29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 System emerytalny z podziałem na kapitałowy i repartycyjny stworzony został celowo. Po to mianowicie aby rozłożyć ryzyko na dwa różne źródła przyszłego zabezpieczenia emerytalnego i aby już od 1999 roku zacząć odkładać realne pieniądze na przyszłe wypłaty świadczeń, finansując ubytek z tego tytułu wpływami z prywatyzacji. Dobrowolność wyboru między OFE i ZUS-em jest więc  zaprzeczeniem bezpieczeństwa systemu. Niemniej jeśli taka będzie decyzja większości parlamentarnej, to trzeba zdefiniować na czym polega autentyczna dobrowolność i przestrzec przed rozwiązaniami skrajnie nieefektywnymi.

Zacząć by należało od definicji dobrowolności. Jak dobrowolność to w obie strony nie tylko z OFE do ZUS ale również z ZUS do OFE. Jak się można domyślać takie rozwiązanie nie zostanie zaproponowane, ze względu na koszty budżetowe, bo różnica pomiędzy tymi wariantami jest taka, że do OFE trzeba by przekazać realne pieniądze, zwiększając tym samym bieżący deficyt FUS, a przelewając pieniądze z OFE do ZUS, ten drugi dostaje realną gotówkę, wspierając tym samym budżet. Skrajnym przykładem dobrowolności, która de facto dobrowolnością nie była, było rozwiązanie węgierskie. Zaproponowano tam pseudo wybór: albo zostajesz w OFE tracąc emeryturę państwową, albo przechodzisz ze wszystkimi zgromadzonymi przez całe życie składkami do węgierskiego odpowiednika ZUS. Co to za wybór jeśli pozostanie w systemie kapitałowym oznaczało realną utratę przyszłej emerytury. Węgierski rynek kapitałowy nigdy nie był tak rozwinięty jak nasz i nie stanowił tak istotnego krwioobiegu gospodarki. Co więcej Węgry znane są z tego, że podejmują od lat działania dalece niezgodne z zasadami stabilnej gospodarki rynkowej. Przejęcie aktywów węgierskich funduszy emerytalnych przez państwo uważane jest powszechnie za skok na kasę. Co najważniejsze, nie pomogło to specjalnie węgierskiej gospodarce poprawić swych wyników. Nie sądzę aby ktokolwiek w Polsce, poza partiami radykalnymi, zdecydował się na wariant Orbana.

Pozostaje więc wariant wyboru dotyczący przyszłej składki. Składka jak wiadomo została okrojona i wynosi już tylko 2.8 proc naszych wynagrodzeń. Dobrowolność polegałaby zapewne na tym, że każdy uczestnik OFE miałby możliwość podjęcia decyzji czy tak jak dotychczas składkę swą będzie chciał dzielić pomiędzy ZUS i OFE, czy też całą co miesiąc przelewać wyłącznie do ZUS-u. W takim wariancie ważne będą szczegóły techniczne tej operacji. Po pierwsze czas. Jeśli nie będzie on ograniczony, to pewnego dnia w okresie bessy uczestnicy OFE masowo przechodzić będą do ZUS, wyprzedając akcje po najniższych cenach. Po drugie, dalece niefortunnym rozwiązaniem byłby mechanizm potwierdzania uczestnictwa w OFE, stawiając się na przykład w tym celu      w oddziale ZUS, zamiast rozwiązania naturalnego, gdzie to obecny członek funduszu musiałby sam potwierdzić chęć rezygnacji z OFE. Niby nieznaczna różnica, ale w tym pierwszym przypadku pozostanie w OFE wymagałoby aktywności uczestników, co poprzez pasywność zatrzymałoby mniej aktywnych w systemie repartycyjnym. Rozwiązanie wymagające potwierdzenia uczestnictwa w OFE świadczyłoby jednak          o tym, że prawdziwą intencją nie jest danie ludziom wyboru, ale przeniesienie jak największych kwot do ZUS, z powodów czysto fiskalnych.  W projekcie ustawy przygotowanym przez PiS, w którym zaproponowano wybór między ZUS i OFE, przyjęto, że będzie to dotyczyć wyłącznie nowych składek i a procedura będzie polegać na zgłoszeniu takiego wniosku do ZUS. Koalicja rządząca nie będzie chyba bardziej radykalna w tym zakresie od PiS.

Dobrowolność wyboru pomiędzy OFE i ZUS wymagałaby takiego samego podejścia również w przypadku rozwiązań dotyczących wypłat świadczeń emerytalnych. Trudno znaleźć uzasadnienie dlaczego wypłaty miałyby być realizowane wyłącznie przez ZUS, kiedy w okresie gromadzenia kapitału istniałby wybór pomiędzy wariantem prywatnym        i kapitałowym. Co to za dobrowolność, jak i tak wszyscy na końcu mielibyśmy  wylądować w ZUSie? Wariant w którym ZUS na poziomie wypłaty świadczeń konkuruje z prywatnymi podmiotami byłby najbardziej efektywnym rozwiązaniem, bo nic tak nie ogranicza efektywności i dbania o klienta jak pozycja monopolistyczna.  Oczywiście podmioty te konkurowałyby ze sobą ceną i jakością serwisu, ale w wyłącznie w ramach systemu emerytur dożywotnich. Brak możliwości wyboru świadczeniodawcy na czas wypłaty emerytur byłby sprzeczny z samą ideą dobrowolności i wskazywałby, że prawdziwym celem całej tej operacji są wyłącznie względy fiskalne, a nie dobro przyszłych emerytów.

