych co w przeszłości niejednego doprowadziło do upadku. Jest to często pierwszy moment kiedy zarządzający firmą pochyla się nad kwestią optymalizacji warunków podpisanych umów, w taki sposób aby zbilansować terminy płatności. Nie wspominając o takich metodach jak wdrożenie procedur egzekucyjnych w firmie czy miękkiej  ściągalności, czy też wprowadzenie upustów za przedterminową płatność. Spowolnienie jest więc momentem w którym dokonywane są takie czynności, które większość firm mogła wykonać znacznie wcześniej, ale w czasach koniunktury nie było presji aby to zrobić. Teraz  jednak, gdy trudniej o kredyt czy w ogóle o płynność przychodzi czas porządków. Gorzej jest z czynnikami mniej przewidywalnymi jak kurs walutowy czy też ceny surowców. Zmienność kursu utrudnia przedsiębiorcom planowanie działalności oraz zwiększa jej niepewność. Dlatego też poszukiwane są rozwiązania zapewniające naturalne zabezpieczenie lub też minimalizujące koszty zmienności kursowej. W rozliczeniach z naszymi partnerami za naszą południową granicą część firm decyduje się na przejście na rozliczanie się w złotówkach, tym samym minimalizując zmienność kursową. Innym sposobem ograniczenia negatywnego wpływu nieprzewidywalności wycen walut jest tworzenie elastycznych bazy dostawców z różnych obszarów walutowych. Umożliwia to zmianę kierunku dostaw w zależności od zmian kursów walutowych. Z kolei konsekwencje zmian cen surowców są minimalizowane dzięki tworzeniu tzw. grup zakupowych. Dzięki wspólnym zakupom, zrzeszone w grupie zakupowej firmy są w stanie wynegocjować niższe ceny. Wszystkie te metody prowadziłyby do poprawy wyników firmy także w dobrych czasach, jednak przedsiębiorstwa sięgają po nie dopiero teraz, gdy stoją pod ścianą. Dzisiaj firmy najbardziej obawiają się spadku popytu, zwłaszcza w krajach, które są największymi importerami naszych dóbr i usług. Spadek zapotrzebowania na nasze produkty powoduje, że  napotkają na problemy ze zbytem wyprodukowanych towarów, a co za tym idzie zwiększają swoje zapasy i poszukują sposobów na szybką restrukturyzację. Zanim jednak dotrzemy do zwolnień przydałoby się sprawdzić bardziej przyjazne rozwiązanie takie jak zmianę systemu wynagradzania na bardziej motywujący nie tylko do zwiększenia sprzedaży, ale również do jak najszybszego i najbardziej skutecznego ściągania należności. Wzrost konkurencji i presja na obniżanie kosztów wymusza na firmach restrukturyzację, która często powinna była być przeprowadzona wiele miesięcy wcześniej. To teraz wprowadza się bardziej elastyczne formy zatrudnienia, zmniejsza się rezerwy czy podnosi kompetencje kadry zarządzającej. Wymuszona restrukturyzacja w wykonaniu polskich firm nie zawsze musi być specjalnie innowacyjna. Nasze przedsiębiorstwa stosują sprawdzone wcześniej rozwiązania, które równie dobrze mogłyby wprowadzić wcześniej, ale wtedy brakowało im motywacji do działania. Na koniec należałoby zwrócić uwagę też na możliwości jakie pojawiają się w związku z gorszymi perspektywami wzrostu. W takich okresach spada wycena akcji spółek i tym samym pojawia się możliwość ich wykupu. Może to być zarówno skup akcji przez obecnych udziałowców jak i przejęcie innej spółki. Nie wspominając o możliwości przejęcia przedsiębiorstwa przez sprawny zarząd. Takie możliwości pojawiają się tylko w okresach kryzysu, albo spowolnienia. W czasach prosperity nikt nie chce się pozbywać kur znoszących złote jajka. Takie możliwości daje w moim przekonaniu rok 2012, który trzeba optymalnie wykorzystać.  

2012-02-14 06:44
Polskie wpisy Komentarze (3)
1 | 2 |