29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

Szczyt prawdopodobnie nie zakończy się brytyjskim wetem. To dobrze, bo oznaczałoby to kolejny poważny kryzys europejski, ale także znacznie utrudniłoby nam absorbcję unijnych funduszy. Weto bowiem skutkuje rocznymi prowizoriami budżetowymi, które byłyby wielkim wyzwaniem proceduralnym i prawnym - jak tu planować poważniejsze projekty inwestycyjne w dłuższym okresie bazując na rocznych prowizoriach budżetowych. Z drugiej strony wygląda na to, że o budżecie zadecyduje dopiero kolejny szczyt, w lutym przyszłego roku, co też nie jest dla nas dobrą wiadomością. Dziesięć miesięcy 2013 roku może nie wystarczyć aby przygotować się na pełną absorpcję nowej perspektywy. A premier Cameron, nie chcąc korzystać z ostatecznego rozwiązania, będzie chciał pokazać, że jest twardy i nie pozwoli na kompromis na tym szczycie. No cóż takie są realia.

 

Niezależnie od przebiegu szczytu wciąż powraca temat sensownego wykorzystania środków unijnych. Są w Polsce przykłady ich marnotrawstwa, uważam jednak że wciąż ich skala jest marginalna. Nam na tym etapie rozwoju wciąż nie grozi nam przeinwestowanie, gdyż potrzeby rozbudowy podstawowej infrastruktury drogowej, a jeszcze bardziej kolejowej, są wciąż olbrzymie. I co najważniejsze, inwestycje te dają efekty nie tylko w krótkim, ale też w długim okresie, dzięki obniżce kosztów i większej efektywności szlaków komunikacyjnych. Wciąż musimy popracować na lepszym wykorzystaniem tych pieniędzy w nauce i edukacji. Ale i tak stopa zwrotu z jednego zainwestowanego euro w Polsce należy do najwyższych w Europie. Ze względu na nasze zapóźnienie i zdolności absorpcyjne. Te argumenty przez najbliższe kilka miesięcy będzie trzeba często powtarzać.

 

2012-11-23 12:26
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Powstało w Polsce głębokie przekonanie, że unia bankowa nie jest dla nas. I że jakiekolwiek rozwiązanie w którym mielibyśmy uczestniczyć oznacza utratę wpływu na nasz zdrowy sektor bankowy. W tej dyskusji przydałoby się zejść nieco na ziemię, zrozumieć zarówno cele dla jakich projekt ten powstaje, jak również długoterminowe konsekwencje naszego stania z boku w tak zasadniczej kwestii jaką jest budowanie nowych reguł nadzoru.

UE buduje paneuropejski nadzór bankowy wyciągając wnioski z ostatniego kryzysu.  Stało się bowiem jasne, że wyłącznie lokalnie nadzorowanie banków przy niespotykanej skali globalizacji finansów jest dzisiaj nieefektywne. Co więcej, już niedługo, w ramach nowego projektu unii fiskalnej poszczególne państwa przejmą współodpowiedzialność finansową za swe zobowiązania, a więc będą też musiały wspólnie nadzorować system bankowy, tak by błędy jednego kraju nie kosztowały zbyt dużo obywateli pozostałych państw. Wspólny nadzór bankowy jest więc nieodzownym elementem monitoringu i przeciwdziałania kryzysom w przyszłości. Wspólny nadzór bankowy na pewno powstanie, pytanie tylko w jakiej formie. Już dziś mamy spór niemiecko – francuski dotyczący podziału odpowiedzialności pomiędzy nadzory ogólnoeuropejski i lokalny. Francuzi z dużymi bankami siłą rzeczy będą objęci europejskim nadzorem, natomiast Niemcy z mniejszymi bankami chcieliby spod tego nadzoru uciec. Francja z kolei niezbyt garnie się do realizacji projektu unii fiskalnej, na co z kolei naciskają Niemcy. Koniec końców prawdopodobnie powstanie zarówno unia fiskalna, jak i unia bankowa obejmująca również niemieckie banki. Aby miało to praktyczny sens musi nastąpić sensowe rozdzielenie odpowiedzialności pomiędzy nadzór europejski i lokalny. Polska powinna aktywnie uczestniczyć w wypracowywaniu tego kompromisu, gdyż prędzej czy później będziemy elementem tego systemu. Tyle, że jak on już powstanie możliwość korekt będzie zerowa.

Na czym więc powinno polegać nasze stanowisko? Podstawowa zasada unii bankowej, w której mogłaby uczestniczyć Polska, powinna opierać się na zasadzie, że wszelkie decyzje nadzorcze na poziomie europejskim nie mogą skutkować pogorszeniem poziomu bezpieczeństwa lokalnych banków. Ta zasada powinna dotyczyć zarówno wymogów kapitałowych, płynnościowych jak i regulacji ostrożnościowych. Jednocześnie - i to powinno być dla nas kluczowe - wszelkie działania harmonizacje na poziomie paneuropejskim nie mogą ograniczać władztwa lokalnego nadzoru w zakresie regulacji prewencyjnych. Per analogia, wszelkie decyzje nadzoru europejskiego wpływające na sytuacje banków córek, musiałby być uzgadniane z lokalnym nadzorem. Nadzór krajowy miałby również prawo prowadzić bardziej restrykcyjne regulacje nadzorcze na terenie własnego kraju niż te obowiązujące na poziomie europejskim, z zastrzeżeniem, ze nie mogłyby to być rozwiązania łagodniejsze. Generalną zasadą europejskiego nadzoru musi być podział nadzorczy pomiędzy nadzór nad konglomeratami finansowymi i małymi bankami. Przyjęte rozwiązania powinny łączyć te dwa elementy, czyli nadzorując lokalnie banki uwzględniać systemowe ryzyka płynące z sumy lokalnych rozwiązań. W takim systemie ogólnoeuropejskiego nadzoru Polska mogłaby śmiało uczestniczyć, bez obaw o utratę kontroli nad nadzorowanymi podmiotami.

 

2012-11-21 15:55
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

  

Rośnie prawdopodobieństwo zawetowania projektu budżetu unijnego na kolejną perspektywę. Brytyjski rząd został zobowiązany przez izbę gmin do odrzucenia budżetu w którym nie pojawią się oszczędności podobne w skali do realizowanych w wydatkach budżetowych Wielkiej Brytanii. Sytuacja wydaje się patowa, jakiekolwiek ustępstwo premiera Camerona zostanie odebrane u niego w kraju jako porażka, a weto budżetu unijnego będzie kolejnym aktem oddalania się Wielkiej Brytanii od Europy. Nasz polski interes jest jasny, potrzebujemy zarówno budżetu unijnego z sensowną polityką spójności, ale także Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.

 

Co do pierwszej kwestii, bardzo dużo już w przeszłości zostało powiedziane. Może jedynie należy podkreślić, że najbliższa perspektywa będzie prawdopodobnie ostatnią, po roku 2020 nie ma co liczyć na tak poważne pieniądze. Z tego też powodu Polsce nie grozi ryzyko przeinwestowania, które miało miejsce m.in. w Hiszpanii, czy wcześniej w niektórych regionach Włoch (najsłynniejszym jest region Mezzogiorno). Tam inwestycje publiczne nie dość, że nie dały impulsu rozwojowego to również doprowadziły do poźniejszych problemów, m.in. z powodu nadmiernego wzrostu cen aktywów jak również skierowania na niewłaściwe tory strumienia również inwestycji prywatnych. Tego typu ryzyko dotyczy oczywiście też Polski, czego najlepszym przykładem mogą być nasze, sławne już stadiony. Ale wciąż na tym etapie rozwoju, gdzie budowana jest podstawowa infrastruktura, ryzyko błędu jest ograniczone. A efekt końcowy składa się zarówno z części popytowej, na która zwykle powołują się politycy, jak również z części podażowej – czyli obniżenia kosztów i stworzenia zupełnie nowych warunków dla prowadzenia biznesu, którą mało kto widzi. W Polsce wciąż tego typu inwestycje są potrzebne, bo na tym etapie rozwoju polska gospodarka nadal potrzebuje podstawowych inwestycji infrastrukturalnych.

 

Innym zupełnie problemem jest kwestia negocjacji budżetu UE. Ciężko odeprzeć argument, że w czasie kiedy cała Europa oszczędza, budżet unijny miałby podlegać innym regułom. Zgadzając się z tym uzasadnieniem, można jednak skonstruować bardziej lub mniej sensowny projekt budżetu. Największe wyzwania oszczędnościowe nie powinny dotyczyć polityki spójności ale akurat polityki rolnej, która stanowi prawie połowę całego unijnego budżetu, z najmniejszym pozytywnym wpływem na wzrost. Przypomnieć w tym miejscu można, że to właśnie prezydent Francji Hollande apelował o politykę prowzrostową. Jeśliby więc doszukiwać się najbardziej oczywistych wniosków z tych apeli, to właśnie polityka spójności realizowana w tej części Europy miałaby największy efekt prowzrostowy. A wspólna polityka rolna wręcz odwrotnie. Ten przykład pokazuje tylko jak bardzo polityczne a nie ekonomiczne są to negocjacje.

 

I ostatnia kwestia dotycząca Wielkiej Brytanii. Kraj ten zawsze był dość sceptyczny co do idei integracji europejskiej, choć miewał okresy kiedy to do Unii się zbliżał, jak i takie kiedy oddalał. Wystarczy przypomnieć czas kiedy to George Soros wyrzucił funta brytyjskiego w węża walutowego gdy w 1992 roku Wielka Brytania była o krok od członkostwa w strefie euro. Podobnie blisko Europy była za premierostwa Tony Blaira, kiedy to rozważana była ponownie ta kwestia, choć bez większego entuzjazmu w społeczeństwie. Trzeba też przypomnieć, że 1 maja 2004 to właśnie Wielka Brytania i Irlandia okazały się najbardziej otwarte na rozszerzenie otwierając swe rynki pracy m.in. dla Polaków. Dzisiaj jednak zarówno partia konserwatywna jak i labourzystowska opozycja są wyjątkowe eurosceptyczne, z ust premiera padła nawet propozycja referendum w sprawie dalszego członkostwa w UE. Ta eurosceptyczna postawa Wielkiej Brytanii nie powinna nam jednak przesłaniać tego, że to ten kraj właśnie był największym zwolennikiem pełnej wolności przepływu usług w Unii Europejskiej, sprzeciwiał się różnego rodzaju nadmiernym regulacjom i był zwolennikiem poszerzania obszaru wolnego handlu. Źle by się stało zarówno dla Wielkiej Brytanii jak i dla Europy, nie tylko ze względów gospodarczych w krótkim okresie, ale także ze względu na długoterminową politykę gospodarczą i kierunek w którym zmierza Europa, gdyby Zjednoczone Królestwo wolało się nadal od Unii oddalać. Wszyscy chyba mają tego świadomość, stąd chęć poszukiwania kompromisu. Pod warunkiem jednak, że wszystkie strony będą  do kompromisu skłonne.

 

2012-11-14 09:42
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Mało trochę wiemy o szczegółach rządowego programu polskie inwestycje. Sama idea jest dosyć prosta: wyhamowują inwestycje publiczne finansowane z środków unijnych, limity długu jak i deficytu nie pozwalają na znaczne zwiększenie inwestycji publicznych finansowanych z środków budżetowych – szukamy więc innego źródła. A tym innym źródłem mają być udziały państwa w spółkach, które mogą być wykorzystane najpierw jako lewar, a potem po sprzedaży, jako ewentualne źródło finansowania. Pojawia się więc oczywiście naturalne pytanie zarówno o sensowność ekonomiczną całej tej propozycji jak i jej wykonalność.

 

Inwestycje publiczne, szczególnie w kraju takim jak Polska, mają sens, gdyż zapaść infrastrukturalna jest wciąż ogromna. Szczególnie w obszarach gdzie wymagane są duże nakłady a zwrot z inwestycji może być zrealizowany dopiero po dłuższym okresie czasu. Zawsze należy zadać sobie też pytanie dlaczego w tym czy w innym obszarze nie pojawiają się inwestorzy prywatni z odpowiednim kapitałem. Zwykle w krajach rozwijających się głównym czynnikiem ryzyka jest nieprzewidywalność prawna i instytucjonalna, czyli zbyt wysokie ryzyko zmian regulacji, które mogą spowodować, że przedsięwzięcie biznesowe może przestać się opłacać. Takim obszarem bez wątpienia jest sektor energetyczny (włącznie z łupkami rzecz jasna), sektor medyczny, a także sektor twardej infrastruktury. Dla tych obszarów najważniejsze byłoby stworzenie solidnych niedyskryminujących ram prawnych, które zachęciłyby kapitał prywatny z Polski jak i z zagranicy aby zaangażował się w projekty zgodne z długotrwałą strategią kraju. Pisaliśmy o tym z Krzysztofem Domareckim na przykładzie strategii rozwoju regionu. Te same zasady dotyczą również strategii kraju – chodzi o to aby stworzyć takie warunki aby sektor prywatny zaangażował swe środki w rozwój, na którym państwu najbardziej zależy.

 

To nie oznacza wcale, że nie ma tu miejsca na jakiekolwiek oddziaływanie państwa. Państwo powinno oprócz stabilnych regulacji zmniejszać również ryzyko takich długoterminowych inwestycji. I nie ma co odkrywać Ameryki, dokładnie taką działalność od ponad 20 lat prowadzi EBOR, wspierając (!) kapitałowo wybrane inwestycje prywatyzacyjne i inwestycyjne w tej części świata. Innym dobrym przykładem jest również EBI. Połączenie doświadczeń tych dwóch instytucji w polskim wydaniu miałoby sens. Jednym miejscem, które mogłoby realizować tego typu zadania jest BGK i to on właśnie powinien stać się takim polskim EBORem. Bez potrzeby powoływania jakichkolwiek dodatkowych spółek.  Bo takie spółki niestety często stają się łupem nie fachowców, ale Staszków, co to się chcą w biznesie sprawdzić.

 

2012-11-07 15:50
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Wokół wspólnej waluty narosło wiele mitów w ostatnim okresie. Najpowszechniejszym z nich jest obarczanie euro wszelkimi obecnymi problemami krajów Południa według zasady: gdyby nie było euro, nie byłoby kryzysu. Niektórzy nawet proponują aby rozwiązać obecne problemy gospodarcze jednym prostym pociągnięciem, czyli zaplanowaną dekompozycją obszaru wspólnej waluty. Dzięki takiemu zabiegowi kraje Południa od razu odzyskałyby konkurencyjność a kraje bogate nie musiałyby ich wspierać finansowo. Pytanie tylko czy taki zabieg zwiększyłby prosperity Europy i czy przypadkiem nie doprowadziłoby to do potrzeby znacznie większych niż obecnie transferów? Mam wątpliwości, przede wszystkim ze względu na olbrzymie koszty rozpadu i związanych z tym powiązań handlowych. Oprócz tego typu dylematów ważna jest również percepcja społeczna strefy euro. Europejskie badania opinii publicznej wskazują, że poparcie dla wspólnej waluty w Europie spadło z 60 procent w 2007 roku do lekko ponad 50 procent obecnie. W Polsce ta tendencja jest znacznie silniejsza, w 2012 za przyjęciem euro opowiadało się tylko 25 procent społeczeństwa, podczas gdy jeszcze dwa lata temu ponad 50 procent. Mocny to argument dla polityków aby o euro nie wspominać.

 

Ostatnio jeden z przedstawicieli brytyjskiego gabinetu zapytywał jak można proponować proces, dla którego nie widać poparcia w społeczeństwie. Wypowiedź ta nie dotyczyła członkostwa Wielkiej Brytanii we wspólnej walucie, ale pozostałych kwestii integracji, w tym budżetu unijnego, gdzie Wielka Brytania zgłasza istotnie inne postulaty niż większość Europejczyków. Odpowiadając na to pytanie uważam, że istnieją kwestie fundamentalne, w tym m.in. przyszłość europejskiego projektu, gdzie to właśnie politycy powinni kształtować opinię publiczną. Doskonałym przykładem z naszego podwórka było referendum w sprawie członkostwa Polski w UE. Akurat w tamtym głosowaniu chodziło głównie o ważność głosowania, co udało się m.in. dzięki rozłożeniu procesu głosowania na dwa dni, dzięki czemu uzyskano 58 procentową frekwencję i 77 proc poparcia dla członkostwa.

 

 W tamtym czasie istniały poważne obawy o to czy uda się przekroczyć 50 procentowy próg. Wśród mieszkańców wsi w 2003 roku 47 procent było za przystąpieniem do UE, podczas gdy pięć lat później 85 procent. Oczywiście w przypadku rolników zadziałał głównie jeden instrument, czyli dopłaty bezpośrednie. Ale przecież mechanizm ten jest taki sam dla innych grup społecznych: jeśli w wyniku danych decyzji sytuacja grupy społecznej się polepsza, to rośnie liczba zwolenników. Z dzisiejszej perspektywy sukces członkostwa w UE był oczywisty, nie był on jednak to jasny dla większości społeczeństwa w 2003 roku.

 

Podobnie jest z obecną postawą Wielkiej Brytanii wobec całego procesu integracji i jego elementu jakim jest wspólny budżet. Bliźniacza dynamika będzie moim zdaniem w niedługim okresie dotyczyła również kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Dziś coraz więcej znaków na niebie wskazuje na to, że uda się przełamać podział na Europę dwóch prędkości, oferując bardziej realistyczny podział na Stary Kontynent z trzema prędkościami. Ten nowy trzeci wymiar wynika z polskiego dążenia do przyjęcia euro, co w zasadniczy sposób odróżnia nas od krajów na stałe odcinają się od ścisłej integracji z Wielką Brytanią na czele. Z tym, że o ile w języku dyplomacji na dziś taki opis świata jest dla nas korzystny, o tyle jego siła sprawcza będzie musiała być sprawdzona w praktyce. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, w którym reformująca się strefa euro za kilka lat staje się znów obszarem stabilności gospodarczej (z pozostającą wciąż na kroplówce Grecją) ze zmienionymi i trudniejszymi niż dotychczas warunkami przyjęcia wspólnej waluty. To, że warunki będą cięższe niż dotychczas wynika bezpośrednio zarówno z zapisów paktu fiskalnego jak i z powstających na naszych oczach mechanizmów zasad koordynacji polityki gospodarczej w ramach obszaru wspólnej waluty. Dla Polski największym wyzwaniem może paradoksalnie stać się nie tyle sama decyzja o przystąpieniu, co opór opinii publicznej w momencie kiedy decyzje te powinny być podejmowane.

 

Dziś w mediach dominuje prosty przekaz strefy euro w postaci zamieszek w Grecji czy w Hiszpanii. Większość polskich proeuropejskich elit politycznych eksponuje stanowisko „pragmatyczne”- do takiej strefy euro jak teraz nie będziemy przystępować, a jak się zreformuje to zobaczymy.  O ile takie stanowisko brzmi na pozór racjonalnie, to pogłębia negatywną percepcję euro, ale przede wszystkim sugeruje, że „nasza chata jest z kraja”. A to nie prawda, bo możemy mieć wpływ na przyszłość strefy euro, może nie fundamentalny, ale istotny, a postawa stania z boku i czekania bardzo przypomina tą brytyjską. Tak więc należy pamiętać, że nasz obecny stosunek do tego co się dzieje w strefie euro będzie miał zasadniczy wpływ na to jak Polacy będą się zapatrywać na członkostwo wtedy kiedy będzie politykom naprawdę na tym zależało. 

2012-10-30 09:40
Polskie wpisy Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

  

Premier Wielkiej Brytanii wypowiedział znamienne słowa na ostatnim szczycie Unii „Nie przyjechałem tutaj aby zdobywać przyjaciół ale aby chronić interesy podatników i znaczenia Wielkiej Brytanii we wspólnym rynku”. Co więcej zapowiedział, że zawetuje każdy budżet, który będzie przewidywał wzrost wydatków. Mocno powiedziane. Wspólnota Europejska co do zasady opiera się regule kompromisu, tak mocne i jednoznaczne postawy nie są mile widziane. Takie deklaracje można odbierać jako element gry negocjacyjnej, tyle że tym razem w przypadku Wielkiej Brytanii wynikają one z głębokiego przekonania, iż w czasie kiedy wszyscy naokoło oszczędzają absurdalnym byłoby zwiększanie wydatków w ramach wspólnego budżetu europejskiego. Twarde stawianie spraw czasami się opłaca, choć postawa „bycia trudnym” nie sprzyja załatwianiu innych kwestii.

 

Wielka Brytania, podobnie jak Polska, ma zasadnicze zastrzeżenia do unii bankowej, ale obiekcje te wynikają ze zgoła innych przesłanek. Nasze obawy są pochodną tego, że większość operujących w Polsce banków to córki wielkich konglomeratów europejskich i nowe zasady wprowadzone w ramach unii bankowej zlikwidowałoby de facto możliwość skutecznego nad nimi nadzoru przez KNF. Wielka Brytania z kolei nie chce stracić wpływu na regulacje bankowe stojąc na drugim biegunie, będąc hegemonem bankowym w Europie, na jej terytorium znajduje się bowiem 40 procent europejskich aktywów bankowych. Do tego jeszcze dochodzi spór francusko niemiecki dotyczący tempa wprowadzania unii bankowej. Szybkie jej wprowadzenie uruchomiłoby cały mechanizm pomocy w ramach którego wsparcie dla hiszpańskich banków nie byłoby zaliczane do długu publicznego, na czym również skorzystałyby inne kraje (w tym w szczególności Irlandia, której olbrzymi przyrost długu był spowodowany kosztami pomocy udzielonymi bankom irlandzkim). Dla Niemiec takie rozwiązanie to nic innego jak tylko uruchomienie gwarancji w ramach udzielanej w ten sposób pomocy, z czym nasi zachodni sąsiedzi się nie spieszą, gdyż prawdopodobnie nie pomogłoby to kanclerz Merkel w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na przyszły rok. Na koniec tej układanki należy przypomnieć o naszym interesie w tych negocjacjach jakim jest budżet na kolejną perspektywę finansową.

 

Wbrew pozorom nie jest to najważniejszy spór w Europie, choć jest jedną z odsłon fundamentalnej dyskusji o przyszłości Unii. W przypadku brytyjskiego weta stałby się niejako przyczynkiem do ostatecznego podziału Wspólnoty na dwie prędkości. Główna debata dotyczy głębokości przyszłej integracji w tym węższym klubie i tempa dochodzenia do niej. Wszelkie pozostałe kwestie są wobec tych zasadniczych wtórne. Im większy i silniejszy będzie sprzeciw Wielkiej Brytanii w takich obszarach jak unia bankowa tym większa i mocniejsza presja na integrację w ramach siedemnastki. Jednym z elementów integracji w węższym gronie będzie budżet strefy euro. Na obecnym etapie jego wysokość byłaby symboliczna, rzędu kilkudziesięciu miliardów euro, ale w przyszłości prawdopodobnie kwoty te by rosły. Niemniej nawet symboliczny budżet strefy euro negocjowany wraz z budżetem dla całej unii byłby doskonałym pretekstem do tego aby ograniczyć ten budżet na którym nam najbardziej zależy. Na szczęście jesteśmy na ostatniej prostej i perspektywa stworzenia małego budżetu siedemnastki wciąż jest mglista. Ale w nawet już w średnim terminie widać, że wszelkie istotne dla nas i dla Europy decyzje będą zapadać w gronie państw ściśle się integrujących. Aby zupełnie nie wypaść z tej orbity zaproponowaliśmy wraz z Pawłem Świebodą układ stowarzyszeniowy ze strefą euro na okres kiedy nie będziemy jeszcze w obszarze wspólnej waluty, tak aby w jaki największym zakresie współtworzyć architekturę przyszłego ścisłego jądra Europy. Dzisiejsza sieć sporów pokazuje jak duże możliwości ale i jednocześnie zagrożenia tworzą się w budowanej na nowo Europie.

 

Silna Europa będzie silna wtedy gdy będzie zdrowa gospodarczo. Jeśli w ramach siedemnastki obok unii fiskalnej uda stworzyć się od dawna planowaną, ale nigdy nie zrealizowaną, strefę wolnego przepływu usług, to ta nowa konstrukcja może okazać się znacznie bardziej konkurencyjna od poprzedniej. Trzeba mieć bowiem świadomość, że dzisiejsze problemy wielu krajów UE biorą się z niemożności sprostania globalnej konkurencji, szczególnie z krajów Azji, której nigdy wcześniej nie było. Nowa Unia musi oprócz stabilności stworzyć warunki dla wzrostu konkurencyjności. Akurat w ciągu najbliższej dekady wsparcie dla rozwoju infrastruktury w krajach nowej unii, obok dyrektywy usługowej, mogą być głównym sposobem zwiększenia konkurencyjności. Ważne aby tego typu podejście było głównym przekazem Polski.

 

2012-10-23 08:17
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

  

Spore trzęsienie ziemi wywołał niedawno opublikowany raport MFW z najnowszymi prognozami dla świata. I nie tyle redukcja w dół prognoz wywołała zamieszanie, co jeden z rozdziałów, w którym  opublikowane zostały najnowsze szacunki wpływu wprowadzanych oszczędności na wzrost. W skrócie, według zaprezentowanych wyliczeń cięcie wydatków o 1 miliard może spowodować spadek dochodu  nawet o 1.7 miliarda, lub  w najlepszym wypadku o 0.9 mld. Wszelkie wcześniejsze badania wskazywały na to, że spadek dochodu w przypadku oszczędności rzędu 1 miliarda przełożą się na spadek dochodu o 0.6 mld. Te wyliczenia Funduszu odebrane zostały przez przeciwników programów oszczędnościowych jako ostateczny argument potwierdzający tezę, że oszczędności do niczego nie doprowadzą.  Co więcej, szefowa MFW Christine Lagarde powołując się na ten raport zaapelowała w zeszłym tygodniu o wolniejsze tempo wprowadzania oszczędności. Nie trzeba było długo czekać na reakcję, apel ten mocno skrytykował minister finansów Niemiec Wolfgang Schauble sugerując aby nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków, a także nie zniechęcać rządów wprowadzających programy oszczędnościowe. Nie ma co się dziwić reakcji ministra finansów Niemiec, bo przecież to w ostatecznym rozrachunku on będzie musiał najwięcej zapłacić za ratowanie niewypłacalnych finansowo krajów. Najbardziej zaskakujące było jednak zakwestionowanie szacunków MFW przez Financial Times, który dokonał analizy wyliczeń MFW, wskazując na uchybienia w przeprowadzonych szacunkach, a przede wszystkim na to, że wykluczywszy z badanych krajów dwa skrajne przypadki, czyli Grecję i Niemcy, wnioski dla pozostałej większości krajów już nie byłyby statystycznie istotne.

 

Dyskusja ta ma fundamentalne znaczenie, zbyt dużo jednak w tej wymianie zdań ideologii a zbyt mało pragmatyzmu. Bez wątpienia nie sposób przeprowadzić sensownych badań na tak krótkiej serii danych jak okres liczony od trwającego od 2009 kryzysu finansowego. Na pewno zbyt wcześnie na wnioski, co nie oznacza wcale, że nie należy dokonywać korekt w realizowanych programach. Przede wszystkim nie każde oszczędności, nawet w krótkim okresie, mają taki negatywny efekt dla gospodarki, jak i nie każde inwestycje publiczne pozytywny. 

 

Czym innym jest przerost administracji, a czym innym redukcja poziomu emerytur czy też skali inwestycji infrastrukturalnych.  W przypadku tych ostatnich zasadnicze znaczenie ma to, na co przeznaczane są określone środki i jaki przyniosą efekt nie tyle w trakcie realizacji inwestycji ale przede wszystkim po jej oddaniu. Akurat Polska ma to szczęście, że u nas wciąż niezbędne są inwestycje w podstawową infrastrukturę, czego nie można powiedzieć o pogrążonych dziś w kryzysie wielu krajach Zachodu. Najbardziej znanym przypadkiem przeinwestowania jest Hiszpania, co jest przecież jedną z przyczyn obserwowanego obecnie załamania gospodarczego w tym kraju. Obraz jest więc bardziej złożony, zbyt wielu jak  sądzę zakrzyknęło: koniec oszczędzania! Pytanie  bowiem co dalej.

 

Zostawmy Grecję na boku, bo to przykład skrajny. Skrajnie beznadziejny, spowodowany tym, że kraj rozwijający się przez lata na sterydach, po ich odstawieniu, potrzebuje lat na to aby powrócić to stanu równowagi. Można to oczywiście zrobić szybko poprzez opuszczenie strefy euro i natychmiastową głęboką dewaluację, albo  też, jak to obecnie przebiega, sprowadzania przez lata kosztów pracy do poziomu konkurencyjnego wobec innych gospodarek. Ale w pozostałych krajach, takich jak Hiszpania, Portugalia, Włochy, nie wspominając o Irlandii, sytuacja nie jest beznadziejna. Oszczędności, w tym przede wszystkim racjonalizacja wydatków, jest niezbędna ze względu na wysoki poziom zadłużenia ograniczający tempo wzrostu gospodarczego i wymuszający wyższe koszty finansowania zadłużenia. Racjonalizacja wydatków nie musi - a wręcz nie powinna - oznaczać ślepych cięć. Jednocześnie niezbędne są działania zwiększające potencjał gospodarki, w tym przede wszystkim deregulacja, elastyczność rynku pracy, prywatyzacja. Poszukiwanie oszczędności i racjonalizacja wydatków mogą iść w parze z inwestycjami publicznymi, ważne aby wydatkowanie pieniędzy w tym zakresie miało przede wszystkim swój długofalowy, a nie tylko krótkoterminowy cel.

 

Wszelkie dotychczasowe szacunki wskazywały na to, że oszczędności w wydatkach w pierwszych dwóch latach wpływają negatywnie na wzrost i dopiero w trzecim roku można spodziewać się pozytywnego przełożenia. Oczywiście siła tego efektu a także tempo zależy od pozycji wyjściowej danego kraju i typu przeprowadzanych oszczędności. Z kolei wzrost podatków wpływa wyłącznie negatywnie na trajektorię wzrostu zarówno w krótkim jak i w długim okresie (czym innym jest oczywiście uszczelnianie systemu podatkowego a czym innym proste podnoszenie obciążeń podatkowych). Tak  czy inaczej, nie spodziewam się aby tym razem odkryto Amerykę w ekonomii. Jak dotychczas żadne z podstawowych praw ekonomicznych nie zostało podważone.

 

2012-10-16 08:11
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Ryszard Petru, Paweł Świeboda

 

Polska powinna postulować utworzenie nowego rodzaju przynależności - de facto "członkostwa stowarzyszonego" ze strefą euro

 

Polska potrzebuje dzisiaj zupełnie nowej strategii wobec Europy. Nasze podstawowe, fundamentalne cele zostały zrealizowane. Za parę tygodni powinny zakończyć się też negocjacje nad nowym, wieloletnim budżetem UE na lata 2014-20. To ważne, bo połowa inwestycji publicznych w Polsce jest współfinansowana ze środków europejskich. Teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie powinno być miejsce Polski w pokryzysowej Europie. Dzisiaj, kiedy na naszych oczach decyduje się najbardziej zasadnicza rekonstrukcja projektu europejskiego od jego powstania, już nie wystarczy deklarować europejskości. Obecne dylematy nie polegają na tym, czy dany kraj uważa się za europejski, czy nie, ale jak widzi swoje miejsce w Europie za dziesięć, dwadzieścia lat. Czy chce być w grupie krajów budujących de facto nową, bardzo ściśle ze sobą współpracującą unię, czy też zadowoli się członkostwem Schengen i wolnym przepływem dóbr i usług. W Polsce brakuje wspólnej odpowiedzi na to pytanie.


Jak poważne mogą to być wyzwania, pokazują najnowsze pomysły utworzenia odrębnego budżetu w ramach strefy euro. W dłuższym okresie jego powstanie jest nieuniknione, bo w "prawdziwej", jak mówi Herman Van Rompuy, unii gospodarczo-walutowej potrzebny jest wspólny budżet na wsparcie reform strukturalnych. Tego typu podział byłby dla nas, pozostających poza strefą euro, wyjątkowo niekorzystny, odcinałby nas od nowego źródła finansowego Europy i wpływu na jej politykę. Na razie propozycja oddzielnego budżetu strefy euro ma charakter taktyczny, mowa jest o niewielkich sumach, ale w przyszłości będzie rosnąć, czego nie można powiedzieć o budżecie UE-27.


Taka długoterminowa strategia jest niezbędna po to, aby podejmowane na bieżąco decyzje były zgodne z obranym strategicznie kierunkiem. Wbrew powszechnej opinii polityka europejska nie odbywa się na zasadzie od szczytu do szczytu. Szczyty i decyzje tam podejmowane są konsekwencją wcześniej obranej strategii. Najlepszym przykładem jest stanowisko Wielkiej Brytanii w kwestii paktu fiskalnego - to, że Londyn ostatecznie nie uczestniczy w ściślejszej integracji w ramach UE, było swego rodzaju postawieniem kropki nad "i" oraz konsekwencją bardziej długofalowego wyboru. My także przed takim wyborem stoimy, bo Unii, do której przystępowaliśmy, już nie ma. Proponujemy, aby Polska mocno wyartykułowała swój strategiczny cel, jakim jest współudział w tworzeniu nowego projektu integracyjnego w gronie państw, które są na to gotowe.
W praktyce najlepszym rozwiązaniem na krótką metę byłby status członka stowarzyszonego w strefie euro (o czym za chwilę), a w perspektywie dekady pełne członkostwo w nowym klubie, a więc także przyjęcie wspólnej waluty.

To, co dziś w okresie zarządzania kryzysowego okazuje się słabością Unii, w normalnych czasach było jej główną zaletą - spory rozwiązuje się w niej w sposób systemowy przy stole rozmów, a nie na polach bitew. To właśnie sprawiło, że Unia Europejska jest jak dotychczas największym i najlepszym dokonaniem Europejczyków w całej ich historii. Nic lepszego - pomimo wszelkich niedoskonałości - dotychczas nie wymyślono. Na szczęście doświadczenia pokazują, że można usprawnić sposób podejmowania decyzji, zachowując istotę uporczywych i żmudnych, ale ostatecznie skutecznych rozmów przy stole. Ku temu właśnie zmierzają propozycje ściślejszej integracji w ramach UE. Ważne, aby nie wylać dziecka z kąpielą, ale w tym właśnie tkwi najważniejsza rola Polski.


Musimy w taki sposób wpłynąć na nową odsłonę projektu europejskiego, aby łączył on możliwości pogłębionej integracji wśród państw nią zainteresowanych, ze wspólnym mianownikiem "szerszej" Europy, do której będziemy należeć, póki nie przystąpimy do strefy euro. Nasza polityka europejska nie może skończyć się na walce o wysoki budżet i ambitną politykę spójności. Potrzebujemy dalekowzrocznej strategii, która akurat w kwestii budżetu europejskiego może być bardzo pomocna. Oprócz postawy brytyjskiej jest także wariant szwedzki, czyli wspieranie ważniejszych działań UE przy jednoczesnym braku natychmiastowego akcesu do pogłębionej integracji i utrzymywaniu własnej waluty. I jest jeszcze jedna możliwość polegająca na wspieraniu głębszej integracji i kierunkowym "zapisywaniu się" do niej przy zachowaniu elastyczności w sprawie terminu i warunków podjęcia ostatecznej w tej sprawie decyzji. Ta ostatnia droga jest w naszym przekonaniu najlepszym rozwiązaniem dla Polski. Jak taka strategia powinna wyglądać?


Polska nie jest ani Wielką Brytanią, ani Szwecją. Pozycja gospodarcza Wielkiej Brytanii jest nieporównywalnie silniejsza od naszej, mniej zależna od Europy, ze znacznie bardziej globalnym spojrzeniem na świat. Ale nawet będąc wyspą, Brytyjczycy i tak są najściślej związani z Europą. Około połowy brytyjskiej wymiany handlowej jest związana z UE. Jak zauważył w niedawnym wystąpieniu w Oksfordzie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, do niedawna Wielka Brytania sprzedawała więcej do Irlandii niż Chin, Indii, Brazylii i Rosji razem wziętych. Dalsza dezintegracja nie jest w interesie Wielkiej Brytanii, a gdyby miała nastąpić, byłoby to największym błędem zarówno gospodarczym, jak i politycznym. Oczywiście Europa bez Wielkiej Brytanii byłaby słabsza, niemniej nieporównywalnie więcej straciliby wyspiarze. Szwecja przy swej skali i globalnych powiązaniach gospodarczych nie zyskałaby zbyt wiele z przyjęcia wspólnej waluty czy głębszej integracji europejskiej.


Polska jest w innej sytuacji - 80 proc. naszego handlu przypada na kraje UE, w tym 55 proc. na kraje strefy euro. Gospodarczo jesteśmy z każdym rokiem bardziej zależni od naszego głównego partnera handlowego, jakim są Niemcy, co akurat boleśnie widać teraz, gdy polska gospodarka, podążając za niemiecką, wyraźnie zwalnia. Nasze położenie geopolityczne nigdy nie było naszym atutem. Ostatnie 20 lat pokoju nie oznacza wcale, że przyszłość musi być aż tak świetlana. Co prawda realne i potencjalne konflikty zbrojne są w innych regionach świata - co najlepiej widać było w zasadniczej zmianie polityki amerykańskiej wobec tej części Europy - to wciąż daleko jest do odtrąbienia końca historii w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego też ze względów geopolitycznych w naszym najwyższym interesie jest ścisła integracja w strukturach europejskich.


W dyskusji o reformie architektury europejskiej powinniśmy postulować w najbliższych miesiącach utworzenie nowego rodzaju przynależności - de facto "członkostwa stowarzyszonego" ze strefą euro. W praktyce taka konstrukcja oznaczałaby udział w gremiach decyzyjnych i roboczych strefy euro, a tym samym dostęp do pełnej wiedzy na temat dyskutowanych i podejmowanych inicjatyw. Polska deklarowałaby symetryczne dostosowanie własnej polityki makroekonomicznej. Tym samym realizowana byłaby zasada, o którą walczył polski rząd przy dyskusji o pakcie fiskalnym - udziału w procesie podejmowania decyzji, choć nie w samym formalnym głosowaniu.

Nie chodzi o to, by odkładać na święte nigdy przyjęcie wspólnej waluty, ale o to, by akceptować fakt, że strefa euro nie jest dzisiaj gotowa do przyjęcia do swego grona stosunkowo dużej gospodarki, jaką jest Polska. Nam samym takie rozwiązanie dawałoby trzy rzeczy:


a) strategiczną orientację na przynależność do europejskiego rdzenia,


b) udział w bliższej koordynacji polityki gospodarczej (w tym m.in. uzgadnianie poziomów deficytów, bieżący monitoring konkurencyjności gospodarki), co zwłaszcza z punktu widzenia rynków finansowych, ale także wewnętrznej samodyscypliny będzie wartością samą w sobie,


c) elastyczność: przyjmujemy zobowiązania te, którym podołamy i lobbujemy za rozwiązaniami korzystnymi z punktu widzenia naszej gospodarki. Nie przyjmujemy wszystkiego, co Siedemnastka teraz uchwala, bez wpływu na treść zapisów.


Tego rodzaju "stowarzyszenie" nie może trwać wiecznie. Polskim celem powinno być przystąpienie do strefy euro jak tylko wystarczająco się ona zreformuje i stanie na nogi. Ale póki co mamy czas, by przekonać się co do wartości nowego rodzaju kontraktu, jaki negocjowany jest pomiędzy państwami strefy euro. Ten model pośredni pokazałby Wielkiej Brytanii, że wybór europejski nie jest zerojedynkowy i nie trzeba albo się pod wszystkim podpisywać, albo na wszystko obrażać. Powstała w ten sposób Unia byłaby Unią trzech, a nie dwóch prędkości, ale dzięki temu mniejsze byłyby między nimi różnice i większa szansa na zachowanie jako takiej spójności. Na przykładzie zaproponowanego parę dni temu nadzoru bankowego widzimy, jakie potencjalnie byłyby korzyści z takiego rozwiązania. Zamiast poddawać się pełnemu nadzorowi Europejskiego Banku Centralnego, co było bardzo ryzykowane dla naszego sektora bankowego, zachowalibyśmy odrębność narodowego nadzoru z doradczą, a nie kontrolną rolą EBC. A jednocześnie polscy urzędnicy mieliby wgląd w procedury i sposób funkcjonowania nadzoru europejskiego. Rozwiązania przyjęte w przypadku unii bankowej staną się nieuchronnie punktem odniesienia w pracach nad dalszym modelem pogłębienia integracji ze wspólną polityką fiskalną oraz elementami rzeczywistej integracji ekonomicznej, w tym na rynku pracy.


W tym wszystkim chodziłoby o to, aby drzwi do strefy euro trzymać stale lekko uchylone z jednoznaczną intencją wejścia do środka. Chociaż dzisiaj nie bylibyśmy skłonni deklarować terminu wchodzenia do strefy euro - tak długo jak nie wyłoni się ostateczny kształt nowej unii - nie możemy także przybierać postawy biernego widza, przez niektórych określanych mianem pragmatycznej. Pragmatyzmu bowiem nie należy mylić z oportunizmem. W Europie idą czasy strategicznych wyborów. My też od nich nie uciekniemy. Jeżeli nie możemy z przyczyn obiektywnych podjąć w tym momencie finalnych decyzji, przynajmniej dajmy mocny sygnał, że na nich nam zależy.

 

2012-10-11 20:54
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

W niedawno opublikowanym wywiadzie w Financial Times Jacek Rostowski ocenił, że w wszystko co najgorsze w Europie jest już za nami, a w 2014 roku możemy spodziewać się ożywienia gospodarczego. Taką prognozę należy uznać za wyjątkowo optymistyczną, przede wszystkim ze względu na wciąż nierozwiązane problemy konkurencyjności krajów Południa Europy. Nie ma też zbyt mocnych podstaw aby spodziewać się ożywienia gospodarczego w 2014 roku. Dzisiaj (9.10) zostanie opublikowana najnowsza prognoza gospodarcza MFW, która rewiduje w dół poprzednie prognozy i przewiduje stagnację w strefie euro do 2018 roku. W takich warunkach trudno oczekiwać znacznego odbicia wzrostu gospodarczego w Polsce. Najważniejsze jednak będzie to jak perspektywy gospodarcze oceniać będą przedsiębiorcy. Po kilku latach niepewności na rynku stali się oni odporni zarówno na urzędowy optymizm jak i kasandryczny pesymizm Roubini’ego. Analizują otaczającą ich rzeczywistość na podstawie wybranych wskaźników jak i zachowania rynku na którym działają. Dziś daleko jest do spokoju i optymistycznych ocen.

 

Ciekawe dane opisujące sytuację przedsiębiorstw publikuje najnowszy The Economist. Oprócz tak oczywistych informacji jak załamanie rynku samochodowego, szczególnie na Południu Europy, nowym wyzwaniem dla firm europejskich jest wzrost postrzegania ryzyka bankowego. Wzrost tej niepewności doprowadził już do tego, że największe niemieckie firmy przemysłowe wnioskują o licencję bankową, aby mieć możliwość lokowania środków bezpośrednio w EBC. W przypadku pozostałych przedsiębiorstw w ciągu ostatnich kilku lat można było zaobserwować silny wzrost zasobów gotówki, które wzrosły ze średniego poziomu powyżej 2 mld dolarów do prawie 10 miliardów obecnie. Podobny fenomen widoczny był również ostatnio w Polsce, tyle że u nas finansowanie inwestycji z środków własnych było zawsze głównym źródłem rozwoju, podczas gdy w Europie Zachodniej obecna sytuacja powinna być traktowana jako anomalia. Nie jest to jednak do końca zła informacja, pokazuje bowiem, że jest z czego finansować wzrost, tyle że jak na razie rosnący poziom zasobów gotówkowych świadczy raczej o obawach niż planach ekspansji. Pomimo ostatnich deklaracji EBC ratowania euro wszelkimi dostępnymi środkami, wciąż  globalne firmy wprowadzają procedury bezpieczeństwa na wypadek rozpadu strefy euro. Najbardziej popularnym mechanizmem jest ściąganie na noc środków z niektórych krajów Południa, tak aby nie być na narażonym na nagłą zmianę kursów walut dnia następnego. Zarządzanie antykryzysowe w Europie polega też na wymuszaniu natychmiastowych płatności w mniej wiarygodnych krajach wspólnej waluty. Polski tego typu problemy nie dotyczą - nasi partnerzy handlowi przerzucali od zawsze ryzyko kursowe na nasze firmy.

 

Ostatnim i chyba dla nas najważniejszym wnioskiem jest nowa tendencja coraz siniej obserwowana w dzisiejszej kryzysowej Europie jaką jest wielka transformacja ze stałych umów o pracę na umowy elastyczne. To co dla związkowców wydaje się najważniejszym postulatem ich dzisiejszych żądań dla przeciętnego pracownika może po prostu oznaczać utratę pracy dla najmniej zarabiających. Badania rynku pracy pokazują jednoznacznie, że główną słabością młodych absolwentów na rynku pracy jest ich brak doświadczenia i niechęć podejmowania przez pracodawców ryzyka zatrudnienia  i związanych z tym ewentualnych kosztów zwolnienia w przypadku porażki. Do tego dochodzi jeszcze widoczna w całej Europie, w tym również w Polsce, presja na marże, która zmusza do szukania oszczędności, w tym również oszczędności po stronie wynagrodzeń. Dlatego tak ważna była w poprzedniej odsłonie kryzysu polska elastyczność stosunków pracy, czego zabrakło w Hiszpanii czy w Portugalii. Stąd też w tamtych krajach prawie pięćdziesięcioprocentowe bezrobocie wśród młodzieży. Ważne aby o tej lekcji pamiętać.

 

Zaklinanie rzeczywistości na wiele się nie zda. Dla przedsiębiorcy kluczowa jest w miarę przewidywalna perspektywa. Obecne stadium kryzysu europejskiego takiego komfortu nie daje. Politycy mogą komfort ten zwiększać lub zmniejszać zmieniając na lepsze lub na gorsze obowiązujące regulacje. Jeśli mają być to zmiany popularne ale zwiększające sztywność warunków prowadzenia biznesu to lepiej ich wcale nie wprowadzać. Wnioski są takie same zarówno dla Europy jak i dla Polski.

 

2012-10-09 08:12
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Żadna firma, bank czy też indywidualny przedsiębiorca nie przetrwa trudnych czasów bez planu awaryjnego. A jeśli mu się już uda, to będzie to albo dzieło przypadku i szczęścia, a w najlepszym razie tworzenie i realizacja planów awaryjnych w ostatniej chwili. Po ostatnim kryzysie z 2009 stało się jasne, że jeden wariant awaryjny nie wystarczy - trzeba opracować ich kilka, w tym bardzo czarnych, takich jakich w normalnych czasach się nie przygotowuje. Ta lekcja pokazała bowiem, że nawet najczarniejsze scenariusze mogą okazać się optymistyczne gdy skala kryzysu nas przerasta.
 
Rząd też musi mieć przygotowane takie scenariusze awaryjne. Nie po to aby straszyć, ale aby być w stanie szybko i w sposób przemyślany reagować na zmieniającą się rzeczywistość. Plan taki nie musi być ogłaszany, nie ma bowiem co straszyć na wyrost, ale poszczególne resorty, jak również główni decydenci koalicyjni powinni mieć świadomość jakie działania będą podejmowane w sytuacji kryzysowej. Nie wiem czy minister finansów ma taki plan przygotowany i na ile został on poddany wewnętrznym konsultacjom. A piszę o tym w kontekście podjętych w zeszłym tygodniu decyzji dotyczących budżetu na przyszły rok. Jako Towarzystwo Ekonomistów Polskich oceniliśmy projekt budżetu na 2013 rok jako umiarkowanie konserwatywny. Ryzyko scenariuszy makroekonomicznych jest niesymetryczne z większym prawdopodobieństwem niższej niż przyjęta w budżecie ścieżce wzrostu. Ale według dzisiejszej wiedzy założenia makro trzeba przyjąć jako w miarę sensowne. O ile podstawowe parametry makroekonomiczne nie budzą większych zastrzeżeń, przyjęto zbyt optymistycznie założenia co do wzrostu wynagrodzeń realnych oraz stopy bezrobocia, co tworzy ryzyka dla dochodów z tytułu VAT i CIT. W nieco czarniejszym scenariuszu istnieje niemałe ryzyko, że przy niższym niż oczekiwanym przez rząd popycie wewnętrznym i negatywnej dynamice importu może pojawić się olbrzymia presja po stronie dochodów budżetowych, a tym samy pytanie co dalej.
 
W trakcie roku będzie dość szybko wiadomo jak idą dochody podatkowe i na ile prawdopodobne jest, że budżet się nie zamknie i trzeba będzie dokonać jego nowelizacji. Dzisiaj nie sposób przewidzieć rozwoju sytuacji w Europie, dlatego też przy projektowaniu budżetu niezbędne jest podejście wariantowe. Jest szansa, że uda się go zrealizować, ale jeśli gospodarka europejska wejdzie w głębszą recesje u nas niezbędna będzie nowelizacja. No i pytanie co wtedy. Można podwyższać podatki: składkę rentową, akcyzę, VAT (bezpośrednich podatków w czasie roku zmieniać nie można), ograniczać wydatki: infrastrukturalne, lub socjalne (ale te już poprzez zmianę ustawy) lub też jeszcze do tego dołożyć zupełną likwidację składki na OFE. Można jeszcze przyspieszyć proces prywatyzacji, ale szczerze mówiąc wyceny w wariacie awaryjnym będą niższe niż dzisiaj – lepiej więc przyspieszać prywatyzację majątku już teraz.
 
Jeśli wariant awaryjny miałby być realizowany, wcześniej należy przeprowadzić analizę, jak poszczególne rozwiązania wpływają na perspektywę wzrostu gospodarczego. Bez wątpienia wszelkie podwyżki podatków zmniejszą polską konkurencyjność na arenie międzynarodowej, o co zresztą teraz toczy się największe światowe współzawodnictwo. Podwyżka składki rentowej podwyższyłaby koszty pracy, wyższy VAT wpłynąłby negatywnie na i tak malejącą konsumpcję Polaków. Drastyczne ograniczenie wydatków infrastrukturalnych zmniejszyłoby istotnie popyt wewnętrzny a jednocześnie ograniczyło przyszły potencjał wzrostu. Na tym tle redukcja składki do OFE do zera to istna kaszka z mleczkiem. Tyle, że taki ruch przyniesie maksimum 4 mld bieżących „oszczędności” przy potrzebach sięgających dziesiątków miliardów złotych. Po drugie stworzy ryzyko systemowej wiarygodności kraju. W dyskusjach o perspektywach gazu łupkowego pojawiają się dwie krytyczne kwestie, po pierwsze przejrzysta i sensowna legislacja, a po drugie długoterminowa stabilność reguł gry. Chodzi mianowicie o to, aby inwestor prywatny ryzykujący poważne kwoty na długie lata, mógł czuć się pewnie, że kolejny rząd za pięć czy dziesięć lat nie przewróci wszystkiego do góry nogami. Likwidacja składki do OFE byłaby przewróceniem „wszystkiego do góry nogami” i dawałaby zły sygnał co do wiarygodności kraju. Dlatego też dobrze byłoby gdyby w ramach planu awaryjnego pomyślano też o wydatkach. W budżecie na 2013 widać pierwsze przymiarki – takie choćby jak ograniczenie przyrostu płac - co należy uznać za krok we właściwym kierunku. W wariancie awaryjnym potrzebny może być znacznie szerszy arsenał.
 

 

2012-10-02 08:50
Polskie wpisy Komentarze (2)
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |