29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Szanowny Panie Prezesie,

 

Pragnę podziękować za zaproszenie do udziału w debacie gospodarczej zaplanowanej na 24 września. Dziękuję również za otrzymane materiały. Jestem zwolennikiem debat gospodarczych oczekując, że różne pomysły ekonomiczne będą dzięki temu obiektywnie przeanalizowane i dokładnie policzone. W przesłanych materiałach znalazły się szczegółowe projekty ustaw PiS wokół których miałaby się toczyć dyskusja, co istotnie zawęża tematykę debaty. Tak postawiony sposób prowadzenia rozmowy o gospodarce -  wykluczający de facto inne poglądy -  zakłada niejako a priori, że dyskutanci zgadzają się z diagnozą która była podstawą projektów ustaw. Nie daje też możliwości rozmowy o tym czy przedstawione postulaty są słuszne. Debata ekonomiczna o Polsce powinna rozpocząć się od diagnozy sytuacji, następnie określenia oczekiwanych do osiągnięcia celów i na tej podstawie dobrania odpowiednich środków do ich realizacji. Inaczej dyskusja jest albo zbyt jednostronna lub też nie podejmuje najważniejszych wyzwań. Dlatego też, po dokładnym zapoznaniu się z przesłanymi materiałami uznałem, że mój udział w tej debacie nie jest celowy.

 

Zderzenie różnych poglądów i rzeczowa dyskusja są bez wątpienia potrzebne polskiej gospodarce. Warto pomyśleć o takiej debacie w przyszłości rozpoczynając od diagnozy sytuacji. W tym krótkim liście pozwolę sobie podzielić się moją diagnozą jak i krótkim komentarzem na temat pożądanych rozwiązań, wierząc, że może okazać się to pomocne w przyszłości.

 

Silnymi stronami naszej gospodarki jest jej zrównoważona struktura, gdzie trzy silniki jakimi są konsumpcja indywidualna, inwestycje i handel zagraniczny w miarę równomiernie ją napędzają. Nie mamy tak wielkich nierównowag jakie występowały w Stanach Zjednoczonych czy też w wielu krajach europejskich, zarówno na rynku nieruchomości jak i na rynkach finansowych. Polacy też - z pewnymi wyjątkami oczywiście - nie popadli w szał konsumpcji, jak stało się to w wielu krajach rozwiniętych. Po latach centralnego sterowania i wszechobecnego państwa mało kto w Polsce dziś wierzy, że upaństwawianie czy też daleko idące ingerencje rządu, będą dla gospodarki zbawienne. Naszą silną stroną jest też przedsiębiorczość Polaków i dobra sytuacja finansowa przedsiębiorstw prywatnych, oczywiście z wyjątkiem kilku branż, których kłopoty są powszechnie znane.

 

Wśród stron słabych, należałoby wymienić wciąż znaczne zapóźnienie technologiczne wobec Europy Zachodniej, niską jakość infrastruktury, słabą jakość usług publicznych, niską urbanizację, nieelastyczne finanse publiczne przy relatywnie wysokim poziomie zadłużenia w relacji do PKB. Słabością naszej gospodarki jest też nadal duży udział państwa w wytwarzaniu narodowego dochodu, zbytnie przeregulowanie gospodarki, a także nieefektywny system sądowniczy, szczególnie w zakresie prawa gospodarczego. Wyzwaniem jest też rynek pracy, który akurat w ostatniej odsłonie kryzysu okazał się bardziej elastyczny niż mogłoby to wynikać z litery regulacji.

Naszym celem powinno być tworzenie warunków do szybkiego a zarazem stabilnego wzrostu gospodarczego na najbliższe lata. Ważne jest aby owoce tego wzrostu rozkładały się w miarę równomiernie w społeczeństwie, aby malała liczba wykluczonych. O ile cele są dość oczywiste o tyle sposób ich osiągnięcia zawsze wymaga pogłębionej analizy i dyskusji.

 

Najbliższe kwartały przyniosą spowolnienie gospodarcze i niestety wzrost bezrobocia. Na pewno rozwiązaniem nie mogą być pomysły oskładkowania elastycznych form zatrudnienia, czy też olbrzymie wydatki publiczne na tworzenie miejsc pracy. Państwo nie jest od tworzenia miejsc pracy ale od kreowania warunków do ich powstawania. Ważne są więc wszelkie działania które zaadresują olbrzymie niedopasowanie na rynku pracy szczególnie w kwestii nierównowag pomiędzy miastem a wsią, co jest możliwe w krótkim okresie w  zakresie pośrednictwa pracy. Nieefektywny sektor usług publicznych jest szczególnie odczuwalny w takich sektorach jak ochrona zdrowia czy edukacja. W ochronie zdrowia, wciąż mało kto ma odwagę przyznać, że polskie państwo nie jest w stanie zapewnić wszystkich usług zdrowotnych dla wszystkich. Zamiast współpłacenia pod stołem należy wprowadzić współpłacenie legalne, z wyłączeniem najmłodszych i przewlekle chorych.  W edukacji natomiast, przy malejącej z roku na rok liczbie uczniów niezbędne jest odejście od regulacji zawartych w Karcie Nauczyciela. Bez tego typu zmian systemowych Polska nadal będzie się rozwijała, ale wolniej od swych możliwości, ze znacznie gorszą jakością życia w porównaniu z krajami rozwiniętymi. 

 

W moim przekonaniu rozwiązania oparte na szeregu ulg i zachęt nie są odpowiedzią na najważniejsze wyzwania naszego kraju. Wszelkie propozycje tego typu, oprócz analizy swej skuteczności, muszą również uwzględniać element kosztowy, czyli ich wpływ na poziom zadłużenia kraju. Polska nie ma zbyt wielkiego finansowego pola manewru, tak wiec wszelkie kosztowne rozwiązania nie powinny być dzisiaj w ogóle rozważane, stwarzają bowiem ryzyko dla stabilności finansowej kraju. Nie ma oczywiście jednego słusznego sposobu wyjścia z sytuacji, ale skutecznych i sprawdzonych rozwiązań nie ma też zbyt wiele. Ważne jest więc aby w sposób właściwy dobierać rozwiązania do stawianych celów. W Polsce potrzebna jest szersza debata zarówno dotycząca diagnozy jak i głównych wyzwań stojących przed Polską. Nie ma monopolu na optymalne rozwiązania, kluczem jest jednak rozmowa w oderwaniu od emocji i polityki. Tylko w ten sposób będzie można zwiększać szanse na wzrost zamożności i bezpieczeństwa Polaków.

 

 

Z poważaniem,

 

 

Ryszard Petru

Przewodniczący Rady

Towarzystwa Ekonomistów Polskich

2012-09-22 17:56
Polskie wpisy Komentarze (6)
 Oceń wpis
   


Na rynkach zapanowała euforia. Po tym jak EBC podjął decyzję o nielimitowanym skupie krótkoterminowych papierów skarbowych na wtórnym rynku, a chwilę później FED ogłosił trzeci już program tzw. luzowania monetarnego, na rynku finansowym znów wrócił optymizm. Optymizm, że euro w najbliższym czasie się nie rozpadnie, że gospodarka amerykańska znów dostanie kopa w formie dopalacza i że znów w cenie jest złoto. Nie ma się co dziwić reakcji rynków, rzeczywiście w ciągu najbliższych kilku miesięcy działania ECB zasadniczo obniżają ryzyko rozpadu w strefie euro, rzeczywiście w najbliższym kwartale lub dwóch ekstra pieniądz pobudzi trochę koniunkturę i oczywiście jak się drukuje w nadmiarze dolary, to wszyscy na wszelki wypadek kupują złoto -  jedyną dziś wiarygodną walutę świata - której dodrukować się nie da.

 

Zeszłotygodniowa decyzja EBC została obwarowana szeregiem warunków. Że skup obligacji zagrożonych państw może tylko następować wtedy gdy kraje te spełniać będą kryterium realizacji zaplanowanych reform. Że najpierw zostaną uruchomione pozostałe dwa fundusze pomocowe strefy euro. I na koniec jeszcze zapowiedział, że będzie prowadził operacje sterylizacyjne, czyli ściągał z rynku nadmiar środków, które sam wygeneruje. Ma to uspokoić tych, którzy obawiają się, że tego typu deklaracje jak nielimitowany skup obligacji wywołają w przyszłości inflację i to poważną inflację. Niby więc wszystko na papierze wygląda sterylnie, ale w praktyce bardzie trudno będzie utrzymać tę czystość. Zauważmy, ze deklaracje już padły, rynek odczytał je nieco inaczej niż opisano w komunikacie. Mianowicie, że EBC będzie ratował znajdujące się w opresji kraje i nie pozwoli aby Hiszpania a tym bardziej Włochy znalazły się w sytuacji Grecji. Nie wspominając o tym, że nie dopuści do wypchnięcia Grecji ze strefy euro. I prawdopodobnie tak właśnie EBC będzie postępował, bez względu na to jaki jest postęp realizacji włoskich reform i czy przy władzy we Włoszech jest Mario Monti czy też Silvio Berlusconi. Bo jeśli dany kraj otrzyma pomoc wprowadzając zgodnie z planem pakiet reform, to co się wydarzy gdy ten pakiet reform przestanie realizować? Zgodnie z zadeklarowanymi intencjami finansowanie powinno być wstrzymane. W praktyce jednak oznaczałoby to zupełną panikę rynkową i de facto niekontrolowany rozpad strefy euro. EBC jest więc w pułapce, będąc tego oczywiście w pełni świadom. Jest to swego rodzaju zagranie va banque – uspakajamy na pewien czas rynki finansowe a w tym czasie politycy muszą wprowadzić deklarowane wcześniej zmiany tak aby presja fiskalna zelżała, a gospodarki krajów Południa odzyskały przynajmniej cześć utraconej konkurencyjności i perspektywę wzrostu gospodarczego. Niestety dotychczasowa praktyka wskazywała na nieco mniej odpowiedzialne zachowanie europejskich przywódców – w momencie kiedy presja na reformy malała, zawieszano lub rozmydlano pakiet reform. Najlepszym tego przykładem jest Hiszpania, gdzie kilkakrotnie już rozpoczynano a następnie wyhamowywano zapęd reformatorski. Tym razem niestety może być podobnie.

 

Będąc w butach szefa EBC wielu zapewnie postąpiłoby podobnie.  Przy zbyt powolnych i dalece niewystarczających działaniach polityków, szef EBC jest jedynym który czuje się odpowiedzialny za całą strefę euro. Ale swym działaniem kupił jedynie czas, rozwiązał krótkoterminowo problem kosztów płynności kliku krajów. Nadal jednak są one niekonkurencyjne i zmagają się z wysokim obciążeniem fiskalnym. Dziś na szczęście mało kto uważa, że EBC uratował Europę. Nawet najwięksi zwolennicy tego typu działań podkreślają, że Mario Draghi dał politykom więcej czasu. Nie wiemy tylko ile tego czasu i po jakiej cenie. Ciekawe czy przywódcy europejscy mają tego świadomość.

 

FED ma o tyle prostsze zadanie, że zalewa świat dolarami, które są główną pożądaną walutą świata Eksportuje więc inflację na cały świat, obniża wartość rezerw dolarowych posiadanych przez innych, powinien też przynajmniej w teorii osłabić wartość dolara poprawiając w ten sposób konkurencyjność Stanów Zjednoczonych. Jak jednak wiadomo zalew pieniądza nie może wytworzyć nowego PKB. Dlatego też, podobnie jak w przypadku EBC, to tylko sposób na przejściową ulgę. Efektem ubocznym jest tworzenie nowych nierównowag na rynkach aktywów, takich jak surowce, ale też waluty krajów wschodzących. I to m.in. będzie cena jaką przyjdzie nam za to zapłacić.

 

2012-09-18 07:54
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Poważna debata o gospodarce w każdym kraju jest potrzebna. Ważne jest aby taka dyskusja miała pewne ramy, po to aby była to rzeczową dyskusją a nie chaotyczną wymianą myśli. W przypadku takiej dziedziny jaką jest gospodarka spełnienie takiego warunku nie jest łatwe ze względu na to, że podobnie jak na piłce nożnej, na gospodarce wszyscy się znają. Poważna debata ekonomiczna powinna zacząć się od diagnozy, następnie określenia celów jakie sobie stawiamy, a następnie dobrania odpowiednich narzędzi do realizacji tych celów. Ważne jest aby analizując pojedyncze koncepcje nie tracić z polu widzenia szerszego spektrum. Tyle teorii dyskusji, na pierwszy rzut oka brzmi trochę banalnie, ale w praktyce bardzo trudno jest utrzymać taka dyscyplinę, szczególnie w środowiskach wygadanych jakim są m.in. politycy.

Zaczynając od diagnozy. Polska gospodarka ma swoje zalety, między innymi zrównoważoną strukturę rozwoju gospodarczego, w którym trzy silniki jakimi są konsumpcja prywatna, inwestycje i handel zagraniczny w miarę równomiernie napędzają naszą gospodarkę. W Polsce nie mamy tak wielkich nierównowag jakie miały miejsce w Stanach Zjednoczonych czy też w wielu krajach europejskich, zarówno na rynku nieruchomości jak i na rynkach finansowym. Polacy też, z pewnymi wyjątkami oczywiście, nie popadli w szał konsumpcji, jak to stało się m.in. w USA. Po latach centralnego sterowania i wszechobecnego państwa mało kto dziś wierzy, że upaństwawianie czy też daleko idące ingerencje finansowe rządu, będą dla gospodarki zbawienne. Nauczyliśmy się liczyc na siebie. Naszą silną stroną jest też dobra sytuacja finansowa polskich przedsiębiorstw prywatnych (z wyjątkiem dwóch czy trzech branż). Po stronie stron słabych, wciąż znaczne zapóźnienie technologiczne wobec Europy Zachodniej, niska jakość infrastruktury, słaba jakość usług publicznych, nieelastyczne finanse publiczne przy relatywnie wysokim poziomie zadłużenia w relacji do PKB, jak na kraj wciąż zaliczający się do rynków wschodzących. Nadal duży udział państwa w wytwarzaniu narodowego dochodu, zbytnie przeregulowanie gospodarki, czy nieefektywny system sądowniczy (w zakresie prawa gospodarczego) to kolejne nasze bolączki. Wyzwaniem jest też rynek pracy, który w ostatniej odsłonie kryzys okazał się bardziej elastyczny niż wynikać to mogłoby z regulacji, ale z drugiej strony jego cechą jest nierównowaga pomiędzy miastem a wsią i olbrzymie niedopasowanie na rynku pracy. To i tak bardzo skrótowy opis, nie uwzględniający wielu obszarow m.in. takich jak ochrona zdrowia, czy edukacja.

Na jednej debacie i tak nie da się poruszyć większości tych problemów. Przydałoby się uzgodnić podstawowe parametry diagonozy i spróbować odpowiedzieć na pytanie o cel rozwoju. Ważne jest przy tym aby w dyskusji nie używać określeń ocennych takich jak liberalny czy etatystyczny. Inaczej bowiem rozmowa szybko wyląduje na manowcach. A w ramach dyskusji dobrze byloby skupić się na kilku najważniejszych wyzwaniach, tak aby można było rozmawiać w miarę konkretnie. W moim przekonaniu zagadnieniami które wymagają szczególnej uwagi to rynek pracy i system emerytalny. W obu przypadkach wyzwania są wyjątkowe a rozwiązania nieintucyjne. Drugim ważnym elementem dyskusji jest stan finansów publicznych i sposoby ich dalszego reformowania, a w szczególności uelastycznienia. Trzecie ważne dla polskiej gospodarki zagadnienie to cały szereg spraw związanych z deregulacją gospodarki i usprawnieniem sądownictwa. O ile w obu tych kwestiach nie ma różnicy zdań co do celu takich działań o tyle odpowiedź jak to osiągnąć banalna nie jest. I wreszcie czwarte zagadnienie, to odpowiedź na pytanie w jakich obszarach usług publicznych skutecznym i efektywnym ich dostarczycielem jest państwo, a na ile lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie odpowiedzialności za nie sektorowi prywatnemu.

Jak widać w Europie pomysłów na rozwiązanie europejskich bolączek jest co nie miara, gorzej z podejmowaniem decyzji. Jednak dziś, w 2012 roku, jesteśmy znacznie mądrzejsi o doświadczenia i o ile dwa lata temu nie widać było przygotowanych planów awaryjnych, dziś są. Przez całą Europę, a nawet świat, przetoczyła się wielka debata, o tym jak wyjść z kryzysu. O ile nie zawsze zgadzam się z konkluzjami jakie wyciągają z niej politycy, to przynajmniej wiemy jakie są alternatywy i co one oznaczają. A to już jest jakaś wartość.

2012-09-11 09:53
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

W danych o dynamice PKB za drugi kwartał najbardziej zaskoczył nie tyle niższy od konsensu wynik, ale przede wszystkim jego składowe. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że w drugim kwartale lecieliśmy już tylko na jednym silniku i był nim eksport netto. I to nie dlatego, że eksport ma się  tak dobrze, ale dlatego że szybciej zwalnia import, co jest wynikiem spowolnienia w inwestycjach. W Polsce zwykle podaje się dynamiki wzrostu gospodarczego porównując poziom dochodu z danego roku z takim samym poziomem w roku poprzednim. Porównując te dane w sposób bardziej statystycznie poprawny, a mianowicie przyrosty PKB z kwartału na kwartał eliminując wcześniej wszelkie zaburzenia sezonowe, nasz dochód wzrósł o 0.4 procent, w podobnym tempie co spożycie indywidualne i inwestycje. W poprzednich kwartałach wzrosty te były wyższe, odpowiednio na poziomie 0.8 i 0.6 procent. Spowolnienie jest więc ewidentne, pytanie tylko czy będzie dalej hamować, czy też jesteśmy już blisko dna.

 

Z danych GUS widać jednoznacznie, że zarówno konsumpcja prywatna jak i inwestycje mocno wyhamowały. Przyczyny są jednak różne i aby nie wpadać w zupełną panikę - jak to uczyniła już część komentatorów - należy przeanalizować które z tych tendencji mają charakter tymczasowy a które stały. W przypadku inwestycji prywatnych mamy do czynienia z bardzo głębokim spadkiem zapasów, co raczej nie powinno się powtórzyć w takiej skali w przyszłych kwartałach. Co do inwestycji publicznych mamy do czynienia z mocnym wyhamowaniem projektów infrastrukturalnych porównując je z tym samym okresem roku poprzedniego. Ten trend w kolejnych kwartałach się utrzyma ze względu zarówno na naturalne wyhamowanie projektów inwestycyjnych jak i ograniczeń wydatkowych nałożonych na tegoroczny budżet. W moim przekonaniu inwestycje publiczne w Polsce są jedynym sensownym wydatkiem, na którym nie powinno się szukać oszczędności gdyż jako jeden z niewielu krajów możemy wykazać, że działania te dają zarówno krótkoterminowy efekt popytowy, jak i ważniejszy, długookresowy efekt podażowy. Jeśli mógłbym coś doradzić rządzącym to taką restrukturyzację wydatków, aby nie zmniejszać wydatków na inwestycje infrastrukturalne w tym i w przyszłym roku.  Skąd pieniądze, o tym zaraz.

 

Co do konsumpcji prywatnej skala tąpnięcia jest niewspółmierna do pozostałych tendencji obserwowanych w realnej gospodarce. Na tak silne spowolnienie konsumpcji składają się dwa czynniki: z jednej strony wolno rosnący fundusz płac, a z drugiej utrzymująca się wyjątkowo wysoka inflacja, która niweluje cały przyrost nominalnego przyrostu funduszu płac. Tak naprawdę dziś jedyną grupą podtrzymującą polską konsumpcję prywatną jest całkiem pokaźna na szczęście grupa osób pracujących na własny rachunek. Są oni bardziej elastyczni i statycznie znacznie mniej obciążeni podatkami i parapodatkami. To powinien być mocny argument dla żądających powrotu do Polski zetatyzowanej. To jest przecież dziś najbardziej elastyczna gospodarczo grupa Polaków i jedyna która podtrzymuje wzrost. Wracając do inflacji, wiele wskazuje na to, że w kolejnych miesiącach wskaźnik ten będzie malał w relacji rocznej, prawdopodobnie poniżej 3 procent na koniec tego roku, co powinno poprawić wskaźniki przyrostu realnej konsumpcji. Niestety nie proporcjonalnie, ze względu na perspektywę wzrostu bezrobocia, a to znacznie ograniczy przyrost funduszu płac. To tylko prognoza, z ryzykiem że inflacja może być wyższa od tego scenariusza, ze względu na wzrost cen żywności na świecie wywołany amerykańską suszą, oraz z powodu znów osłabiającego się złotego. Kursów walutowych nie ma co prognozować w dzisiejszych czasach, ale to czego możemy być pewni to wysokiej zmienności. Tak długo jak Europa przeżywa poważne problemy egzystencjalne tak nie ma co liczyć na mocnego złotego w dłuższym okresie.

 

Druga połowa roku będzie nawet nieco bardziej mizerna niż drugi kwartał tego roku. Rosnąć będzie bezrobocie, spadać produkcja przemysłowa, może lekko odbije na plus konsumpcja prywatna. Najważniejsze teraz będą wszelkie działania wspierające większą efektywność na rynku pracy. Rozważyć należałoby obniżenie składki na fundusz pracy, zróżnicowanie płacy minimalnej, prywatyzację urzędów pracy. Innym ważnym elementem polityki gospodarczej powinno być przyspieszenie prywatyzacji i wprowadzenie działań zachęcających kapitał do uprzemysławiania kraju. W ten sposób w średniej perspektywie zwiększyć poziom zatrudnienia w kraju a tym samym potencjalny PKB. Jednak w krótkim okresie spowolnienia nie zatrzymamy.

 

2012-09-04 07:55
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Krzysztof Domarecki i Ryszard Petru

 

Kiedy w wieczór wyborczy ogłoszono wyniki wyborów we Francji, Francois Hollande w swoim przemówieniu zaczął od … koniecznej reindustrializacji Francji. Przypomniał że siłą Francji jest produkcja przemysłowa i jej wzmocnienie uczynił pierwszym w kolejności priorytetem. Obecna siła gospodarki niemieckiej bierze się z olbrzymiej nadwyżki eksportowej generowanej przez przemysł – w większości średnie firmy rodzinne. W USA mamy do czynienia z narastającą kampanią przenoszenia lokalizacji produkcji z Chin z powrotem do poszczególnych stanów. Podobnie obecna polityka brytyjska zmierza w kierunku reindustrializacji a jak wielkie znaczenie rząd brytyjski przypisuje tej kwestii jest fakt, że jednym z najważniejszych zadań obecnej dyplomacji brytyjskiej jest przyciąganie inwestorów. Brytyjczycy są tak zdeterminowani w przywróceniu siły swojego przemysłu, że inwestorów szukają nawet w Polsce.

Światowa rozgrywka ekonomiczna toczy się obecnie o dwa główne źródła bogactwa narodów: zasoby (surowcowe i ludzkie) i lokalizację produkcji. Konkurencja o to gdzie będą zlokalizowane centra produkcyjne – zarówno te regionalne jak i te globalne obejmuje wszystkie państwa. W tym celu w świecie działa ponad 400 stref ekonomicznych o międzynarodowym charakterze a polityka przyciągania inwestorów jest często jednym z najważniejszych elementów polityki gospodarczej państwa. Kryzys ekonomiczny wyraźnie podzielił państwa na dwie kategorie; te, które dużo produkują i dużo eksportują i te, które mają kłopoty.

Jak popatrzymy dziś na Europę to właśnie Polska ma wręcz idealne warunki do tego aby stać się fabryką pokryzysowej Europy. Przez ostatnie osiem lat staliśmy się nie tylko pełnoprawnym członkiem UE ale coraz lepiej poruszamy się w jej strukturach. Ale okres budowania wzrostu w oparciu o środki unijne powoli będzie  przechodził do historii. Poziom wsparcia akcesyjnego będzie malał, aż do zupełnego zaniku. Na szczęście, po dwudziestu latach transformacji pojawił się w końcu polski kapitał, na tyle duży i znaczący, aby mógł wspierać działania publiczne w zakresie poprawy warunków życia mieszkańców naszego kraju. Oba te trendy, w sposób odpowiedni skojarzone, powinny być fundamentem nowoczesnej strategii rozwoju kraju. W ostatnim dwudziestoleciu dużą wagę przykładaliśmy do zachęcania inwestorów zagranicznych. I dobrze, gdyż na początku transformacji nie było w Polsce ani kapitału ani know-how w zakresie zarządzania poważniejszym biznesem.  Ale dzisiaj jest już inaczej, ściąganie inwestorów zagranicznych za wszelką cenę nie jest ani w interesie państwa ani społeczeństwa. Obecnie rolą władz publicznych powinno być tworzenie warunków sprzyjających alokacji kapitału prywatnego zgodnie z przyjętą strategią rozwoju. Szansą Polski jest dzisiaj stworzenie warunków dla budowy zaplecza przemysłowego Europy.

Spójrzmy na najlepsze przykłady ze świata. Obszar przemysłowy wzdłuż autostrady Wenecja – Mediolan jest jednym z najlepiej uprzemysłowionych regionów globu. W odległości do 50 km po obu stronach autostrady zlokalizowano tysiące małych, średnich i dużych firm przemysłowych. Wszystkie te firmy korzystają z faktu, że zlokalizowanie swojej produkcji / biur w tym obszarze obniża im koszty operacyjne ze względu na bardzo dobra komunikację – głównie transportową, dostęp do wielu kooperantów i kulturę przemysłową regionu. Po pewnym czasie zaczyna występować efekt kuli śnieżnej. Oprócz firm stricte przemysłowych, pojawiają się wszelkiego rodzaju firmy świadczące usługi dla przemysłu i będące jego zapleczem: firmy logistyczne, księgowe, konsultingowe poddostawcy etc. Na końcu efektem takiego procesu jest gigantyczny klaster przemysłowy oddziaływujący swoim potencjałem na wiele branż w całej Europie.

Chiny stały się fabryką świata w znacznej mierze dzięki temu, że ich władze z odpowiednio wielkim wyprzedzeniem stworzyły olbrzymią sieć infrastrukturalną obejmującą początkowo głównie prowincje wschodnie a obecnie w coraz większym stopniu obejmującą prowincje centralne i zachodnie. Nie bez znaczenia były oczywiście tania siła robocza i olbrzymi potencjał kraju oraz stabilność i przewidywalność polityki gospodarczej. Ale przykład innego wielkiego kraju – Indii, pokazuje że nie są to czynniki wystarczające. W Indiach bowiem biznes napotyka znaczne bariery wewnętrzne w wykorzystaniu potencjału gospodarki. Podstawową barierą jest właśnie brak sprawności państwa w zakresie zbudowania odpowiedniej infrastruktury i stabilności gospodarczej. Indyjskie drogi i koleje (a raczej ich brak) stanowią obecnie podstawową barierę wzrostu. Rezultat jest taki, ze Indie mające szybciej rosnącą populację rozwijają się znacznie wolniej.

Polska to małe Chiny Europy. Na terenie naszego kraju znajduje się kilka regionów które doskonale wpasowują się w ten model rozwoju. Jednym z nich jest region Dolnego Śląska, który ma wszelkie dane do tego aby stać się gigantycznym klastrem przemysłowo – usługowym podobnym do tego we Włoszech. Przez Dolny Śląsk przechodzi autostrada A4. Jej znaczenie logistyczne i komunikacyjne jest wciąż mało wykorzystane przez gospodarkę lokalną. Należy doprowadzić do tego aby w pasie po 50 km na północ i na południe od autostrady postawić na industrializację, jako główny czynnik wzrostu potencjału ekonomicznego regionu. Jej podstawowym elementem powinno być przyciągnięcie inwestorów do większości miast i miasteczek, jakie się w tym pasie znajdują. Należy zachęcić ich, poprzez przygotowanie prawne i techniczne terenów do zlokalizowania średnich i małych firm produkcyjnych blisko każdego z tych miast. W ten sposób nastąpi wzmocnienie gospodarcze większości miast regionu bez względu na to w jakiej sytuacji ekonomicznej znajdują się w chwili obecnej. Do pełnego wykorzystania potencjału miast Dolnego Śląska potrzebne jest jeszcze zbudowanie drogi szybkiego ruchu kierującej się na południu w stronę Pragi a na północ w stronę Poznania. Dzięki takiej inwestycji znaczna część regionu znalazłaby się w strefach odległości do 30-50 km od dróg szybkiego ruchu, co znacznie wzmocniłoby zarówno mobilność mieszkańców poszczególnych miast jak i dostępność miejsc pracy dla każdego z nich.

Taki klaster jest w stanie wygenerować ponadprzeciętne zapotrzebowanie na absolwentów nie tylko wyższych uczelni ale także na absolwentów szkół technicznych i zawodowych. Koncentracja tylu firm to także zapotrzebowanie na mieszkania, szkoły, przedszkola, instytucje kultury, szpitale. W ten właśnie sposób, wychodząc od przemysłu jesteśmy w stanie doprowadzić do tego, aby taki region stanie się jednym z najbardziej prężnych regionów gospodarczych Europy.

Tu nie chodzi o industrializację dla samej siebie. To jest pomysł na to jak odbudować potencjał miast i miasteczek bez konieczności emigracji. To też odpowiedź na olbrzymie zróżnicowanie w poziomie bezrobocia pomiędzy aglomeracjami a małymi miejscowościami. Zamiast pompować pieniądze publiczne w aktywizację rynku pracy na tych terenach, znacznie lepiej jest stworzyć warunki aby praca się w niedalekiej okolicy pojawiła. To też sposób na rewitalizację miast i miasteczek. Jest to też odpowiedź na pytanie skąd pieniądze na olbrzymie inwestycje w tkankę miejską aby nasze miasta  wyglądały tak jak u naszego zachodniego sąsiada. Jak ktoś zada pytanie o to jakie pieniądze są na to potrzebne padną kwoty które już nie tyle marszałka ale i ministra finansów przyprawiłyby o ból głowy. Tyle że te pieniądze nie powinny pochodzić z środków publicznych! Pieniądze publiczne należałoby przeznaczyć na takie wydatki, które zachęcą inwestorów prywatnych do zaangażowania poważnego kapitału w takie właśnie przedsięwzięcia. Już słyszymy głosy populistów, że to skandal, bo ten prywatny kapitał będzie chciał na tym pieniądze zarobić. Tyle, że brutalna prawda jest taka, że jak nie będzie miał perspektywy zarobienia, to nie zainwestuje …  Mamy więc fundamentalny wybór. Albo będziemy w stanie wykorzystać potencjał jaki drzemie w przedsiębiorstwach i właściwie go skumulować albo będziemy czekać na mannę z nieba.

Nie tylko Dolny Śląsk czy szerzej Polska zachodnia mogą wytworzyć efektywne strategie rozwoju gospodarczego. Obecne wejście Rosji do WTO stanowi olbrzymią szansę rozwoju przemysłowego dla Polski wschodniej. Zarówno w Polsce jak i w całej Europie jest wiele firm, dla których rynek rosyjski a szerzej na rynki b. ZSRR stanowią istotny kierunek ich sprzedaży. Te firmy, które produkują w Europie zachodniej napotykają znaczną barierę kosztów logistycznych w eksporcie do Rosji i innych krajów Europy wschodniej. Część z nich od kilkunastu lat próbowała zlokalizować produkcję w samej Rosji lub Ukrainie, jednakże dla większości z nich bariery założenia zakładu produkcyjnego w tych krajach a także wszelkie związane z tym uwarunkowania, dodatkowe koszty i kłopoty powodowały że jedynie nieznaczny odsetek podjął decyzje o inwestycjach. Część z nich po kilku latach prób wycofała się z produkcji w Rosji lub na Ukrainie. W ciągu ostatnich 10 lat czyli jeszcze na długo przed wejściem Rosji do WTO część z tych firm wyliczyła, że taniej jest wytwarzać produkty w zakładach położonych w Polsce lub np. w Estonii, eksportować je do Rosji i płacić w Rosji cło importowe, niż produkować w samej Rosji. Obecnie, po wstąpieniu Rosji do WTO rachunek ekonomiczny preferujący lokalizację produkcji np. w Polsce jeszcze się polepszy. Wie już o tym tysiące firm niemieckich, które już zawczasu przygotowały się do znacznego wzrostu ich aktywności w Rosji. Tymczasem poprawiająca się infrastruktura drogowa i kolejowa w Polsce, relatywnie niższe niż w krajach Europy zachodniej koszty siły roboczej powiązane z dobrą organizacją i jakością pracy a także łatwość i dostępność lokalizowania produkcji w Polsce stanowią zestaw czynników, który powoduje, że w wielu branżach jest to najlepsze miejsce dla produkcji skierowanej na rynki wschodnie.  Niebagatelną rolę odgrywa w tym obecność Polski w strukturach UE. Zachodni przedsiębiorca inwestując w Polsce porusza się w ramach tych samych regulacji co w reszcie krajów UE. Ma prawo zatem czuć się jak u siebie w domu a jego zakłady produkcyjne nastawione na znaczne i ciągle chłonne rynki Europy Wschodniej mogą być dla niego atrakcyjnym sposobem na trudne czasy spowolnienia gospodarczego w Europie Zachodniej. Perspektywa ta powinna być jednak w pierwszej kolejności rozpatrywana przez przedsiębiorców Polskich. W większości branż możliwość ulokowania naszych produktów na rynkach wschodnich jest wciąż znaczna, mamy też niebagatelny zasób – tysiące polskich menedżerów pracuje na wyższych i średnich pozycjach menedżerskich w Rosji i krajach Europy wschodniej. Coraz więcej polskich firm wygrywa konkurencję na rynkach wschodnich dzięki połączeniu dobrej jakości, niższej ceny, bliskości logistycznej i znacznie lepszych umiejętności poruszania się w kulturze gospodarczej krajów Europy wschodniej. To jest szansa dla wszystkich regionów w tym zwłaszcza dla regionów Polski wschodniej, która nie miała dotychczas szczęścia do masowych inwestycji. Wykorzystanie tej szansy jest możliwe jednak tylko pod warunkiem przyjęcia przez same zainteresowane regiony strategii przyciągnięcia firm produkcyjnych. Wielkie znaczenie będą tu miały inwestycje infrastrukturalne realizowane z poziomu centralnego i wsparcie regionalne z odpowiednim przygotowaniem infrastruktury pod inwestycje. Rząd polski stoi przed wielką szansą wzmocnienia gospodarczego Polski wschodniej, jednakże szansa ta powinna uzyskać znacznie większy priorytet niż ma to miejsce obecnie.

W naszym przekonaniu szansą Polski w Europie jest jej nowoczesne uprzemysłowienie. Suma uwarunkowań makroekonomicznych dotyczących Europy Zachodniej, Polski i Europy wschodniej tworzą w chwili obecnej unikalny zestaw szans, który powoduje że wizja Polski jako nowej fabryki Europy staje się wizją bardzo realną. Już zaczęło  się kolejne 20 lecie, w którym nasze pokolenie może dokonać wzmocnienia gospodarczego Polski do rozmiarów dotychczas nie notowanych w naszej historii.

 

2012-08-30 20:00
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

W najbliższych miesiącach bezrobocie - jako konsekwencja spowolnienienia gospodarczego - będzie rosło. O ile nie sposób zmienić kierunku w którym będzie zmierzał ten wskaźnik o tyle możemy mieć wpływ na jego skalę. Skuteczność działań jest proporcjonalnie odwrotna w stosunku do powszechnego w Polsce myślenia na ten temat. W tej części Europy która obecnie znajduje się w recesji bezrobocie sięga rekordowych poziomów, z hiszpańskimi 25 procentami na czele. Dzisiaj, obserwując doświadczenia krajów wydawałoby się bogatszych w wiedzę, można śmiało wyciągnąć wnioski również dla Polski, dotyczycące tego co działa a co nie. I ewidentnie widać, ze najważniejsza jest ....
 
… elastyczność. Jeśli system gospodarczy, a w tym w szczególności regulacje dotyczące rynku pracy są sztywne, to w okresach zmian gospodarczych nie są w stanie odpowiednio zareagować na zmieniającą się rzeczywistość. W krajach Południa, a w szczególności w Hiszpanii, we Włoszech czy w Grecji, prawo chroni pracowników i nie daje zbyt wielu możliwości na zmianę warunków zawartych wcześniej umów w reakcji na zmiany zachodzące w otoczeniu. Pracodawca wtedy ma zero jedynkowe pole do decyzji: może pracownika zwolnić lub nie. Jeśli popyt na wytwarzany przez dane przedsiębiorstwo towar nagle spada, to następuje seria zwolnień, znacznie większa niż w przypadku rozwiązań elastycznych. Te drugie polegają na tym, że pracownik z pracodawcą mają możliwość zmiany warunków wcześniej podpisanych umów w taki sposób aby pracownik zachował pracę a pracodawca był w stanie dostosować koszty do nowych warunków. Ten drugi wariant całkiem sprawnie zadziałał w Polsce w poprzedniej odsłonie kryzysu. Chodzi mianowicie o to aby kontrakt na pracę można było kształtować (za porozumieniem obu stron) w sposób płynny. Prawdziwe związki zawodowe, te znajdujące się na terenie prywatnych przedsiębiorstw, będąc prawdziwą reprezentacją załogi, miały pełną świadomość dylematu który przed nimi stoi. Inaczej ze związkami w molochach państwowych lub też ogólnokrajowymi centralami związkowymi, tam rzadko kiedy chodzi interes pracownika, zwykle o interes centrali. Do uszu większości łatwiej trafiają hasła o potrzebie ratowania miejsc pracy (tak jakby były one do uratowania) aniżeli hasło elastyczności. W Polsce nawet do niektórych tego typu rozwiązań przylgnęła nazwa umów śmieciowych. Rzeczywiście pozostawanie przez lata na tego typu kontrakcie jest niekorzystne dla pracownika. Ale to nie oznacza, że należy wylewać dziecko z kąpielą. Tego typu rozwiązania są niezbędne w okresie spowolnienia, lub też w przypadku prac sezonowych. Ich brak przyczynia się do wysokiego bezrobocia i powiększania obszaru szarej strefy. Świat będzie dążył do odetatyzownia stosunków pracy, można tym procesem sterować aby uczynić go jak najbardziej cywilizowanym lub też nie dostrzegać problemu i upierać się przy status quo.
 
Drugim powszechnym w myśleniu sposobem zmniejszania bezrobocia są aktywne formy jego  zwalczania finansowane z środków publicznych. I znów, wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sensownego w zakresie działań państwa. Tyle, że wszelkie badania zarówno międzynarodowe jak i polskie wskazują na to, że rzadko kiedy takie programy są skuteczne. Zwykle nakład środków jest nieproporcjonalny do uzyskanego efektu. A w większości przypadków, miejsca pracy tworzone są wyłącznie w okresie funkcjonowania programu, a po jego zakończeniu znikają. Co więcej, często zdarza się też tak, że powstałe subsydiowane miejsce pracy zabiera miejsce pracy obok, czyli u przedsiębiorcy, który wsparcia takiego nie dostał. Ta krytyka nie oznacza wcale, że jakiekolwiek wydawanie pieniędzy publicznych na te cele nie ma sensu. Tego typu polityka może być niezbędna w okresach przejściowych gdy następuje nagłe załamanie rynku, które ma charakter przejściowy. Pytanie jak właściwie zdefiniować czy załamanie ma charakter przejściowy, czy nie. Niemniej cel jest prosty, podtrzymać przez pewien okres czasu miejsca pracy, tak aby wstrząs dla rynku pracy nie okazał się zbyt duży, a w przypadku perspektywy odbicia nie było konieczne ponoszenie kosztów procesu zwolnień i ponownego zatrudniania.
 
Lekcje w załamania na rynkach pracy Południa są bardzo bolesne. Wystarczy jeszcze dodać, że prawie połowa młodych Hiszpanów nie ma pracy. Poziom bezrobocia w tym kraju to efekt głębokiej korekty nadmiernego boomu mieszkaniowego z poprzedniej dekady. Musiało wzrosnąć, ale nie do aż takich rozmiarów. Hiszpania dopiero teraz wprowadza elastyczniejsze rozwiązania na rynku pracy, aby ten problem społeczny zminimalizować. Uczmy się na cudzych błędach, a nie na własnych.
 

 

2012-08-28 08:44
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

W sprawie Amber Gold wiele już zostało powiedziane, ale wciąż nie mamy pełnej wiedzy o całej tej aferze.  Sprawa ta ma kilka wymiarów: społeczny, prawny i finansowy. W ostatnich dwóch należałoby dogłębnie przeanalizować które z instytucji państwa nie zadziałały i dlaczego tak się stało. Inną kwestią jest sam pomysł biznesowy, który dla przeciętnych nawet znawców rynku finansowego wyglądał co najmniej mało poważnie. Przez 3 lata jednak ponad 20 tysięcy osób zdecydowało się powierzyć oszczędności swojego życia temu właśnie pośrednikowi. Oczywiście tak długo nie zostanie udowodnione przestępstwo tak długo mamy do czynienia z domniemaniem niewinności. Niemniej kilka kwestii wciąż budzi wątpliwości. Po pierwsze sam pomysł biznesowy, polegający na przechowywaniu sztabek złota.

 

 

 

Jeśli spojrzymy na wykres ceny uncji złota od momentu kiedy Amber Gold rozpoczął działalność, czyli w roku 2009, to widać jak pięknie pięła się cena tego kruszcu wyrażona w dolarach. W drugiej połowie 2011 złoto było dwa i pół raza droższe w porównaniu z ceną z połowy 2009 roku. Dla Polaków kluczowe były ceny wyrażone w złotych. Na szczęście tak się złożyło, że kurs złotego wobec dolarach w roku 2009 należał do najsłabszych w całym rozpatrywanym okresie, był słabszy zarówno w porównaniu z poziomami z 2011 roku jak i pierwszej połowy 2012. Z tej prostej arytmetyki płynie wniosek, że w latach 2009 – 2011 na inwestycjach w złoto można było nieźle zarobić, a kurs złotego sprzyjał tym którzy dokonali zakupów w 2009 roku. Ale zakup złota w 2011 już nie był tak atrakcyjny i nie mógł przynieść już jakichkolwiek zysków. A biorąc pod uwagę zmienność kursu walutowego w tym okresie, na złocie łatwo można było  stracić. Tak więc  pierwotny sukces „lokat w sztabki złota”, które przynajmniej na papierze przynosiły niezłe zyski. Ale żadna hossa nie trwa wiecznie i już od roku złoto nie aż tak atrakcyjne (spekulacyjnie oczywiście) jak na kilka lat wcześniej.

 

Między rokiem 2008 a 2011 powstało wiele funduszy inwestujących w złoto. Różnica pomiędzy nimi a Amber Gold polegała na tym, że ci pierwsi inwestowali w kontrakty na giełdach towarowych na złoto, podczas gdy Amber ponoć kupował sztabki. Dla każdego, który zetknął się choć przez chwilę rynkiem finansowym, już sam pomysł wydawać się musiał niepoważny, lub nazywając rzeczy po imieniu, podejrzany.  Kupowanie sztabek złota ma same wady i jako takie jest wyjątkowo niepraktyczne, znacznie łatwiej jest kupować kontrakty na ten drogocenny kruszec. Ale jak widać sam pomysł marketingowy się sprawdził. O ile w początkowej fazie kupienie złota mogło przynieść wymierne profity, od 2011 już nie. Trzymanie złota w sztabkach i gwarantowanie jakiekolwiek rentowności powyżej oprocentowania papierów rządowych powinno być dla każdego dzwonnikiem alarmowym. A tym bardziej gwarancje stopy zwrotu powyżej 10 procent! Pytanie dlaczego tą nieuczciwą reklamą nie zajął się UOKiK.

 

Zasadniczą jest jednak kwestia działania prokuratury i sądownictwa. Bardzo wiele o tym już napisano i powiedziano. Pozwolę sobie zwrócić na jeden aspekt, który zbyt słabo zabrzmiał w tej dyskusji. Mianowicie od lat w raportach Banku Światowego Doing Business Polska wypadała wyjątkowo blado w ocenie sądownictwa gospodarczego (to te słynne 1000 dni na załatwienie sprawy). Politycy jak dotąd niebyt się tymi statystykami przejmowali bo nie byli w stanie dostrzec jak to się przekłada na codzienne życie Polaków. Przypadek Amber Gold pokazał, ile może nas kosztować opieszałość i brak umiejętności poruszania się w sferze gospodarczej przez polskie sądy. Pytanie tylko, czy potrzebujemy tak mocnych przykładów aby zająć się na poważnie zmianą tego stanu?

 

I jeszcze głos w dyskusji w odpowiedzi na nasze narodowe zawołanie „Polacy, nic się nie stało…”. Jedna z tez głosi, że system instytucjonalny nie pozwala na działanie parabanków i gdyby tylko dobrze stosować prawo to już w 2009 na wniosek KNF o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wymiar sprawiedliwości powinien zakazać wykonywania tej działalności. Nie wspominając już o tym, że osoba skazana nie powinna w ogóle jej założyć. Trzeba jednak chodzić po ziemi, i nie oczekiwać, że nagle po tym wydarzeniu cały wymiar sprawiedliwości w sprawach gospodarczych zacznie działać szybko i zdecydowanie. Dlatego niezbędne jest zwiększenie zadań nadzorczych instytucji, która jako jedyna się sprawdziła, a mianowicie KNF. Tak aby mógł kontrolować spółki podejrzane o prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia. Po drugie należałoby przeanalizować efekty działania rekomendacji T, która od 2010 roku wprowadziła bardzo surowe zasady przyznawania kredytów konsumpcyjnych, co prawdopodobnie przyczyniło się do wzrostu tzw. bankowości cienia, czyli nieregulowanej. Po trzecie UOKiK powinien bardziej zaangażować się w zwalczanie nieuczciwej reklamy w sektorze finansowym, i szerzej nieuczciwymi praktykami w tym obszarze.  Inaczej za kilka lat skończy się to jeszcze większą aferą. 

 

 

2012-08-21 07:40
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 
Znów rozpoczynają się dyskusje o tym, w jaki sposób można by się pozbyć Grecji ze strefy euro, lub jak nie doprowadzając do zupełnego fiaska europejskiego projektu pozostawić strefę euro wyłącznie w gronie odpowiedzialnych fiskalnie krajów. Wariantem alternatywnym -  w rozumieniu wielu - jest dalsze drukowanie pieniędzy, przy pogłębiającej się recesji i wymuszaniu na zagrożonych krajach kolejnych oszczędności. Czarno białe prezentowanie świata jak zwykle jest fałszywe. Niemniej dziś tak  właśnie postrzegana jest alternatywa. Wraz z upływem czasu dylemat ten wręcz się wyostrza, coraz większy jest sprzeciw wśród społeczeństw Południa wobec wprowadzanych oszczędności, ale też w krajach Północy rosną w siłę przeciwnicy finansowania zagrożonych krajów. Rośnie też poziom nastrojów antyeuropejskich. Jak na razie jednak w kwestii utrzymania wartości jaką jest Unia Europejska panuje silny konsensus wśród przywódców Europy. Ale tak nie musi być wiecznie. Już niedługo wybory wygrać mogą siły bardziej sceptyczne w stosunku do konceptu wiecznego finansowania krajów biednych przez kraje bogatsze. Może to być Finlandia, może Dania, a być może jeden z większych krajów Północy. Ten sposób myślenia jest dziś wyraźnie widoczny w Wielkiej Brytanii, gdzie premier Cameron, występując tym razem jako szef partii konserwatywnej, rozważał niedawno rozpisanie referendum w sprawie członkostwa w Unii. Tak czy inaczej cały projekt europejski jest na ostrym wirażu i seria prostych błędów może doprowadzić do katastrofy tego przedsięwzięcia. Pytanie jakie powinno być stanowisko i postawa Polski w tych sprawach.

 

To oczywiście nie od nas będzie zależało jaka przyszłość czeka w najbliższym czasie Grecję, Hiszpanię czy Włochy. Nie mamy też wpływu na strategię realizowaną przez EBC. Nie możemy jednak wyłącznie czekać z boku z założonymi rękami i obserwować jedynie przebieg procesu. Nie chodzi o to aby zgłaszać własne propozycje rozwiązania problemów w Europie ale o to aby określić strategiczne cele gospodarcze i polityczne.  Z politycznego punktu widzenia dylematu nie widać, Polska ze swoimi historycznymi doświadczeniami powinna dążyć do tego aby być w centrum Europy, wśród jej decydentów (z uwzględnieniem wszystkich proporcji). Aby było to możliwe Polska będzie musiała w niedalekiej przyszłości zaangażować się w pełni w projekt europejski. Aby to zrealizować niezbędne będzie przystąpienie do obszaru wspólnej waluty. I tu pojawia się pytanie ekonomiczne, czy nam się to opłaca. Nie jest to koncept specjalnie popularny w Polsce, ciężko też deklarować członkostwo w mechanizmie który znajduje się w okresie swej największej przebudowy. Jeśli przebudowa ta się uda i euro przetrwa, w obecnej lub zawężonej liczbie uczestników, to do takiego projektu musimy przystąpić. Ma szansę być to bowiem oaza stabilności i rozwoju.

 

Brzmi to dzisiaj zapewne zupełnie obco, ale restrukturyzacje przeprowadzane w kryzysie albo się nie udają lub też okazują się uzdrowieńcze. Elastyczny kurs walutowy zastąpimy wtedy niższymi kosztami transakcyjnymi i większą wiarygodnością.  Tak się stanie tylko w przypadku kiedy Europa wyjdzie z kryzysu wzmocniona. Coraz mniej osób chyba w to wierzy. Ale sceptycyzm liderów opinii nie może determinować naszej strategii wobec Europy. Nie możemy mieć postawy zupełnie pasywnej. Powinniśmy się zaangażować w ratowanie projektu europejskiego, oczywiście na miarę naszych możliwości. Uważam, że w dłuższym okresie jeśli wspólna Europa będzie polegać na oddaniu części zadań wspólnocie, to w Polskim interesie leży uczestnictwo w takim rozwiązaniu. Nie jesteśmy bowiem wyspą, ani też tak silnym bytem gospodarczym jak Wielka Brytania aby móc pozwolić sobie na zupełnie oddzielne funkcjonowanie. Nawet w przypadku Wielkiej Brytanii ta niezależność nie jest wcale taka pewna. Dla biznesu brytyjskiego strefa euro jest główną destynacją eksportową i powiązania gospodarcze są znacznie silniejsze niż wydaje się to tamtejszym politykom i opinii publicznej.

 

Polska jest znacznie bardzie zależna zarówno gospodarczo jak i politycznie od Europy. Nie jesteśmy aż tak silnie zintegrowani z Niemcami jak Czesi i chyba nigdy nie będziemy ze względu choćby na rozmiar naszego kraju i znacznie większy rynek wewnętrzny. Nie wspominając o zupełnie innym położeniu geopolitycznym. Dlatego nasza strategia powinna być w pełni europejska z możliwością dołączenia do centrum Europy wtedy kiedy będzie możliwe i uzasadnione. Paradoksalnie nowy podział Europy na Północ i Południe jest dla nas znacznie lepszy niż podział Wschód i Zachód. To trzeba wykorzystać.

 

2012-08-14 09:25
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Seria upadłości w branży budowlanej z jaką mamy ostatnio do czynienia to dopiero początek. Nie dlatego, że jeszcze wszystkiego nie wiemy, ale przede wszystkim dlatego, że w perspektywie najbliższych kwartałów znaczne zmniejszy się popyt na świadczenia oferowane dzisiaj przez całkiem pokaźną liczbę firm budowlanych. Szczyt inwestycji unijnych przypadł dokładnie na drugi kwartał tego roku, teraz z każdym kwartałem będzie ich coraz mniej. W 2014 obecnie popyt na obecnie oferowane usługi przez branże budowlaną będzie o połowę mniejszy niż obecnie.
 
To oczywiście nie jedyny powód problemów. Praprzyczyna leży w głębokim przekonaniu zarówno sektora prywatnego jak i publicznego, że nie ma nic bardziej pewnego niż kontrakty rządowe i to na tak podstawową dziedzinę jaką jest w Polsce infrastruktura drogowa. Przedsiębiorcy byli przekonani, że przy tak ważnych inwestycjach „jakoś to będzie”. Rząd miał podobne podejście, a sektor bankowy, który udzielił tym firmom finansowania był wręcz przekonany, że będzie bardzo dobrze. Stąd też zaskoczenie, każdej ze stron. Banków, bo zupełnie się tego nie spodziewały i będą musiały teraz tworzyć niezłe rezerwy na powstałe złe kredyty. Kredyt udzielony branży budowlanej i deweloperskiej razem to 30 miliardów złotych. Nie znamy jednak szacunków jaka była skala finansowania branż powiązanych i zależnych. No i firm, szczególnie tych które podjęły ryzyko wygrania przetargu oferując najniższą cenę, właśnie według zasady, że jakoś to będzie. Czy też tych które rozłożyły się na zarządzaniu płynnością, nie wspominając już o przekonaniu niektórych o swej potędze, co skończyło się na dość drogich i niepotrzebnych zakupach. Po stronie rządu nie dochowano należytej staranności przy ocenie wiarygodności wykonawczej tych firm. Nie chodzi o kwestie finansowe, choć tu było przecież dużo lewara, ale o zdolność wykonawczą, skomplikowanego bądź co bądź zadania.
 
W poprzedniej fazie kryzysu, kiedy skończył się boom na rynku mieszkaniowym część firm znalazła nowy popyt właśnie w budowie infrastruktury. Teraz za bardzo nowego popytu nie widać, szczególnie, że mocno przykręca się teraz śrubę samorządom. Ale jest wyjątek, czyli … olbrzymie potrzeby inwestycyjne w polskiej energetyce. PWC szacuje, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat trzeba będzie zainwestować w ten sektor około 170 miliardów złotych. Jest to kwota porównywalna z tą zainwestowaną w ciągu ostatnich pięciu lat w polską infrastrukturę. Dobrze byłoby ten proces przyspieszyć, również przyspieszając prywatyzację tego sektora, publicznych pieniędzy bowiem tyle nie będzie.
 
2012-08-08 11:02
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   


Znów  mamy roller coaster nastrojów. Jednego dnia rynek z niezadowoleniem przyjmuje wciąż pozbawione konkretów deklaracje prezesa EBC, choć zadeklarował on jednoznacznie możliwość skupowania papierów rządowych na rynku pierwotnym, drugiego zaś - po deklaracji premiera Hiszpanii iż rozważyłby przyjęcie takiej pomocy ze strony EBC - na giełdach eksploduje euforia. Nie dziwię się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nic nie rozumie z takiego emocjonalnego zachowania rynku. To wygląda przecież na zupełnie pozbawione logiki.

 

W tym czasie na naszym podwórku ostatnie tygodnie to moda na Polskę. Rentowności (czyli oprocentowanie) polskich obligacje notują rekordowo niskie poziomy, ostatnio polski rząd sprzedał dziesięcioletnie obligacje oprocentowane na poziomie 4.7 proc. To mało w porównaniu z takimi krajami jak Włochy czy Hiszpania, które płacą odpowiednio 6 i 7 procent za pożyczanie na rynku pieniędzy. To też niewiele ponad poziom bieżącej inflacji w Polsce. Kupując obligacje inwestorzy biorą pod uwagę inflację za kilka lat, taka pewność przy bądź co bądź dość wysokiej dynamice cen świadczy o wysokim poziomie optymizmu. Skutkiem tego są rekordowe jak sytuację światową poziomy złotego wobec euro, tuż w pobliżu 4 złotych za wspólną walutę, czyli poziomu nie widzianego od sierpnia 2011 roku. Pytanie czy to przejściowa moda czy też trwały trend. Chciałbym aby był to trwały trend, ale doświadczenie pokazuje, że to raczej moda jest. A z modą jest tak, że pewnego dnia przemija. Uwielbiam komentarze zarządzających z londyńskiego citi, którzy jednym tchem wymieniają dzisiaj zalety polskiej gospodarki: relatywnie niski dług, wzrost gospodarczy, silny popyt wewnętrzny, stabilny i odpowiedzialny rząd. Ale ci sami zarządzający jutro, zamykając pozycje na złotym jednym tchem uzasadnią dlaczego to robią: spowalaniający wzrost, trudność z utrzymaniem zaplanowanego deficytu, wciąż duży portfel kredytów frankowych, rosnące zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polski dług. Teza zostanie dobrana w zależności od sytuacji rynkowej. Jak się będzie waliło euro, walić się będzie również złoty.  Trzeba uważać na takie mody i nie popadać w hurraoptymizm, są one bowiem przemijające. Tak jak przemijające są reakcje na kolejne deklaracje, lub ich brak, ze strony EBC.

 

Na rynku jedna prawda zawsze się sprawdza: rynek finansowy lubi płynność, prawie zawsze będzie pozytywnie reagował w krótkim okresie jak ten lub drugi ekstra kasą sypnie. Ale inna fundamentalna zasada (tym razem ekonomii) mówi że nigdy jeszcze polityka monetarna sama z siebie nie stworzyła wzrostu gospodarczego. Właściwa polityka pieniężna może wzrost gospodarczy wspierać, niewłaściwa hamować, ale sama w sobie wzrostu nie wytworzy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę prezes Draghi, apelując do rządów o realizację zaplanowanych reform, od czego uzależnia wsparcie płynnościowe. Ale tak to zwykle bywa, nikt już nie zwraca uwagi na ten „stały element gry”, większości polityków i graczy rynkowych zależy na tym aby jak najszybciej tu i teraz popłynął strumień pieniędzy. I prawdopodobnie niedługo popłynie, Draghi potrzebuje trochę czasu aby uzgodnić ze swymi niemieckimi kolegami zasady na których zapowiedziane działania będą podejmowane. A nawet jeśli z nimi się nie dogada to i tak nie zostawi Hiszpanii, a przede wszystkim Włoch, w sytuacji odcięcia od płynności finansowej. Tyle tylko, że zasadniczych problemów wzrostu działania te nie rozwiążą. Zapewne jednak większość klasy politycznej ogłosi koniec kryzysu jak tyko EBC zacznie na większą skalę skupować hiszpański i włoski dług. Do czasu …

 

… do czasu, kiedy znów nie pogorszą się wskaźniki gospodarcze, albo okaże się, że rynek wciąż nie wierzy w integralność strefy euro i zaliczy Francję do grona krajów które muszą być finansowane przez EBC. Wtedy znów czeka nas powtórka z obecnej dyskusji, z ryzykiem że będzie ona dotyczyła znacznie poważniejszej stawki – sensu istnienia wspólnej waluty. Problemy Francji staną się automatycznie problemami Niemiec, ze wszystkimi konsekwencjami, włącznie z utratą części wiarygodności i ze wzrostem rentowności niemieckiego długu, który wciąż jeszcze ma opinię jednego z najbezpieczniejszych na świecie. W takim wariancie to nawet Niemcy mogłyby optować za rozpadem strefy euro, za dużo by ich bowiem podtrzymywanie tego bytu kosztowało. Niestety okrążając kolejne etapy wyścigu z czasem o podtrzymanie wspólnej waluty, kolejne okrążenia są coraz mniej bezpieczne i coraz kosztowniejsze. Do znudzenia należy powtarzać, że poszczególne kraje z recesji muszą się wyciągnąć same. A że jest to możliwe pokazują przykłady nie tylko krajów bałtyckich, ale również Irlandii, i niedługo jak sądzę Wielkiej Brytanii. Kraje te cechuje jedna fundamentalna zasada, której ciężko dopatrzeć się na południu Europy – trzeba pomóc sobie samemu nie licząc na innych.

 

2012-08-07 07:32
Polskie wpisy Komentarze (1)
3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |