29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

  

Witold Gadomski:  Od kiedy spotykamy się w tym gronie, głównym tematem jest światowy kryzys finansowy. Jak długo temat ten będzie powracał, dlaczego próby jego przezwyciężenia nie dają dobrych efektów?

 

Ryszard Petru: Przyszłość strefy euro jest w rękach polityków, a nie rynków finansowych. W lutym i marcu na rynkach zapanowała chwilowa euforia. Pamiętam jak w lutym prezes jednego z funduszy inwestycyjnych powiedział: No, na szczęście Monti uratował Europę. Panowało przekonanie, że najgorsze już za nami. Ta euforia była nadmierna, ale teraz mamy nadmierną panikę.

 

Jeśli przyjrzymy się temu, co się działo w Europie w ostatnim roku, to jednak widać postęp, choć nie wystarczający. Premier Włoch Mario Monti zaczął wprowadzać reformy, choć nie udało mu się zreformować rynku pracy. Premier Portugalii Pedro Coelho też reformuje finanse i gospodarkę swego kraju. W Hiszpanii kryzys banków okazał się większy niż można było przypuszczać, ale dla premiera Mariano Rajoy’a to powinno to być korzystne, gdyż kryzys wymusza reformy, do których rząd w innych okolicznościach nie byłby zdolny. Dobrym przykładem jest blokowana przez wiele lat dyrektywa usługowa, którą teraz pod naciskiem kryzysu należałoby w końcu przyjąć. Klasa polityczna w Europie, chcąc nie chcąc staje się bardziej reformatorska pod wpływem kryzysu właśnie. Za mało mówimy o Irlandii, która z kryzysem radzi sobie znacznie lepiej niż kraje południa Europy.

 

Najtrudniejszą sprawą jest rzecz jasna Grecja. Będzie ona „na kroplówce” niezależnie od tego, czy wyjdzie ze strefy euro, czy nie. Jestem przekonany, że bez względu na wynik wyborów Europa będzie chciała z nowym rządem greckim renegocjować porozumienie. Nie przyzna tego oficjalnie, ale jest przygotowana na taki wariant. Doświadczenie Europy pokazuje, że gdy się nie rozmawia, zawsze się traci. W samej Grecji, nawet gdyby wygrała Syriza, lider tej partii nie ma żadnego interesu w tym aby wyjść ze strefy euro, gdyż na skutek gospodarczego zamętu po kilku miesiącach straciłby władzę. Doszłoby bowiem do ogromnej dewaluacji waluty, co trudno zrobić w sposób kontrolowany. Społeczeństwo zostałoby zubożone w stopniu znacznie większym niż na skutek realizacji programu, uzgodnionego przez poprzednie rządy z Unią Europejską i MFW. Przez długi czas nikt nie byłby zainteresowany w inwestowaniu jakichkolwiek pieniędzy w takim kraju W Hiszpanii najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie program pomocy dla tamtejszych banków. Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że skuteczna restrukturyzacja banków jest możliwa, musi być jednak głęboka i skuteczna. I tak trzeba w końcu zrobić w Hiszpanii. A EBC będzie jak będzie trzeba będzie interweniował, włącznie ze skupowaniem obligacji, choć będzie starał się to przedstawić w taki sposób, by nie narazić się na zarzut, że łamie europejskie prawo, które takich interwencji zakazuje.

 

Nie ma wyjścia idealnego. EBC nie ogłosi, że prowadzi skup europejskich długów, ale ma ten oręż na wypadek gdyby miało dojść do najgorszego, czyli runu na banki. Oczywiście interwencja banku centralnego rozwiąże problem na krótką metę. Fundamentalne problemy pozostaną. Ale rozmawiając o długach, zapominamy czasem o drugiej stronie. Europa ma potężne aktywa – depozyty ludności, gotówkę firm, które często są nadpłynne. Niepewność i wysokie rentowności krajów Południa biorą się przede wszystkim z tego że nie widać tam perspektywy wzrostu. Ale im głębszy będzie kryzys, tym większa będzie presja na polityków, by coś robili dla wzrostu gospodarczego, ale poprzez reformy strukturalne, a nie pompowanie pieniędzy państwowych. Końca świata nie będzie. Po wyborach greckich może się okazać, że sytuacja wcale nie jest taka zła, jak rynki dziś się obawiają

 

WG: Jakie są szanse na to, że wzrost gospodarczy w krajach rozwiniętych przyspieszy? Czy możliwe jest stymulowanie wzrostu?

 

RP: Niemcy są przykładem kraju, któremu udało się prowadzić politykę prowzrostową. Gospodarka tego kraju korzysta ze strefy euro – waluta jest relatywnie słaba – i z rozszerzenia UE – bowiem duża część produkcji została przeniesiona do tańszych krajów, takich jak Polska. Niemcy potrafiły skorzystać na rozszerzeniu Unii, a Francja, która broniła swego przemysłu, nie. Komponenty produkowane są u nas, a u siebie firmy niemieckie skupiają się na produktach o wysokiej wartości dodanej i tych finalnych oczywiście. Akurat Niemcy powinni być w stanie zaakceptować dyrektywę usługową, gdyż stosowany przez nich outsourcing jest namiastką deregulacji rynku usług.

 

Metodami fiskalnymi lub pieniężnymi wzrost można w krótkim okresie pobudzić, ale teraz nie ma już na to pieniędzy. W bogatych krajach inwestycje państwa w infrastrukturę mogą pobudzać wzrost w  ograniczonym stopniu – gdyż wzrost pochodzi z innowacji, a tych nie tworzy sektor publiczny. Większy sens mają w Europie Środowowschodniej, gdyż przynoszą efekty i popytowe i podażowe, tych drugich bogata Europa już poprzez wydatki publiczne nie tworzy.  Dyskusja wzrost, czy oszczędności jest absurdalna, bo przecież oszczędności robi się między innymi po to, by płacić mniejsze odsetki od długu, by była możliwość zmniejszenia podatków, a tym samym pobudzenie wzrostu.

 

WG: Czy kryzys europejski bardzo dotknie Polskę?

 

RP: Gospodarka zgodnie z oczekiwaniami zwalnia. Kolejne kwartały będą coraz wolniejsze. W przyszłym roku wzrost wyniesie około 2 proc. Odczujemy recesję w Europie Zachodniej i stagnację w Niemczech. Już w tym roku po zakończeniu Euro przyjdzie ostre cięcie inwestycji publicznych i funduszy unijnych. W dłuższej perspektywie mamy duże potrzeby inwestycyjne w energetyce, o których była mowa. To może być potencjalnie silny czynnik wzrostu, choć fakt, że energetyka jest zdominowana przez firmy państwowe sprawia, że tych inwestycji wiele nie będzie. Dodatkowo możemy się spodziewać wciąż wysokiej inflacji na skutek słabego złotego.

 

Polska powinna mieć plan B. Oczekiwałbym, że minister finansów przedstawi taki plan premierowi – co należy robić, jeśli sprawy pójdą gorzej niż zakładamy w wariancie bazowym. Obawiam się, że minister ma w zanadrzu nienajlepsze pomysły: podwyżka składki rentowej,  VAT oraz zupełna likwidacja OFE. Taki plan dobiłby gospodarkę i wówczas rzeczywiście moglibyśmy wejść w recesję. Chwilowy spokój jaki panuje i euforia związana z Euro powinny być wykorzystane na przeprowadzenie reform – deregulacji, reform usług publicznych, przyspieszenia prywatyzacji, zwłaszcza energetyki.

