29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

Artykuł ukazał się 28 lipca 2006 r. w Gazecie Wyborczej

Autorzy: Rafał Antczak, Paweł Dobrowolski, Ryszard Petru

Masowa emigracja młodych Polaków wynika z braku perspektyw. Główną przyczyną dla której młodzi Polacy nie widzą szans dla siebie w swoim własnym kraju jest niesprawiedliwie wysokie opodatkowanie młodych pracujących. Polskie społeczeństwo starzeje się i jest naturalne, że rosną koszty emerytur i opieki zdrowotnej. Zamiast jednak sprawiedliwie dzielić te koszty, wynaturzono solidarność międzypokoleniową w drenaż kieszeni młodych obywateli. Polska drenuje kieszenie młodych podatników do tego stopnia, że praca w Polsce stała się towarem luksusowym na który nie stać jednej trzeciej młodych Polaków.

Polska jak każde współczesne państwo jest mechanizmem redystrybucji międzypokoleniowej. Ze składek i podatków młodych opłaca się emerytury i leczenie seniorów. Mechanizm ten funkcjonował całkiem dobrze, dopóki na każdego niepracującego i żyjącego z transferów przypadało kilkunastu pracujących i płacących podatki. Uprawnionym było nazwanie takiego rozwiązania solidarnością międzypokoleniową. Jednak uprawnionym było tylko do czasu. Obecnie państwo dobrobytu oparte o transfer od młodych do starych jest nie do utrzymania. Systematyczny wzrost długości życia oraz spadek dzietności sprawiają, że liczba młodych pracujących w stosunku do seniorów pobierających świadczenia spada w większości krajów świata. W Polsce jeszcze w latach sześćdziesiątych na jednego emeryta i rencistę pobierającego świadczenia przypadało dwunastu pracujących i płacących podatki. Dziś na każdego emeryta i rencistę przypada dwie i pół osoby w wieku produkcyjnym oraz tylko dwie osoby pracujące! W takich realiach demograficznych utrzymanie solidarności międzypokoleniowej wymaga coraz większych transferów od młodych do starszych. Państwa solidarności międzypokoleniowej stały się państwami relatywnego dobrobytu dla seniorów. Natomiast dla młodych stają się nieuczciwymi piramidami finansowymi nakładającymi coraz wyższe podatki w zamian za coraz niższe świadczenia.

Politycy nie są zainteresowani podjęciem działań niezbędnych do zapobieżenia niesprawiedliwości międzypokoleniowej, gdyż narażą ich na utratę poparcia wśród politycznie aktywnych starszych wyborców. Większość obywateli jest również nieświadoma istniejącej niesprawiedliwości. Rosnące obciążenie podatkowe młodych są ukryte przed obywatelami, ponieważ w danym momencie stawki podatkowe obowiązujące starych i młodych obywateli pozostają identyczne. Jednak podatki płacone przez całe życie pomniejszone o świadczenia otrzymane przez całe życie są inne dla każdej generacji. Gdyby sprawiedliwie policzyć obciążenia podatkowe poszczególnych pokoleń pomniejszone o uzyskane przez każde pokolenie świadczenia to okaże się, że młodsi zapłacą podatki o kilkadziesiąt procent wyższe niż starsi. Według dostępnych szacunków w USA przyszłe pokolenia zapłacą podatki o około 50% wyższe niż obecni podatnicy, w Niemczech będzie to około 1,9 raz więcej, a we Włoszech 2,3 razy więcej. W Polsce nikt nie policzył podatków netto (podatki pomniejszone o świadczenia) przypadających na poszczególne generacje, więc nie znamy poziomu niesprawiedliwości międzypokoleniowej. Wiemy tylko, że młodsi Polacy wypłacą seniorom więcej, niż seniorzy wypłacili swoim rodzicom i dziadkom.

Starzenie się społeczeństw oraz związany z nim wzrost kosztów świadczeń jest zjawiskiem ogólnoświatowym. Jednak Polska doświadczona została w sposób szczególnie dotkliwy. Z jednej strony bogate i starsze państwa Zachodu mają zasoby, które pozwalają im odkładać bolesne decyzje oraz utrzymać komfortowy poziom życia zarówno dla podatników jak i dla świadczeniobiorców. Z drugiej strony biedne kraje są młode, więc na razie problem sfinansowania starzenia się społeczeństw nie dotyczy ich z całą siłą. Niestety Polska ma strukturę wiekową podobną do bogatych państw Zachodu, ale zasoby którymi dysponuje upodabniają nasz kraj do biednych krajów rozwijających się. Z tych skromnych zasobów musimy utrzymać niezwykle dużą rzeszę świadczeniobiorców. Młoda jak na państwo europejskie Polska, wypłaca swym emerytom relatywnie dużą część swojego dochodu narodowego. Na 26 państw europejskich dla których Eurostat zebrał aktualne dane Polska jest w czwórce najmłodszych społeczeństw europejskich i jednocześnie jest również w trójce państw europejskich wydających największy procent dochodu narodowego na emerytury i renty.

Te wysokie wydatki na świadczenia wymagają coraz wyższych podatków i obowiązkowych składek nakładanych na coraz mniejszą liczbę pracujących. Praca w ubogiej Polsce jest opodatkowana tak jakby państwo chciało zmniejszyć konsumpcję tego zbędnego i luksusowego towaru. Gdy dodamy podatki dochodowe oraz różne „składki” to okaże się, że Polska ma jedną z najwyższych w całej Europie stóp opodatkowania pracy osób niezamożnych! Jan Kowalski obywatel Polski rozpoczynający dorosłe życie ze średnią pensją i nadzieją na stworzenie własnego gospodarstwa domowego oddaje państwu prawie połowę swojego dochodu. Natomiast John Smith obywatel Irlandii znajdujący się w identycznej sytuacji oddaje tamtejszemu fiskusowi zaledwie ćwierć swojego dochodu. Praca Polaka bez dzieci zarabiającego średnią krajową jest opodatkowana w wysokości ponad 43%. Dla porównania w Wielkiej Brytanii praca osoby bez dzieci zarabiającej średnią krajową jest opodatkowana na poziomie 33%, a w Irlandii tylko na poziomie 26%.

Tak wysoki poziom opodatkowania pracy w Polsce jest szczególnie dotkliwy dla młodych osób rozpoczynających pracę. Praca młodych osób warta jest mniej niż starszych ze względu na brak doświadczenia zawodowego oraz brak potwierdzenia umiejętności i sumienności opiniami z uprzednich miejsc zatrudnienia. Dla dużej części młodzieży wartość jej pracy pomniejszona o podatki i składki jest mniejsza niż płaca minimalna lub koszt samodzielnego przeżycia w miejscowości gdzie pracę mogą znalezć. W rezultacie wiele młodych osób jest wypychane z rynku pracy, ponieważ nie opłaca się im pracować lub nie opłaca się ich zatrudniać. Młodzi Polacy są bez pracy o wiele częściej niż starzy Polacy. Co prawda na całym świecie stopa bezrobocia młodych jest wyższa niż starszych. Jednak nigdzie w cywilizowanym świecie te różnice nie są tak duże jak w Polsce. Na koniec 2005 r. różnica pomiędzy stopą bezrobocia osób poniżej 25 roku życia, a ogółem obywateli wynosiła w Polsce aż 18 pkt. proc. Dla porównania w Irlandii różnica ta wynosiła tylko 4,6 pkt. proc., w Niemczech 5,5 pkt. proc., a w USA 6,2 pkt. proc. W rezultacie, w Polsce w 1 kwartale 2006 r. przy stopie bezrobocia wynoszącej 16%, stopa bezrobocia wśród młodzieży wynosiła ponad 34%!

Młodzi również szczególnie dotkliwie są dotknięci niemożnością wypłaty przez państwo świadczeń w wysokości gwarantowanej poprzednim pokoleniom. Typowym przykładem rosnącego obciążenia młodych jest reforma polskiego systemu emerytalnego. Reforma była sukcesem, ponieważ uratowała nasz system emerytalny przed bankructwem. Gdyby reformy tej nie przeprowadzono, zarówno młodzi jak i starsi dostaliby znacznie mniejsze emerytury, gdyż państwo nie byłoby w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań. Jednak gwoli sprawiedliwości należy zauważyć, że reforma emerytalna polegała na przejściu od systemu pokoleniowego, w którym dzieci i wnuki płaciły za emerytury rodziców i dziadków, na system składkowy, w którym każdy oszczędza na swoją emeryturę. W jej rezultacie obecni młodzi zapłacą za emerytury dwa razy. Najpierw zapłacą za emerytury swoich rodziców i dziadków w ZUS, a potem jeszcze raz zapłacą za własne emerytury w funduszach emerytalnych. W rezultacie suma wartość ich świadczeń będzie niższa niż wcześniejszych pokoleń.

Polska właśnie zderzyła się ze zjawiskami wypychania młodzieży z rodzimego rynku pracy, oraz zwiększoną mobilnością młodych ludzi. Milion młodych Polaków, który wyjechał za granicę jest konsekwencją przerzucania zbyt dużej części kosztu starzenia się społeczeństwa na barki młodych obywateli. Państwo, które po jednej burdzie ulicznej znalazło kilkadziesiąt miliardów złotych w kieszeniach młodych obywateli na wcześniejsze emerytury dla górników, a nie może znalezć kilkunastu miliardów na normalnej jakości drogi pomiędzy swoimi głównymi miastami nie jest atrakcyjnym miejscem pracy i życia dla młodych Polaków. Młode polskie „pokolenie 1200 zł”, woli zostać „europejskim pokoleniem 1000 Euro”. Nie jest to jednak problem, który dotyczy tylko młodych. Gdyby emigracja młodych miała się okazać trwała to grozi bankructwem systemu emerytalnego oraz bankructwem „bezpłatnej” służby zdrowia. Jedynym realnym rozwiązaniem jest sprawiedliwszy podział kosztów starzenia się społeczeństw oraz działania rozkładające te koszty w czasie i na większą ilość podatników. Innej możliwości nie ma.

Emigracja młodzieży, nieuniknione problemy finansów publicznych oraz rychły wzrost znaczenia politycznego młodych obywateli z wyżu demograficznego spowoduje, że konflikt pokoleń o to, kto sfinansuje przejście od państwa transferującego do społeczeństwa oszczędzających staje się zbyt oczywisty, by politycy mogli go dalej ukrywać przed obywatelami. Z przetargu polityczno-biurokratycznego staje się powoli otwartym konfliktem kulturowo-politycznym. Konieczną stanie się uczciwa dyskusja i uczciwy podział kosztów starzenia się społeczeństwa. Pod tą zbliżającą się dyskusję poddajemy sześć propozycji zgodnych z konstytucyjną zasadą równych praw i obowiązków obywateli Polski.

Po pierwsze, uczciwie policzyć zadłużenie państwa wobec obecnych i przyszłych pokoleń tak jak robi się to we wszystkich cywilizowanych krajach świata. Jeżeli obiecaliśmy darmowe leczenie i emerytury żyjącym dziś obywatelom to elementarna uczciwość wymaga oficjalnego szacunku kosztów wynikających z tych obietnic. Obywatelom należy się informacja o tym, czy państwo polskie stać na wywiązania się ze swych obietnic, czy też nie, oraz kto sfinansuje te obietnice. Bez takiego szacunki nie będzie możliwy sprawiedliwy podział kosztów świadczeń pomiędzy wszystkich Polaków.

Po drugie, w miarę szybko (np. w okresie 3-6 lat) zrównać i podwyższyć wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet do 67 roku życia. Współcześnie żyjemy dłużej to i pracować musimy dłużej niż, gdy tworzono obecny system ubezpieczeń społecznych. Jeżeli dalej będziemy podwyższać podatki, by sfinansować emerytury i bezpłatne usługi medyczne to wypchniemy z Polski kolejne setki tysięcy młodych obywateli.

Po trzecie, umożliwić szybką i legalną imigrację do Polski znacznej liczby obcokrajowców. Państwo Polskie może i powinno prowadzić świadoma politykę imigracyjną tak jak czyniły to zawsze rządy USA, a ostatnio czyni większość rządów UE. Oznacza to dla imigrantów prawo do legalnej pracy i prawo do osiedlenia się na stałe.

Po czwarte, objąć wszystkich obywateli, w tym rolników, równym obowiązkiem podatkowym. Albo jesteśmy społeczeństwem równoprawnych obywateli, albo dzielimy się na zawody i korporacje o różnej sile politycznej i różnych przywilejach. Należy też zauważyć, że odrębne podatki i ubezpieczenia tworzą błędne koło uzależnienia od niskodochodowego rolnictwa. Z jednej strony rolnicy uzyskują przywileje, ale z drugiej strony tworzone jest getto, które odbiera chęć i możliwości wyjścia z nieopłacalnej produkcji rolnej. Na przywilejach najbardziej korzystają bogaci i ustosunkowani, a zwłaszcza tzw. latyfundyści, natomiast w rolniczym skansenie najbardziej cierpią biedni i młodzi pozbawieni atrakcyjnych perspektyw.

Po piąte, dokonać rzeczywistej reformy służby zdrowia. Oznacza to: wprowadzenie powszechnego współpłacenia w publicznej służbie zdrowia, zdefiniowanie koszyka świadczeń nie objętych pakietem „bezpłatnym”, oraz wprowadzenie dodatkowych, dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dzięki tym rozwiązaniom popyt na „bezpłatne” świadczenia w ochronie zdrowia zostanie zracjonalizowany, a ochrona zdrowia zacznie proces wewnętrznej restrukturyzacji, tak aby do popytu na usługi dostosować również podaż tych usług po cenie na jaką stać państwo i Polaków.

Po szóste, egzekwować istniejący w polskim prawie obowiązek alimentacyjny tak w stosunku do osób wstępnych (dzieci) jak i do osób zstępnych (rodziców i dziadków). W polskim prawie i tradycji rodzina jest podstawową komórką społeczną i ma ona prawny obowiązek finansowego wspierania swoich członków. Równocześnie państwo polskie powinno egzekwować zapisane w ustawie o pomocy społecznej kryterium majątkowe obok kryterium dochodowego przy przyznawaniu większości świadczeń z budżetu centralnego, czy budżetów lokalnych. Pomoc państwa należy się wyłącznie rodzinom i osobom faktycznie ubogim, które z obiektywnych przyczyn nie są w stanie zapewnić sobie minimum środków dla godziwej egzystencji.

Jako państwo i społeczeństwo mamy dwa sposoby uporania się z powyżej zarysowanymi problemami: bezzwłocznie przedyskutować i wprowadzić zmiany podobne do zaproponowanych powyżej, lub też ignorować narastające problemy i czekać aż brak pieniędzy na leczenie i emerytury wywoła kryzys gospodarczy i polityczny. Wybór którego dokonamy zdeterminuje jakim państwem będzie nasza ojczyzna. Czy stanie się sprawiedliwa i dynamiczna, czy też będzie pogrążonym w marazmie, kłębowiskiem kast i korporacji wyrywających sobie nawzajem zmniejszające się przywileje dzielone przez coraz bardziej bezradnych polityków.

 

2013-04-12 10:34
Polskie wpisy Komentarze (11)
 Oceń wpis
   

Całe podejście do rozwiązania problemu niewypłacalności Cypru to popis wyjątkowo nieprofesjonalnego zarządzania kryzysowego. Warto przypomnieć, że Cypr zwrócił się o pomoc dziewięć miesięcy temu, a tzw. trojka zebrała się 15 marca z zupełnie nieprzygotowaną strategią i w niespełna dwa dni zaproponowała rozwiązanie, które nie dość że zostało odrzucone przez parlament, to jeszcze doprowadziło do niepotrzebnej nerwowości na rynkach finansowych. A także zablokowania systemu bankowego na Cyprze aż do dziś. Co więcej wprowadziło niepewność w krajach objętych programem pomocy i obawę, że podobne metody mogą być w użyciu w ramach ratowania niewypłacalności państwa. Wygląda na to, że w końcu przyjęto rozwiązanie, które i tak jest dość radykalne, ale znacznie bliższe standardów niż pierwotny pomysł obłożenia z dnia na dzień podatkiem wszystkich depozytów ludności.

Problem banków cypryjski pomimo wielu podobieństw z innymi wyspami które znalazły się w podobnej sytuacji, ma jedna zasadniczą różnicę.  O ile banki krajów takich jak Irlandia czy Grecja były finansowane przez niemieckie, francuskie czy angielskie instytucje finansowe, o tyle w przypadku Cypru mieliśmy do czynienia z finansowaniem sektora bankowego głównie w postaci depozytów ludności, głównie z Rosji.  Przyjmując więc tę samą zasadę co w przypadku innych krajów objętych pomocą, koszty restrukturyzacji długów powinni ponieść finansujące jednostki. O ile jednak dotychczas w Europie jak niepodległości chroniono depozytów ludności po to aby nie doprowadzić do paniki na rynku bankowym, o tyle w przypadku Cypru po raz pierwszy to tabu złamano. Najnowsza propozycja rozwiązania cypryjskiego problemu bliższa jest w swej naturze do sposobu w jaki restrukturyzowano dług Grecji na przykład.  Odpowiedzialność za złą sytuację Cypru przejmą dwa banki które poniosły olbrzymie straty na greckich obligacjach, a wszelkie depozyty ludności do 100 tys euro, zresztą a unijnymi przepisami, mają być chronione. Ma zostać wydzielony zły bank, który w ramach procesu restrukturyzacji będzie musiał znaleźć środki w kwotach uzgodnionych z tzw. trojką. Koszty tej restrukturyzacji poniosą bogatsi oszczędzający, w myśl zasady, że ten kto finansuje bez gwarancji musi brać też ryzyko niewypłacalności.  Rozwiązanie to jest o niebo lepsze od pierwotnej propozycji nałożenia podatku, gdzie prawo miało działać wstecz. Tym razem najgorsze cypryjskie aktywa bankowe zostaną poddane procesowi restrukturyzacji a część strat poniosą również oszczędzający. Ale nie wszyscy solidarnie ale ci którzy zdeponowali swe środki w najbardziej nieodpowiedzialnych bankach. Nie jest to rozwiązanie optymalne, gdyż po raz pierwszy koszty ratowania banku ponoszą bezpośrednio deponenci. Ale i tak najlepsze z dotychczasowych bo nie będzie miała zastosowania zasada współodpowiedzialności.  W sumie, za każdym razem za zbytnie zadłużenie państwa na końcu dnia i tak płacą obywatele,  albo w postaci wyższych podatków, albo wyższej inflacji, czyli odłożonego w czasie podatku.  Lub utraty zaufania, co później przez  lata oznacza wyższe koszty dostępu do kapitału. Tak więc tak czy inaczej za błędy polityki gospodarczej wszyscy i tak zapłacą, ważne jednak jest aby proces restrukturyzacji  był zrozumiały i przejrzysty.  Całym program ratowania Cypru, który ewidentnie powstawał na kolanie przyniesie nam jeszcze parę niespodzianek. Sam już fakt, że muszą zostać wprowadzone restrykcje dotyczące przepływów kapitałowych najlepiej świadczą o – ujmując to dyplomatycznie – dalece niedoskonałym przygotowaniu programu.  Przecież tego typu ograniczenia są niezgodne z unijną zasadą wolnego przepływu kapitału.  Przez dłuższy czas będą też zapewne utrzymane ograniczenia dotyczące wypłat z bankomatów. Wszystkie te restrykcje na pewno gospodarce cypryjskiej nie pomogą.

Najgorsze w tym wszystkim, że okazało się że UE wciąż nie ma opracowanego systemowego podejścia do radzenia sobie z tego typu przypadkami.  I to jeszcze kiedy problem dotyczył bardzo małych kwot w porównaniu z innymi wyzwaniami unijnymi. Ewidentnie ani KE ani MFW ani EBC nie zdali w przypadku Cypru egzaminu. Dobrze, że ta wpadka dotyczyła jednego z najmniejszych krajów UE. Teraz czas na lekcję aby tego typu błędów nie powtórzyć.

2013-04-02 19:30
Polskie wpisy Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Cypr od dawna był kolejnym kandydatem do wparcia finansowego ze strony Komisji Europejskiej i Funduszu Walutowego. Nikt się jednak nie spodziewał, że pomoc  będzie powiązana z tak drastycznym rozwiązaniem jakim jest propozycja obłożeniem podatkiem oszczędności i to wysokości 6.75 proc do 100 tys euro i 9.9 proc powyżej tej kwoty. To  wyjątkowo drakoński  i niespotykany dotychczas w rozwiniętym świecie pomysł, ze względu na to, że kosztami kryzysu dotknięci mają być bezpośrednio obywatele. Konsekwencją opodatkowania oszczędności będzie przede wszystkim drastyczny spadek zaufania do banków jak o do samego oszczędzania, jak i zachęta do oszczędzania poza krajem. A dla najbardziej zamożnych obywateli sygnał jest niestety taki, że wszelkie poważniejsze oszczędności bezpieczniej jest trzymać w ….  Szwajcarii.

O ile działania podejmowane w innych krajach w ramach procedur ratowania płynnościowego można było uznać za zestaw w miarę standardowych metod, to pomysł opodatkowania oszczędności oprócz jednej zalety, jaką jest szybkość uzyskania pieniędzy, ma serię bardzo poważnych wad. Ogranicza zaufanie obywateli do państwa, zniechęca do oszczędzania, zachęca do transferu zysków zagranicę i działa wstecz. Podwyżka podatków – która przecież też jest formą odebrania społeczeństwu części wypracowywanego dochodu – nie zaburza aż tak drastycznie normalnego obiegu gospodarczego. Podatki bowiem są daniną pobieraną dopiero po wykonaniu czynności gospodarczej. Innymi słowy jeśli wzrost podatków jest nadmierny ludzie ograniczają zakupy, lub zmniejszają inwestycje, czy też ograniczają swój pęd ku wyższym wynagrodzeniom. Opodatkowanie depozytów nie daje żadnych możliwości manewru, poza wybraniem się do bankomatu.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że rozwiązanie to poparł nie tylko Fundusz Walutowy ale również i EBC. Akceptacja EBC zaskakuje, gdyż propozycja opodatkowania oszczędności doprowadziła już do runu na banki na Cyprze i do powstania obaw obywateli innych krajów które otrzymują pomoc finansową, że tego typu podatki mogą się również u nich pojawić. Bardzo więc wzrosło ryzyko runu na banki, co jest przecież głównym zagrożeniem kryzysu bankowego. Dziwi też, że dla tak niewielkiej kwoty jaką jest 5,8 mld euro, które ma pochodzić z opodatkowania oszczędności, zaproponowano rozwiązanie które znów zachwiało wiarą rynków finansowych w wychodzenie z kryzysu przez strefę euro. Skutki negatywne całek tej operacji nie są warte zysków jakie ma ona przynieść. Lepiej byłoby się z tego pomysłu wycofać.

2013-04-02 19:29
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Trudno znaleźć ekonomistę czy polityka gospodarczego, który byłby przeciwny trwałemu zwiększeniu wzrostu gospodarczego. Nie tylko Grzegorz Kołodko wolałby aby wzrost w najbliższych latach wynosił nie 1.5 procent a 4. Tyle, że nie da się tego zadekretować, a możliwości bezpośredniego oddziaływania rządu są dość ograniczone. To nie są lata 90-e gdzie bardzo wiele zależało od bezpośredniej polityki rządu – dziś gospodarka jest znacznie bardziej rynkowa, a siła oddziaływania państwa dokonuje się głównie poprzez działania regulacyjne, które muszą uwzględniać zewnętrzne uwarunkowania. Dziś podwyższenie podatków, co sugeruje prof. Kołodko, rodzi naturalną presję arbitrażową, którą jest niewspółmiernie łatwiej realizować, niż jeszcze 20 lat temu.  Nie wspominając już o podstawowej kwestii jaką byłoby  pogorszenie konkurencyjności naszego kraju. Podobnie interwencjonistyczny charakter ma propozycja natychmiastowego obniżenia stóp procentowych o 100 pb, przydałoby się uzasadnienie jak ten tańszy pieniądz przełoży się na chęć do inwestowania w sytuacji kiedy akurat koszt pieniądza nie jest główną przyczyną wstrzymywania inwestycji. No i dlaczego akurat o 100 pb a nie np. o 150 pb. Niestety zaproponowana przez prof. Kołodko na łamach Rzeczpospolitej strategia stwarza wrażenie przypadkowego zbioru pomysłów, które niekoniecznie przystają do obecnej rzeczywistości gospodarczej.

Wśród proponowanych propozycji pojawia się parę sensownych rozwiązań, sporo życzeń i kilka groźnych pomysłów rodem z poprzedniej epoki. Zacznę od tych sensownych. Przede wszystkim wzmocnienie UOKiKu, bo nie ma nic ważniejszego w gospodarce rynkowej niż konkurencja. Apel o inwestycje w kapitał ludzki i odbiurokratyzowanie gospodarki to ważne postulaty, mało kto chyba jest przeciw, ale jakoś żadnemu z dotychczasowych rządów nie za bardzo się udało zrealizować. Łatwo jest tego typu kierunki zadeklarować, przydałoby się jednak dokładniej sprecyzować jak to zrobić. Również dobrze byłoby gdyby udało się zachęcić OFE do inwestowania w infrastrukturę, tyle że fundusze emerytalne muszą mieć możliwość inwestowania w płynne aktywa, potrzebne są więc instrumenty oparte na projektach infrastrukturalnych gwarantujących płynność i przejrzystość transakcji. Kolejny postulat to wejście do strefy euro po właściwym kursie, z czym trudno się nie zgodzić, ale ważniejsze od tego jest odpowiednie konkurencyjne przygotowanie gospodarki na takie wyzwanie. Niestety pozostała część propozycji takiemu przygotowaniu naszego kraju nie służy.

Miło dla ucha brzmi np. hasło bardziej sprawiedliwego podziału PKB, tak aby dochody ludności uboższej rosły szybciej niż zamożnej. Niestety doświadczenia światowe pokazują, że w szybko rosnących krajach prędzej rozwijają się obszary bogatsze niż biedniejsze. Najlepszym rozwiązaniem aby te różnice likwidować są inwestycje w edukację w biedniejszych regionach; najgorszym janosikowe, które zniechęca do pracy. Nie wiem którą z tych propozycji autor miał na myśli. Wśród innych groźnych dla gospodarki są propozycje efektywnego podwyższenia opodatkowania gospodarki, poprzez „rozciągnięcie skali podatkowej i likwidacji ulg”, nie wspominając już o propozycji aby zachęcić Polaków do wydawania i „zakończenia polityki obniżania wydatków budżetowych”. A deficyt przecież sam zmaleje, bo w wyniku interwencji państwa pojawi się wzrost i dzięki temu wszystkie problemy się rozwiążą. Jakie to proste … Głęboka wiara w interwencjonizm publiczny widoczna jest również w propozycji „gorliwego realizowania rządowych programów poręczeń publicznych itp., i zaangażowania w ten proces państwowych firm w tym PKO BP i PZU”. Na szczęście dla gospodarki Polakom nie trzeba dziś pokazywać do czego prowadzi nadmierne i gorliwe zaangażowanie polityków w proces decyzyjny firm państwowych – niestety jak na dłoni widać to na przykładzie LOT-u. Podobnie jestem pod wrażeniem w wiarę sprawczą rolę dyplomacji w ramach „kompleksowej i agresywnej pomocy ze strony państwa w promocję handlu”. Polska dyplomacja gospodarcza jest rzeczywiście znacznie słabsza niż  niemiecka czy francuska, ale nie w tym aby załatwiać kontakty tylko w obszarze miękkiej dyplomacji gospodarczej,  aby nasi przedsiębiorcy byli traktowani nie gorzej niż z innych krajów unijnych. Dzisiaj znacznie większe znaczenie dla gospodarki globalnej i naszej będzie miała liberalizacja handlu między UE a USA i nasz w tym udział, niż „agresywna pomoc ministerstwa w promocji handlu”. No i na deser coś co nie powinno paść z ust byłego ministra finansów: wykorzystanie rezerw walutowych NBP na zmniejszenie co najmniej połowy zagranicznej części długu. Bez komentarza. Tak samo jak nierealne życzenie, aby wymusić aby centrale decyzyjne  banków były ulokowane w Polsce.

Poważna strategia powinna być spójna i przemyślana. Nie może składać się głównie z listy życzeń. Musi zaczynać się od suchej i obiektywnej diagnozy gospodarczej, definicji celu i dobranie właściwych instrumentów. W gospodarce rynkowej rząd nie tworzy wzrostu gospodarczego, a jedynie warunki do jego powstawania. Kluczowe dla Polski jest zwiększenie konkurencyjności naszej gospodarki poprzez jej dalszą prywatyzację, zmniejszenie biurokracji, zmniejszenie zakresu interwencji państwa, skupieniu transferów publicznych wyłącznie na potrzebujących, zaktywizowanie ludności wiejskiej poprzez docelową likwidację KRUS, sprzyjanie większej urbanizacji kraju i poprawie jakości edukacji. Nie wystarczy zadekretować 3:5:7.

2013-04-02 19:28
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Ponad tydzień temu odbyła się w Ministerstwie Finansów debata na temat przystąpienia Polski do strefy euro. Jednym z ciekawszych wątków tej dyskusji była kwestia kryteriów jakie Polska powinna spełniać przed przyjęciem wspólnej waluty. I nie chodzi wyłącznie o kryteria formalne z traktatu z Maastricht  ale przede wszystkim o dodatkowe kryteria, które zapewnią Polsce nie tylko bezpieczeństwo ale również sukces we wspólnej walucie. Te dodatkowe kryteria mają zapewnić aby polska gospodarka pozostałą elastyczną i dynamiczną w reżimie sztywnego kursu walutowego. To, że jest to możliwe pokazują przykłady krajów północnych Europy, które co prawda wraz z kryzysem na Południu Europy weszły w fazę silnego spowolnienia gospodarczego, ale wciąż na globalnym rynku są konkurencyjne. I o to właśnie chodzi, aby w przyszłości siła naszej konkurencji nie opierała się na taniej sile roboczej ale na wydajności i na wartości dodanej. Dlatego tak ważne są dodatkowe działania, które z jednej strony wzmocnią podażową stronę naszej gospodarki, z drugiej zaś wprowadzą mechanizmy zabezpieczające przed przegrzaniem rynku.

Po krótce wymienię główne ryzyka wiążące się z przyjęciem wspólnej waluty. Są to przede wszystkim: (i) ryzyko nadmiernego wzrostu cen aktywów; (ii) brak automatycznego stabilizatora konkurencyjności jakim jest elastyczny kurs walutowy; (iii) ryzyko nadmiernego wzrostu płac, co miało miejsce w większości krajów Południa, czego ostatecznym efektem był rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących; (iv) wyższa inflacja niż w dominujących krajach strefy euro. Celowo zostało użyte słowo „ryzyko”, gdyż wyszczególnione powyżej zagrożenia mogą ale nie muszą się zrealizować.

W niektórych krajach strefy euro, ale również w USA i w Wielkiej Brytanii doszło do nadmiernego wzrostu cen aktywów przed wybuchem kryzysu finansowego. Głównym winowajcą takiego stanu rzeczy były zbyt niskie stopy procentowe, ale również nie bez winy był nadzór bankowy, który nie powstrzymał w porę nadmiernego kredytowania przez banki sektora nieruchomości. Wyciągając wnioski UE wprowadza w ramach tzw. unii bankowej serię regulacji, które mają w przyszłości tego typu dynamice zapobiec. Niemniej doświadczenie uczy, że nie wystarczy opierać się wyłącznie na ogólnoeuropejskich zabezpieczeniach, czy też nawet globalnych. Zarówno rozwiązania przewidziane w Bazylei I i w Bazylei II w żaden sposób nie ograniczyły ryzyka kryzysu. Kluczowym jest więc precyzyjnie nadzorujący nadzór lokalny, oraz wewnętrzne regulacje wypłaszczające cykl w bankach. W Polsce nie ma wciąż jasnego podziału obowiązków pomiędzy NBP i KNF w zakresie nadzoru makroekonomicznego, zadania te powinna przejąć Rada Ryzyka Systemowego, aby ta koordynacja i nadzór były optymalne.

Kolejną istotną kwestią jest elastyczność rynku pracy i rynku produktu. O ile ostatni kryzys pokazał względną elastyczność polskiego rynku pracy, szczególnie w porównaniem z rozwiązaniami wciąż obowiązującymi w krajach Południa Europy, o tyle rynek produktu jest wciąż w lesie za europejskimi krajami którym udaje się konkurować z sukcesem na światowych rynkach. Mowa tu zarówno o czasie niezbędnym na dochodzenie spraw przed wymiarem sprawiedliwości, znacznym uproszczeniu przepisów sprawozdawczych i podatkowych, wraz z wiążącymi interpretacjami urzędów skarbowych, czy też bardziej życiowym prawem upadłościowym. Efektem końcowym tych zmian powinno być znaczne uproszczenie mechanizmów restrukturyzacji przedsiębiorstw.

Ryzyko nadmiernego wzrostu płac będzie znacznie mniejsze po tym co się działo z płacami w krajach Południa, gdyż każdy kraj będzie już przez rynki finansowe oceniany osobno, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji na rachunku obrotów bieżących. Niemniej każdy powinien dmuchać na zimne i tworzyć warunki dla jak największej konkurencji na rynku pracy, zarówno w zakresie kształtowania umów o pracę jak i polityki migracji, zarówno wewnątrz kraju jak i tej zewnętrznej. Działania te sprzyjać będą wzrostowi płac w tempie nie przekraczającym wzrostu wydajności pracy i tym samym nadmiernej inflacji.

Polska oczywiście może wejść do strefy euro bez tych bezpieczników, jak również może dokonać tych reform nie wchodząc do strefy euro. Ten drugi wariant byłby oczywiście bardziej pożądany od pierwszego. Jednak optymalnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie wspólnej waluty przez kraj do tego na wszelkie sposoby przygotowany.

2013-04-02 19:28
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Euforia po szczycie unijnym dawno już minęła, widać to było dość wyraźnie w niedawnej debacie sejmowej dot. paktu fiskalnego.  Zamiast paktu mowa była głównie o pieniądzach unijnych, dla jednych powód do dumy i optymizmu na przyszłość, dla innych stanowczo za mało jak na poziom naszego zapóźnienia w stosunku do bogatych krajów Zachodu Europy. Schodząc na ziemię, wynegocjowane kwoty są na tle tego co dostali inni naprawdę dużym sukcesem. Teraz ważne jest aby sam sukces negocjacyjny nie przesłonił znacznie ważniejszego wyzwania jakim jest sensowne wydanie tych pieniędzy. I aby przypadkiem nie uśpił polityków, którzy całkiem nieświadomie mogą utożsamiać wydatkowanie pieniędzy unijnych z jedyną sensowną strategią gospodarczą rządu. Bardzo łatwo ulec takiemu złudzeniu, szczególnie że dla przeciętnego Polaka mówienie o potrzebnych działaniach na rzecz wzrostu wydajności poprzez deregulacje zarówno rynku produktu  jak i produkcji, jest zupełnie niezrozumiałe. Dużo bardziej do wyobraźni trafia kwota 300 miliardów złotych, która między Bogiem a prawdą rzeczywiście robi wrażenie. Te 300 miliardów to nic innego jak ta słynna manna z nieba. Tak jak manna kończyła się po sześciu dniach tak też te pieniądze skończą się po siedmiu latach. Są bardzo potrzebne ze względu na nasze zapóźnienie infrastrukturalne, w drogach, a tym bardziej w kolei, nie wspominając o oczyszczalniach ścieków itp. Tyle że sensowne wydatkowanie tych pieniędzy powinno uwzględniać odpowiedź na pytanie jaki da nam to efekt nie tylko teraz ale przede wszystkim właśnie za siedem lat.

 

Większość uwagi w ocenie wpływu wykorzystania środków unijnych na wzrost gospodarczy skupiona jest na efekcie popytowym, związanym z tym, że dodatkowy popyt inwestycyjny realizowany z środków publicznych podbija tempo wzrostu gospodarczego w danym okresie. Nie można jednak zapominać o podstawowej zasadzie, że to nie rząd kreuje wzrost gospodarczy, państwo  może jedynie sprzyjać szybszemu lub wolniejszej dynamice PKB stwarzając lepsze lub gorsze warunki dla funkcjonowanie przedsiębiorstw. Oprócz twardej infrastruktury mamy od lat problemy z infrastrukturą miękką, czyli całym oprzyrządowaniem instytucjonalnym polskiej gospodarki. O ile jeszcze kilka lat temu wydawało się, że nie ma szans na skuteczne przewalczenie blokady biurokratyczno – finansowo – prawnej w budowie autostrad, o tyle dziś podobne wrażenia można mieć obserwując zmagania z udrożnieniem infrastruktury miękkiej w naszym kraju.  Chodzi zarówno o cały proces deregulacyjny, prywatyzacyjny jak i szeroko pojętą stabilizację prawa, choćby w zakresie tak oczywistym jakim jest stabilność interpretacji podatkowych. Wydatkowanie środków unijnych powinno służyć temu nadrzędnemu celowi jakim jest zwiększenie wydajności i konkurencyjności naszej gospodarki.  Założenie, że inwestycje dokonywane z środków unijnych będą odpowiedzią na większość bolączek polskiej gospodarki  jest wręcz groźne. Nie dość, że uzależnia od zewnętrznej kroplówki to jeszcze usypia czujność. Tak jak się to nieszczęśliwie stało w krajach Południa. Powinniśmy się uczyć na błędach innych i stawiać na stałą poprawę konkurencyjności naszej gospodarki. Nie może nią być wiecznie tania siła robocza, bo taki wariant rozwoju skazuje nas na wieczne odgrywanie roli biednego średnio wykwalifikowanego pracownika wielkich koncernów. Nie o to przecież chodzi. Kluczem jest więc wydatkowanie środków unijnych wraz z równoległym działaniem namierzonym na stałe  poprawianie polskiej konkurencyjności, aby utrzymała się ona w tempie jakie miało miejsce w pierwszych dwudziestu latach transformacji.  Inaczej czeka nas mizerne tempo wzrostu do końca dekady a potem jeszcze szok po tym jak nagle źródełko wyschnie.

2013-04-02 19:27
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Debaty w Sejmie rzadko kiedy dotyczą meritum spraw. I tak dziw bierze, że nie padły wczoraj hasła typu Targowica, czy Jałta. Obawiam się, że po takiej debacie jak ta sejmowa opinia publiczna zamiast dowiedzieć się czegoś o dylematach związanych ze sposobami jakimi Europa chce zabezpieczyć się przed kolejnym kryzysem jest jeszcze bardziej zdezorientowana. A szkoda, bo świadoma presja społeczna na odpowiedzialną politykę fiskalną jest tym co wyróżnia odpowiedzialne kraje od mniej odpowiedzialnych.  Taka presja ma miejsce w Niemczech, czy np. w krajach Skandynawskich, a nie było jej niestety w większości krajów Południa. Polska wyciągnąwszy wnioski z nieodpowiedzialnej polityki Gierka, która doprowadziła nas do bankructwa w 1981 roku, wpisała w 1997 r. do konstytucji limit długu, zmniejszając tym samym ryzyko kryzysu w stylu greckim. Ale sam ten zapis konstytucyjny  nie ogranicza wielu innych ryzyk, które właśnie adresuje pakt fiskalny.

Pakt jest inną, bardziej przemyślaną i pewniejszą formą bezpieczników fiskalnych, niż te które dotychczas znajdowały się w traktacie z Maastricht. Bo to tam właśnie wpisano proste wskaźniki, które miały chronić strefę euro przed kryzysem fiskalnym – deficyt budżetowy nie przekraczający 3 proc PKB i dług publiczny 60 proc PKB. Wskaźniki te doskonałe oczywiście nie były, bo jak pokazał przykład Irlandii, z dnia na dzień dług prywatny sektora bankowego stał się długiem publicznym, a z nadwyżki budżetowej zrobił się nagle olbrzymi deficyt. Problemy Irlandii wzięły się z nadmiernego wzrostu cen nieruchomości i nadmiernej ekspansji banków irlandzkich. Przed tego typu kryzysem traktat z Maastricht nie chronił. Natomiast już przyrost zadłużenia Grecji czy Włoch nigdy nie powinien mieć miejsca, gdyż dawno przekroczone zostały limity deficytu i długu zapisane w traktacie. Czyli po prostu był on tylko na papierze – co widać  - gdyż dziś większość krajów strefy euro nie spełnia żadnego z tych dwóch kryteriów fiskalnych. A nieprzestrzeganie tych zasad zaczęło się tuż po przyjęciu wspólnej waluty, kiedy to dwa największe kraje, Francja i Niemcy, złamały ustalone wcześniej reguły gry. Koszty nie przestrzegania nawet tych najprostszych reguł są wysokie, co widać nie tylko w Grecji ale w całej Europie, i nie tylko w postaci recesji, ale również ludzkich tragedii wynikających z rekordowego bezrobocia. Europa wyciąga wnioski z tego kryzysu zabezpieczając się znacznie mocniej niż poprzednio przez ryzykiem prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej.

W pakcie fiskalnym wprowadzana jest reguła fiskalna, która ma wymuszać tzw. równowagę strukturalną budżetu (de facto deficyt na poziomie 0.5 % PKB), uwzględniając również samorządy. Słowo strukturalna mówi o tym, że w okresach spowolnienia czy recesji akceptowalny byłby deficyt, a w okresie prosperity budżet powinien mieć nadwyżkę. Jednak żaden kraj nie może mieć deficytu powyżej 3 % PKB.  W przypadku długu publicznego, dług powyżej 60 proc PKB będzie musiał być automatycznie obniżany o 1/20 nadwyżki ponad 60 proc. Kraje, które tych reguł nie zastosują będą musiały płacić kary w wysokości 0.1 proc PKB, a dostosowanie do reguł gry mają być automatyczne. Oczywiście rozwiązania te nie dają gwarancji uniknięcia kolejnego kryzysu. Ale zasadniczo zmniejszą ryzyko powtórki kryzysu podobnego do obecnego. Głosowanie przeciwko tego typu rozwiązaniom ostrożnościowym wydaje się wyjątkowo nieodpowiedzialne.

System paktu fiskalnego trzeba będzie obudować szeregiem rozwiązań monitorowania gospodarki, zwiększenia nadzoru nad systemem finansowym, w tym w szczególności nad bankami. To wszystko są rozwiązania na przyszłość, niemniej nie wyciąganie wniosków z przeszłości byłoby sygnałem świadczącym o zupełnym oderwaniu polityków europejskich od rzeczywistości. W tym także polskich polityków. Polska i tak nie będzie na razie w pełni uczestniczyła w pakcie fiskalnym nie będąc członkiem strefy. Nie będzie nas obejmował system kar, ale dla własnego dobra powinniśmy zapisane w pakcie reguły gry realizować. Trudno dzisiaj znaleźć inną sensowną alternatywę dla tych rozwiązań. Stąd też naturalna, wynikająca z interesu naszego kraju, potrzeba przyjęcia tych rozwiązań.

2013-04-02 19:26
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Już wiele powiedziano o polskim sukcesie na ostatnim szczycie unijnym, zaczynając od uzyskanych kwot a na taktyce negocjacyjnej kończąc. Po tej chwilowej euforii należałoby się szybko zastanowić jak sensownie przelać ten sukces negocjacyjny na realną gospodarkę. Chodzi zarówno o sensowność projektów inwestycyjnych jak również odpowiednie rozłożenie całego procesu w czasie.

 

Zacznę od tej drugiej kwestii, gdyż mało kto zwraca na nią uwagę. Wciąż wydajemy środki finansowe z poprzedniej perspektywy według zasady, że przez okres dwóch lat po jej zakończeniu można nadal korzystać z pieniędzy unijnych. Tyle, że brak budżetu na kolejne lata uniemożliwiał dotychczas przygotowanie kontraktów. Na szczęście budżet został uzgodniony, choć do pełnego szczęścia brakuje jeszcze zgody Parlamentu Europejskiego. Niemniej jednak, każdy kolejny miesiąc oznacza, że poważnie rośnie prawdopodobieństwo istotnego spowolnienia inwestycyjnego w 2014 roku, a przynajmniej w pierwszym półroczu. Aby tego uniknąć już  teraz należałoby rozpocząć przetargi na duże projekty infrastrukturalne pod przyszłą perspektywę budżetową. Dla niektórych zabrzmi to wręcz nieodpowiedzialnie – jak można kontraktować pod budżet który jeszcze formalnie przez parlament nie został przyjęty. Można, gdyż kolejny budżet będzie, albo w formie zbliżonej do ostatnio zatwierdzonego lub też w formie prowizorium budżetowego, gdyby doszło do mało prawdopodobnego scenariusza jakim byłoby odrzucenie projektu przed Parlament Europejski.  Nieodpowiedzialne byłoby na tym etapie kontraktowanie pod całość budżetu, ale skala rzędu 70 procent planowanych wydatków byłaby bezpieczna. Ważne aby o tym 2014 roku pamiętać po euforii związanej z wynegocjowaniem rekordowego budżetu dla Polski.

 

Niezależnie od kwestii terminów ważne jest to jak przyznane środki będą wykorzystane. Powodem dla których jesteśmy największym beneficjentem netto pieniędzy unijnych jest nasze zacofanie. Od momentu członkostwa w UE udało nam się część tego dystansu nadrobić, szczególnie w okresie kryzysu kiedy kraje Europy Zachodniej wpadły w recesję, podczas gdy nasza gospodarka się wciąż rozwijała. Wciąż jednak niedokończone zostały podstawowe szlaki komunikacyjne zarówno drogowe, jak i w szczególności kolejowe. Tu nie ma na szczęście wielkiej filozofii, a obawy o niewłaściwe wykorzystanie środków w tym zakresie są nieuzasadnione, bo kolejnego tak szczodrego budżetu w przyszłości już po prostu nie będzie. Zarówno dlatego, że Polska w 2020 roku w niewielkim zakresie będzie się kwalifikować na zastrzyki z brukselskiej kroplówki,  jak i dlatego że w Unii maleje chęć na tego typu wydatki. Już teraz po zakończeniu szczytu padły słowa krytyki, że kolejny budżet utrwala wadliwą i nierozwojową strukturę środków, gdzie większość pieniędzy przeznaczana jest dopłaty rolne i politykę spójności, która rzeczywiście w Europie Zachodniej wzrostu już nie tworzy. Nasz przypadek jest nieco inny, gdyż brak jest wciąż w Polsce podstawowej infrastruktury i efekty związane z jej budową są nie tylko popytowe, jak w krajach rozwiniętych, ale również podażowe, czyli takie które zwiększają efektywność gospodarki. Prędzej czy później przyjdzie jednak  czas na głęboką reformę europejskiego systemu wspierania rolnictwa, który nijak się nie ma do globalnej gospodarki ani do XXI wieku. Podobnie będzie też z polityką spójności.

 

Tak więc dobrze byłoby korzystać z tych pieniędzy mając w perspektywie czas kiedy będzie trzeba żyć za swoje. Dlatego tak ważne jest aby w tej najbliższej perspektywie finansowej zbudować podwaliny pod przyszłą „samowystarczalność”. Szczególnie w zakresie współpracy uczelni z biznesem, co w Polsce staje się coraz poważniejszym wyzwaniem rozwojowym. Takiej współpracy nie da się zadekretować, wymaga otwartości i chęci współpracy obu stron, finansowanie zewnętrzne może być w tym zakresie bardzo pomocne. Gorzej będzie z inwestycjami związanymi z walką z ociepleniem klimatycznym, gdyż znaczna część tych inwestycji może w dłuższym okresie okazać się dalece chybiona i droga. W ogóle pieniądze będą trudniejsze niż dotychczas, tym razem nawet ważniejsze o wykorzystanie będzie ich sensowna alokacja.

2013-04-02 19:25
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

W okresie globalnego spowolnienia gospodarczego można by się spodziewać zmniejszonej aktywności inwestorów i mało optymistycznych postaw rynkowych. A tu się okazuje, że w zeszłym roku sto największych funduszy private equity zgromadziły rekordową sumę pieniędzy do zainwestowania w wysokości 3 bilionów dolarów. Ta rekordowa kwota wskazuje, że znaczna część inwestorów uważa, że obecny czas jest dobry do realizacji transakcji wykupu. O ile w epicentrum kryzysu w 2009 wyceny spółek były bardzo niskie to mało kto decydował się na tego typu transakcję, obawiając się że recesja będzie znacznie głębsza niż była faktycznie. Dzisiaj jednak daleko od tamtego pesymizmu. Zarówno w Polsce jak i na całym Starym Kontynencie przedsiębiorcy a tym samym inwestorzy, gromadzą gotówkę. Wyceny firm są zbliżone do poziomu w którym ani kupujący ani sprzedający nie są do końca zachwyceni, co zwykle świadczy o dobrym poziomie równowagi. Nie jest to więc ani dołek ani szczyt.

 

W Polsce w zeszłym roku odbyło się sporo transakcji na rynku fuzji i przejęć. Końcówka roku przyniosła dwie wielkie, które wyznaczą zapewne trend na 2013 rok. Były to największa emisja prywatna na GPW Alior Banku,  zakończona ogromnym sukcesem i sprzedaż bezpośrednia Lux Medu za kwotę 400 milionów euro. Strategia równoległego poszukiwania kapitału zarówno w transakcji bezpośredniej jak i poprzez debiut giełdowy na rynku akcji, którą wybrał Alior Bank, będzie prawdopodobnie dominowała na rynku w bieżącym roku. Innym coraz bardziej popularnym rozwiązaniem stają się obligacje korporacyjne, które jednak po kilku mniej udanych operacjach w zeszłym roku stają się już nieco trudniejszym instrumentem, choćby z kowenantami, które dotychczas były domeną kredytów bankowych. Ewidentnie poprawa nastroju w Europie Zachodniej sprzyja zwiększonemu apetytowi na ryzyko. Stoi to nieco w sprzeczności z nastrojem w Polsce, gdzie kolejne dane makroekonomiczne są gorsze od poprzednich. Tyle, że ten nadmiar kapitału o którym wspominałem na świecie jest tak ogromny, że nawet gorsze (choć wciąż pozytywne) dane z polskiej gospodarki tego apetytu zasadniczo nie zmniejszają.

 

Transakcja LuxMedu przypomniała tylko, że w Polsce najbardziej atrakcyjnym rynkiem wciąż pozostaje w medycyna, co widać w wycenach spółek medycznych. Ich wartości osiągają cenę ponad 10 razy EBITDA (zysk przed potrąceniem odsetek od kredytów, podatków i amortyzacji), podczas gdy przeciętnie wartość spółek w Polsce kształtuje się na poziomie 6 razy ten wskaźnik.  Transakcje na rynku M&A trwają dłużej niż na rynku giełdowym (od 6 do 9 miesięcy) i dopiero pod koniec procesu przedsiębiorca ma pewność pozyskania inwestora. Z kolei na rynku akcji proces jest szybszy, ale uzależniony od zmiennego nastroju rynkowego i innych podaży w tym samym czasie. Z kolei rynek długu jest najmniej zobowiązujący, a to siłą rzeczy kosztuje, no i dług po jakimś czasie trzeba rolować. Ale w całym tym narzekaniu na słabnące tempo wzrostu gospodarczego, kiedy banki ograniczają akcje kredytową, a firmy inwestycje, duże zainteresowanie wszystkimi trzema formami pozyskania kapitału to dobry prognostyki na przyszłość. Świadczy to bowiem o przekonaniu inwestorów, że odzyskają swe pieniądze i to zyskiem!

2013-04-02 19:24
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Wciąż  dominuje u nas przekonanie, że dla pobudzenia gospodarki trzeba tworzyć bardzo konkretne zachęty, programy, interwencje. Jednym z takich przykładów ciągłej wiary w skuteczność tego typu  działania są strefy ekonomiczne. Każdy region, czy miasto stara się przyciągnąć inwestorów, zwykle zagranicznych, kusząc ich ulgami podatkowymi, preferencjami i zachętami. Podejmując jednak te działania zwykle jednak zapomina się o polskich przedsiębiorcach działających na tym terenie. Oni zwykle nie mogą skorzystać z nowo proponowanych preferencji, nie mogąc przenieść swej działalności do nowego miejsca. Zwykle bowiem koszty takiego manewru są zbyt duże. Co więcej, strefa ekonomiczna stwarza lepsze warunki dla nowych przedsięwzięć z stosunku do starych, a to można by nazwać nieuczciwą konkurencją. Władzom lokalnym zwykle bardzo zależy na nowych miejscach pracy, są dla nich skłonni zrezygnować z potencjalnych dochodów podatkowych. Intuicyjnie można to zrozumieć. Ale zbyt często zapomina się o drugiej stronie medalu, czyli likwidowaniu miejsc pracy poza strefami w wyniku nierównej konkurencji i to niestety głównie tych tworzonych przez rodzimych przedsiębiorców. W dzisiejszej wyjątkowo konkurencyjnej rzeczywistości bardzo trudno jest odrobić wyższą marżą różnice jaką można uzyskać nie płacąc podatków działając w strefie ekonomicznej.

W Polsce działa czternaście stref. Strefy oferują zwolnienie podatkowe, działkę przygotowaną pod inwestycje po konkurencyjnej cenie; darmową pomoc przy załatwieniu formalności związanych z inwestycją, zwolnienie z podatku od nieruchomości. Żyć nie umierać. Pytanie tylko dlaczego takie warunki mają być oferowane wyłącznie w czternastu miejscach w Polsce. Nie chodzi oczywiście o zwolnienia podatkowe, ale przede wszystkim o pozostałe warunki, które tak naprawdę powinny być chlebem powszednim normalnego biznesu.

Pierwsze strefy powstały na początku transformacji jako odpowiedź na problemy strukturalne na terenach upadającego przemysłu. Jedną z pierwszych była mielecka strefa ekonomiczna powstała na terenach WZK Mielec, gdzie w czasach PRL rozwijał się polski przemysł lotniczy. Miasto Mielec głównie żyło z tego jednego przemysłu, po upadku komunizmu przemysł ten okazał się bankrutem. Aby dać szanse miastu na przyszłość stworzono w tym miejscu strefę ekonomiczną aby miejsce to nie stało się na stałe czarną plamą polskiej mapy bezrobocia. Decyzja ta była dobrym rozwiązaniem, przyciągnęła kapitał, a jednocześnie nie była istotnie konkurencyjna wobec przedsiębiorstw istniejących niezależnie od zakładu. Podobnych przypadków w Polsce jest jeszcze kilka.

Czym innym jednak jest tworzenie stref ekonomicznych po to aby powstawały oazy lepszej Polski i to głównie dla inwestorów zagranicznych. Tą samą parę lepiej byłoby wpuścić w poprawę warunków inwestowanie w ogóle w Polsce, zarówno w zakresie dostępności terenu, przejrzystości przepisów, stabilności i przewidywalności prawa podatkowego. Inaczej zamiast wspierać będziemy utrudniać życie lokalnych przedsiębiorców.

W całej tej dyskusji oczywiście nie można zapomnieć  o konkurencji zewnętrznej. Jeśli Czesi, Węgrzy, Słowacy tworzą podobne strefy ekonomiczne aby zachęcić zewnętrzny kapitał do inwestowania, to my tu w Polsce mamy ograniczone pole manewru. Ograniczone nie oznacza żadne. Po pierwsze na poziomie kraju trzeba tworzyć lepsze warunki do inwestowania niż dotychczas.  Po drugie jeśli już tworzyć strefy ekonomiczne to w miejscach do których nie sposób jest ściągnąć kapitał. A po trzecie, jeśli już tworzyć to w taki sposób aby mogli z nich korzystać funkcjonujący tam lokalni przedsiębiorcy.

2013-04-02 19:23
Polskie wpisy Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |