29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 Artykuł autorstwa Ryszarda Petru i Andrzeja Halesiaka

W ostatnich latach coraz bardziej widoczny staje się w polskiej gospodarce dualizm w funkcjonowaniu sektora prywatnego i publicznego. Ten pierwszy stara się podążać za globalnymi trendami (zmuszany do tego przez konkurencję), ten drugi tkwi mentalnościowo, procesowo i organizacyjnie w PRL. Jest to groźne zjawisko, gdyż w warunkach globalizacji i szybkiego upowszechniania się najlepszych praktyk w sektorze prywatnym, to właśnie efektywność funkcjonowania sektora publicznego staje się kluczowym źródłem przewagi konkurencyjnej  - lub jej braku - danego kraju.

Narastający dualizm staje się dziś największą przeszkodą w poprawie konkurencyjności polskiej gospodarki i wzroście produktywności. Głębokie zmiany modelu funkcjonowania sektora publicznego w Polsce, w tym również na nowo zdefiniowanie jego funkcji, staje się jednym z ważniejszych wyzwań polskiej gospodarki. Bez nich bowiem nie będzie możliwe dokonanie wielu innych, potrzebnych przekształceń, w tym wdrożenie zrębów innowacyjnej gospodarki. Punktem wyjścia jest bowiem dla niej nowoczesne, sprawnie funkcjonujące, uwzględniające najlepsze praktyki w zakresie edukacji i nauki oraz przewidywalne Państwo, tworzące sprzyjające warunki dla długoterminowych inwestycji firm.

Konkurencyjność i produktywność a sektor publiczny

Konkurencyjność gospodarki i jej produktywność jest z reguły kojarzona głównie z tym co dzieje się w sektorze prywatnym, w szczególności w sektorze przedsiębiorstw. Przy takim podejściu zapomina się jednak, że miliony pojedynczych decyzji firm i obywateli podejmowanych na poziomie mikro odzwierciedlają bodźce i uwarunkowania kreowane przez istniejące (i planowane) rozwiązania prawne, prowadzoną przez rząd i NBP politykę oraz jakość szeroko rozumianych usług publicznych. Tym samym funkcjonowanie sektora publicznego określa ramy działania firm, które to ramy w bardzo istotny sposób wpływają na ich konkurencyjność i produktywność. Zbiurokratyzowane, mało wydajne Państwo, obciążające biznes nadmiernymi procedurami i nakładające na niego koszt swej nieefektywności (w postaci podatków i para-podatków) stanowi zagrożenie dla konkurencyjności całej gospodarki. Nieefektywny sektor publiczny przekłada się na utracone okazje (np. omijające kraj inwestycje), a z czasem – jak obrazuje to przykład krajów południa Europy – może stać się źródłem niestabilności gospodarczej, społecznej i politycznej. Co więcej, globalizacja i integracja gospodarcza powodują, że obywatele i biznes są dziś dużo bardziej mobilni. Nie są więc „skazani” na to, by funkcjonować w określonym miejscu. Jeśli więc sektor publiczny nie dostarcza im w sposób efektywny tego, co jest im potrzebne i tego, czego oczekują, jeśli nie zapewnia stabilności, to biznes (a coraz częściej także obywatele, z reguły ci najlepiej wykształceni i najbardziej przedsiębiorczy) przenoszą się w inne miejsce. Lub też w ogóle nie podejmują niektórych wyzwań biznesowych, tym samym oddając walkowerem miejsce w globalnej produkcji. To z kolei negatywnie odbija się na zdolności uzyskiwania dochodów podatkowych, bez których jeszcze trudniej zaspokajać oczekiwania i potrzeby firm i obywateli. Dobrym przykładem w skali mikro jest miasto Detroit, gdzie przez całe dekady nikt nie zdołał zatrzymać trendu upadku tego miasta, tkwiącego w rozwiązaniach które były skuteczne w latach 50-ych i 60-ych, zupełnie nie sprawdzających się w XXI wieku.

W kontekście konkurencyjności i produktywności gospodarki potrzeba więc sektora publicznego, który skutecznie realizuje postawione przed nim jasno zdefiniowane cele i generującego przy tym możliwie najniższe koszty swojego funkcjonowania dla utrzymujących go firm i obywateli. O ile jednak w sektorze prywatnym firmy nieustająco czują oddech konkurencji, a każde zapóźnienie i nieefektywność prowadzi je do bankructwa, to w sektorze publicznym presja zmian nie jest tak bezpośrednia. Ogranicza to motywację do działania, a tymczasem erozja - choć powolna – sieje spustoszenie, tym bardziej że w sektorze publicznym często brak jest jakichkolwiek zasad i mechanizmów ponoszenia odpowiedzialności.

Wpływ sektora publicznego na konkurencyjność i produktywność gospodarki może być również bardziej bezpośredni. Np. nowoczesne rozwiązania w zakresie e-administracji przekładają się na wzrost produktywności w urzędach. I nie chodzi tu jedynie o przyspieszenie określonych procesów czy też większe możliwości dostosowania usługi do indywidualnych potrzeb. Chodzi także o pozytywny wpływ cyfryzacji na możliwość lepszego skwantyfikowania, monitorowania i porównywania działań urzędników, a tym samym eliminowania marnotrawionego czasu. Ponadto nowoczesny sektor publiczny, to także większe wymagania wobec dostawców – zmienia się paleta zakupowanych dóbr i usług w kierunku tych o większej wartości dodanej i bardziej innowacyjnych. Stymuluje to przekształcenia sektora prywatnego, który by sprostać rosnącym wymaganiom musi się zmieniać z korzyścią dla jego globalnej konkurencyjności.

Słabość sektora publicznego w Polsce

Biorąc pod uwagę wzajemne uzależnienie funkcjonowania sektora prywatnego i publicznego kraj, który chce odnieść sukces, musi mieć sprawne struktury władzy - mające z jednej strony wizję rozwoju kraju, z drugiej zaś działające efektywnie. Jeśli chodzi o wizję, to do tej pory mieliśmy ją w dużej mierze zapożyczoną - podążaliśmy z nurtem integracji europejskiej, przyjmując wypracowane w Brukseli koncepcje i rozwiązania. Dziś to już jednak nie wystarczy. Z jednej strony okazało się bowiem, że Europa Zachodnia nie jest nieomylna. Po drugie, ona sama nie daje dziś jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: co dalej? W tej sytuacji zamiast biernego wyczekiwania potrzebne jest aktywne wyjście naprzeciw nadchodzącym wyzwaniom, posiadanie własnej wizji rozwoju kraju. Tymczasem jak się wydaje, obecna koncepcja rozwoju to w dużej mierze bierne wyczekiwanie na kolejną perspektywę budżetową UE, oczekiwanie na kolejną „zrzutkę” na nasze drogi, kolej, aquaparki itd.

O tym, jak w polskich warunkach wygląda kwestia efektywności sektora publicznego, nie trzeba wiele pisać. Wystarczy przypomnieć, że w dzisiejszym świecie podstawowym źródłem efektywności jest umiejętne wykorzystanie technologii. Tymczasem według najnowszego rankingu ONZ, odnoszącego się do zaawansowania rozwiązań e-administracji, Polska spadła na 47. pozycję w świecie, choć jeszcze w 2008 r. zajmowała 33. miejsce. To efekt dreptania w miejscu, podczas gdy inne kraje zmieniają się w szybkim tempie. Sztandarowy projekt cyfryzacji urzędów to totalna porażka. Z opublikowanego w ub.r. przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji raportu „Państwo 2.0. Nowy start dla e-administracji” bije bezsilność. Stwierdza się w nim wprost, że brak jest m.in.: i) kompleksowego, wielowymiarowego i perspektywicznego podejścia do zadań cyfryzacyjnych, ii) koordynacji przygotowywania i wdrażania projektów informatycznych, iii) kompleksowej wizji użytkownika sytemu, iv) logicznej sekwencyjności w opracowywaniu i realizacji projektów. Jeśli tych podstawowych rzeczy nie ma, to co w takim razie jest? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w dokumentach NIK i CBA, które wielokrotnie zwracały uwagę, że cyfryzacja urzędów to jaskrawe pole nieudolności, nieefektywności i korupcji.

Nawet to, co jest już wdrożone, daleko odbiega od oczekiwań użytkowników i zniechęca tym samym do powtórnego korzystania z kanałów elektronicznych. Potwierdza to zestawienie UE - Polska znajduje się na 4. miejscu od końca pośród 28 krajów członkowskich, jeśli chodzi o ocenę jakości usług oferowanych w ramach e-administracji. Co więcej, sama administracja przyznaje (raport MSWiA i ARC Rynek i Opinia), że według ponad połowy urzędów wdrożenie rozwiązań informatycznych nie zmniejszyło uciążliwości procedur obsługi klienta ani liczby dokumentów w postaci papierowej. Nie ma się co temu dziwić, skoro te same badania wskazują, że dla 41% urzędów wykorzystywanie elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją nie przełożyło się na wyeliminowanie tradycyjnego obiegu dokumentów papierowych, a w prawie wszystkich urzędach funkcjonuje podwójny obieg dokumentów.

Potwierdzeniem, jak mocno sektor publiczny obciąża dziś naszą konkurencyjność, jest analiza oparta na Global Competitiveness Index. W wielu kluczowych obszarach takich jak np. skala obciążeń regulacyjnych, efektywność systemu prawnego w rozstrzyganiu sporów, transparentność prowadzonej przez rząd polityki Polska plasuje się ogonie 144 analizowanych krajów. Te same wnioski płyną z najnowszego opracowania EBC – w kontekście konkurencyjności Polska zajmuje piąte miejsce od końca wśród krajów UE, jeśli chodzi o ocenę funkcjonowania instytucji publicznych.

Potrzebne zmiany

W kontekście roli sektora publicznego dla konkurencyjności i produktywności w Polsce potrzebne są szybkie i głębokie zmiany, obejmujące nowe spojrzenie na funkcjonowanie rządu i głębokie przekształcenia w administracji. Stworzenie nowoczesnego i efektywnego aparatu administracyjnego wymaga: i) zmiany podejścia, tak by punktem odniesienia dla wszelkich działań stało się dobro obywateli a nie biurokracji, ii) kultury „korporacyjnej”, kształtowanej przez wartości takie jak uczciwość,  bezstronność, transparentność i odpowiedzialność, a równocześnie zachęcającej do kreatywności i innowacyjności, iii) właściwego zaprojektowania struktur i efektywnego zarządzania, iv) pozyskiwania pracowników zdolnych realizować wizję nowoczesnej administracji, a także systemu kreowania liderów, v) posiadania systemów motywowania i zarządzania wydajnością – zapewniających, że ustalane priorytety znajdują przełożenie na codzienne działania, vi) systemu identyfikacji i upowszechniania najlepszych wzorców i praktyk działania różnych  szczebli administracji.

Pretekstem i głównym wehikułem zmian powinien być proces cyfryzacji sektora publicznego, w ramach którego należy dokonać głębokiego przemodelowania administracji publicznej, a w szczególności nadać nową strukturę centralnym organom państwowym, tak aby lepiej odpowiadała ona dzisiejszym wyzwaniom i potrzebom. Za szczególnie istotne należy uznać: i) rozdzielenie funkcji strategicznych, długofalowych od bieżących działań, ii) stworzenie instytucji - podlegającej bezpośrednio premierowi - której jedyną funkcją byłaby koordynacja dużych projektów; w jej gestii powinna być komercjalizacja niektórych z tych projektów np. poprzez utworzenie spółki celowej, która bazując na ekspertach zewnętrznych nie będzie skrępowana biurokratycznymi strukturami administracji oraz brakiem woli i zdolności przeprowadzenia zmian, iii) wykorzystanie zmian w strukturze organizacyjnej organów administracji do weryfikacji kadr (otwarty nabór do nowopowstałych urzędów, a nie przeniesienie pracowników), iv) wydzielenie centrum usług wspólnych świadczących na rzecz całej administracji usługi w zakresie finansowo-księgowym, HR, itp.; powinno się również dokonać oceny możliwości oddania części usług w outsourcing do sektora prywatnego, v) scentralizowanie zakupów dokonywanych przez sektor administracji publicznej (aby uzyskać efekt skali i negocjować upusty) i powszechne wykorzystywanie systemów e-procurementowych, które nie tylko pozwalają na redukcję kosztów, ale ponadto zapewniają eliminację nieformalnych powiązań prowadzących do korupcji, vi) upowszechnienie nowoczesnych kanałów komunikacji z obywatelami/firmami, takich jak call centers czy Internet (w częściowym lub pełnym  outsourcingu).

 

Aby tego typu rozwiązania były możliwe, niezbędne byłoby określenie na nowo funkcji państwa, w tym podziału usług na dostarczane bezpośrednio przez sektor publiczny, kontraktowane przez sektor publiczny ale dostarczane przez sektor prywatny i usługi,  dziś zaliczane do publicznych, oferowane wyłącznie przez sektor prywatny. Dobrym przykładem tego typu dylematu jest cały obszar ochrony zdrowia, który w obecnym stanie jest wyjątkowo nieefektywny, a wraz z szybko starzejącym się społeczeństwem będzie wymagał jasnego podziału za co płaci państwo, a za co podatnik z własnych pieniędzy.

Dziś wola faktycznych zmian w sektorze publicznym wydaje się być mocno ograniczona. Wynika to z faktu, że jakiekolwiek zmiany w administracji zmierzające do przekształceń w sposobie jej funkcjonowania oznaczają naruszenie istniejącego status quo, naruszenie istniejących grup interesów i układów. Prowadzi to do torpedowania (mniej lub bardziej jawnego) wszystkich większych projektów reform administracji. Mocno ograniczona wydaje się również zdolność (rozumiana jako zakres dostępnej wiedzy i kompetencji) przeprowadzenia radyklanych zmian przez sam sektor publiczny, o czym dobitnie świadczy obecny stan projektu cyfryzacji. W tej sytuacji jednym z kluczowych elementów przemian musi być wypracowanie formuły zwiększenia udziału sektora prywatnego (firm i obywateli) w przekształcaniu sektora publicznego, formuły partnerstwa publiczno-prywatnego ukierunkowanego nie na projekty infrastrukturalne, ale na przekształcanie sektora publicznego. Tylko to może pozwolić na pokonanie bariery braku woli i zdolności przeprowadzenia rzeczywistych zmian w sektorze publicznym. Zmian, bez których poprawa konkurencyjności i wzrost produktywności będą niemożliwe.

 

* artykuł nawiązuje do dokumentu „Kluczowe wyzwania w kontekście konkurencyjności, produktywności i wzrostu gospodarczego”, stanowiącego wkład TEP do debaty zainicjowanej publikacją raportu „Konkurencyjna Polska”

 

2013-08-14 09:09
Polskie wpisy Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

 W ostatnim tygodniu przez media, i to nie tylko w Polsce, przeszła fala zachwytów nad optymistycznymi wskaźnikami wyprzedzającymi koniunkturę. Wskaźniki takie, na podstawie np. zebranych zamówień, są swego rodzaju próbą zaprognozowania najbliższej przyszłości. I rzeczywiście, po latach marazmu i recesji w krajach Południa pojawiają się dane sugerujące, że kraje te najgorsze mają już za sobą. Pochodną tego jest więc lekki wzrost zamówień eksportowych, ale również poprawa perspektyw handlu. Kraje Południa w wyniku kilkuletniej recesji stały się bardziej konkurencyjne. To zmienia ich pozycje na globalnym rynku i zwiększa siłę eksportową.

O ile wszelkie te analizy wskazują na poprawę, to zbyt wcześnie jest wpadać w euforię. Ton niektórych komentarzy był taki, jakby od jutra czekać nas miało eldorado. Ten optymistyczny ton jest wręcz nieco niebezpieczny, gdyż tworzy oczekiwania nie do spełnienia. Nie mogę zgodzić się z tymi, którzy uważają, że mówienie pozytywnej nieprawdy jest dobre samo w sobie. Nie ma nic gorszego niż utrata wiarygodności, a w przypadku zarządzania kryzysowego jest to szczególnie istotne. O ile więc rzeczywiście można spodziewać się poprawy w handlu, o tyle z popytem wewnętrznym, zarówno w Europie jak i w Polsce, będzie krucho.

Polska jest dobrym przykładem tego rozdźwięku. Perspektywy eksportowe rzeczywiście się poprawiają, a to przekłada się również na lepsze jutro dla polskiego przemysłu. Po stronie popytu wewnętrznego sprzyjać nam będzie niska inflacja i niskie stopy procentowe. Ale jak to zwykle w spowolnieniu, bezrobocie od jesieni znów zacznie rosnąć, marże kredytowe dla przedsiębiorstw również, a kredyt hipoteczny stał się dobrem luksusowym. Do tego dochodzi mocne spowolnienie w inwestycjach publicznych, które jeszcze bardziej zanurkują w najbliższych miesiącach z powodu oszczędności, jakie rząd musi poczynić w związku z nowelizacją tegorocznego budżetu. Prywatne firmy wciąż nie garną się zwiększenia skali inwestycji, pomimo iż zużycie majątku trwałego wskazywałoby no to, że czas na jego odtworzenie już nadszedł. Tak więc, o ile rzeczywiście możemy się cieszyć, że pierwsze półrocze już jest za nami i kolejne pokażą znacznie lepsze wyniki, o tyle ta poprawa będzie bardzo mizerna i przez większość społeczeństwa nieodczuwana.

Podobnie będzie w Europie. Cały rok 2013 to czas recesji, namacalne sygnały ożywienia można będzie zobaczyć w roku przyszłym, a prawdziwą poprawę dopiero w 2015. Stąd apel o umiarkowaną ostrożność. Zarówno do konsumentów, jak i do tych, którzy przygotowują przyszłoroczny budżet. Dobrze byłoby po raz kolejny nie popełnić grzechu nadmiernego optymizmu.

2013-08-14 09:08
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 Jak nie my to oni. To jeden z argumentów za przejęciem aktywów OFE przez ZUS. Kwota 280 miliardów złotych zarówno dziś, jak i w przyszłości na niejednym polityku będzie robiła wrażenie. Co bardziej gorliwi grożą nawet podwyższeniem VAT-u, jeśli państwo tych pieniędzy nie przejmie. To trochę jak gorączka złota, jak się raz te góry złota zobaczy, to już oczu oderwać nie można.

Z badań opinii publicznej wynika jednak, że ponad połowa Polaków uważa, że składki wpłacane do otwartych funduszy emerytalnych to ich własność. De facto podobne zdanie ma też Eurostat, zaliczając kapitałową część systemu w Polsce do sektora prywatnego. Co więcej, w niektórych firmach prywatnych posiadanie oszczędności w OFE i jednoczesna współpraca z akcjonariuszem funduszu są postrzegane jako konflikt interesów. Z drugiej strony, Sąd Najwyższy nie podziela tej opinii, uznając że składki są daniną publiczną i jako taka nie mogą być zaliczane do środków prywatnych. Jak widać kwestia ta jest dalece niejednoznaczna. A tak długo, jak z punktu widzenia polskiego prawa składki przekazywane przez Polaków do funduszy emerytalnych nie będą ich własnością, politycy zawsze będą mieli zakusy aby oszczędności te przejąć i wydać na bieżące potrzeby.

Dlatego też niezbędny jest zapis ustawowy, który uwłaszczy ludzi na składkach. Innymi słowy składki emerytalne wpłacane do II filara stałyby się prywatną własnością ubezpieczonych i od momentu wejścia w życie tych przepisów powstałyby prawa nabyte, blokując tym samym politykom dostęp do składek emerytalnych Polaków. Każda próba zamachu na nasze oszczędności musiałaby się spotkać z reakcją Trybunału Konstytucyjnego. No, chyba że zmieniono by zasady działania Trybunału, tak jak to się stało na Węgrzech, gdzie po zdobyciu większości konstytucyjnej przez FIDESZ ograniczono kompetencje Trybunału wyłącznie do spraw proceduralnych. Pozostaje mieć nadzieję, że w Warszawie Budapesztu nigdy nie będzie.

Zapytają niektórzy, co to za uwłaszczanie, jak i tak obywatele do środków tych nie będą mieli dostępu. Tyle, że w programach emerytalnych z definicji nikt pieniędzmi gromadzonymi na emeryturę nie może dysponować, również w przypadku dobrowolnych systemów. Tym różni się program emerytalny od normalnego oszczędzania, że korzystając z ulg podatkowych (składka bowiem odprowadzana jest zwykle przed opodatkowaniem, opodatkowana jest dopiero emerytura) odkłada się systematycznie pewną część swego dochodu, aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. Do tego czasu oszczędzający nie ma dostępu do tych środków i nie może ich wycofać. Cóż to byłby za system emerytalny, gdyby przed emeryturą można było całe oszczędności wydać na bieżące potrzeby?

Innym obszarem sporu będzie zapewne sprzeciw wobec ustawowego podzielenia składek pomiędzy I i II filarem oraz określania jako prywatnych tych drugich, co byłoby niejako zaprzeczeniem filozofii reformy z 1999 roku. Tyle, że wtedy nikt się nie spodziewał, że pewnego dnia politycy będą chcieli przejąć zgromadzone przez obywateli środki na ich kontach emerytalnych. Niestety premier Węgier Victor Orban pokazał, że tak zrobić można. Stąd też, ucząc się na błędach innych, należy już dziś zabezpieczyć oszczędności emerytalne Polaków przed tego typu pokusami polityków.

Mam nadzieję, że rządząca koalicja pójdzie po rozsądek do głowy i nie zlikwiduje części kapitałowej systemu. Musi jednak w końcu określić sposób wypłaty emerytur z II filara. Dobrze byłoby po tych zmianach raz na zawsze zamknąć tą dyskusję i nie kusić kolejnych parlamentów łatwym pieniądzem. A uwłaszczenie ludzi na składkach mogłoby się stać sukcesem politycznym rządu.

2013-08-14 09:07
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 Od marca mniej więcej widać było, że deficyt budżetowy znacznie przekroczy ten planowany. Po trzech miesiącach ubytek w kasie wynosił 68 procent planu, podczas gdy dochody zrealizowano  tylko w 20 procentach. Takie sytuacje się zdarzają, co więcej Ministerstwo Finansów nie raz przez takie rafy przechodziło. Pod koniec 2012 roku, w obliczu spowalaniającego wzrostu, rząd dokonując korekty budżetu na ten rok brał zapewne pod uwagę, że scenariusz może być jeszcze gorszy niż założony. Zwykle w takich sytuacjach Ministerstwo Finansów „zabezpiecza” się na taką ewentualność prognozując niską inflację, ale też i bardziej konserwatywną dynamikę wzrostu. Każdy minister woli bowiem superatę niż manko w kasie. Szczególnie w sytuacji, kiedy dług do PKB przekracza 50 proc, co ogranicza pole manewru, o czym wszyscy w resorcie finansów doskonale wiedzą. Innym rozwiązaniem było założenie większego deficytu, przyjmując bezpiecznie niższe dochody niż wynikające z prognozy, aby później być mile zaskoczonym. Lub przynajmniej zaskoczonym nie być. Żadnego z tych ruchów jednak nie wykonano.

W ostatnim raporcie Komisja Europejska zwraca uwagę na ciągłe przeszacowywanie przez Polskę dochodów budżetowych w okresie spowolnienia. Innymi słowy gdy nasza gospodarka spowalnia, dochody budżetowe spadają silniej niż zwalnia gospodarka, a resort finansów jakoby nie jest w stanie tego przewidzieć. Nie wierzę, że po 24 latach gospodarki rynkowej Ministerstwo Finansów mogło popełniać tak szkolne błędy. To nie był błąd, raczej wiara, że najgorsze już za nami, a jak będzie źle to będzie można składkę do OFE zawiesić.  Za bardzo uwierzono w Zieloną Wyspę. 2011 był wyjątkowo złudny, po nim bowiem przyszedł znacznie gorszy 2012, z istotnym pogorszeniem dopiero w drugiej połowie roku, bo pierwsza wypadła wyjątkowo dobrze ze względu na boom inwestycyjny napędzany EURO 2012. Tuż po EURO wraz ze spowalniającą gospodarką znacznie zwolnił też silnik publicznych inwestycji. No i weszliśmy w jeszcze gorszy rok 2013, gdzie inwestycje publiczne są znacznie niższe niż przed  rokiem, co negatywnie wpływa na wzrost PKB, a konsumpcja Polaków nie jest już wspierana obniżkami podatków, a wręcz odwrotnie - obciążenia podatkowe nawet nieco wzrastają. Stąd też tak słabe dochody budżetowe. Minister Finansów zapewne wciąż miał nadzieję na odbicie w gospodarce, licząc zapewne, że gdyby ubytek dochodów zamknął się kwotą rzędu 15 miliardów złotych, udałoby się ją „rozłożyć” w budżecie, przesuwając część deficytu na rok kolejny.

Dziura okazała się jednak większa, a przesunięcie jej na przyszły rok oznaczałoby taki sam jak obecnie problem z deficytem, tyle że wszystko to działoby się znacznie bliżej wyborów. Cały obecny problem wynikał z próby zbyt szybkiego zejścia z deficytem i relatywnie zbyt ekspansywnej polityki fiskalnej w poprzednich latach. W konsekwencji wprowadziło to rząd w pułapkę, z której były tylko dwa wyjścia: albo dokonać 24 miliardów oszczędności, albo zawiesić działanie zasad związanych z przekroczeniem pierwszego progu długu publicznego. Gdyby ministerstwo wcześniej brało taki scenariusz pod uwagę, to podobnie jak w 2009 roku ograniczyłoby cześć wydatków bieżących,  unikając kumulacji cięć w ostatnim kwartale tego roku. A przede wszystkim bardziej konserwatywnie prognozowałoby tegoroczny budżet.  No cóż, ta lekcja zbytniego optymizmu wszystkich nas będzie kosztować, bowiem populiści progów bać się już nie będą.

2013-08-14 09:06
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Polska 1981, Grecja 2012, Detroit 2013. Na pierwszy rzut oka trudno zapewne skojarzyć, co łączy te miejsca i daty. W rzeczy samej są to daty upadku: Polski w roku 1981, Grecji w roku 2012 i amerykańskiego miasta Detroit dzisiaj. Różnica pomiędzy tymi wydarzeniami jest taka, że w 1981 nikt głośno w Polsce nie ogłosił faktu naszej niewypłacalności i zaprzestania spłaty i obsługi długu. Grecja, która w końcu zdecydowała się na redukcję swych zobowiązań w 2012 roku, w oficjalnej wersji była krajem, który uniknął bankructwa. Tyle że w rzeczywistości przeprowadzenie restrukturyzacji długu nie jest niczym innym, jak tylko upadłością kraju. Detroit od pewnego czasu próbowało dogadać się z wierzycielami, okazało się jednak, że wniosek o formalną upadłość jest najskuteczniejszym rozwiązaniem, gdyż tylko w ten sposób miasto może się na nowo najszybciej odrodzić. Teraz fundusze emerytalne miejskich pracowników, które zainwestowały w obligacje miasta, za każde 100 dolarów mogą oczekiwać 10. To chyba najlepiej uzmysławia skalę problemu.

Na czym polega upadłość miasta? Przede wszystkim na jasnej i przejrzystej procedurze renegocjacji długów i spłacie ich wierzycielom. Miasto Detroit nie znalazło się nad przepaścią wczoraj, proces upadku miasta ciągnie się od lat 70., kiedy to w wyniku wzrostu cen ropy i poszukiwania bardziej oszczędnych samochodów, konsument amerykański zainteresował się (i to na stałe) japońskimi samochodami. W efekcie w ciągu dekady z miasta wyemigrowało prawie pół miliona mieszkańców. W kolejnych latach proces ten był kontynuowany, tym razem z powodu rewolucji technologicznej, w wyniku której praca rąk ludzkich była stopniowo zastępowana maszynami. Proces ten nasilił się w ostatniej dekadzie i pogłębił go jeszcze kryzys finansowy. W połowie lat 50. w Detroit mieszkało prawie 2 miliony osób, w latach 90. już tylko milion, obecnie 700 tysięcy. O ile jeszcze w 2000 roku w przemyśle samochodowym miasta pracowało 300 tysięcy osób, to w 2010 zaledwie niespełna 120 tysięcy. Ostatnie dwa lata to okres niewielkiej poprawy ze wzrostem zatrudnienia do 150 tysięcy. Głównym problemem miasta przez lata było uzależnienie od jednego przemysłu. Nie udało się stworzyć dlań alternatywy, a wraz ze wzrostem konkurencji globalnej, szczególnie wejściem w życie porozumienia NAFTA, miasto z każdym rokiem traciło swe przewagi. Także niespotykane jak na standardy amerykańskie uzwiązkowienie, które utrudniało dostosowanie do zmian, na stałe przyczyniło się do utraty przewagi konkurencyjnej w stosunku do producentów japońskich. Szacuje się, że w 2005 roku koszt produkcji przez tzw. Wielką Trójkę producentów (Ford, GM, Chrysler) był od 350 do 500 dolarów wyższy na jednostkę wyprodukowanego samochodu w stosunku do porównywalnej produkcji japońskiej. Skutkiem była niższa konkurencyjność, spadek udziału w rynku i emigracja mieszkańców. Z kolei stały odpływ mieszkańców skutkował kurczeniem dochodów i coraz większą presją na wydatki socjalne. Obecnie ponad 80 procent mieszkańców miasta określa się jako czarni lub Afroamerykanie, którzy tak naprawdę nie mają dokąd wyjechać. Ponad 40 procent budżetu miasta przeznaczane jest na wynagrodzenia, a kolejne 40 procent na zasiłki. Zadłużenie miasta wynosi 18 mld dolarów, a kolejne budżety zamykają się z deficytem. A ratować Detroit ani stan Michigan, ani też rząd federalny nie zamierzają.

Dużo w tym podobieństw z Grecją i trochę z komunistyczną Polską. Spójrzmy, co łączy w szczególności Grecję i Detroit: stała utrata konkurencyjności, rosnące zadłużenie, oczekiwanie, że "ktoś na pewno pomoże", związki zawodowe nierozumiejące zmieniającej się rzeczywistości i brak umiejętności zmiany kursu przez rządzących. Przez całe lata. W obu przypadkach jedynym sposobem jest upadłość, redukcja zadłużenia, obniżenie kosztów funkcjonowania i odbudowanie konkurencyjności. W Detroit cała nadzieja wiąże się z tym, że proces upadłości w Stanach jest wyjątkowo efektywny i szybki. Tyle, że po raz pierwszy dotyczy to miasta takiej wielkości, któremu niełatwo będzie szybko stanąć na nogi ze względu na narosłe przez dziesięciolecia problemy strukturalne. Cóż, co nas nie zabije to nas wzmocni, jak mawiał Nietzsche. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w kontekście siły niemieckiego przemysłu samochodowego będą to prorocze słowa.

2013-08-14 09:05
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 W ramach dyskusji o kapitałowym systemie emerytalnym pojawia się argument, że przejmując aktywa OFE, Skarb Państwa - a tym samym całe społeczeństwo – zyskuje, gdyż obniża w ten sposób poziom długu. I przede wszystkim koszty obsługi z nim związane. Innymi słowy im niższy kasowy dług dzisiaj, tym niższe koszty jego obsługi i tym lepiej dla całego społeczeństwa. A jak wiadomo, długiem ukrytym (czyli zobowiązaniami wobec przyszłych pokoleń) rynki finansowe się nie przejmują, gdyż ważne są realne przepływy, a nie przyszłe zobowiązania

 

Na tej zasadzie można jednak dojść do absurdu. Wyobraźmy sobie, że obecnie zatrudnionym urzędnikom państwowym proponujemy rozwiązanie polegające na obniżeniu wynagrodzeń o 10 proc., jednocześnie dając im możliwość wcześniejszego przechodzenia na emeryturę o 3 lata. Albo jeszcze lepiej, oferować certyfikat wcześniejszej emerytury, nieklasyfikujący się do długu publicznego. Kwota zaoszczędzona w wyniku obniżki wynagrodzeń byłaby tożsama z kosztem wypłat wcześniejszych emerytur. Podobnie za ciosem można by pójść również z nauczycielami i innymi pracownikami szeroko rozumianej sfery budżetowej. Efekt makro byłby pokaźny, można by obecny dług publiczny obniżyć o 1 proc. PKB i tym samy zredukować koszty jego obsługi. Idąc tym torem należałoby jeszcze odłożyć w czasie płatności z tytułu projektów infrastrukturalnych po to, aby bieżący dług mógł niższy. Czyli im więcej płatności przerzucamy na przyszłość, tym mniejsze koszty dla obecnie pracujących. Takie fiskalne perpetuum mobile, nieprawdaż?

Oprócz bieżących kosztów długu innym istotnym elementem jest wpływ OFE na rynek kapitałowy. I nie chodzi o to jak utworzenie kapitałowej części systemu wpłynęło na rozwój rynku, ale o to, jaki wpływ miałaby jej likwidacja. Czym innym jest bowiem analiza stanu zastanego, a czym innym teoretyczne rozważania, jak lepiej można byłoby tworzyć system kapitałowy 15 lat temu.  Dzisiaj OFE mają 20 proc. kapitalizacji giełdy (dla porównania przed likwidacją systemu kapitałowego na Węgrzech fundusze emerytalne miały odpowiednio tylko 3 proc.). Mają także udziały w ponad 300 spółkach notowanych na GPW, z czego w 80-ciu jest to udział ponad 20-procentowy. W przypadku przeniesienia akcji zarządzanych dziś przez OFE do ZUS, nawet w wariancie, w którym PTE nimi dalej przez jakiś czas zarządzają, byłoby to przejęciem części kontroli w spółkach przez państwo. Byłaby to zasadnicza zmiana zasad gry i de facto zwiększenie udziału państwa w gospodarce. Nie można też zapominać o tym, że w swych portfelach OFE mają 30 mld złotych obligacji korporacyjnych, które w przypadku nacjonalizacji musiałyby znaleźć nowego nabywcę lub też stałyby się niespłacalne. Nie wspominając o ofertach publicznych, w których fundusze emerytalne grały pierwsze skrzypce, i już same zapowiedzi likwidacji OFE doprowadziły do wstrzymania kilku debiutów. Firma, która wchodzi na giełdę, ma zwykle plany inwestycyjne, które w przypadku niepowodzenia debiutu nie będą realizowane. Naprawdę ciężko wyobrazić sobie scenariusz, w którym likwidacja OFE – lub nawet ich zasadnicze ograniczenie – nie doprowadzi do marginalizacji rynku kapitałowego. Wniosek z tego taki, że likwidacja OFE kosztów obsługi długu nie obniży, a na pewno zniszczy rynek kapitałowy w Polsce.

2013-08-14 09:04
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 To, że szorujemy po dnie, wiadomo już od pewnego czasu. Wierząc, że dno nie będzie muliste, nasuwa się na naturalne pytanie: czy od tego dna będziemy się w stanie odbić, czy też tak sobie poszorujemy przez najbliższe lata?  Wciąż zbyt wcześnie wieszczyć Wielkie Odbicie, bo aby się odbić potrzebna jest odpowiednia energia, której jak widać polskiej gospodarce - a przede wszystkim europejskiej gospodarce - brakuje.

Jedyne źródło optymizmu płynie ze Stanów Zjednoczonych. Tam mianowicie kolejny miesiąc solidnie przyrasta liczba nowych miejsc pracy - od kwietnia tego roku przyrosty te kształtują się na poziomie około 200 tys., co jest ewidentną oznaką dobrej koniunktury. Dane te silnie współgrają z deklaracjami szefa FED B. Bernanke, który zapowiedział powolne ograniczanie luzowania monetarnego pod warunkiem poprawy sytuacji na rynku pracy. Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy wywołały mocną reakcję rynkową w postaci wzrostu rentowności obligacji. I nie tylko w Stanach, ale również w Europie i Wielkiej Brytanii. Taka reakcja wydaje się co najmniej przedwczesna, trudno bowiem oczekiwać, że zaraz nastąpi porównywalna poprawa w Europie. Rynek uwierzył, że gospodarka rośnie, a FED spełni swe obietnice.  Ale w Europie na taki optymizm za wcześnie – wszelkie prognozy wskazują na to, że 2013 będzie wciąż rokiem recesji, a przyszły bardzo słabego wzrostu. Dodatkowo Europa wciąż jest w fazie restrukturyzacji, i to powolnej, nie należy więc oczekiwać, że sytuacja gospodarcza nagle się poprawi.

Podobnie w Polsce. Z lipcowej projekcji NBP wynika, że prognozy na ten i przyszły rok są nieco gorsze od wcześniejszych przewidywań i wynoszą odpowiednio 1.2 proc. dla obecnego roku i 2.4 proc. dla przyszłego. Dobrze to ma być dopiero w 2015, kiedy to wzrost gospodarczy prognozowany jest na 3 procent. Druga połowa tego roku ma szanse być statystycznie lepsza od pierwszego półrocza - ale wyłącznie statystycznie. Nie widać jak na razie silnych sygnałów odbudowywania popytu wewnętrznego ani chęci przedsiębiorstw prywatnych do znacznego przyspieszenia inwestycji. Na inwestycje publiczne jak na razie nie ma co liczyć, w porównaniu z wysoką bazą z zeszłego roku ich dynamika jest ujemna, a bieżące trudności budżetowe jeszcze bardziej inwestycje te ograniczają. Mając na uwadze zarówno cykl inwestycyjny, jak i dynamikę rozwoju wydarzeń gospodarczych w Europie, można się spodziewać – zgodnie z tym, co pokazuje prognoza NBP – rzeczywistej poprawy dopiero w drugiej połowie przyszłego roku. I na taki wariant należałoby się przygotować.

W tym kontekście dobrze jest zawsze zadać sobie pytanie co można zrobić, aby w Polsce wesprzeć to mdłe i powolne odbicie gospodarcze. Jak wszyscy wiemy, pompowanie publicznych pieniędzy w pobudzanie popytu działa na krótką metę i o ile sprawdziło się w 2009, to w najbliższym czasie skuteczne już nie będzie. Nie jest do końca jasny pomysł rządu, jak miały być wykorzystane środki przejęte w ramach likwidacji kapitałowego filara systemu emerytalnego. Zgodnie z wszelkimi zapowiedziami wraz z likwidacją systemu miałoby nastąpić proporcjonalne obniżanie progów ostrożnościowych. Jednak wciąż konkretnej propozycji nie ma. Gdyby jednak padł pomysł wydania przejętych pieniędzy na konsumpcję, to znów gospodarka na chwilę przyspieszy - by potem znów wyhamować. Na trwałe gospodarkę może napędzać tylko sektor prywatny i innowacyjność. Aby to wesprzeć nie trzeba kolejnych programów wydatkowych, ale działań deregulacyjnych, upraszczających przepisy, procedury, ułatwiających załatwianie spraw. Żadne to wielkie reformy, jedynie walka z wewnętrzną biurokracją. Bez tego spełnią się przewidywania, wskazujące na to, że wzrost gospodarczy Niemiec w najbliższych latach będzie zbliżony do polskiego - co źle świadczyłoby o nas, a dobrze o Niemcach.

2013-08-14 09:02
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 W zaprezentowanym niedawno raporcie „Konkurencyjna Polska. Jak awansować w światowej lidze gospodarczej„ pod redakcją prof. Jerzego Hausnera pojawia się ostrzeżenie przed ryzykiem pułapki kraju średniego dochodu. W uproszczeniu jest to stan w którym kraj taki jak Polska  staje się za drogi aby konkurować z Chinami będąc wciąż zbyt mało konkurencyjnym aby konkurować z Niemcami. Polska zbliża się do tego stanu, który nie bez przyczyny nazywany jest pułapką – można w nim bowiem tkwić przez całe dekady. Dotychczasowy wzrost gospodarczy zawdzięczamy przedsiębiorczości, taniej sile roboczej  i efektowi doganiania poprzez import technologii. Jeśli uda nam się poprzez deregulacje gospodarki podtrzymać przedsiębiorczość Polaków, to z roku na rok i tak będziemy tracić dwie pozostałe cechy, zarówno kraju taniego, jak i opierającego swój rozwój na masowym imporcie technologii. W krajach rozwiniętych wzrost bierze się głównie ze wzrostu ogólnej produktywności czynników wytwórczych (TFP) co w praktyce oznacza innowacyjność i umiejętność jej zastosowania w praktyce.  Przejście z kraju, który dogania, na awangardę zmian łatwe nie jest, wymaga przede wszystkim zmiany sposobu myślenia o gospodarce przez rządzących.

 

W europejskiej dyskusji wielokrotnie pojawia się pytanie czy niemiecki model gospodarczy jest możliwy do powielenia w innych krajach Europy. Naturalna odpowiedź na to pytanie brzmi nie, bo przecież nie ma możliwości aby wszyscy mieli wobec siebie nadwyżki eksportowe. Teoretycznie można sobie wyobrazić sytuację, w której Europejczycy mają nadwyżkę eksportową z resztą świata, tyle że historia ostatnich lat pokazuje, że to raczej nie wychodzi. Niemniej wiele krajów Europy było w stanie taką nadwyżkę utrzymać i wiele czynników wskazuje na to, że tak też będzie w najbliższej przyszłości. Polska jak na razie wciąż jest importerem kapitału i technologii i tak długo jak nasz model gospodarczy będzie się na tym opierał nie można oczekiwać pojawienia się nadwyżek eksportowych. Jednak model importu technologii nie jest modelem rozwoju na kolejne dekady, on się już powoli wyczerpuje. Stąd też ryzyko znacznego wyhamowania tempa wzrostu już w najbliższych latach lub też skorzystanie z szansy wejścia na inny poziom rozwoju - czyli przeistoczenie z importera w eksportera.

Baza ku temu już jest. Co prawda jesteśmy tylko elementem łańcucha produkcji wielkich koncernów przemysłowych Europy i znaczna część produkowanych u nas podzespołów jest oparta o zachodnioeuropejską myśl techniczną.  Dzięki temu jednak powstała spora baza know how, niezbędny zasób wiedzy i siły roboczej do przejścia na kolejne stadium rozwoju. W polskich zagłębiach przemysłowych powstaje coraz więcej rozwiązań innowacyjnych, które …. są patentowane w Niemczech (bo tam łatwiej) albo w ogóle nie są patentowane, gdyż wynalazcy nie uważają swych pomysłów za innowacyjne.  Brakuje też kapitału na rozwój i masową implementacje szeregu takich rozwiązań. Wraz z upływem czasu na szczęście rośnie rodzimy kapitał, rośnie też liczba funduszy wysokiego ryzyka wspierających coraz to niższe fazy rozwoju firm, wzrasta też liczba nowych pomysłów. Pozostaje naturalne pytanie czy Polska jest najlepszym miejscem do ich realizacji.

Kluczem do przeskoczenia na kolejny etap rozwoju, oprócz tak oczywistych wyzwań jak deregulacja gospodarki, zasadnicza poprawa jakości świadczonych usług publicznych, odpowiedzialna polityka makroekonomiczna, wspieranie prywatnego sektora a nie państwowego, wspieranie rozwoju rynku kapitałowego (czyli m.in. nielikwidowanie OFE) potrzebne są jeszcze specjalne działania. Przede wszystkim współpraca biznesu z uczelniami, aby jedni słuchali drugich. Bardzo słabo to dzisiaj wygląda, co jest w znacznej mierze pokłosiem PRL, gdzie taka naturalna współpraca nie była potrzebna. W tym miejscu akurat jest miejsce dla działania państwa, które powinno stworzyć mechanizmy wymuszające współpracę. Kolejnym zadaniem dla władz publicznych jest wspieranie nowoczesnej reindustrializacji kraju, ale nie takiej jak przed wojną poprzez wielkie inwestycje publiczne,  ale jako realizację inwestycji infrastrukturalnych tworzących warunki dla prywatnego kapitału pod rozwój nowoczesnego przemysłu. Polska musi też przemodelować swą politykę imigracyjną, ze względów demograficznych bowiem już niedługo brakować będzie w wielu zawodach rąk do pracy, których jedynym sposobem zastąpienia będzie przemyślana imigracja. I na koniec polityka podatkowa państwa powinna wspierać wytwarzaną w kraju wartość dodaną, która kluczem do prosperity każdego kraju. Polska spokojnie może stać się jednym z ważnych ośrodków przemysłowych Europy, trzeba sobie takie zadanie jednak jasno wyznaczyć i konsekwentnie realizować.

2013-08-07 11:51
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 GOŚĆ RADIA PIN

3.07.2013
Ryszard Petru

Agnieszka Witkowicz: Gościem radia PIN jest dzisiaj prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Ryszard Petru. Dzień dobry.

Ryszard Petru. Dzień dobry.

AW: „ZUS zawsze jest, był i będzie. W ciągu ostatnich 23 lat wypłacał emerytury we wszystkich, nawet najtrudniejszych, okolicznościach” – tak mówił premier Donald Tusk. I grozi palcem ekonomistom, którzy próbują społeczeństwo od ZUSu odstraszyć: „Źle by się stało, gdyby udało się wmówić Polakom, że ZUS jest instytucją niegodną zaufania”. A ja bym chciała pomówić o faktach. Jakie mamy podstawy, żeby ZUSowi ufać?

RP: ZUS rzeczywiście zbiera pieniądze i wypłaca. On jest taką maszynką, która te pieniądze zbiera i ma je wypłacać w oddziałach ZUSu, poprzez różnego rodzaju wpływy na konto. Porównywanie ZUSu z OFE jest niewłaściwe, bo cała idea nowego systemu emerytalnego polegała na tym, że mamy dwa różne koszyki. W ZUSie się nie inwestuje, tylko wydaje pieniądze na bieżąco. W OFE natomiast odkładamy swoje oszczędności i one są realnie inwestowane i mają realną stopę zwrotu. Problem ZUSu to nie jest problem ZUSu, tylko problem sposobu, w jaki politycy przyszłości będą wypłacać emerytury.

AW: Mówi Pan, że ZUS to jest taka instytucja, do której się wpłaca i wypłaca. Ale trzeba też pamiętać, że dokłada się z budżetu państwa.

RP: To nie jest instytucja, to jest system.

AW: System, który zbiera, wypłaca to, co zebrał i to, co trzeba do niego dołożyć. I chyba na tym polega główny problem.

RP: Nigdy w historii nowoczesnej Polski składka emerytalna i rentowa nie wystarczała na wypłatę emerytur i rent z ZUSu. Dlaczego? Bo zdecydowana, że zbyt wysoka składka uderzy w rynek pracy. I stąd część emerytur finansowana jest z VATu i akcyzy. Taka jest od dawna przyjęta filozofia systemu. Można powiedzieć, że to, co robi ZUS, wynika z decycji politycznych. Obawy, jakie ma część ekonomistów, w tym ja, to porównywanie waloryzacji ZUSu ze stopą zwrotu OFE.

AW: Trochę jakby porównywać marchewkę z kamieniami.

RP: Nie mam dobrego porównania.

AW: Dwa zupełnie różne systemy.

RP: Stopa zwrotu, którą realizują OFE jest realna. Stopa waloryzacji ZUSu jest zadeklarowana przez polityków. Na papierze zawsze można dużo napisać, ale nie ma pewności, że w przyszłości ta kwota będzie mogła być wypłacona. Bardzo niebezpieczne jest przebijanie się „ZUS da wam więcej”. Kolejna partia może zgłosić, że oferuje 12-procentową waloryzację w ZUSie, ale dobrze wszyscy wiemy, że to nie ta partia będzie wypłacała, tylko rządy w przyszłości.

AW: Pytałam o to ministra pracy, Władysława Kosiniak-Kamysza w ubiegłym tygodniu. Mówił, że może odpowiadać za to, co robi ten rząd, a ten rząd ma ochotę waloryzować.

RP: Pamiętajmy, że wszystko, co robimy teraz, ma wpływ na przyszłość. 15 lat temu, jak wprowadzono system emerytalny, wprowadzono go z myślą, że będą wymagane korekty. SLD i PSL w 1997 roku przyjęły ustawę o OFE, potem koalicja UW-AWS uruchomiła całą reformę. Nikt nie spodziewał się, że 15 lat później będzie pomysł likwidacji. Zaskoczony jestem w ogóle pomysłem likwidacją systemu. Każdy z tych trzech wariantów albo likwiduje system w ciągu dwóch lat, albo go wygasza w okresie dziesięciu lat. Zaskoczony jestem w tym sensie, że jeżeli nastąpi ta likwidacja, to obywatel może mieć wtedy obawy – skoro państwo jest w stanie tak bardzo zmienić reguły gry w ciągu 15 lat, to jaką mam pewność, że za 10-15 lat nie zmieni ich znowu. Minister Kosiniak-Kamysz mimo, że jest młody, może już nie być wtedy ministrem. Będzie ktoś zupełnie inny i powie „Tamten rząd zrobił nieodpowiedzialną waloryzację, ona była nierealna i musimy ją obniżyć”. Bardzo bym się bał tego typu retoryki. Niestety, jak przekręcamy wajchę o 180 stopni – OFE jest dobre i system kapitałowy jest dobry albo OFE i system kapitałowy jest zły – w ten sposób budzimy niepewność w obywatelach i brak zaufania do państwa.

AW: Wyprzedził Pan nieco moje następne pytanie. Obywatele, przyszli emeryci mogą czuć się zagubieni. W 1997 roku mówiono im, że ZUS jest niegodny zaufania, dlatego potrzebny jest system kapitałowy, by mogli tam zbierać swoje emerytury. Nagle narracja zmienia się o 180 stopni i ZUS jest dobry, a OFE złe. Skąd ten biedny obywatel ma wiedzieć i jak on ma zaplanować swoją przyszłość?

RP: Pamiętam, w 1997 roku, miałem przyjemność uczestniczyć w reformie emerytalnej, nie mówiliśmy, że ZUS jest zły. Krytykowany był stary system, który gwarantował wysokość świadczenia, które nie było uzależnione od składek. W momencie, kiedy nastąpiła reforma, to w ZUSie również mamy ten system, gdzie na kontach zaznaczone są nasze wpływy. Od tego czasu, ja to też mówiłem, ZUS jest dobry. Jest podatny na inne ryzyko – ryzyko polityczne. Przyjdzie jakiś populistyczny rząd i zaproponuje waloryzację 15% konta emerytalnego. Później? Przypomnę, Wojciech Jaruzelski w latach 80’, kiedy partia traciła popularność, wprowadził różne przywileje emerytalne, doskonale wiedział, że to nie on będzie te przywileje wypłacał.

AW: A skąd ta nagła zmiana narracji? To jest podyktowane jakimiś bieżącymi potrzebami budżetu? Specjalnie o to pytam, bo patrzyłam na wyniki realizacji budżetu po pięciu miesiącach i tam deficyt dobija do prawie 100%, wynosi ponad 80%.

RP: Gdyby nie problemy budżetowe, nie byłoby tak agresywnej retoryki wobec OFE – takie jest moje zdanie. Być może rząd skupiłby się na tym, co potrzebne, czyli korektach w ramach systemu. System ewidentnie wymaga korekt, bo OFE mogłoby być tańsze, bardziej efektywne i tak dalej. Ale dzisiaj mamy głównie problem budżetowy i problem długu publicznego. Mamy najgłębsze spowolnienie gospodarcze od 2001 roku, w związku z tym mamy znacznie gorsze dochody, niższa jest inflacja, istnieje ryzyko przekroczenia kolejnego progu, jeżeli chodzi w ustawie o finansach publicznych i długu publicznego. W związku z tym, wydaje się, że z punktu widzenia niektórych przedstawicieli koalicji, to jest jedyny pomysł na to, jak rozwiązać krótkoterminowe problemy budżetowe – przejąć aktywa OFE. W innym przypadku w ogóle nie rozumiem tej retoryki, która jest zero - jedynkowa. W ogóle nie słucha się drugiej strony. Poza tym ta dobrowolność nie jest dobrowolnością. Oba wybory powinny być symetryczne. Nawet, gdyby zabronili nam wrócić do OFE. Ale nie o to mi chodzi. Za każdym razem oferta jest taka – ZUS jest lepszy, a zostanie w OFE wiąże się albo z dopłatą, albo z utratą gwarancji. To nie jest symetryczna oferta.

AW: Wszystkie drogi prowadzą do ZUSu. Ostatnie, krótkie pytanie i proszę o krótkie pytanie – co dzisiaj zrobi Rada Polityki Pieniężnej?

RP: Moim zdaniem obniży o 25 punktów bazowych i da sygnał, że na tym koniec.

AW: Dziękuję bardzo, moim i Państwa gościem był prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich – Ryszard Petru. Dziękuję za rozmowę.

RP: Dziękuję.

2013-08-07 11:50
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Każdy z trzech przedstawionych wariantów zmian w systemie emerytalnym w krótszym lub dłuższym okresie likwiduje lub wygasza system kapitałowych emerytur w Polsce. W wariancie pełnej dobrowolności, gdzie pozostający w OFE traci prawo do gwarancji minimalnej emerytury, zaproponowano przenosiny wraz z całymi zgromadzonymi dotychczas aktywami, podobnie do rozwiązania węgierskiego. Nie wiemy oczywiście ile osób zadeklaruje pozostanie w systemie kapitałowym, niemniej przy tego typu zachętach jak utrata gwarancji minimalnej emerytury oraz system, w którym brak decyzji oznacza automatyczne przeniesienie do OFE, można się spodziewać, że większość wyląduje w ZUS. Dodając do tego otwartą możliwość przeniesienia się z OFE do ZUS w każdej chwili, wystarczy jedna bessa, a ludzie masowo uciekną do ZUS, wybierając jak to zwykle w takich sytuacjach najgorszy moment na taką decyzję.  

2013-08-07 11:49
Polskie wpisy Komentarze (2)
1 | 2 | 3 |