 

2012-06-11 12:49
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Rok 2011 był znacznie lepszy od średniej prognoz rynkowych. W Europie kolejne kraje traciły punkty ratingowe, nad rynkami wisiało ryzyko bankructwa Grecji, a kolejni wpadali w spiralę coraz wyższych rentowności obligacji. Na tym tle Polska jawiła się jako oaza spokoju ze wzrostem gospodarczym na poziomie 4.2%.  Stało się tak m.in. dzięki sile niemieckiego eksportu, z którym jest ściśle powiązany jest nasz eksport. Polska bowiem jest obecnie wielkim zapleczem produkcyjnym dla niemieckich eksporterów, a tym samym silnie uzależniona od wahań popytu na towary produkowane przez naszych zachodnich sąsiadów. Dodatnia, dwucyfrowa dynamika polskiego eksportu  wspierała również polski przemysł, który wzrósł w zeszłym roku o ponad 6 procent. Dodatkowo wzrost gospodarczy wspierały inwestycje publiczne i - co najważniejsze -  przyrost  inwestycji prywatnych. Wszystkie te elementy były nadal obecne we wzroście na początku tego roku ale z mniejszą siłą. W sumie ten pierwszy kwartał 2012 nie był jeszcze najgorszy, ale dane opublikowane w zeszły czwartek wskazują wyraźnie na objawy spowolnienia. Wielu zadaje sobie zapewne pytanie, co takiego się stało, że zwalniamy.

 

Wielu ekonomistów przestrzegało przed wolniejszym tempem rozwoju gospodarczego w tym roku. O ile statystyki za pierwszy kwartał pokazują dopiero pierwsze oznaki gorszej koniunktury, o tyle publikacje w kolejnych kwartałach będą znacznie słabsze niż to co zaobserwowaliśmy na początku roku. Wpłynie na to kilka czynników. Zacznijmy od świata zewnętrznego: poważna recesja na Południu Europy, lekka recesja w całej strefie euro, niewielki (ale i tak niezły jak na otoczenie) wzrost gospodarczy w Niemczech. Niemcy eksportują do strefy euro 40 procent swego eksportu, tak więc spowolnienie w Europie przełożyło się już na wyhamowanie niemieckiego eksportu, a co za tym idzie również polskiego. Najbliższą przyszłość widać już w danych dotyczących zamówień eksportowych, które w Niemczech osiągają już lekko ujemną dynamikę. Zwalniający eksport ograniczył wzrost polskiej produkcji przemysłowej, dlatego m.in. przyrost jej wartości dodanej zmalał z poziomu 6.6% w ostatnim kwartale 2011 roku do 3.4% w pierwszym kwartale tego roku.

 

Kolejnym - i tak naprawdę najważniejszym - elementem jest niska dynamika konsumpcji prywatnej, która i tak pozostanie w najbliższych kwartałach głównym motorem wzrostu. Wystarczy tylko zauważyć, że konsumpcja wniosła do wzrostu w ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku w przybliżeniu tyle samo co inwestycje i eksport netto razem wzięte. Wniosła więc relatywnie wiele, ale znacznie mniej niż w pierwszych trzech kwartałach zeszłego roku. Wtedy co kwartał kontrybucja spożycia indywidualnego wahała się w okolicach 2  punktów procentowych, podczas gdy ostatnio było to tylko 1.4 pp. Nie ma się jednak co dziwić, płace rosną prawie w tempie inflacji, pieniądz jest droższy (głównie w wyniku wzrostu marż na rynku bankowym a nie podwyżce stóp przez RPP), a zatrudnienie nie przyrasta. Jak na razie podtrzymują nas inwestycje publiczne, a uwzględniając ostatnie szaleństwa z budową A2 można spodziewać się, że w drugim kwartale ich wpływ na wzrost gospodarczy pozostanie nie mniejszy niż dotychczas. A po Euro 2012 to już tylko w dół.

 

Najbardziej jednak rozczarowały inwestycje prywatne. Po tym jak w zeszłym roku z kwartału na kwartał poprawiała się ich dynamika, osiągając w ostatnim kwartale poziom 9.7%, dane za kwartał pierwszy tego roku na poziomie 6.7% mocno rozczarowały.  Przeciętna polska firma jest nadpłynna, ma dość wysokie wykorzystanie mocy produkcyjnych, wydawać się więc mogło, że jedyne co można w takim warunkach robić to zwiększać inwestycje, po tym jak przed ponad 1.5 roku w latach 2009 – 2010 notowały one negatywną dynamikę. Niestety, często powtarzający się wątek niepewności, szczególnie wynikającej z niestabilności w strefie euro, jest głównym czynnikiem zwiększającym konserwatyzm i ostrożność inwestorów. A inwestycje prywatne są kluczowe dla wzrostu gospodarczego w dłuższym okresie. To one zwiększają produktywność gospodarki, to one tworzą miejsca pracy, to tam właśnie pojawia się innowacyjność. Dziś kluczowym czynnikiem niepewności są turbulencje w strefie euro, czego pochodną jest wysoka zmienność na rynku walutowym i surowcowym. Nie bez znaczenia jest też nieumiejętność wykorzystania przez władze publiczne instrumentu jakim jest partnerstwo publiczno prywatne. Na naszym małym podwórku w tym okresie zawirowań powinniśmy zwiększać stabilność polskiej gospodarki. Czyli obniżać dług, zwiększać jej konkurencyjność poprzez prywatyzację i deregulację i minimalizować niepotrzebną zmienność i nieprzewidywalność. Byłaby wtedy szansa aby trochę zachęcić naszych przedsiębiorców do inwestowania. Bo bez tego gospodarka zwolni bardziej niż w pesymistycznych wariantach rządowych prognoz.

 

2012-06-05 14:41
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Zrobiło się bardzo poważnie. Kolejny tydzień przyniósł odpływ oszczędności z greckiego systemu bankowego, Szwajcaria zapowiedziała wprowadzenie kontroli przepływów finansowych w przypadku opuszczenia euro przez Grecję. W Wielkiej Brytanii rośnie liczba greckich obywateli zamieszkujących wyspy od ponad 5 wnoszących o przyznanie im brytyjskiego obywatelstwa. Szefowa MFW Christine Lagarde chcąc pokazać swe zniecierpliwienie postawą greckich polityków powiedziała, że bardziej przejmuje się losem dzieci w Afryce  niż sytuacja  borykającej się kryzysem Grecji i zaapelowała do jej mieszkańców aby zaczęli w końcu płacić podatki. Odbył się też kolejny szczyt UE, po którym inaczej niż dotychczas nie wydano zbyt wielu uspokajających komunikatów. Uznano bowiem, że przekaz wobec greckiego społeczeństwa powinien zostać podtrzymany, mianowicie że bez reform nie będzie finansowania.  W tym czasie euro zanotowało kolejny dołek wobec dolara, tym razem na poziomie 1.25. W ostatnich latach najniższym poziomem było 1.20 za euro i ewidentnie do tych poziomów zmierzamy. Rykoszetem dostają znów waluty krajów zaliczanych wciąż do wschodzących, stąd osłabienie złotego zarówno wobec euro jak i dolara. Rynek jak widać bierze pod uwagę czarny scenariusz, w którym Grecja chcąc nie chcąc opuszcza strefę euro.

 

Wariant kontrolowanego wyjścia tego kraju z obszaru wspólnej waluty nie można uznać za wysoce prawdopodobny, gdyż wymagałby on zgody greckiego rządu. Nawet najbardziej populistyczny rząd będzie starał się uniknąć takiego rozwiązania. Wariant niekontrolowany jest bardziej realny, a polegałby na odcięciu Grecji od finansowania zewnętrznego i wymuszeniu wprowadzenia nowego środka płatności. Tak jak pisałem w sierpniu zeszłego roku w DGP „Wariant niekontrolowanego wyjścia, choć wydaje się nieprawdopodobny jest jednak możliwy. Wyobraźmy sobie sytuację, iż jeden z zagrożonych obecnie krajów strefy euro, zawiesza realizację planu reform uzgodnionego z Komisją Europejską i MFW. Automatycznie powinno wtedy nastąpić odcięcie go od płynności, co oznacza brak możliwości realizowania bieżących zobowiązań finansowych. … Niekontrolowane wyjście ze strefy euro jest paradoksalnie łatwiejsze i bardziej prawdopodobne niż wariant określany mianem kontrolowanego. Wariant niekontrolowany polegałby na emisji nowego pieniądza, ustaleniu jego poziomu wymiany, jak również przygotowaniu całego zaplecza instytucjonalnego”

 

Taki właśnie scenariusz nam teraz grozi. Podmiotem lirycznym jest Grecja, a partią która może zawiesić program reform jest Syriza. Do tego wszystkiego napięcie podnosi ucieczka oszczędności z systemu bankowego, co w niedługim czasie może doprowadzić do runu na banki. Aby temu zapobiec, europejskie władze monetarne muszą być w każdej chwili gotowe zareagować na tego typu ryzyko. Jest to bez wątpienia najbardziej realne i palące niebezpieczeństwo systemowe. Unia jak i poszczególne kraje przygotowują plany awaryjne na wypadek niekontrolowanego opuszczenia obszaru wspólnej waluty przez Grecję. Według sondażu opublikowanego niedawno w Financial Times, najmniej przygotowani są do takiego scenariusza … przedsiębiorcy z Europy Środkowo Wschodniej. Zapewne dlatego, że sądzą iż ich bezpośrednie powiązania z Grecją jest znikome, a w większości przypadków mają własne waluty i mniej przejmują się problemami wspólnej waluty niż ci którzy się nią na co dzień posługują. Nic bardziej błędnego, niekontrolowane wyjście spowoduje panikę rynkową, prawdopodobnie większą niż po upadku Lehman Brothers. Podobnie jak wtedy zniknęłoby z dnia na dzień wzajemne zaufanie ze względu na ryzyko ekspozycji na grecką część euro, i to nie tą publiczną, która od pewnego czasu jest już zidentyfikowana, ale przede wszystkim na prywatną. Czyli zobowiązania przedsiębiorstw, ludności, banków. Wszystkie te zobowiązania musiałyby być przekonwertowane na nową walutą, co wiązałoby w większości przypadku z zupełną niewypłacalnością dłużników. A biorąc pod uwagę fakt, że nie jest do końca znana skala i sieć tych powiązań, znów jedyną bezpieczną przystanią stałby się EBC. Jednak w przypadku nie tylko greckich ale i niestety portugalskich i hiszpańskich przedsiębiorstw nastąpiłby zupełny paraliż finansowy, gdyż każdy będzie obawiał się powtórki greckiego scenariusza. Pośrednio dotyczyć to może również polskich przedsiębiorców, nie tyle poprzez ryzyko dewaluacji ale przede wszystkim jako wynik zamrożenia europejskiego systemu finansowego. Każdy na taki wariant musi mieć przygotowany plan B. A rolą przywódców zarówno europejskich jak i greckich jest niedopuszczenie do realizacji takiego scenariusza.

 

2012-05-29 06:22
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Codziennie słychać, że Europa ma dość oszczędzania, że przyczyną dzisiejszych problemów Grecji są cięcia, że zupełne pominięto  aspekt wzrostu gospodarczego.  W trakcie  weekendowego spotkania G8 w Waszyngtonie Angela Merkel była pod obstrzałem zwolenników tzw. promocji wzrostu, Niemcy są bowiem symbolem dobijających gospodarkę oszczędności. Biedna Angela, nie dość, ze jej wyborcy mają dość finansowania zadłużonych krajów Południa, to jeszcze ze strony przywódców świata narasta presja aby spuściła z tonu i poluzowała reguły fiskalne. I jeszcze zgodziła się na euro obligacje (które efektywnie przecież też musieliby gwarantować Niemcy).  Do tego jeszcze dochodzi wygrana Fracoise Hollanda pod hasłem wspierania wzrostu jako alternatywie dla oszczędności. Ale czy to naprawdę jest alternatywa?

 

Trudno jest znaleźć przywódcę który byłby przeciwny wspieraniu wzrostu. Jak można nie wspierać czegoś na czym wszystkim zależy? Problem tylko polega na tym, że wzrostu gospodarczego nie da się zadekretować. Politycy najczęściej używając tego typu haseł mają na myśli pompowanie pieniędzy publicznych w gospodarkę.  Prezydent Obama chyba wciąż w to wierzy, szczególnie, że wolno rosnącą amerykańską gospodarkę na krótko  można pobudzić wydatkami publicznymi. Po to aby wygrać wybory. Pamiętajmy jednak, ze po wyborach czas płynie dalej i dzisiaj  - po kilku latach kryzysu - widać jak nieskuteczne i zarazem groźne może być tworzenie strategii wzrostu w oparciu o wydatki publiczne i zadłużanie państwa. A dodatkowo, obecnie, mało też kogo na taką politykę stać.  Stąd pytanie, jak tak naprawdę miałaby wyglądać polityka wspierania wzrostu w dobie nadmiernego zadłużenia większości europejskich państw?

 

Strategia polegająca na wywołaniu dodatkowego popytu w gospodarce poprzez wzrost wydatków rządowych znana jest od lat 30-ych. Gdyby jednak było to takie proste, większość krajów ładowałoby pieniądze państwowe w różnego rodzaju przedsięwzięcia a świat byłby szczęśliwą krainą mlekiem i miodem płynącą. Ale, wydatki publiczne z czegoś trzeba finansować: albo z podatków, albo z długu - czyli przyszłych podatków. Jeśli więc wydatki te wspierają wzrost w fazie ich wydatkowania, a nie tworzą lepszych warunków do rozwoju później, pieniądze takie są wyrzucone w błoto. A ciężko jest znaleźć w obszarze zamożnych krajów projekty inwestycyjne zapewniające generowanie potencjału wzrostowego w okresie kiedy inwestycje realizowane z pieniędzy publicznych.

 

Z drugiej strony społeczeństwa przywykłe przez lata do dobrobytu i mamione przez polityków obietnicami bez pokrycia nie są skłonne zaakceptować pogorszenia warunków życia. A nawet jeśli, tak jak we Włoszech w pierwszych miesiącach urzędowania premiera Monti’ego, to chwilę później oczekują szybkich rezultatów podejmowanych reform. Doświadczenia międzynarodowe w tym obszarze pokazują jednoznacznie, że głęboka i szybka dawka reform jest znacznie lepsza niż rozciągane w czasie poprawianie systemu. Ciekawe są doświadczenia włoskie, gdzie w ciągu pierwszego miesiąca urzędowania nowemu premierowi udało się podwyższyć wiek emerytalny, bez większych protestów społecznych. Dzisiaj jest im znacznie trudniej przeprowadzać dalsze reformy, minął bowiem okres miodowy nowego rządu, społeczeństwo uznało, że już wystarczy, a presja rynkowa zmalała. Teraz w obliczu greckiego chaosu znów rynki mogą wymóc przyspieszenie niezbędnych reform zarówno we Włoszech jak i w innych krajach Południa. Negatywnym przykładem odkładania reform jest Hiszpania, gdzie niekonsekwentne wprowadzanie niezbędnych zmian systemowych, a w szczególności odkładanie głębokiej restrukturyzacji portfela bankowego doprowadziło do tego, że dzisiaj Hiszpania jest w kolejce tuż za Portugalią do ewentualnej restrukturyzacji długu.

 

Przyczyną problemów Południa Europy, a w szczególności Grecji, nie jest zbyt duża dawka reform, a wręcz odwrotnie, brak konsekwencji i skuteczności ich wprowadzania. W Grecji w szczególności potrzebna była i jest nadal terapia wstrząsowa. Jeśli nie zrobią tego sami, zrobi to za nich rynek. Odcięcie od finansowania z UE oznacza, że będą musieli wprowadzić równolegle z euro nowy środek płatniczy, który od  samego początku będzie tracił na wartości w stosunku do wspólnej waluty, tym samym doprowadzając do drastycznego zubożenia tamtego społeczeństwa. Ta druga alternatywa jest bez wątpienia znacznie gorsza niż konsekwentny plan reform.

 

2012-05-23 08:43
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Europejczycy boją się rezerwować sobie w Grecji urlopy, bo nie wiedzą co się będzie działo w tym kraju po zaplanowanych na 17 czerwca wyborach. W ostatnich tygodniach rezerwacje spadły o połowę.

 

- Od wyborów, które odbyły się 6 maja zanotowaliśmy 50-proc. spadek rezerwacji - powiedział Jeorjos Drakopoulos, dyrektor generalny organizacji skupiającej firmy turystyczne (SETE). - Hotele mają atrakcyjne oferty, ale to nie o to chodzi. Dla wielu turystów odwiedzających Grecję bardziej niż pieniądze liczy się bezpieczeństwo - dodaje.


Grecja jest pogrążona w kryzysie gospodarczym i politycznym. W tym roku piąty rok z rzędu gospodarka kraju będzie w recesji. W wyborach z 6 maja żadna z partii nie zdobyła takiej większości głosów, by móc utworzyć rząd. Potrzebne są nowe wybory, które zdecydują o tym czy Grecja nadal będzie przeprowadzała reformy, czy się od nich odwróci i być może będzie musiała nawet opuścić strefę euro. 


Grecją często wstrząsają strajki i protesty, które paraliżują np. pracę komunikacji publicznej czy lotnisk. To turystom się nie podoba. Tymczasem turystyka, zdaniem SETE, odpowiada za 15,7 proc. greckiego PKB, a sektor turystyczny daje - bezpośrednio lub pośrednio - pracę 768 tys. osób. 


Przedstawiciele greckiej branży turystycznej przekonują, że obrazki z telewizji nie są reprezentatywne dla całej Grecji. - Obce media pokazują problemy w Atenach, ale nie pokazują reszty Grecji, gdzie warunki są zupełnie inne - mówi Panagiotis Moriatis, prezydent president stowarzyszenia hotelarzy w Nafplion. Jego zdaniem w tym roku przychody jego biznesu mogą spaść o 15 proc. 


Zdaniem Drakopoulosa widać spadek przyjazdów turystów z Niemiec, bo to właśnie Niemców Grecy najbardziej obwiniają o konieczność wprowadzania w życie drakońskich oszczędności.


- W zeszłym roku mieliśmy wzrost o 10 proc. w przyjazdach niemieckich turystów. W tym roku mamy spadek o 25-30 proc. Niemieccy turyści obawiają się, że w Grecji coś im się może stać - uważa Drakopoulos.


Ale takich informacji nie potwierdza Sybille Zeuch z Niemieckiego Stowarzyszenia Turystycznego (DRV). Jej zdaniem w ostatnich tygodniach niemieckie rezerwacje na wakacje w Grecji rosną i jeśli dobrze pójdzie to w całym roku nie będą bardzo odbiegać od tych z 2011 roku. Wtedy do Grecji przyjechało 2,5 mln Niemców.

 

http://m.wyborcza.biz/biznes/1,106501,11761884,Turysci_unikaja_Grecji__Boja_sie_skutkow_tamtejszego.html

2012-05-21 09:49
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Zacznijmy od faktów. Od połowy 2009 r. depozyty w Grecji skurczyły się o 72 mld euro, czyli o jedną trzecią! W ciągu ostatnich dni Grecy wyciągali z bankomatów ponad pół miliarda euro dziennie. A im większe będzie ryzyko opuszczenia strefy euro, tym szybciej będą pracować greckie bankomaty.

 

Zamiana wspólnej waluty na drachmę wiąże się bowiem z obawą zablokowania przez pewien czas dostępu do gotówki, a chwilę później z dewaluacją nowej waluty. Ale to tylko jeden z aspektów paniki. Innym, mniej widocznym, ale równie poważnym w skutkach, jest skrajna niepewność i wzrost ryzyka jakiejkolwiek działalności inwestycyjnej. A to pogłębia recesję i beznadzieję w gospodarce. Kto będzie teraz inwestował w Grecji, kiedy w każdej chwili wszystko może runąć jak domek z kart? A i tak to dopiero preludium przed tym, co nas może czekać. Greckie społeczeństwo ma najwyraźniej świadomość ryzyka związanego z opuszczeniem obszaru wspólnej waluty, dlatego też ponad 80 proc. Greków jest za tym, aby z euro nie wychodzić. Nawet lider skrajnie lewicowej Syrizy Alexis Tsipras nie jest zwolennikiem takiego rozwiązania. Pytanie więc, co musiałoby nastąpić, aby taki czarny scenariusz się ziścił. 

 

W ostatnich tygodniach większość przedstawicieli Unii Europejskiej nie przebiera w słowach i straszy wyjściem Grecji z euro, jeśli tylko Grecy wybiorą drogę bez reform. Cała ta ostra retoryka ma doprowadzić do tego, aby rozpisane na 17 czerwca kolejne wybory parlamentarne przerodziły się w plebiscyt „za" lub „przeciw” euro. Chodzi o to, aby głosowanie na Syrizę i inne populistyczne partie nawołujące do zerwania porozumień z Europą zostało utożsamione z głosowaniem przeciw euro. Najnowsze sondaże pokazują, że strategia ta odnosi już pewne sukcesy, bowiem zwolennicy podtrzymania porozumień unijnych po raz pierwszy mocno odbili w sondażach. Do wyborów pozostał cały miesiąc, wiele się więc jeszcze może zdarzyć. 

 

Grecji wyjście ze strefy euro w średnim terminie się nie opłaca. A na pewno nie opłaca się politykom, którzy byliby odpowiedzialni za przeprowadzenie tej operacji. Oprócz drenażu oszczędności doprowadziłoby to do masowego bankructwa przedsiębiorstw. Ich zobowiązania w euro po przekonwertowaniu na drachmę i po jej dewaluacji doprowadziłoby do bardzo silnego wzrostu zadłużenia w nowej lokalnej walucie. W wielu przypadkach nie do spłacenia. A potem już tylko fala rosnącego bezrobocia, emigracja i zamieszki uliczne, jakich współczesna Europa jeszcze nie widziała. Sam proces opuszczania obszaru wspólnej waluty też nie jest prosty. Po pierwsze, wymagać to będzie wniosku ze strony greckich władz. Po drugie, musi się to odbyć szybko i skutecznie. W momencie podejmowania decyzji musiałby zostać zamrożony dostęp do kont bankowych i innych instrumentów finansowych, włącznie z blokadą na pewien czas bankomatów. Toż to zupełny paraliż kraju. Jedynym podobnym przykładem może być Argentyna, choć tak naprawdę więcej jest jednak różnic niż podobieństw. Przede wszystkim dlatego, że Grecja nie ma własnej waluty, a główne ryzyko nie dotyczy przecież samej Grecji, ale efektu zarażenia. Inaczej nikt by się tym krajem już dawno nie przejmował. Jednocześnie skala powiązań greckiej gospodarki z resztą kontynentu jest nieporównywalna z tą, jaka miała miejsce w przypadku Argentyny.

 

Seria deklaracji ze strony przedstawicieli UE była bardzo mocna i jednoznaczna: jeśli Grecja nie będzie realizować uzgodnionego planu reform, może się pożegnać ze wspólną walutą. Uzgodniony pakiet reform jest nienegocjowalny. Z drugiej strony greckie partie polityczne, nawet te, które mówią o potrzebie kontynuacji, wskazują, że uzgodniony pakiet reform musi zostać złagodzony, bo greckie społeczeństwo nie akceptuje już dalszych wyrzeczeń. Stanowiska są skrajne, ale jak to zwykle w negocjacjach, trwa teraz przeciąganie liny. Grecy chcą pozostać w strefie euro, będą nadal potrzebować wsparcia finansowego z UE, ale chcą, aby mogło się to odbyć mniejszym kosztem. I UE ma tego świadomość, nie chce jednak wysyłać sygnałów zmniejszających napięcie na rozciąganej linie. Jak wiemy z doświadczenia, przeciąganie liny, zbyt agresywne i jeszcze szarpane, może spowodować, że ta lina w końcu pęknie. Czasem tak się zdarza i tego właśnie świat się boi najbardziej. A niektórzy greccy politycy idą naprawdę po bandzie. 

 

Wciąż mam nadzieję, że najgorsze się nie wydarzy. Opuszczanie strefy euro teraz, przy tak rozedrganych nastrojach na rynkach finansowych, przy recesji w krajach Południa połączonej z nadmiernym zadłużeniem, byłoby niebezpieczne nie tylko dla Grecji, ale i dla całej Europy. Wciąż nie ma bowiem sensownego planu B, a EBC wyzwania może tym razem nie udźwignąć, panika bowiem byłaby inna – i prawdopodobnie większa niż po upadku Lehman Brothers. Dlatego politycy będą takiego czarnego scenariusza unikać jak ognia. No chyba że lina pęknie…

 

2012-05-21 07:50
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

  

Dziś już wszyscy mówią o wyjściu Grecji ze strefy euro. O ile jeszcze kilka tygodni temu był to temat tabu w EBC, o tyle teraz to już prawie wszyscy członkowie zarządu tej szacownej instytucji dali do zrozumienia, że taka możliwość istnieje. Nie dzieje się to oczywiście przypadkiem, ma to być swego rodzaju prysznic otrzeźwienia na greckich polityków, szczególnie dla lewicowej partii Syriza, która według najnowszych sondaży ma największe szanse na wygranie wyborów parlamentarnych. Przypomnę tylko, że wybory te mają być rozpisane na czerwiec, jeśli ostatecznie nie uda się powołać nowego rządu. Partia Syriza szła do wyborów pod hasłami wstrzymania programu oszczędnościowego i wprowadzenia moratorium na spłatę długów. Co najważniejsze jednak, lider Syrizy Alexis Tsipras nie chce wyjścia Grecji z obszaru wspólnej waluty. Większość Greków też nie.  Retoryka ze strony bogatych krajów członkowskich, a także instytucji unijnych, ma na celu uświadomienie Grekom (a w szczególności tamtejszym partiom politycznym), że wstrzymanie reform będzie się równać opuszczeniu przez Grecję wspólnej waluty.

 

A jak wiadomo nie jest to wcale takie proste. Przede wszystkim nie są tym zainteresowani sami Grecy, nawet najbardziej lewicowi i populistyczni. Proces ten nie może polegać na wypchnięciu kraju ze strefy euro, musi uwzględniać również wolę wychodzącego. Ciężko sobie wyobrazić, aby Grecy wystąpili z takim wnioskiem. Przypomnę tylko - na co wielokrotnie zwracałem uwagę - że konwersja euro na drahmę i jej głęboka dewaluacja spowoduje: ucieczkę wszelkich oszczędności zarówno prywatnych jak i korporacyjnych; proporcjonalny do skali dewaluacji wzrost wszelkich długów zewnętrznych, włącznie z zadłużeniem państwa; wzrost kosztów importu wszelkich dóbr i usług; zamrożenie na jakiś czas rynku finansowego; bankructwa przedsiębiorstw i dalszy (ale tym razem skokowy) wzrost bezrobocia; wstrzymanie wszelkich inwestycji. Kraj ten nadal musiałby być na kroplówce Unii Europejskiej, nikt bowiem nie będzie skłonny udzielić finansowania w okresie zawirowań dewaluacyjnych. A kroplówka oznacza ciągłe uzależnienie od bogatych krajów UE,  nie sądzę aby liderzy greckich partii opozycyjnych tej świadomości nie mieli.  W krótkim okresie celem takiej partii jak Syriza jest przejęcie władzy i jednocześnie maksymalne złagodzenie programu reform. Będą się przy tym powoływać na głos ludu, który reformy odrzuca. Ale po przejęciu władzy nie będą mieli wyjścia, będą musieli kontynuować w ten czy w inny sposób działania które były podejmowane przez dotychczasową koalicję. Być może tylko z inną retoryką.

 

To byłby scenariusz najbardziej prawdopodobny. Nie możne oczywiście wykluczyć wariantu bardziej skrajnego, w którym wszystkie te racjonalne argumenty nie trafiają do greckich przywódców i w wyniku serii nieporozumień, włącznie z trzaskaniem drzwiami jak miało to miejsce swego czasu w Argentynie, dochodzi do niekontrolowanego upuszczenia obszaru wspólnej waluty przez Grecję. Świat takiego scenariusza najbardziej się obawia, nie jest w stanie bowiem przewidzieć wszelkich konsekwencji związanych z taką serią wypadków. Duże znaczenie przywiązywane jest do tzw. zapory ogniowej, czyli funduszu stabilizacyjnego, który należałoby użyć w przypadku paniki i wstrzymania finansowania rynkowego dla krajów Południa. Ale przy dzisiejszej niepewności może się okazać, że panika dotrze już nie tylko do Hiszpanii, ale i Włoch a nie daj Boże i Francji. Żadna zapora ogniowa nie wystarczy aby zatrzymać taki pożar. I tu nie chodzi o Grecję, ale o to, że w każdym z tych krajów coś jest nie tak. W Hiszpanii wciąż niedokapitalizowany sektor bankowy, generujący coraz większe straty, we Włoszech coraz większe trudności z przeprowadzeniem odpowiedniego pakietu reform i recesja, we Francji większy deficyt niż planowano i niepewność na ile na poważnie należy traktować zapowiedzi zmiany kursu gospodarczego w kampanii wyborczej prezydenta elekta Francois Hollande. Wyjście Grecji ze strefy euro w czasach prosperity i spokoju na rynkach finansowych było nieporównywalnie łatwiejsze. Pamiętajmy jak zmiotło ekipę Busha ze sceny politycznej po panice i zapaści spowodowanej upadkiem Lehman Brothers.  I tak wcześniej czy później któryś z banków musiał upaść, jednak to się działo już po decyzji z 15 września było zupełnym zaskoczeniem dla decydentów.  Wszyscy teraz obawiają się tego samego. Dlatego wciąż uważam, że wariant opuszczenia obszaru wspólnej waluty przez kolebkę demokracji za mało prawdopodobny, ale oczywiście niewykluczony. W najbliższych tygodniach, dopóki nie wyjaśni się polityczna sytuacja w Grecji będziemy mieć do czynienia z wyjątkową nerwowością na rynku, w tym ze słabym i bardzo zmiennym złotym. 

2012-05-15 07:52
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

  

Podczas wizyty premiera Chin w Polsce rozległy się głosy zachwytu jakie to świetlane czasy nas czekają w związku z perspektywą chińskich inwestycji. Niektórzy nawet oczekiwali, że Polska stanie się pomostem dla chińskich przedsiębiorstw zdobywających rynki Unii Europejskiej. W obu przypadkach należałoby zejść na ziemię. Co do idei pomostu, to w dobie globalizacji tworzenie jakichkolwiek pomostów nijak się nie ma do realiów dzisiejszego świata biznesu. Chińscy przedsiębiorcy nie potrzebują pomostów aby inwestować w krajach UE. Zapewne chcieliby wygrywać kontrakty publiczne, ale my mamy już złe doświadczenia, a co ważniejsze UE oczekuje od Chin wzajemności w dostępie do zamówień publicznych w Kraju Środka.  Najbardziej absurdalnym jest jednak zachwyt związany z deklaracją chińskich inwestycji w Polsce. Wciąż jak widać pokutuje w opinii publicznej przekonanie, że prawdziwy kapitał to musi być zagranicą, a na polski nie ma za bardzo co liczyć.  

 

Po ponad dwudziestu latach transformacji przeszedł czas aby na chłodno ocenić możliwości inwestycyjne w Polsce. Nie chodzi o to aby nie zachęcać inwestorów zagranicznych do inwestowania w naszym kraju, ale na pewno nie powinno się tego robić kosztem polskich przedsiębiorców. To nie jest tak, że dziś cały przyrost kapitału czy know-how pochodzi z zagranicy. Tak było na początku lat 90-ych, wiele się od tego czasu zmieniło. Wiele polskich firm prywatnych osiągnęło rozmiary średnich firm europejskich. Średnia polska firma jest nadpłynna, według danych NBP ponad 70 procent przedsiębiorstw deklaruje brak problemów z płynnością. Wyjątkiem jest budownictwo gdzie wskaźnik ten nieznacznie przekracza 55 %. Co więcej, największe polskie firmy deklarują brak jakichkolwiek problemów płynnościowych! Co ważne z kwartału na kwartał rośnie odsetek firm deklarujących rozpoczęcie nowych inwestycji, obecnie planuje to zrobić ponad 40 procent firm.

 

Nie jest też prawdziwe przekonanie o braku innowacyjności polskich przedsiębiorców. Wielu z nich tworzy innowacje, przy czym nie zawsze przecież muszą być to rozwiązania innowacyjne w najnowszej technice high tech. Są to zarówno rozwiązania produkcyjne, procesowe, jak i produktowe. Wiele z tych pomysłów nie jest jednak uznawana przez same te firmy za innowacje, część natomiast nie jest patentowana ze względu na koszty związane z procesem patentowym. Znane są też przypadki patentowania polskich wyrobów poza granicami naszego kraju ze względu na łatwiejsze procedury i lepszą znajomość tematu. Ten olbrzymi potencjał inwestycyjno innowacyjny nie znajduje zwykle uznania wśród polityków, gdyż jest rozproszony, często unika świata polityki, marząc raczej o tym aby politycy nie przeszkadzali. Część z tych firm w ciągu ostatnich dziesięciu lat rozpoczęła proces inwestycji poza granicami Polski. Najwyższy czas aby ich w tych działaniach wspierać.

 

Przez ostatnie 20 lat nie udało się też wypromować polskiej marki globalnej, a nawet marki o zasięgu europejskim. Wszelkie działania publiczne niewiele tu wskórają, nie oczekujmy też że robotę tą wykona jakaś firma państwowa. Tam raczej trudno o innowacje. Szanse na stworzenie polskiej marki dają właśnie firmy prywatne inwestujące globalnie. To wśród nich, w perspektywie najbliższej dekady, pojawią się marki globalne. Nie sposób dziś określić w jakim to będzie segmencie rynkowym.  Na razie wciąż jeszcze pokutuje na Zachodzie Europy, a szczególnie w Niemczech, przekonanie o słabej jakości polskich produktów. Dlatego też wiele dóbr produkowanych w Polsce na Zachodzie Europy sprzedawany jest po lokalnymi brendami. Ten etap też musimy przejść, jedynym sposobem aby tego skutecznie dokonać jest właśnie globalna ekspansja.

 

Z kolei w ekspansji na Wschód na razie stoimy na przegranej pozycji, brak jest wciąż odpowiednich porozumień wzajemnych, szczególnie między Polską a Rosją. Nie mamy też ubezpieczeń komercyjnych w prawdziwym stylu gdzie na zasadach czysto komercyjnych można by ubezpieczać poważniejsze polskie inwestycje na Wschodzie. Silniejsze od nas kraje UE znacznie skuteczniej od nas promują i chronią swoje inwestycje w krajach byłego ZSRR. Tu wciąż jest olbrzymie pole do popisu dla władz państwowych.

 

Dzisiaj państwo powinno wspierać polską przedsiębiorczość zagranicą, tak jak czynią to inne kraje. Potrzebna jest zmiana podejścia polskiej dyplomacji, aby częścią ich zadań był lobbing polskich firm, ale nie tylko państwowych, ale przede wszystkim prywatnych. Wymaga to zupełnie innego podejścia niż czysta dyplomacja, niezbędne jest też doświadczenie w prywatnym biznesie. I wyzwanie te dotyczą nie tylko w dyplomacji ale całej administracji państwowej. Zamiast zachwycać się chińskim inwestycjami w Polsce powinniśmy skupić się na tym aby wspierać polskie inwestycje w Chinach.

 

2012-05-08 07:37
Polskie wpisy Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

  

Hiszpania przejęła ostatnio miejsce Włoch jako kraju od którego zależeć może przyszłość Europy. Rosną rentowności hiszpańskich obligacji, a udany przetarg hiszpańskich papierów stał się wydarzeniem tygodnia. To pokazuje jak duże napięcie dzisiaj wywołują perspektywy Hiszpanii. Problemy hiszpańskiej gospodarki powiązane są przede wszystkim z wciąż znajdującym się w recesji rynkiem nieruchomości, z którym powiązany jest zarówno sektor bankowy, jak i pośrednio cała realna gospodarka, w tym rynek pracy i dochody podatkowe. Hiszpania w 2012 znajduje się w recesji, która jest szacowana na zapaść od 2 do nawet 3 procent. Wprowadzane oszczędności, również po stronie wydatkowej, w krótkim okresie zmniejszają siłę nabywczą społeczeństwa. Jednak przede wszystkim gospodarka Hiszpanii musi osiągnąć poziom równowagi, w tym głównie na rynku mieszkaniowym i dopiero od tego momentu będzie dopiero możliwy wzrost. Jak widać z danych taki moment jeszcze nie nastąpił.

 

A polityków europejskich uśpiło ostatnie kilka miesięcy, kiedy EBC zalał płynnością cały europejski rynek bankowy, dzięki czemu środków do zakupów obligacji było wręcz w nadmiarze. Ale, jak na łamach DGP wcześniej wspominałem, zalanie płynnością strukturalnych problemów Europy nie rozwiązało. Ten chwilowy błogostan uśpił też rynki finansowe, które przez pewien czas zaczęły wyceniać niejako koniec kryzysu w Europie. Krótko to jednak trwało i teraz znów mamy do czynienia z nerwowością, wynikającą przede wszystkim z ryzyka, że znów sytuacja wymknie się spod kontroli. Dzisiaj coraz częsciej można przeczytać szacunki co do potencjalnej restrukturyzacji hiszpańskiego długu. Na szczęście obecnie diabeł już nie taki straszny, udało się taki proces przeprowadzić w sposób kontrolowany i skuteczny w przypadku Grecji, tak samo można będzie więc działać w przypadku Hiszpanii. Sądze jednak, że o ile w przypadku Grecji restrukturyzacja długu była od początku przesądzona o tyle w przypadku Hiszpanii sprawa nie jest aż tak oczywista. Co do skali publicznego długu Hiszpania na tle Unii nie wypada słabo, jest on wciąż poniżej 80 procent w relacji do PKB. Gorzej z długiem prywatnym, który wciąż narasta, a co gorsza nie sposób rzetelnie ocenić jego skali. Wraz z dalszym spadkiem cen na rynku nieruchomości może dojść do znacznie głębszego niż obecnie pogorszenia kondycji zarówno przedsiębiorstw jak i finansujących ich banków, co w efekcie zwiększy skalę zadłużenia. I z takim właśnie procesem będziemy mieć do czynienia conajmniej przez cały bieżący rok. Stąd też niepewność rynków finansowych i obawy o czarny scenriusz. Wciąż daleko nam jeszcze do sytuacji w której możnaby stwierdzić, że najgorsze mamy już za sobą.

 

Wszelkie scanariusze rozpadu euro pojawiają się zwykle wtedy, gdy jeden z krajów przeżywa głębsze trudności. Nie zaliczyłbym jednak takiego rozwiązania do arsenału prawdopodobnych działań. Ale same już tylko obawy pogłębiają niepewność i pogarszają nastroje.  Przez najbliższe miesiące będziemy mieć do czynienia ze stałą huśtawką nastrojów, ważne aby politycy nie dali się po raz kolejny temu zwieść, tak jak uczynił to nowy premier Hiszpanii Rajoy. Zasilenie w płynność systemu bankowego przez EBC uśpiło czujność i zachęciło do odłożenia w czasie niezbędnych reform. A innej drogi niż żmudna i niepopularna dla krajów Południa nie ma. Rynek musi osiągnąć poziom równowagi, ważne jednak aby nie doprowadzić poprzez efekt domina do zapaści systemu bankowego i pośrednio całej gospodarki. Stąd też wydaje się niezbędne, drogą Stanów Zjednoczonych dokapitalizowanie banków, tak aby uniknąć czarnego scenariusza. W realnej gospodarce oprócz oszczędności kluczowe są reformy podażowe, w przypadku Hiszpanii szczególnie rynku pracy, po to aby zwiększyć elastyczność gospodarki.

 

Poza Hiszpanią wciąż bardzo trudna sytuacja jest w Portugalii, gdzie prawdopodobieństwo restrukturyzacji długu należy wycenić bardzo wysoko. Zacięło się też ostatnio we Włoszech, gdzie rząd premiera Monti’ego ma poważne trudności z przeprowadzeniem reformy rynku pracy. Te czarne chmury które znów zebrały się na Europą powinny pomóc reformatorom, bo niektórzy już uwierzyli, ze wystarczy. Niestety wychodzenie z kryzysu zadłużenia i utraty konkurencyjności będzie długotrwałe. I o tym nie można zapominać.

 

2012-04-24 07:52
Polskie wpisy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

  

Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk twierdzą, że brak możliwości dewaluacji walut niesie ryzyko niemożności dostosowania konkurencyjności gospodarek strefy euro, a tym samym grozi jej niekontrolowanym rozpadem. Aby tego uniknąć, proponują rozpad kontrolowany. Nie sądzę jednak, aby ten drugi wariant był lepszy od pierwszego.


Problemy poszczególnych państw strefy euro nie wynikają z wprowadzenia wspólnej waluty, ale z błędów popełnionych w polityce gospodarczej. Gdyby polityka była odpowiedzialna, nie byłby potrzebny "prosty instrument dostosowawczy". Oczywiście, gdyby wspólnej waluty nie wprowadzono, zapewne wcześniej włączyłyby się sygnały ostrzegawcze. Jednak brak tych sygnałów nie był spowodowany faktem istnienia wspólnej waluty, ale wynikał z niewłaściwych sygnałów wysyłanych przez instytucje europejskie do rynków. Ale po kolei. 


Jeśli mówimy dziś o kryzysie w strefie euro, zwykle mamy na myśli pięć krajów: Grecję, Portugalię, Irlandię, Hiszpanię i Włochy. Na ich przykładach najlepiej prześledzić, za co można winić wspólną walutę i na ile powrót do walut narodowych rozwiązałby narosłe przez lata problemy. 
Grecja skorzystała na przyjęciu wspólnej waluty m.in. dzięki głębokiemu spadkowi kosztów obsługi długu. Oszczędności te przeznaczone zostały na bieżące wydatki. Przez kolejne lata pomimo relatywnego spadku konkurencyjności (z powodu nadmiernego wzrostu płac) grecka gospodarka utrzymywała wysokie tempo wzrostu dzięki finansowaniu zewnętrznemu. Do 2009 r. oprocentowanie greckich obligacji było tylko o 0,3 pkt proc. wyższe od niemieckich. A dług tego kraju wynosił już 113 proc. PKB. Często pada pytanie, dlaczego rynki finansowe nie reagowały na tak wysoki poziom długu, dlaczego nie powstrzymały Grecji przed nadmiernym zadłużeniem. Nie reagowały, gdyż Europejski Bank Centralny traktował greckie obligacje na równi z niemieckimi! Sygnał, jaki był przekazywany rynkom, był jednoznaczny - greckie obligacje są bezpieczne. Co więcej, politycy europejscy sami sugerowali, że kraj strefy euro nie może zbankrutować, czyli że za długi Grecji odpowiadają pozostali. To, że tak nie jest, zostało formalnie ogłoszone dopiero na początku tego roku, kiedy nastąpiła kontrolowana restrukturyzacja greckiego długu. Wcześniej inwestorzy otrzymywali fałszywe sygnały od decydentów. Gdyby nie one, dług każdego z krajów euro był traktowany niezależnie i osobno wyceniany. Nie doszłoby do nadmiernego zadłużenia kolebki demokracji, a przynajmniej nie w takiej skali. Znacznie wcześniej Grecja musiałaby płacić wyższe odsetki i rynek kilka lat wcześniej zaprzestałby finansowania jej długu. Dostosowanie greckiej gospodarki rozpoczęłoby się prawdopodobnie już w połowie zeszłej dekady i skala niezbędnego dostosowania byłaby mniejsza. Podobną sytuację, choć na szczęście mniejszą co do skali, mamy w Portugalii.


Hiszpania i Irlandia to inna historia. W obu tych krajach była prowadzona odpowiedzialna polityka budżetowa, przynajmniej na papierze. Mianowicie deficyty w Hiszpanii były niskie, a w Irlandii mieliśmy wręcz do czynienia z nadwyżką budżetową. Tyle że nikt nie uwzględniał tego, że dochody budżetowe były oparte na wielkim boomie rynku mieszkaniowego. Jego korekta doprowadziła do obecnych problemów gospodarczych. Boom na rynku nieruchomości wziął się przede wszystkim z taniego pieniądza, czyli zbyt niskich stóp procentowych, które są ustalane na tym samym poziomie dla wszystkich krajów strefy euro. Zarówno dla Hiszpanii, jak i Irlandii były one zbyt niskie, ale tuż obok mamy przykłady dwóch znacznie większych krajów, takich jak USA i Wielka Brytania, gdzie poziom stóp procentowych też był za niski i doprowadził w konsekwencji do podobnie nadmiernego wzrostu cen aktywów. A zarówno FED, jak i Bank Anglii podejmowały decyzje, uwzględniając wyłącznie potrzeby ich własnych gospodarek. Tak więc problem zbyt niskich stóp nie jest wyłącznie domeną krajów znajdujących się w strefie wspólnej waluty. 


Jednak jeśli już stopy są zbyt niskie, czy to w Eurolandzie, czy Stanach, czy w Wielkiej Brytanii, należy korzystać z arsenałów innych dostępnych środków kontroli, przede wszystkim leżących w gestii nadzoru bankowego. Tego typu środki były zresztą wprowadzone w Polsce, gdzie słynna rekomendacja S ograniczyła podaż kredytów w walutach obcych, które dzięki niższym stopom procentowym w momencie brania kredytu były tańsze niż złotowe. 


Innymi słowy, niekontrolowany wzrost na rynku aktywów nie jest wyłącznie cechą strefy euro. Dlatego każdy kraj powinien używać całego wachlarza instrumentów, aby do takich nierównowag nie dopuścić. W Irlandii i w Hiszpanii pośrednikiem w tym boomie był sektor bankowy, którego straty doprowadziły do podwojenia długu publicznego Irlandii w przeciągu jednego roku. W Hiszpanii niezdrowe portfele banków do dziś nie dają spokojnie spać posiadaczom obligacji tego kraju. Pytanie, gdzie był w okresie boomu kredytowego nadzór bankowy?


Z kolei Włochy to przykład straconej dekady, gdzie ani nie doszło do przyrostu zadłużenia, tak jak w Grecji, ale nie było też boomu na rynku nieruchomości. Tam, podobnie jak w pozostałych krajach, nadmiernie rosły płace i kraj ten tracił swą konkurencyjność wobec głównych parterów handlowych, w szczególności Niemiec. Choćby przez takie decyzje, jak przenoszenie produkcji Fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Niemcy postępowali w tym czasie odwrotnie. Stąd przez ostatnią dekadę przyrost nadwyżki na rachunku obrotów bieżących Niemiec do 5 proc. PKB i ujemne wartości tego wskaźnika w opisanych powyżej krajach (od - 2 do - 3 proc.
PKB). Niemcy w tym okresie nie doświadczyły ani boomu na rynku nieruchomości, nie zwiększyły nadmiernie swego zadłużenia, nie podwyższały płac. Co więcej, przeniosły część swej produkcji do Europy Środkowo-Wschodniej i korzystały z komfortu, jaki im dawała wspólna, tania dla nich waluta. Gdyby nie było euro, nie byłoby takiej nadwyżki na ich rachunku obrotów bieżących. Krajem, któremu najmniej powinno zależeć na rozpadzie euro, są właśnie Niemcy, gdyż najbardziej gospodarczo na nim zyskały. Rozpad strefy euro na lata zniszczyły konkurencyjność tego kraju. A Włochom pozostaje trudna droga pójścia za niemieckim przykładem. 


Niemcom zajęło uzyskanie dzisiejszej silnej pozycji dekadę. Tak też będzie z takim krajami jak Irlandia, Hiszpania czy Włochy. Nie chcę się wypowiadać w sprawie Grecji, bo sytuacja jest tam znacznie trudniejsza, zarówno ze względu na skalę narosłych problemów, jak i jakość klasy politycznej. Jednak w pozostałych krajach musi nastąpić wstrzymanie przyrostu płac i reformy podażowe zwiększające potencjał gospodarki (liberalizacja kodeksu pracy, odblokowanie zamkniętych zawodów, podwyżka wieku emerytalnego, prywatyzacja). To wszystko jest na agendzie obecnie sprawujących władzę w tych krajach. Nie jest więc prawdą, że jedyną formą poprawy konkurencyjności gospodarki będzie dostosowanie fiskalne wymuszające wewnętrzną dewaluację. Trzymając się tej retoryki, można powiedzieć, że Niemcy stosowały politykę wewnętrznej dewaluacji w latach 2000., trzymając płace w ryzach, liberalizując rynek pracy i nie pobudzając gospodarki za pomocą deficytu budżetowego. Takie długotrwałe dostosowanie nie jest łatwe, ale na pewno bezpieczniejsze niż szokowe, za pomocą opuszczenia wspólnego obszaru walutowego.


Rozpad strefy euro wywołałby prawdopodobnie wstrząs większy od upadku Lehman Brothers. Co najważniejsze, nie jesteśmy w stanie - podobnie jak 15 sierpnia 2008 - ocenić skali spustoszenia po tym wydarzeniu. Dziś przy rozedrganych rynkach finansowych wyjście jednego kraju, nawet Grecji, przeniesie uwagę rynku - i automatycznie też wycenę papierów dłużnych - na kolejny kraj, czyli na Portugalię, a potem na Hiszpanię i Włochy, wyceniając przyszłą dewaluację ich walut. Proces ten byłby trudny do opanowania, a jego skutkiem ekonomicznym byłby paraliż wymiany handlowej i inwestycji. 


Koncept teoretyczny, oderwany od zarówno realiów gospodarczych, jak i politycznych, nie może być traktowany poważnie. Dziś politycy europejscy zrobią wszystko, aby do takiego wariantu nie dopuścić. W przyszłości oczywiście musi istnieć formalna furtka do wyjścia ze strefy euro, ale nie po to, aby ratować euro, ale po to, aby taka ścieżka miała swoją procedurę i ramy prawne. Każdy kraj musi mieć bowiem możliwość opuszczenia obszaru wspólnej waluty. A dziś nawet formalnie nie jesteśmy do takiego procesu przygotowani. 

 

2012-04-17 13:12
Polskie wpisy Komentarze (4)
5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |