29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 Wtorkowa Rzeczpospolita doniosła, iż według sondażu Homo Homini „przeszło 60 proc. ankietowanych popiera odprowadzanie składek emerytalnych od umów zleceń i umów o dzieło, nawet w przypadku jeśli będzie to oznaczało niższe wynagrodzenie”. Akceptacja stabilności zatrudnienia nie jest żadnym zaskoczeniem, każdy wolałby pracować w warunkach bardziej stabilnych, a opłacanie składek tę stabilność zwiększa. Tyle, że jak to zwykle w sondażach, czym innym są deklaracje a czym innym sytuacja realna, w której zleceniobiorca stoi przed konkretnym dylematem: czy dostać mniej na rękę, czy też akceptować rozwiązanie mniej stabilne.

Dlatego też druga część wniosków z tego sondażu kłóci się z praktyką, zleceniobiorcy wybierają tę formę kontraktu o pracę ze względu na to, że im się to prostu bardziej opłaca. Proszę pamiętać, że na składkę zus-owską składa się część emerytalna, rentowa, chorobowa i wypadkowa; te ostatnie trzy mają de facto charakter podatku a nie ubezpieczenia.  Zauważmy, że Polacy nie garną się specjalnie do płacenia składek, w polskim prawie istnieje możliwość dobrowolnego dodatkowego ubezpieczenia w ZUS, z którego jakoś tak mało kto korzysta. A dominująca większość prowadzących działalność gospodarczą nie wiadomo dlaczego woli płacić minimalną stawkę ryczałtową, a nie wpłacać nieco więcej do ZUS. Jest też tak, że w powszechnym przekonaniu to ten zlecający powinien ponieść koszt związany z opłacaniem składek, a nie przyjmujący zlecenie.  Dlatego apelowałbym o ostrożność i rozsądek w wyciąganiu wniosków z tego typu sondaży, gdyż dotyczą one realnej gospodarki, gdzie zależności pomiędzy oskładkowaniem pracy a poziomem bezrobocia dla wielu nie są oczywiste.

Faktem jest, że w Polsce nadużywane jest stosowanie umów tymczasowych. Ta specyfika polskiego rynku nie wynika jednak z naszych cech narodowych, tylko wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej w latach 2012 i 2013. Przypomnieć należy, że dekadę temu, kiedy wzrost gospodarczy spowolnił do jednego procenta, bezrobocie wzrosło do 20 proc. Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby to, że prawie 2 miliony Polaków znalazło pracę za granicą, obniżając tym samym ogólny poziom bezrobocia. Ale sytuacja na rynku pracy łatwa w 2013 roku nie była, nie wspominając o wciąż wysokim bezrobociu strukturalnym i o bezrobociu ukrytym na wsi. Tak długo więc jak rynek pracy będzie rynkiem pracodawcy, a tak jest właśnie teraz, tak długo pracownik będzie zmuszony w większości przypadków akceptować warunki oferowane przez zlecającego. W 2015, kiedy sytuacja gospodarcza ma szansę być znacznie lepsza, pracownik będzie już w stanie wymusić przerzucenie kosztu składki na pracodawcę, a to oznaczałoby znacznie zmniejszenie nadużyć związanych z umowami czasowymi. Przy lepszej koniunkturze bowiem pracodawcę będzie na poniesienie takiego kosztu stać.

W przypadku umów tymczasowych należałoby walczyć z patologiami, a nie z całym systemem. Jeśli śruba zostanie za bardzo przykręcona, to Polacy będą zatrudniani przed firmy outsourcingowe za granicą… świadcząc potem usługi w Polsce. Tak już się w niektórych branżach dzieje. Ważne jest, aby nasi decydenci, zamiast kierować się wynikami sondaży, sprawdzili jak w rzeczywistości działa polski rynek pracy, szczególnie w innych obszarach niż administracja państwowa.

2014-01-29 20:52
Polskie wpisy ekonomia, gospodarka, zus, pracodawca, rynek pracy, umowy śmieciowe, oskładkowanie umów Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Na nowo powróciła dyskusja o tym, czy ta forma umowy o pracę jest dobra dla korzystających z niej. Zanim wylejemy przysłowiowe wiadro pomyj na tę formę zatrudnienia, dobrze byłoby rozdzielić sytuacje, gdzie mamy do czynienia z patologią, a gdzie umowy te używane są zgodnie z ich przeznaczeniem.


Umowy zlecenia mają służyć wykonaniu konkretnej usługi. Jeśli umowa taka jest podpisywana po raz kolejny z tym samym pracodawcą, to z automatu zostaje oskładkowana. Podpisanie pojedyńczej umowy zlecenia trudno jednak nazwać umową o pracę, bo charakter takiego stosunku pracy jest zwykle tymczasowy. Z kolei umowa o dzieło powinna dotyczyć wykonania konktretnego dzieła, które ze swej natury powinno mieć charketer wyjątkowy i jednorazowy, trudno więc znaleźć uzasadnienie dla oskładkowania tego typu kontraktu.

Niemniej - jak to w życiu bywa - zdarzają się nadużycia, szczególnie w okresie, kiedy gospodarka zwalnia. Przedsiębiorcy szukają oszczędności, a także najbardziej elastycznych form zatrudnienia. Sektor publiczny z kolei również oszczędzając, a do tego obawiając się posądzenia o działanie na szkodę państwa, w ramach zamówień publicznych wybiera zwykle oferty o najniższej cenie. Często najważniejszym czynnikiem kształtującym tę najniższą cenę są właśnie wynagrodzenia. I tu koło się zamyka. Najniższe wynagrodzenie to oczywiście nie umowa o pracę, ale kilka umów zleceń podpisywanych jednocześnie… wraz z umową o pracę na jedną ósmą etatu. I to jest ewidentnie patologia. Z patologiami należy walczyć, nie zapominając przy tym o tym, że z umów tych korzystają też setki tysięcy osób, dla których ta właśnie forma jest najwłaściwszą. Artysta malarz powinien móc korzystać z formy umowy, jaką daje umowa o dzieło, ale malarz pokojowy już nie.

W Polsce mamy kilka systemów podatkowych funkcjonujących równolegle. Dla pracowników etatowych, w tym wszystkich urzędników państwowych, mamy system powszechny z dwiema stawkami podatkowymi i pełnym ozusowaniem dochodu do trzydziestokrotności średniej krajowej. Obok funkcjonuje system podatkowy dla osób prowadzących działalność gospodarczą, zwykle płacą oni zryczałtowaną minimalną składkę „zusowską” i podatek zgodnie ze skalą progresywną, lub też podatek liniowy 19 proc. bez możliwości jakichkolwiek odliczeń.  No i trzeci system, oparty na umowach czasowych, gdzie w przypadku prac terminowych możliwe jest niepłacenie składek.  Czwarty to KRUS, dla rolników, z niższymi podatkami i składkami. W ekonomii znane jest pojęcie arbitrażu, czyli poszukiwania najkorzystniejszych rozwiązań z dostępnych na rynku. Jeśli system umów czasowych zostanie w znaczny sposób ozusowany, to nastąpi naturalny odpływ znacznej części osób do systemu drugiego, czyli działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek lub do KRUS-u. Innymi słowy, przychody ZUS znacznie nie wzrosną, część osób straci pracę, a ci, dla których umowa czasowa jest najwłaściwszą formą stosunku pracy, dostaną na rękę mniej.

Dlatego też, poszukując rozwiązań likwidujących patologie, trzeba pamiętać o tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Przy czym przydałoby się też uderzyć we własne piersi i skończyć z niechlubną erą „najniższej ceny”. To wymaga od urzędników większej odwagi i wzięcia na siebie części ryzyka projektu. Ale przecież nie ma nic gorszego niż wygrana firmy, która w ogóle nie nadaje się do zamawianego zadania i wygrywa wyłącznie poprzez kryterium najniższej ceny.

Elastyczne formy zatrudnienia są potrzebne, nie mogą być jednak nadużywane. W krajach gdzie stosunki pracy są sztywne, bezrobocie jest znacznie większe niż w Polsce, w szczególności wśród ludzi młodych. Zbyt daleko idąca krucjata przeciw tzw. „śmieciówkom” część obecnie pracujących wepchnie w szarą strefę, innych w działalność gospodarczą, a jeszcze innym obniży dochody.  System trzeba cywilizować, ale nie niszczyć.

2014-01-29 20:50
Polskie wpisy gospodarka, zus, rynek pracy, umowy śmieciowe, umowa o pracę, elastyczne formy zatrudnienia Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Maciej Bukowski[1]
Andrzej Halesiak[2]
Ryszard Petru

Polska gospodarka od lat nie może się wyrwać ze stanu małej aktywności zawodowej, zapóźnienia technologicznego i w efekcie niskich płac. Co gorsza, coraz więcej czynników wskazuje na to, że w perspektywie kilku lat proces doganiania najlepiej rozwiniętych krajów świata może ulec zahamowaniu. Nie dlatego, że przestaniemy się rozwijać, lecz dlatego, że nasz rozwój spowolni. Obawiamy się, że Polska podąża ścieżką wytyczoną przez kraje południa Europy. Region ten przez lata upatrywał swojej szansy rozwojowej niemal wyłącznie w poprawie stanu infrastruktury transportowej i wydatkowaniu środków strukturalnych EWG i UE, zaniedbując jednocześnie niepopularne kwestie konkurencyjności instytucjonalnej, regulacyjnej i innowacyjności oraz długookresowej równowagi makroekonomicznej.

Przykład, którego nie warto naśladować

Mimo znalezienia się w przedsionku państw rozwiniętych Portugalia, Grecja czy Hiszpania nie znalazły recepty na dołączenie do światowej elity. Ich relatywny poziom zamożności w porównaniu do Niemiec, Szwecji czy USA jest dziś mniej więcej taki sam jak w roku 1970. Ta trwająca 40 lat stagnacja – rozumiana jako zatrzymanie procesów konwergencji - silnie kontrastowała z okresem wcześniejszym (1950-1975), kiedy Europa Południowa rozwijała się wyraźnie szybciej nie tylko od światowego lidera technologicznego – USA, ale i od przeżywającej tzw. chwalebne trzydziestolecie Europy Północnej. Silnik, który napędzał jej wzrost, jednak się zatarł. Stare recepty przestały działać, nowych nie szukano, uznając, że dolce vita już jest na wyciągnięcie ręki.

Głównym powodem utknięcia Południa w pułapce niedorozwoju była słabość instytucjonalna, uniemożliwiająca właściwe zdiagnozowanie trapiących je problemów oraz brak woli politycznej do wdrożenia rozwiązań adekwatnie je adresujących. Czujność południowoeuropejskich elit uśpiła akcesja do UE i płynące z niej fundusze strukturalne, a następnie przyjęcie euro. Procesy te zmniejszyły presję na prowadzenie odpowiedzialnej polityki makroekonomicznej, pozwalając na nadmierną konsumpcję i życie ponad stan przez lata. Unikanie w debacie politycznej ważnych kwestii ekonomicznych i zastępowanie ich populistycznymi „tematami zastępczymi”, niska jakość otoczenia biznesu, przechylenie struktury wydatków publicznych na rzecz sfery socjalnej, zawężenie myślenia o rozwoju do kwestii infrastrukturalnych, niechęć do inwestowania w badania i rozwój oraz oparcie wzrostu na stymulowanym przez kredyt konsumpcyjnym boomie – to praktyczne przyczyny wykolejenia się krajów Południa. Z roku na rok tradycyjne, oparte na niskich kosztach pracy przewagi konkurencyjne firm hiszpańskich czy greckich malały, a w ich miejsce nie pojawiały się nowe bez których wyróżnienie się na konkurencyjnym rynku światowym stało się niemożliwe.

Sukces z przeszłości nie jest gwarancją sukcesu w przyszłości

Szybki wzrost ostatnich dwóch dekad Polska zawdzięcza restrukturyzacji technologicznej i organizacyjnej, umożliwionymi przez szybką stabilizację fiskalną i monetarną osiągniętą dzięki reformom rynkowym lat 1990. Opanowanie hiperinflacji, stabilizacja waluty, prywatyzacja i imitacja rozwiązań prawnych sprawdzonych w Europie Zachodniej pozwoliły na uruchomienie prostych rezerw efektywnościowych oraz podniesienie naszej wydajność znacząco ponad poziom wyjściowy. Coraz lepiej wykształceni Polacy okazali się wyjątkowo skuteczni w imitacji wzorców zachodnich, absorpcji zagranicznego know-how oraz przyciąganiu niskimi wynagrodzeniami, międzynarodowego kapitału. Niepowodzenia europejskiego Południa wskazują jednak, że ten model rozwoju ma swoje ograniczenia, a dalszy wzrost gospodarczy nie może opierać się na tych samych czynnikach, które sprawdziły się w ostatnim ćwierćwieczu.

W polskiej debacie publicznej silnie powinno wybrzmieć przesłanie, że sukcesy transformacji lat 1989-2012 nie dają gwarancji awansu w kolejnych dekadach. Niezmiennie pozostajemy krajem, którego gospodarka skupia się w branżach relatywnie pracochłonnych, szukającym własnej przewagi w niskich wynagrodzeniach. Płace są dziś w Polsce - przy bezpośrednim przeliczeniu kursowym – około czterokrotnie, a po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej około dwukrotnie - niższe niż w Europie Północnej. Nawet w tych nielicznych firmach, których produktywność jest na poziomie niemieckim, wciąż kształtują się one wyraźnie poniżej zagranicznych konkurentów. Dzieje się tak dlatego, że ogólnie niski poziom produktywności dominujących sektorów naszej gospodarki ogranicza ogólny poziom płac w kraju i siłę przetargową wszystkich pracujących.

Niski poziom robotyzacji krajowego przemysłu (przeciętna liczba robotów przemysłowych przypadająca na 10 tys. pracowników w Polsce to 14, przy średniej europejskiej 77 i 250 w Niemczech) oraz czterokrotnie niższe nakłady kapitałowe na zatrudnionego syntetycznie oddają fakt skupienia się działalności produkcyjnej w branżach średniozaawansowanych technologicznie. Udział towarów high-tech w naszym eksporcie zwiększa się najwolniej w Europie Środkowej, tak, że po 25 latach transformacji jedynie 6% sprzedaży zagranicznej polskich przedsiębiorstw to produkty branż wysoko zaawansowanych technicznie, wobec 15% na Węgrzech i 17% w Czechach. Eksport pracochłonnych wyrobów, przy równoczesnym imporcie drogich surowców energetycznych i produkcji high tech skazuje nas na niemal permanentny deficyt handlowy, znikający jedynie w okresach spowolnienia.

Potrzebna deregulacja i innowacyjność

Poszukując źródeł relatywnie niewielkiej konkurencyjności naszej gospodarki należy wyjść od porównań międzynarodowych. Szereg badań przekrojowych takich jak m.in. Doing Business i Paying Taxes prowadzone przez Bank Światowy, Economic Outlook OECD czy ranking WGI Global Regulatory Index, wskazują na główne bolączki instytucjonalne i regulacyjne trapiące polską gospodarkę. Inwestowaniu w naszym kraju nie sprzyjają ogólne bariery przedsiębiorczości, w tym w szczególności przewlekłość i kosztowność procedur administracyjnych (np. budowlanych, prawa energetycznego), długość procedur decydujących o wejściu na rynek nowych przedsiębiorstw, a także zakres sprawozdawczości i kontroli narzucanych przez polskie państwo na już działające firmy. Problemem jest również skomplikowanie i nieprzewidywalność systemu podatkowego oraz sporadyczność zaangażowania kanału elektronicznego w płacenie podatków i utrzymywanie kontaktów między biznesem a urzędami. Źle ukształtowane bodźce działania aparatu skarbowego premiujące restrykcyjność wobec zwykłych podatników przy niskiej skuteczności egzekucji wobec oszustów celowo naruszających przepisy, rzucają kłody pod nogi wielu polskich firm, jednocześnie powiększając dziurę w finansach publicznych. To samo można powiedzieć o nieefektywnie działających sądach gospodarczych - egzekucja należności należy do najwolniejszych i najmniej efektywnych w krajach OECD. A szansa na przeprowadzenie szybkiej i efektywnej ekonomicznie procedury upadłościowej nie zakończonej likwidacją firmy a przeprowadzeniem sanacji znajdującej się w kłopotach firmy, jest bliska zeru. Wszystko to zwiększa koszty i ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, obniżając rentowność i powodując zarzucenie wielu projektów inwestycyjnych.

Ograniczona produktywność polskiej gospodarki jest spowodowana niedostatecznym zaangażowaniem wiedzy w to, co jest produkowane. Stopień przetworzenia wytwarzanych w Polsce dóbr jest znacznie niższy niż w sąsiednich Niemczech, czy nawet Czechach. Mniej złożone są także sieci kooperacyjne między naszymi firmami. Niewątpliwy sukces edukacyjny okresu transformacji obrazowany znaczącym zwiększeniem się odsetka ludzi legitymujących się wyższym wykształceniem i poprawiającymi się z edycji na edycję wynikami międzynarodowego badania kompetencji piętnastolatków PISA, zderza się z rynkiem pracy, który nie potrafi go dobrze zagospodarować. Wiele młodych, dobrze wykształconych osób pracuje nie wykorzystując swoich kwalifikacji lub szuka możliwości ich spożytkowania zagranicą. Tworząc bodźce dla importu zagranicznej myśli technologicznej nie umiemy bowiem stworzyć ekosystemu, który zachęci polskie firmy do inwestowania w badania i rozwój, a na naszych uczelniach uruchomi mechanizmy, gwarantujące szybkie dołączenie do europejskiej elity naukowej.

Polska potrzebuje impulsu inicjującego nową falę modernizacji poprzez połączenie rozwiązań deregulacyjnych ze stworzeniem bodźców dla procesów innowacyjnych i rozwoju nietradycyjnych sektorów o wysokiej wartości dodanej. Istotą przeprowadzanych zmian powinno być ograniczenie obecnej, administracyjno-biurokratycznej, formy obecności państwa w gospodarce. Chodzi o to aby zmniejszyć formalne i nieformalne ciężary nakładane na sektor prywatny przez sektor publiczny przy równoczesnym wzroście strategicznych – w kontekście globalnej konkurencji - funkcji państwa, szczególnie w zakresie budowania podstaw nowoczesnej gospodarki. Jest to konieczne uzupełnienie prowadzonych już działań infrastrukturalnych, które powinno zainicjować nową falę modernizacji i uruchomić samonapędzający i samopodtrzymujący się mechanizm przekształceń gospodarczych.

W ramach agendy deregulacyjnej niezbędne jest zaadresowanie kluczowych problemów instytucjonalnego otoczenia naszego biznesu. Polityka publiczna powinna się przy tym skoncentrować na zaadresowaniu w pierwszej kolejności problemów dobrze określonych i opisanych ilościowo, proponując wyznaczenie jasno określonych celów do osiągnięcia w horyzoncie roku 2015 czy 2020. Tego typu działania można podjąć głównie poprzez klarowne zobowiązanie polityczne, którym towarzyszyłby monitoring działań rządu prowadzony przez niezależną instytucję lub organizację. Ponieważ w międzynarodowych badaniach porównawczych Polska oceniana jest jako kraj szczególnie nieprzyjazny podatnikom i inwestorom, to największa uwaga musi skupić się na kwestiach regulujących zasady działania aparatu skarbowego i bodźce instytucjonalne skłaniające jego pracowników do niepożądanych systemowo zachowań. Do szczególnie rekomendowanych przez nas rozwiązań należą: ograniczenie dowolności orzeczeń, wprowadzenie wiążącej interpretacji podatkowej, założenie o domniemaniu niewinności podatnika, a także zaadresowanie problemu niskiej jakości orzeczeń sądów gospodarczych, poprzez wzmocnienie procesu edukacji ekonomicznej i finansowej sędziów i prokuratorów oraz promowanie zatrudnienia doświadczonych praktyków.

W ramach agendy innowacyjności szczególnie ważne jest zaadresowanie problemu niedostatecznej jakości badań naukowych i szkolnictwa wyższego. To właśnie w tym segmencie polskiej gospodarki mamy do czynienia z wyjątkowo intensywnym drenażem mózgów (emigracja absolwentów, młodych doktorów, pracowników nauki) przy jednoczesnym utrwaleniu zachowań nieprzystających do gospodarki rynkowej. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nawiązanie produktywnej współpracy między nauką a biznesem jest zgoła niemożliwe. Odwrócenie tego negatywnego trendu wymaga stworzenia dla młodych naukowców warunków pracy porównywalnych do tych, z jakimi mają do czynienia na Zachodzie, a więc wzrostu publicznego finansowania badań w stopniu gwarantującym osiągnięcie konkurencyjności płacowej i naukowej na poziomie europejskim (tj. do ok. 0,7%-0,8% PKB). W połączeniu z wdrażaną już, lecz wymagającą kontynuacji, oceną za efekty (publikacje, wdrożenia), premiowaniem współpracy z biznesem i zastosowań praktycznych, importem kompetencji (liderów zespołów) z Zachodu, oraz inwestycjami w infrastrukturę naukową położyłoby to solidny fundament pod innowacyjną Polskę przyszłości. Równoległego zaadresowania wymagałby problem dalekiej od oczekiwań jakości kształcenia na poziomie wyższym. Aby zmusić uczelnie do przygotowania swych przyszłych absolwentów do wyzwań na rynku pracy, niezbędna wydaje się nam zarówno częściowa odpłatność za studia jak i zwiększenie finansowania publicznego, wybranych, czołowych uniwersytetów z jasnymi celami jakościowymi.

Przeprowadzenie tych dwóch agend w sposób skoordynowany będzie silnym impulsem znacząco zwiększającym zaangażowanie w polskiej gospodarce sektorów o wysokim zaawansowaniu technologicznym. Da to nam szansę na przesunięcie się wyżej na globalnej drabinie produktywności i uniknięcie losu krajów europejskiego Południa, które zbyt wcześnie uwierzyły, że drogą do dobrobytu jest tylko lepsza infrastruktura i przyciąganie inwestycji zagranicznych w pracochłonnych branżach przemysłowych. Między Portugalią a Koreą Południową jest dużo przestrzeni i to od polskiej polityki zależy, gdzie się w niej znajdziemy.


[1] WISE Institute oraz Szkoła Główna Handlowa
[2] Towarzystwo Ekonomistów Polskich

2014-01-29 20:47
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Przy tak daleko idących wątpliwościach, jakie zgłosiła do ustawy Kancelaria Prezydenta, jedynym sensownym rozwiązaniem powinno być skierowanie tej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Zakwestionowano przecież fundamenty zmian w OFE, czyli sam fakt przenoszenia a następnie umarzania obligacji znajdujących się obecnie w portfelach OFE. Zakwestionowano wymóg inwestowania minimum 75 proc. aktywów w akcje, zakwestionowano zakaz inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, zakwestionowano zakaz reklamy funduszy emerytalnych i wreszcie zadano pytanie o własność zgromadzonych na kontach środków.

Wszystkie te wątpliwości były wcześniej zgłaszane na etapie tzw. konsultacji społecznych, żadna z tych uwag nie została uwzględniona w procesie legislacyjnym. Dobrze się stało, że Prezydent uwagi te teraz podnosi, tyle że tryb podpisania a następnie skierowania ustawy do Trybunału może być mało skuteczny. Przede wszystkim dlatego, że ta wadliwa (przynajmniej moim zdaniem) ustawa wchodzi w życie. Po drugie dlatego, że Trybunał rozpatruje ustawy podpisane znacznie dłużej niż gdy pytanie o zgodność z Konstytucją pada przed złożeniem podpisu. Różnica jest zwykle spora, a wątpliwości prawne największe od początku transformacji. I brak dobrej odpowiedzi na pytanie, jak teraz powinien zachowywać się rząd, mając świadomość ryzyk prawnych, związanych z przyszłymi decyzjami Trybunału.

Jeśli Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje zapisy tej ustawy i uzna za niezgodny z Konstytucją zapis mówiący o przejęciu przez ZUS i umorzeniu obligacji znajdujących się w portfelach OFE, to da czas na dostosowanie się do tego orzeczenia. Najlepszym z punktu widzenia gospodarki byłoby niedokonywanie takiego zabiegu w ogóle. Jednak rządzący mogą za te kilkanaście miesięcy nie być zainteresowani oddawaniem ubezpieczonym w OFE obligacji, ze względu na to, że pogorszy to „poprawione” od lutego statystyki jawnego długu publicznego. Podejmowane będą więc zapewne różne inne próby bardziej „cywilizowanego” przeksięgowania aktywów obligacyjnych. A być może okaże się, że zwracać obligacje trzeba będzie z odsetkami – i to już będzie większy problem.  Natomiast w przypadku limitów inwestowania w akcje, jak i zakazu kupowania obligacji, potencjalnych strat poniesionych przez przyszłych emerytów na pewno się już nie odrobi. Bo jak udowodnić, że inny portfel w tym okresie wybrany przez OFE byłby bardziej efektywny i taki właśnie bez tych limitów zostałby zastosowany? I jak policzyć utracone korzyści? Nie wspominając o spadku wycen spowodowanych wyprzedażą akcji przez fundusze. OFE bowiem ze względu na połączenie rozwiązania zwanego „suwakiem emerytalnym” (a w praktyce z przekazywaniem wcześniejszym środków zgromadzonych do OFE do ZUS) ze znacznym ograniczeniem napływu nowych składek  (część osób bowiem nie wybierze pozostania w OFE) będą stale więcej przekazywały do ZUS niż otrzymywały. A to w praktyce oznaczać będzie wyprzedaż akcji. Tego też Trybunał nie zrekompensuje.

Rząd nie powinien w ogóle uwzględniać dochodów z ustawy będącej przedmiotem badania przez Trybunał Konstytucyjny, ze względu na ryzyko decyzji Trybunału. Tak byłoby bezpieczniej zarówno dla rządu, jak i dla kraju. Może przecież być to problem tej albo też kolejnej koalicji.

2014-01-29 20:41
Polskie wpisy gospodarka, ustawa, prawo, prezydent, budżet, ofe, system emerytalny Komentarze (0)