2013-08-07 11:45
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 W tym roku czeka nas najgłębsze spowolnienie od 2001. Wtedy wzrost gospodarczy wyniósł 1.2 procent, w tym roku będzie zapewne w okolicach 1 procenta. To bardzo silne wyhamowanie, a ten mizerny wyrost będzie głównie podtrzymywał eksport netto. W większości sektorów gospodarki mamy do czynienia ze stagnacją, co wyraźnie obrazują tak zagregowane wskaźniki jak produkcja przemysłowa czy sprzedaż detaliczna balansujące w okolicach zera. Po stronie inwestycji mamy wciąż do czynienia z ujemną dynamiką inwestycji publicznych, co nie może dziwić w kontekście bazy z poprzedniego roku jak również obecnych problemów budżetowych, które przekładają się na znacznie niższe niż poprzednio wydatki infrastrukturalne. Z inwestycjami prywatnymi nie jest tak źle jak się powszechnie sądzi, nie są one jednak w stanie zrekompensować ubytku wydatków publicznych i dodatkowo dodatnio kontrybuować do wzrostu. Po stronie konsumpcji prywatnej zmagamy się już od paru dobrych miesięcy z dynamiką bliską zera.

Porównując obecne spowolnienie z tym z 2009 widoczne są zasadnicze różnice w jego strukturze.  Zieloną wyspę, podobnie jak teraz, tworzył eksport netto, co przy silnym osłabieniu złotego w 2009 roku wyjątkowo mocno wsparło naszych eksporterów. Teraz złoty nie jest aż tak słaby, co nie poprawia aż tak kondycji eksporterów i nie zniechęca tak silnie jak wtedy importu. Natomiast konsumpcji - która w 2009 roku była drugim silnikiem napędowym gospodarki - tym razem brakuje paliwa. Wtedy bowiem korzystaliśmy pełnymi garściami ze wcześniej przyjętych obniżek podatków i składek. Teraz tego efektu nie ma, co więcej podatki i składki od tego czasu wzrosły, zarówno poprzez podwyżkę VAT, składki rentowej, oskładkowania umów o dzieło i niewaloryzowania progów podatkowych. Na rynku pracy, zatrudnienie spada a bezrobocie rośnie, na szczęście spadła też mocno inflacja co pozwoli na lekki realny wzrost płac. Ale to nie wystarczy aby poderwać konsumpcję. Cała nadzieja tak naprawdę w polskim prywatnym kapitale, który mógłby dzisiaj istotnie zwiększyć swe inwestycje, ale się z nimi wstrzymuje. Oczywiście perspektywy naszej gospodarki głównie zależą od sytuacji gospodarczej w Europie, na co mamy ograniczony wpływ. Wzrost polskich inwestycji można jednak pobudzić przez znoszenie barier gospodarczych i większą elastyczność w funkcjonowaniu biznesu.  Trudno się jednak spodziewać, że oba te czynniki sprzyjające poprawie gospodarki szybko zaskoczą.

Prognozy budżetowe na ten rok okazały się chybione, co może być zrozumiałe w kontekście znacznego pogorszenia wskaźników w głównych gospodarkach Europy. Dzisiaj jednak zbyt wcześnie i zbyt optymistycznie byłoby oczekiwać, że ożywienie gospodarcze jest tuż za rogiem. Dynamika zmian strukturalnych w Europie jest dość powolna i nie pozwala na tak daleki optymizm. W Polsce druga połowa roku ma szanse być statystycznie lepsza od pierwszej ze względu na efekt bazy. To jednak nie tworzy podstaw do wielkiego optymizmu na 2014 rok. W tym kontekście prognozowane na przyszły rok główne wskaźniki makro, ze wzrostem gospodarczym na poziomie 2.5 proc i inflacją na poziomie 2.4 proc wydają się być dość optymistyczne. Znacznie bezpieczniej byłoby założyć obie te zmienne na poziomie poniżej 2 proc, byłoby to również bliższe konsensowi prognoz dla Polski najważniejszych polskich i międzynarodowych ośrodków. Było to również znacznie bardziej bezpieczne dla ministra finansów, który przecież w tym roku będzie zmuszony budżet na ten rok nowelizować.

2013-08-07 11:44
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Szef Solidarności Piotr Duda apelował ostatnio aby wzorem ratowanych przez państwa banków wyłożyć pieniądze publiczne na ratowanie upadającej prywatnej Stoczni Gdańskiej. Po to by zachować miejsca pracy. Chwytliwy to argument i dla dobra dyskursu publicznego wypada się z nim szczegółowo rozprawić.

Zacząć należałoby od tego, że banki w Polsce ratowane z pieniędzy publicznych nie były. Ratowano natomiast ich matki z pieniędzy podatników niemieckich, włoskich, angielskich czy amerykańskich. Po drugie, mało który przywódca tych krajów był zachwycony perspektywą wykładania publicznych pieniędzy dla prywatnych instytucji finansowych. Ratowano je, ale nie ze względu na zachowanie istniejących tam miejsc pracy, a dlatego, że były systemowo krytyczne, czyli ich upadek doprowadziłby poprzez efekt domina do upadku innych banków - ale co ważniejsze, do upadku firm, fabryk a także i stoczni uzależnionych od finansowania bankowego. Udzielana pomoc miała charakter tymczasowy, banki po odrobieniu strat wykupywały (i nadal wykupują) pomoc państwa, aby móc funkcjonować niezależnie od wpływu polityków. Aby uniknąć tego moralnego szantażu w przyszłości, politycy europejscy od kliku lat starają się wprowadzić tzw. unię bankową. Po to aby poprzez ściślejszy i skuteczniejszy monitoring nie musieć w przyszłości brać na barki podatników błędnych decyzji popełnianych przez prywatne banki. Analogia pomiędzy potrzebą ratowania stoczni a ratowaniem banków jest ze wszechmiar chybiona.

Jednocześnie zgłaszając jakiekolwiek postulaty wobec Stoczni Gdańskiej należałoby sobie przypomnieć jaka była jej historia w realiach wolnego rynku. Najpierw miała ją uratować Barbara Johnson – Piasecka, ale szybko z tej transakcji się wycofała. W 1996 roku Stocznia zmuszona była ogłosić upadłość .. i uratował ją skarb państwa, dzięki czemu nadal kontynuowana była produkcja, choć na znacznie mniejszą skalę niż w przeszłości. Zapewne już mało kto pamięta ten wątek, ale po ogłoszeniu upadłości składki na dokapitalizowanie stoczni zbierało … Radio Maryja. Nie wiemy co się stało ostatecznie z tymi pieniędzmi, finalnie jednak Stocznia w 1998 roku została sprzedana Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej. Stoczni Gdańskiej jednak nie udało się uratować i po kilku latach ponownie za długi przejęło ją państwo w postaci ARP. W 2007 roku większość udziałów w stoczni przejmuje ukraiński udziałowiec ISD, który jest jej właścicielem do dzisiaj, przy współudziale skarbu państwa. Cały czas jednak funkcjonuje na stratach. Stąd ciągłe zabiegi polityków o bogatego inwestora dla stoczni. W 2009 roku jeden z zabawniejszym pomysłów ratowania stoczni miał ówczesny minister skarbu Aleksander Grad zabierając premiera Tuska do Kataru w nadziei, że Katarczycy wyłożą poważne pieniądze na stocznie. Oczywiście, nic z tego nie wyszło. W międzyczasie toczyły się spory z Komisją Europejską o to czy przyznawana stoczni pomoc jest niedozwoloną pomocą publiczną czy też nie. Ostatecznie Komisja zaakceptowała plan naprawy stoczni, który do dziś nie jest realizowany.

Cała ta dwudziestoletnia historia to obraz nędzy i rozpaczy.  Wynikający z prostego powodu – Stocznia od zawsze liczyła - i dostawała – pomoc od państwa. Wydawaliśmy setki milionów złotych w nierentowane przedsięwzięcie. Wydajemy nadal, bo Stocznia nie płaci składek na ubezpieczenie społeczne – a jak już chyba wszyscy o tym wiedzą – ktoś za to musi ostatecznie zapłacić. Państwowe stocznie są nierentowne nie z powodu trudnego rynku, tylko na  skutek powiązań politycznych.  I historii. Obok bowiem, funkcjonuje prywatna stocznia Remontowa, która nie tylko statki remontuje ale też je buduje. I to z powodzeniem od lat, bez wsparcia państwa!

Norweskie stocznie dla których produkuje Stocznia Gdańska nie kryły tego, że produkcja w ich stoczniach jest nierentowna. Nie można zrobić lepszego prezentu Norwegom niż dofinansować z pieniędzy polskich podatników ich przemysł stoczniowy. Stocznia Gdańska jest nierentowna bo nie działa jak normalne przedsiębiorstwo na rynku. Dofinansowywanie jej będzie wpieraniem nieuczciwej konkurencji, bowiem prywatne podmioty pomocy takiej nie dostają. Zauważmy też, że wieloletnie wsparcie ARP w żaden sposób nie doprowadziło do rentowności tej firmy. Z przerażeniem obserwuję pomysły budowy państwowego holdingu stoczniowego skupiające stocznie Nuta, SMW, Gryfia, Synergia 99, Mostostal Chojnie. Bo to przecież najlepsza droga do powtórzenia żenujących dwudziestu lat Stoczni Gdańskiej, tyle że na znacznie większą skalę. Ciekawe, ile jeszcze w Motławie musi wody upłynąć aby Polak mógł być mądry po szkodzie …

2013-08-07 11:43
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Diagnoza

  1. Polska przeżywa najgłębsze spowolnienie od 2001
  2. Przyczyny są inne niż wtedy – dziś głównie kryzys w Europie i brak sił witalnych w Polsce
  3. Zarówno ten jak i przyszły rok będą trudne. Sądzę, że poprawę możemy zobaczyć dopiero w 2015, w Europie i w Polsce. W Europie sprawy idą w dobrym kierunku, ale powoli niestety.
  4. Czekają nas więc dwa chude lata i na taki wariant trzeba się przygotować.
  5. Skończyły się proste rezerwy wzrostu – grozi nam trwałe niższe tempo wzrostu wydajności.  Gospodarki nie ma jak pobudzić z pieniędzy publicznych – i jak wiemy z doświadczeń – nie tędy jest droga.

Stad leninowskie pytanie: co robić?

Rekomendacje

1. Proste rezerwy są na ukończeniu. Ale Polska transformacja się nie skończyła – wciąż mamy:

  • nieefektywny system ochrony zdrowia
  • aparat skarbowy z mentalnością z PRL
  • wciąż dalece nieefektywny system edukacji z Kartą Nauczyciela w roli głównej
  • w dobie smartfonów wciąż stoły na wlokących się latami  rozprawach sędziowskich uginają się pod stertami akt
  • niejasne plany zagospodarowania przestrzeni, ślimaczące się zezwolenia na budowę, sprzeczne interpretacje podatkowe, na kolanie stanowione prawo
  • pomimo 24 lat transformacji wciąż za dużo jest sektora państwowego w gospodarce, szczególnie w energetyce
  • no i brak stabilnych reguł gry. Likwidacja OFE byłaby najgorszą tego egzemplifikacją.

2. Sądzę, że większość tych zaniedbań i zaniechań wynika najczęściej z nieświadomości polityków. Chcą dobrze, ale nie wiedzą co czynią. Bo skąd mają wiedzieć jeśli większość z nich poza parlamentem albo pracą na państwowym etacie świata nie widziała.

3. Polsce potrzeba jest kontynuacja transformacji, na poziomie drugiej generacji reform. Oprócz likwidacji reliktów PRL, o których wspomniałem, potrzebne są reformy które są również wyzwaniem w Europie Zachodniej:

  • większa aktywność zawodowa
  • większa elastyczność w produkcji i w pracy
  • mniej wydatków sztywnych w budżecie
  • strategia na dobre przyjęcie euro w Polsce
  • więcej prywatyzacji, mniej rad nadzorczych
  • więcej sektora prywatnego, mniej państwowej partyzantki. Dlaczego np. w Warszawie nie powstają prywatne parkingi? Dlaczego wszelkie inwestycje infrastrukturalne są z państwowej kasy?
  • więcej zrozumienia po stronie uczelni, że uczą do pracy a nie dla przyjemności.
  • więcej współpracy pomiędzy  światem nauki a przedsiębiorcami

4. W Polsce wciąż jest dużo biedy, bałaganu, beznadziei. Wyzwania wciąż są poważne. A tylko bogata Polska będzie bezpieczna!

2013-08-07 11:42
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Do niedawna wydawało się, że powoli wracamy do normalności. FED co prawda wciąż nie chce dać jednoznacznego sygnału kiedy zacznie wycofywać się z kolejnej rundy monetarnego luzowania, to jednak rynek od pewnego czasu wyczekuje (z niepokojem oczywiście) tego typu zapowiedzi. Wszystko miało wracać powoli do normy, tyle że Bank Japonii zasypuje od dwóch miesiący gospodarkę yenami, chcąc podwoić w ciągu dwóch lat podaż pieniądza w gospodarce. Skala ekspansji w porównaniu z wielkością gospodarki będzie znacznie większa niż w przypadku FED FED, nie mówiąc już o EBC. Bliższa natomiast będzie temu co robi Bank Anglii, który skupił ponad 30 procent wszystkich wyemitowanych obligacji. Oczywiście pytanie zasadnicze jest takie, jakie przyniesie to skutki dla gospodarki, zarówno te pozytywne jak i te uboczne.

Zacznijmy od pozytywnych. Jednym z zasadniczych celów tej polityki jest dostarczenie płynności bankom, które bez tego nie byłoby w stanie spełniać swej podstawowej roli w gospodarce - płynnościowej.  I to się udaje. Kolejnym celem było przełożenie tej nadpłynności na wzrost akcji kredytowej i potanienie kosztu pieniądza. Uważa się, że o ile zarówno w USA jak i w Wielkiej Brytanii udało się obniżyć koszt pieniądza, o tyle wciąż nie ma pomysłu jak tego konia doprowadzonego do wodopoju zmusić do wypicia wody. Innymi słowy wciąż ten łatwy pieniądz w żaden sposób nie przekłada się na akcję kredytową, szczególnie w obszarze małych i średnich przedsiębiorstw. Cały więc zamysł aby poprzez luzowanie monetarne pobudzić gospodarkę za bardzo się nie sprawdza. Zwolennicy jednak tłumaczą, że bez tego zastrzyku stanąłby zupełnie sektor bankowy – i tu trudno się z nimi nie zgodzić.

Łatwy pieniądz generuje też inne zjawisko, czyli bańki spekulacyjne, które tworzą się w poszukiwaniu wyższych niż oferowane przez papiery rządowe stóp zwrotu. Doskonałym tego przykładem są kolejne rekordy rentowności na polskich obligacjach skarbowych, wynikające zarówno z relatywnie dobrej sytuacji polskiej gospodarki jak i łatwo dostępnego pieniądza, który poszukuje atrakcyjnych rentowności. Pieniądza, który woli być inwestowany z rządowe papiery aniżeli w kredyty dla firm. Ciekawym przykładem zaburzeń wynikających z polityki luźnego pieniądza jest wzrost oprocentowania obligacji w Japonii, co z kolei podraża kredyt i przekłada się na straty portfeli obligacji ponoszone przez banki. Mało kto chyba na świecie śpi spokojnie nie bojąc się ryzyk związanych z prowadzanym przez tak długi okres czasu programem luzowania monetarnego.

Tak naprawdę jednak powinniśmy sobie zadać pytanie w ogóle o odpowiedzialność banków centralnych za kryzysy. Zwolennicy szkoły austriackiej podkreślają, że to nadmierna ekspansja kredytowa prowadziła zawsze do kryzysów. Bo jak mówił Mises „nie ma sposobu uchronienia się przed ostatecznym załamaniem boomu pochodzącego z ekspansji kredytowej”. A w teraz właśnie taką ekspansję globalnie tworzymy. Co gorsza mało kto mówi o tym jak przejść z niej do normalności. A jak już ktoś szczerze powie, to specjalnie nie uspakaja. Dla przykładu prezes Banku Rezerwy Federalnej w Dallas w zeszłym roku powiedział wprost, że nikt nie ma pojęcia jak po tej skali ekspansji z którą mamy teraz do czynienia, wyjść. Można sądzić, że założenie jest takie, że o ile nie wiemy jak walczyć z deflacją o tyle inflację nie raz udało się już poskromić. Tyle, że doświadczenia z poskramianiem inflacji w przeszłości mogą nie być wystarczające aby ją teraz łatwo i szybko poskramiać.

2013-08-07 11:41
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Krótka musi być pamięć społeczna jeśli prawdą jest, że przeciętnemu Kowalskiemu wydaje się, że przez ostatnie trzynaście lat nie było dyskusji o wypłatach emerytur z II filaru. Można wręcz odnieść wrażenie jakby dyskusja o tym jak i jakie wypłacać emerytury w ramach filara kapitałowego wybuchła dopiero wtedy gdy OFE przedstawiły kilka miesięcy temu swą kontrowersyjną propozycję. To nieprawda, obecna koalicja nie przespała ostatnich pięciu lat przerzucając ten gorący kartofel. W 2008 roku bowiem - czyli niespełna rok po wygranych wyborach - rząd premiera Tuska przeprowadził przez parlament dwie zasadnicze ustawy regulujące zarówno co się wypłaca i jak się wypłaca. Były to ustawa o emeryturach kapitałowych (przyjęta przez Sejm 21 listopada 2008) i ustawa o funduszach dożywotnich emerytur kapitałowych (uchwalona 19 listopada 2008). Ta pierwsza ustawa nadal obowiązuje, drugą zawetował prezydent Kaczyński 13 stycznia 2009 roku, a koalicji rządzącej nie udało się tego weta odrzucić.

Przy okazji uchwalania tych ustaw przetoczyła się przez Polskę debata o tym czy tablice życia powinny być równe dla obu płci - bo jak wiadomo kobiety żyją dłużej i przyjęcie oddzielnych tablic dawałoby im niższą miesięczną emeryturę. Przetoczyła się też dyskusja o tym jakie rodzaje świadczeń dożywotnich powinno się wypłacać, czy ma być ich wiele rodzajów, aby było czym konkurować; czy też mało, aby można było łatwo porównać. Ostatecznie przyjęto rozwiązania bardziej pasujące do systemu powszechnego, czyli wspólne tablice dla obu płci i ograniczoną gamę świadczonych produktów emerytalnych. Rozwiązanie redystrybucyjne i akceptowalne społecznie dotyczące równych tablic życia dla obu płci zrodziło potrzebę opracowania mechanizmu wyrównawczego, który wpisano do ustawy.

Równolegle, aby cały system zadział, niezbędne było określenie kto te emerytur będzie wypłacał. Przypomnieć należy, że już 1999 roku został przygotowany projekt ustawy o zakładach emerytalnych, który przewidywał tworzenie osobnych osób prawnych do wypłaty emerytur kapitałowych. Nigdy nie rozpatrywano wariantu, że to PTE (powszechne towarzystwa emerytalne) miałyby je wypłacać. Ustawa z 2008 opierała się na podobnej koncepcji, tyle że tworzona była w zupełnie innych warunkach rynkowych i gospodarczych niż te z roku 1999, stąd znaczna różnica w szczegółach technicznych obu tych ustaw. Ustawa z 2008 roku przewidywała, że świadczenia dożywotnie będą wypłacane przez nowopowstałe osoby prawne, które będą ze sobą konkurowały. Zakładała również, że „Skarb Państwa reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państw może utworzyć fundusz i zakład …” czyli, że fundusz państwowy konkurowałby z funduszami prywatnymi. W sumie zaproponowano wtedy całkiem sensowne rozwiązanie. Ustawa miała wejść w życie 1 stycznia 2013 roku.

Trzeba przyznać, że ustawodawca wtedy zdał egzamin z powierzonych mu zadań. Oba akty prawne przyjęte zostały z 2008 roku, na cztery lata przed wejściem w życie przepisów, czyli z odpowiednim vacatio legis. Co więcej proponowały rozwiązanie kompromisowe, rynkowe z istotnym elementem redystrybucyjnym i z furtką dającą możliwość udziału państwa również w wypłacie emerytur kapitałowych. Tyle, że nadszedł kryzys i zachwiał wiarę w rynek, co było też głównym argumentem weta prezydenta Kaczyńskiego. Ale już rok później zbankrutowała Grecja i zmuszona do oszczędności musiała ciąć swe państwowe zobowiązania emerytalne, które były po prostu na wyrost. Świat znów sobie przypominał, że to nie tylko rynek może być przyczyną kryzysów.

Obecnie trwa tzw. przegląd emerytalny. Od odpowiedzialnego zań Ministra Pracy należałoby oczekiwać odniesienia się do rozwiązań które rząd przedłożył w 2008 roku. Ta część raportu powinna się zacząć od rzetelnej analizy zarówno obowiązującej ustawy jak i tej zawetowanej. I wytłumaczenia jakie to nowe informacje, doświadczenia, opinie spowodowały, że w ostatnich latach nie została ona ponownie zgłoszona. Jestem przekonany, że zapisy ustaw z 2008 można by dziś jeszcze bardziej usprawnić, wprowadzić jeszcze więcej rozwiązań rynkowych ograniczających koszty funkcjonowania systemu. Choćby sam pomysł powoływania nowych podmiotów, które dziś mogłyby śmiało być zastąpione obecnie funkcjonującymi na rynku firmami, dzięki czemu cała operacja byłyby znacznie tańsza. Lepsze byłoby poprawianie tej ustawy niż odkrywania na nowo Ameryki. Trudno bowiem oczekiwać aby system konkurencyjny mógł być gorszy od monopolu.

2013-08-07 10:49
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Za niespełna rok minie 25 lat od przełomowych wyborów z 4 czerwca, które de facto zakończyły komunizm w Polsce. Zagranicą wiele dobrego mówi się o naszym modelu transformacji, u nas zwracamy częściej uwagę na niedociągnięcia. Że nie udało nam się do dzisiaj wprowadzić sensownego systemu ochrony zdrowia, że wciąż część gospodarki funkcjonuje w skansenie jaki tworzy KRUS, że dopiero od kliku lat udaje nam się nadrabiać zaległości w budowie podstawowej infrastruktury, a że wciąż zbyt dużo zależy od państwa i zbyt mało wciąż jest prywatnego kapitału. Nie chciałbym tu wymieniać całej litanii, bo nie chodzi o narzekactwo ale o przypomnienie o tym, że wciąż niedokończona została transformacja i o tym że przydałoby się chociaż część tego zapału z lat 90-ych.

Przy tak wielkiej zmianie jaką było przejście z gospodarki centralnie planowanej do rynkowej musiały się zdarzyć błędy. Z perspektywy czasu widać, że zbyt łatwo było przejść na wcześniejszą emeryturę czy otrzymać rentę inwalidzką. Stąd też olbrzymi przyrost liczy emerytur i rencistów na samym początku lat 90-ych i znaczny przyrost składki na ZUS do 45 proc, a w konsekwencji wzrost bezrobocia. Drugim błędem było wstrzymanie prywatyzacji, lub jej niekonsekwentna realizacja. Po pierwszym entuzjazmie zespołu Janusza Lewandowskiego prywatyzacja za rządów SLD bardzo zwolniła, dostała przyspieszenia za rządów UW-AWS, po czym znów za kolejnych rządów SLD zwolniła. Nie wspominając rządów PiS, które zupełnie proces prywatyzacji zatrzymały. W Polsce chyba nigdy nie było entuzjazmu prywatyzacyjnego, bo kończył się on zwykle tym, że przejmujące państwowe przedsiębiorstwa firmy prywatne dokonywały ich restrukturyzacji poprawiając tym samym efektywność. Prywatyzacja stawała się popularna dopiero wtedy gdy przejmowany był bankrut albo jeszcze gorzej, firma do której trzeba stale dopłacać. Tyle, że prywatyzacja takiego upadłego przedsiębiorstwa nie jest taka łatwa o ile w ogóle możliwa.

Jak wiadomo celem prywatyzacji nie powinny być przychody z tego tytułu a poprawa efektywności przedsiębiorstw jak i wzrost ich konkurencyjności. W procesie prywatyzacji w naszej części Europy nie uniknięto błędów, które były najczęściej spowodowane właśnie maksymalizacją przychodów a nie celem nadrzędnym jakim jest efektywność. Te błędy to prywatyzacja monopolisty, który wpadając w prywatne ręce wciąż chroni tej pozycji. Lub też oligopolu, gdzie dwie lub trzy firmy znalazłszy się w prywatnych rękach ograniczają działania konkurencyjne podbijając w ten sposób ceny oferowanych przez nie dóbr lub usług. Nie ma  też wielkiego sensu sprzedaż podmiotu w ręce firmy państwowej z innego kraju, bo cóż to za prywatyzacja. U naszych południowych sąsiadów w procesie prywatyzacji nie dokonano dywersyfikacji źródeł pochodzenia kapitału. Jak wiemy, kapitał ma pochodzenie i zbyt duże uzależnienie od koniunktury gospodarczej danego kraju jest dalece niewskazane. A w Czechach np. trudno mówić o sukcesie tamtejszej kuponowki, gdyż przez długi czas nie udało się w sprywatyzowanych tą drogą firmach wyłonić właściciela. Zbytnie rozproszenie własności hamuje zarówno procesy konkurencyjne jak i w długim okresie również inwestycyjne. Ta lista popełnianych błędów pokazuje tylko, że nie każda prywatyzacja przynosi oczekiwane efekty. Jednak wymienione błędy prywatyzacyjne są innej natury niż te wyciągane w populistycznych debatach polityków.

Dzisiaj jednak w ogóle temat prywatyzacyjny nie istnieje. Nie krytykuję upubliczniania firm państwowych na naszej giełdzie, ale pamiętajmy, nie jest to prywatyzacja. W Polsce wciąż potrzebny jest kapitał do inwestycji, poczynając od energetyki, na ochronie zdrowia kończąc. Skala niezbędnych inwestycji w tym sektorze kilkakrotnie przekracza możliwości państwa. Dlatego bez zapału prywatyzacyjnego z lat 90-ych nie będzie możliwe sprostanie wyzwaniom najbliższej dekady.

2013-08-07 10:47
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 W Europie coraz więcej słychać głosów wzywających do zaprzestania polityki oszczędności budżetowych. Zaczął szef KE Barosso sugerując, że w Europie osiągnęliśmy już limit wytrzymałości społeczeństw na politykę austerity. W podobnym tonie wypowiadał się ostatnio również nowy premier Włoch Enrico Letta. Pierwszym był oczywiście prezydent Francji Hollande, apelując w kampanii wyborczej o większy nacisk na wzrost w miejsce oszczędności. Jednak tę ostatnią falę dyskusji wywołało zakwestionowanie wyników prac Reinhard i Rogoff, które wskazywały na to, że dług powyżej 90 proc PKB hamuje wzrost gospodarczy. O ile rzeczywiście autorzy musieli przyznać się do pomyłki w obliczeniach, to tak naprawdę zależności pomiędzy poziomem zadłużenia a tempem wzrostu gospodarczego nie została podważona. Z resztą praca Reinhard i Rogoffa nie jest jedyną która te zależności opisuje. Co więcej, politycy nawołujący do zaprzestania dalszych oszczędności wskazują raczej na potrzebę osłon socjalnych, lub też rozłożenie tego procesu w czasie, a nie zupełnego zaprzestania redukcji długu. Pytanie tylko czy spowolnienie tempa wprowadzania oszczędności przyspieszy reformy strukturalne. Wątpię.

Oszczędności można dokonywać podnosząc podatki lub obniżając wydatki. W Grecji, czy we Włoszech dominuje to pierwsze podejście  - nie ma więc co się dziwić, że tego typu polityka hamuje wzrost. Można też, wzorem Irlandii, ale też krajów bałtyckich obniżać wydatki, co w krótkim okresie też negatywnie wpływa na dynamikę wzrostu gospodarczego ale już w średnim okresie pomaga gospodarce odzyskać oddech. Pisze o tym m.in. Alberto Alesina (2010) „Fiscal adjustment, lesson learnt form recent history” wskazując na to, że dostosowania fiskalne realizowane po stronie dochodowej zwykle skutkują pogłębieniem recesji, podczas gdy dokonywane po stronie wydatkowej mogą być wspierające dla wzrostu. Dobre przykłady przed chwilą wymieniłem, ale o nich mało się mówi, większą uwagę przyciągają porażki, a nie zwycięstwa. Co więcej coraz częściej szuka się argumentów wskazujących na to, że nie jest to model do zastosowania w krajach południa Europa.

Inne zasadnicze pytanie powinno dotyczyć strategii wzrostu. Przy tak wysokich poziomach długu i deficytów jakiekolwiek wspieranie gospodarki z pieniędzy publicznych nie wchodzi w rachubę. Jedynym rozwiązaniem prowzrostowym pozostają reformy strukturalne, czyli deregulacja, zwiększanie aktywności zawodowej, sprzyjanie większej konkurencji, prywatyzacja i demonopolizacja,  deregulacja rynku produktu. Musi to być wyjątkowo niepopularne, bo jak inaczej tłumaczyć opór klas politycznej przed ich wprowadzaniem. Ale czy przy wolniejszym tempie wprowadzania oszczędności przyspieszą reformy podażowe i strukturalne? Ekonomia polityczna pokazuje, że nie ma takiej zależności. Reformy były dokonywane zwykle w  okresach spowolnienia gospodarczego i trudności budżetowych. Wiemy natomiast, że  zbyt długie rozciąganie niezbędnych reform w czasie sprawie nie służy – wyczerpuje się bowiem wytrzymałość społeczna. Dlatego też nawoływanie do wyhamowania niezbędnych reform może wywołać efekt odwrotny do zamierzonego – rozciągnąć ból w czasie. A tego społeczeństwa wyjątkowo nie lubią!

2013-08-07 10:44
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 „Kiedy skończy się ten kryzys?” - to jedno z najczęściej zadawanych pytań. Nikt nie ma szklanej kuli aby precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie, podczas gdy interlekutorzy zwykle oczekują dokładnych dat. Nie da się precyzyjnie odpowiedzieć, bo obecny kryzys gospodarczy jest procesem wyjątkowo złożonym, zarówno do co procesów jak i czynników zupełnie losowych, takich jak np. decyzje polityków. Kluczową kwestią jest jednak dostosowanie się gospodarek, szczególnie europejskich, do nowych warunków funkcjonowania, głównie w zakresie ich konkurencyjności. O ile jeszcze 15. lat temu kraje Europy Zachodniej konkurowały głównie między sobą, Stanami Zjednoczonymi i Japonią, to teraz konkurencja ma wymiar globalny i dotyczy wszystkich kontynentów. Dlatego też presja konkurencyjna jest nieporównywalnie większa niż kiedykolwiek wcześniej, stąd znacznie większe ciśnienie na ceny, procesy, na innowacyjność i wartość dodaną. Trudniej jest więc się do nowych reguł gry dostosować, ale można, co pokazuje najlepiej przykład Niemiec, które w ciągu ostatniej dekady zwiększały swoją pozycję eksportową na rynkach całego świata. Nie konkurowali przecież ceną, konkurowali wartością dodaną. Podobny model - choć w mniejszej skali - stosuje większość krajów Europy Północnej. Taka też powinna być przyszłość naszego kraju. Kraje Południa Europy będą musiały podstawić w większej niż dotychczas skali na eksport, choć trudno spodziewać się aby w perspektywie najbliższych lat mogły uzyskać choć część tej nadwyżki które mają dziś Niemcy.

Z dobrych wiadomości jest taka, że we wszystkich krajach Europy proces poprawy bilansu na rachunku obrotów bieżących postępuje. A ta zła to taka, że trochę to jeszcze potrwa. Zmniejszenie nierównowag dotyczy również całego świata. Dobrze to widać w najnowszym World Economic Outlook Funduszu Walutowego, który pokazuje jednoznacznie, że o ile  w 2009 nadwyżka krajów eksportujących nad importującymi wynosiła 3 proc światowego dochodu, o tyle obecnie jest to nieco powyżej jednego procenta. Podobny trend obserwowany jest w tzw. krajach PIIGS, gdzie Irlandia osiągnęła już nadwyżkę w handlu na poziomie 1% PKB, podczas gdy jeszcze cztery lata temu deficyt wynosił 6 % PKB. W podobnym trendzie, choć nie z tak dobrymi rezultatami znajdują się ogarnięte recesją kraje Południa Europy. Grecja z deficytu na rachunku obrotów bieżących w 2008 na poziomie 15 % PKB dziś może pochwalić się deficytem w wysokości 6 % PKB, Hiszpanii udało się obniżyć deficyt z 10% PKB do 3% PKB, a Portugalii z 13% PKB do 7% PKB . Ta poprawa nie wzięła się z niczego, nastąpił bowiem relatywny spadek jednostkowych kosztów pracy, najbardziej w Grecji, najmniej w Hiszpanii . Ale o ile w 2008 koszty te w porównaniu z 2000 roku były w zależności od kraju o 30 – 45 proc wyższe, to dzisiaj ta różnica porównaniu z 2000 rokiem wynosi już tylko od 0 do 20 proc. Jeśli politycy nie zaingerują nadmiernie w gospodarkę w najbliższych latach, to ten powolny proces naprawy będzie nadal postępował. Wedle wszelkich dziś dostępnych danych i prognoz można przyjąć, że w 2015 kraje południa Europy zaczną wychodzić na prostą a tym samym skończy się kryzys. Oczywiście w tej formie jaką dziś znamy. Bo równolegle tli się nowy kryzys, który będzie wywołany prawdopodobnie nadmierną ekspansją monetarną. Ale kiedy i w jakiej formie wybuchnie – tego nikt jeszcze nie wie.

Wracając do głównego wątku, proces wychodzenia z recesji i z kryzysu będzie powolny. Co najważniejsze jednak w znacznej mierze tempo to zależy od poszczególnych krajów Europy, w mniejszej skali od czynników zewnętrznych. Szczególnie optymistycznym można być co do Stanów Zjednoczonych, gdzie co prawda ostatnie dane z rynku pracy zasiały nieco pesymizmu, ale strukturalnie Ameryka jest już po zasadniczej restrukturyzacji, z całkiem przyzwoitymi wzrostami zarówno na rynku pracy jak i na rynku mieszkaniowym. Oczywiście część tego popytu jest sztucznie napędzana poprzez QE3, z którego FED w niedługim czasie zacznie się wycofywać. Ale  same te sygnały z banku centralnego sugerujące zakończenie luzowania ilościowego świadczą o pozytywnej ocenie amerykańskiej gospodarki.

Jak pokazują dane empiryczne wychodzenia z kryzysu finansowego jest dłuższe i trudniejsze niż ze zwykłej recesji. Proces też nie jest liniowy i wymaga wytrwałości. I tego powinniśmy w szczególności życzyć politykom europejskim jak i naszym. I nie ulegać radom znachorów, którzy proponują drogę na skróty. Wtedy w 2015 można będzie oczekiwać istotnej poprawy.

2013-08-07 10:41
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Propozycja aby w ramach II filaru wypłacać emeryturę na zasadzie programowego wycofywania środków trudno uznać za poważną. Ten typ wypłat świadczeń emerytalnych jest powszechny i bezpieczny ale …. tylko w ramach ubezpieczeń dodatkowych a nie powszechnych! Różnica jest zasadnicza, rolą podstawowego systemu emerytalnego jest zapewnienie przyszłym emerytom świadczeń na poziomie bezpiecznym, wszelkie dodatkowe formy ubezpieczenia mogą to podstawowe świadczenia jedynie uzupełniać, wtedy może to się już odbywać w różnych formach.

Ludzie co do zasady nie są w stanie ocenić długości swego życia, zwykle też wolą  wróbla w garści niż gołębia na dachu. W praktyce oznacza to, że wielu z nas byłoby skłonnych zaakceptować wyższe świadczenie emerytalne płacone przez 10 lat, niż niższe dożywotnio. Rolą państwa jest jednak niedopuszczenie do takiej sytuacji i zapewnienie powszechnej emerytury dożywotniej dla wszystkich. Emerytura dożywotnia jest formą ubezpieczenia - świadczeniobiorca wykupuje ubezpieczenie na dożycie będące swego rodzaju odwrotnością ubezpieczenia na wypadek śmierci. W pierwszym przypadku świadczeniodawca musi tak skonstruować wysokość świadczenia emerytalnego aby zabezpieczyć wypłaty do ostatnich dni życia emeryta i  tak skalkulować wysokość emerytury aby starczyło pieniędzy. Tego typu ubezpieczenia wyceniane są aktuarialnie (statystycznie z uwzględnieniem tendencji demograficznych) bazując na statystyce populacji. Ryzyko rozkłada się pomiędzy ubezpieczonych - ci co żyją krócej finansują tych co żyją dłużej. Tak samo zresztą jest dziś w ZUS.

W ramach wypłat dożywotnich można rozważać wariant indywidualnych wypłat jak też świadczeń małżeńskich (dziedziczonych). Ale tak naprawdę dyskusja nie powinna dotyczyć formy świadczenia ale tego kto te świadczenia będzie wypłacał. Najlepsze rozwiązania to takie które zachowują konkurencję, po to aby można było porównywać wysokość świadczeń i koszty z ich wypłatą związane. Dlatego też optymalnym rozwiązaniem byłoby umożliwienie wyboru w wykupie emerytur dożywotnich zarówno w firmach ubezpieczeniowych, jak i w OFE i w ZUS.

Propozycja wypłaty programowanej ściągnęła gromy na OFE. Jak dotąd główną zaletą OFE było odkładanie w nich realnych pieniędzy i pozytywny wpływ na rozwój rynku kapitałowego w Polsce. Wygląda na to, że dla przeciętnego Polaka to zbyt mało. Dlatego też kluczowe byłoby stworzenie instrumentów które umożliwiłyby funduszom większe niż dotychczas zaangażowanie w realną gospodarkę np. w infrastrukturę. Muszą to być instrumenty płynne, finansujące największe inwestycje infrastrukturalne. OFE nie mogłyby być do tego typu inwestycji zmuszane,  należałoby jedynie stworzyć taką możliwość tworząc odpowiedni rynek instrumentów. Wtedy oprócz finansowania spółek na GPW pojawiłoby się dodatkowe źródło pieniędzy finansujące gospodarkę realną. W ten sposób też OFE mogłyby łatwiej uzasadnić swoje istnienie i zmienić swój wizerunek.

2013-08-07 10:38
Polskie wpisy Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |