29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

Ostatni tydzień przyniósł serię bardzo złych informacji. Znów pojawiły się katastroficzne komentarze, inni skomentowali to stwierdzeniem „a nie mówiłem”. Ta seria złych informacji to przede wszystkim niewypłacalność Sycylii i Walencji, a następnie wzrost rentowności dziesięcioletnich obligacji hiszpańskich do poziomu 7.75 proc. Hiszpania na dniach będzie niewypłacalna i zostanie zmuszona poprosić o znacznie większą niż dotychczas pomoc, prawdopodobnie w kwocie rzędu 300-400 miliardów euro, po to aby na bieżąco finansować podstawowe zadania państwa.
 
Już teraz oczy wszystkich zwrócone są w stronę Włoch, gdzie spadające notowania premiera Monti’ego niedługo staną się poważnym problemem gospodarczym. Mario Monti wprowadził serię niezbędnych niepopularnych reform, rynki jednak pół roku po przejęciu władzy przez rząd fachowców znów żądają tyle samo za włoskie obligacje co w końcówce Berlusconiego. Stąd też pytanie zadawane we Włoszech, po co był Monti, pot i łzy, jeśli wyszło to samo co za poprzedniego premiera. Jak wielokrotnie pisałem, kryzys ma bardziej charakter polityczny niż gospodarczy. Bo to od determinacji polityków zależy czy uda się wejść na ścieżkę wzrostu. Problem Włoch polega na tym, że nie odbyły się tam wybory parlamentarne, które wyłoniłyby proreformatorską większość. Przy spadających notowaniach rządu coraz trudniej będzie bowiem cokolwiek sensownego przeprowadzić w parlamencie, a rynek za coraz bardziej prawdopodobne uznaje wariant w którym Włosi, podobnie jak teraz Hiszpanie, tracą płynność. Na wyniki dotychczasowych działań Monti’ego rok co najmniej trzeba by poczekać.
 
Same wybory nie wystarczą, ważne jest tempo i głębokość reform. Hiszpański rząd wprowadza w końcu właściwe zmiany ale czyni to z prawie półrocznym opóźnieniem. Rynek już nie wierzy, aby reformy te w krótkim okresie dały szanse na wzrost. Nikt nie spodziewa się aby w perspektywie najbliższych dwóch lat w Hiszpanii pojawi się jakiekolwiek zielone światełko. Gospodarka wpada w coraz głębszą recesję, wciąż nie widać końca kolejnym złym długom banków, nie wspominając o problemach finansowych hiszpańskich regionów, których autonomia fiskalna sięga prawie 40 procent finansów publicznych. Zarówno banki jak i samorządy lokalne przez lata całe jechały na tym samym wózku, jakim był boom na rynku nieruchomości. Teraz gdy rynek ten znajduje się stale w trendzie spadkowym, jedni i drudzy notują coraz większe straty.  Trudno spodziewać się aby w krótkim okresie tendencja ta uległa zmianie. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do Grecji czy Portugalii, finansowa skala problemu robi wrażenie.
 
Wyrazem powagi sytuacji były zeszłotygodniowe wypowiedzi najpierw członka zarządu ECB a następnie samego jego prezesa, sugerujące dość jednoznacznie, że EBC będzie bronił wszelkimi sposobami wspólnej waluty. Szef austriackiego banku centralnego i jednocześnie wiceprezes EBC, zasugerował aby udzielić licencji bankowej funduszowi ESM, co zostało odebrane jako jednoznaczny sygnał w jaki sposób, zgodnie z prawem, możnaby finansować zadłużone kraje korzystając z mechanizmów które obecnie znajdują się wyłącznie w domenie EBC. Prezes Draghi poszedł dalej, mówiąc wprost, że zrobi wszystko aby ratować wspólną walutę. Rynek patrzy wyłącznie na krótkoterminową płynność, a tą w nieograniczonych ilościach może dostarczyć tylko EBC; w ten czy w inny sposób. To jednak nie rozwiązuje podstawowego pytania o perspektywy wzrostu w Europie. Tego dylematu na pewno EBC nie rozwiąże. Klucz do odpowiedzi mają politycy oraz ich determinacja do realizacji trudnych reform podażowych.
 
W Polsce można odnieść wrażenie, że Euro 2012 przesłoniło wielu decydentom szerszą perspektywę. Niedawne wypowiedzi niektórych naszych polityków brzmiały tak jakby dopiero teraz uwierzyli, że gospodarka naprawdę zwalnia. Trochę zamieszania w statystyce przyniósł - wyjątkowo ciepły – ostatni kwartał zeszłego roku. Dodatkowo gospodarka była sztucznie napędzana przez wydatki infrastrukturalne, które teraz istotnie przyhamowały. Stąd m.in. problemy branży budowlanej, gdzie szacuje się, że za dwa lata potrzebna będzie jedna trzecia obecnego potencjału. Co jednak najważniejsze dla rządzących, zwalniająca konsumpcja i słaby wzrost inwestycji biją mocno po dochodach budżetowych, czego chyba nie wszyscy się spodziewali. Kolejny rok będzie prawdopodobnie gorszy od obecnego, dlatego niezbędna będzie korekta budżetu na 2013 rok. Polska powinna bardziej zaangażować się w ratowanie europejskiego projektu, bo nasza chata nie jest  z kraja. Zależności pomiędzy hiszpańską a polską gospodarką są znacznie większy niż mogłoby to się wydawać. Szczególnie poprzez kanał handlowy za pośrednictwem Niemiec. A w zeszłym tygodniu Niemcy po raz pierwszy ujrzały perspektywę obniżenia swego ratingu. W Polsce w ramach wariantów awaryjnych nie wystarczy skupić się na podwyżkach podatków i obcinaniu inwestycji. Musimy wrócić również do przeglądu wydatków i przyspieszyć prywatyzację. Afera z Elewarem powinna tu pomóc.
 
 

 

2012-07-31 08:30
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Na początku zeszłego wieku kiedy tworzyło się państwo i jego obowiązki wobec obywatela bilans odpowiedzialności był daleki od jakiejkolwiek sprawiedliwości społecznej. Państwo dopiero budowało swe podwaliny i podział ról miedzy państwem a obywatelem. Dlatego też często drugą połowę XIX wieku jak i jego początek do dziś utożsamiamy z dzikim kapitalizmem, rodem z Ziemi Obiecanej. Praca dzieci, brak jakiegokolwiek ubezpieczenia zdrowotnego, nie wspominając o socjalnym, emerytalnym czy chorobowym. Były to czasy kiedy dopiero Bismarck jako pierwszy wprowadził ubezpieczenia społeczne, działające według zasady, że dzisiejsze emerytury finansowane są przez składki płacone przez pracujących. Z dzisiejszej perspektyw tworzyły się dopiero podstawowe zasady i regulacje państwa. Po II Wojnie Światowej stworzony został mechanizm podziału zadań pomiędzy obywatelem a państwem, który skutecznie działał, przez co najmniej 30 lat. Oczywiście opis ten dotyczy wyłącznie zamożnych państw demokratycznych, w innych przypadkach bowiem państwo wciąż nie było odpowiedzialne za organizacje podstawowych usług publicznych dla obywateli, lub też - tak jak w przypadku bloku komunistycznego - państwo totalitarne przejęło odpowiedzialność za większość procesów społecznych i gospodarczych. Sens ma jednak analiza wyłącznie rozwiniętych krajów rozwiniętych, w ich przypadku nie sposób nie zauważyć, ze po sukcesie jakim była odbudowa świata Zachodu po spustoszeniach wojennych, po pewnym czasie, wraz ze wzrostem zamożności rola państwa zaczęła nadmierna rosnąć.

 

To zapewne elementarz, ale dobrze jest sobie przypomnieć, kto ustala a następnie finansuje podział zadań. Głosują wszyscy, ale finansują ci, którzy tworzą wartość dodaną, czyli przedsiębiorcy i pracownicy sektora prywatnego. To na ich barkach funkcjonuje państwo. Coraz mniej wraz z upływem lat podział ten ma cokolwiek wspólnego z dobrowolnością, jednak sama zasady warta jest przypomnienia. Znajdą się zapewne tacy, którzy uznają, ze prawdziwa wolność gospodarcza polega właśnie na pełnej dobrowolności i państwo za bardzo rozpanoszyło się na koszt podatników. To też przesada. Ale faktem jest, że wraz ze wzrostem znaczenia aparatu nacisku i administracji oba te światy zupełnie się rozjechały, stały się wręcz w niektórych przypadkach zupełnie sobie obce wręcz wrogie. Wrogość świata polityki i biznesu było wyraźnie widać w okresie tzw. IV RP, kiedy to jakikolwiek kontakt z prywatnym przedsiębiorcą był postrzegany prawie jak przestępstwo.  Doszło, więc do wynaturzenia właściwego balansu władzy.

 

IV RP była skrajnym przypadkiem, częściej mamy do czynienia z bardziej cywilizowanymi przykładami zbytniej ingerencji państwa w realną gospodarkę ze szkodą zarówno dla gospodarki jak i jakości państwa. Dwa przykłady motoryzacyjne z Francji i Włoch najlepiej obrazują tę zależność. Zacznijmy od fabryki FIATA, która pod wpływem nacisków politycznych podjęła decyzję o przeniesieniu produkcji fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Decyzja ta była spowodowana rosnącym bezrobociem we Włoszech, uznano że przeniesienie produkcji do Włoch pozwoli zachować miejsca pracy. Niedawno natomiast prezydent Hollande zakwestionował plan zwolnień w firmie Peugeot, również powołując się na potrzebę chronienia francuskich miejsc pracy. Peugeot jest firmą prywatną, ingerencja prezydenta Francji w politykę firmy, której sprzedaż samochodów spada na znajdujących się w recesji rynkach Europy Południowej, jest już skrajnym przypadkiem niewłaściwego balansu władzy. Efekt obu tych motoryzacyjnych decyzji jest taki, że zarówno FIAT jak i Peugeot stają się mniej konkurencyjne na rynku globalnym i prędzej czy później zapłacą za nierentowne decyzje jeszcze większymi zwolnieniami. Zapłacą ludzie. Władza polityków i państwa poszła za daleko, wynaturzyła się, a dotychczasowe techniki pobudzania wzrostu już nie działają. To jest jeden z podstawowych problemów europejskich, z którymi większość obecnej elity politycznej nie chce przyjąć do wiadomości.

 

Nie można też w żadnym wypadku zostawić gospodarki w rękach samych przedsiębiorców. Po to są tworzone regulacje rynkowe aby zapobiec wynaturzeniom, po to są tworzone instytucje nadzoru aby uniknąć tworzenia nierównowag czy monopoli na poszczególnych rynkach. Po to wreszcie biznes finansuje edukacje i naukę (poprzez podatki) aby świat szedł do przodu i byli tacy którzy są w stanie ocenić całość zagadnień z większej perspektywy i dawać światu intelektualny bodziec do rozwoju.   Cały ten układ może całkiem sprawnie działać po warunkiem, że balans jest właściwy. W Europie ewidentnie tak nie jest, kryzys powinien być dobrym czasem na samoograniczenie władzy.

 

2012-07-24 08:48
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 

Jacek Nizinkiewicz: Czy już czas, żeby Platforma Obywatelska zmieniła koalicjanta?

 

Ryszard Petru: Jestem rozczarowany postawą Ruchu Palikota. Niestety w ostatnich miesiącach ugrupowanie to, staje się coraz bardziej nieprzewidywalne gospodarczo. Jasnym punktem było wstrzymanie się od głosowania w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, ale mieliśmy serię wypowiedzi i postulatów skrajnie socjalistycznych i populistycznych. Nie mam pewności czy byłby to przewidywalny partner.

 

- A jak pan ocenia PSL, dotychczasowego koalicjanta PO?

 

- PSL na pewno nie jest ugrupowaniem tryskającym pomysłami reformatorskimi.

 

Czego nie udało się zrobić przez ponad cztery i pół roku koalicji PO- PSL?

 

- Podwyżka wieku emerytalnego wymusiła złe rozwiązanie jakim są emerytury cząstkowe. Blokowane  są jakiekolwiek reformy ubezpieczeń rolniczych. Obawiam się, że lista mogłaby być zbyt długa…

 

- Czy na pański stan wiedzy Marek Sawicki był dobrym ministrem rolnictwa? Czy mógłby pan podpowiedzieć premierowi, kto mógłby zastąpić Sawickiego, bo póki co, to sam premier Tusk może zawiadywać ministerstwem rolnictwa.

 

- Trudno mi oceniać resort rolnictwa. Najlepiej gdyby szefem resortu rolnego został obecny wicepremier, bo to przecież główna działka PSL-u.

 

- A jakimi ministrami są inne osoby z PSL? Czy Waldemar Pawlak jako minister gospodarki, czy Włodzimierz Kosiniak-Kamysz jako minister pracy i polityki społecznej są osobami, dla których warto utrzymywać koalicją PO- PSL? Jak pan ocenia ich pracę?

 

- Minister Kamysz na tle swej poprzedniczki wypada rewelacyjnie. Ale to na tle. Z drugiej bowiem strony, wyzwania związane z rynkiem pracy i globalizacją są wielkie, nie widzę za bardzo zapału i pomysłów aby uelastycznić i przygotować polski rynek pracy na te wyzwania. Należałoby choćby zacząć od prywatyzacji urzędów pracy, obawiam się że pan minister w ogóle jest trochę zbyt zachowawczy.

 

- Czy afera taśmowa może zagrozić polskiej opinii na świecie? Sprawą zainteresowała się Bruksela. Komisja Europejska domaga się natychmiastowych wyjaśnień w sprawie nieprawidłowości w Agencji Rynku Rolnego. Czy jeśli okaże się, że szefowie agencji nieprawidłowo wykorzystywali unijne fundusze, to Bruksela zażąda zwrotu pieniędzy?

 

- To zależy od tego jak poważne były formalne uchybienia. Trudno cokolwiek oceniać na podstawie samych taśm. Bez wątpienia tego typu afery za bardzo nam nie pomagają.

 

- Ile polski podatnik mógł stracić na nieprawidłowościach i nepotyzmie w spółkach skarbu państwa? Rządząca koalicja PO- PSL kontroluje ponad 560 spółek skarbu państwa, przedsiębiorstw państwowych i agencji, co daje prawie 200 tysięcy etatów.

 

- Doświadczenia światowe pokazują, że spółki państwowe są mniej efektywne niż prywatne. Nie chodzi o to aby wszystko sprywatyzować, ale istotnie ograniczyć zakres tej władzy państwa. Państwowe, czyli niczyje, zawsze rodzi ryzyko nepotyzmu. Nie mam żadnych danych aby szacować straty. Mogę powiedzieć tylko tyle, że ta afera powinna wesprzeć zwolenników prywatyzacji.

 

- Wg NIK Donald Tusk od roku widział o nieprawidłowościach w Elewarze. Na ile milczenie premiera może okazać się szkodliwe dla spółek skarbu państwa, czyli dla każdego podatnika? Czy premier Tusk toleruje nadużycia?

 

- Trudno się wypowiadać, bo tego nie wiem.

 

- 47 proc. Polaków ocenia, że w najbliższym czasie strajki i protesty społeczne będą się nasilać. Wg pana, w jakich obszarach możemy się spodziewać protestów społecznych?

 

- W Polsce nie spodziewam się szerokich protestów społecznych. U nas akcje strajkowe podejmują głównie centrale związkowe i demonstracje te mają bardziej charakter polityczny niż czysto związkowy. W tym roku nie spodziewam się prawdziwych szerokich akcji protestacyjnych.

 

- Gospodarka zwalnia,  przemysł mocno wyhamował. Pogrąża ją budownictwo i górnictwo. Czy czeka nas kolejna fala kryzysu i jeśli tak, to jak go możemy uniknąć?

 

- Nie tyle fala kryzysu co etap spowolnienia wzrostu gospodarczego. Gospodarka po prostu będzie rozwijała się wolniej, trochę wzrośnie niestety bezrobocie w drugiej połowie tego roku. Najlepszym sposobem wspierania gospodarki są reformy takie jak podwyżka wieku emerytalnego, deregulacja gospodarki, przyspieszenia prywatyzacji,  zmiany w ochronie zdrowia które umożliwią powstanie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, reforma KRUS. To trzeba robić.

 

- Jakie są największe wyzwania ekonomiczne przed Polską na drugą połowę roku 2012? Na czym powinien skupić się rząd Donalda Tuska?

 

- Jak najszybsza realizacja exposé i nieodkładanie tego na koniec kadencji.

 

- W Polsce rośnie bezrobocie, mimo sezonu letniego. Czego możemy się spodziewać po wakacjach? Polska może powtórzyć los Grecji, czy Hiszpanii?

 

- Bez przesady. W Polsce nie prowadzono tak nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej jak w Grecji i nie było takiego boomu na rynku nieruchomości jak w Hiszpanii. Takie scenariusze nam nie grożą. Jeśli nie będzie katastrofy w Europie, to Polska po prostu nieco zwolni. Aby to zminimalizować trzeba robić to o czym wcześniej wspominałem.

 

- Polska straciła czy zyskała na Euro 2012?

 

- Polska zyskała na euro bo dzięki turniejowi władze publiczne były zdolne się spiąć się i wykonać potrzebne dla normalnego funkcjonowania gospodarki projekty infrastrukturalne. Nie wszystkie co prawda, ale zawsze.

 

- Czy stadiony zarobią na siebie?

 

- Teraz to już zmartwienie samorządów jak je utrzymać. Gorzej będzie tylko z Narodowym.

 

- A przedsiębiorcy budowlani zarobili…

 

- Co do firm, wina jest po obu stronach. Złe kryteria przetargowe, promujące wyłącznie najniższą cenę no i firmy które na to szły. Mam nadzieje, że Polak będzie mądrzejszy po szkodzie, i zmieni sposób wyłaniania zwycięzców przetargów publicznych.

 

- Jaka powinna być nowa perspektywa budżetowa UE dla Polski?

 

- Projekt Komisji nie jest zły. Ale płatnicy netto będą chcieli ją mocno przyciąć. Uważam, że powinniśmy zwracać jako kraj uwagę na to, że ważniejszą dla rozwoju jest polityka spójności a nie polityka rolną, której też powinny ewentualne cięcia dotyczyć.

 

- Czy spodziewa się pan podniesienia podatków w najbliższym roku?

 

- Już wystarczy tego podnoszenia podatków. Przyszedł czas na szukanie oszczędności w wydatkach

 

- Czy Polska powinna zapomnieć o przyjęciu euro, czy powinniśmy przyjąć unijną walutę jak najszybciej i kiedy?

 

- Polska powinna wciąż dążyć do przyjęcia wspólnej waluty zarówno ze względów gospodarczych jak i politycznych. Unia Europejska za kilka lat to będzie wyłącznie strefa euro. Historycznie Polska nie wychodziła dobrze będąc pośrodku. Ale zanim określimy datę musimy zobaczyć na czym ma polegać projekt euro po przeprowadzanym obecnie remoncie. Jeśli remont się uda, powinniśmy wejść do euro jak najszybciej. Ale będzie to prawdopodobnie dopiero pod koniec tej dekady.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Jacek Nizinkiewicz

  

2012-07-20 09:27
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Idea unii bankowej stała się motywem przewodnim wszelkich dyskusji o Europie. Dzisiaj bez unii bankowej już Europy się nie da uratować. To żart oczywiście, ale takie się odnosi wrażenie wczytując się w europejską prasę finansową. A przecież sama idea unii bankowej problemów Europy nie rozwiąże. Skąd więc ten fetysz i przekonanie, że tylko tędy droga?

 

Kryzys finansowy trwa już prawie 5 lat. Przypomnę tylko, że za jego początek przyjmuje się 15 sierpnia 2007 kiedy to nastąpiło załamanie na rynkach CDS. Trochę więc całe to  zamieszanie już trwa, tyle, że na początku to Stany Zjednoczone były obarczane odpowiedzialnością za kryzys. Dzisiaj jednak widać, że problemy nierównowagi na rynku nieruchomości miały charakter globalny. Banki amerykańskie dokonały głębokiej restrukturyzacji i dokapitalizowania dość szybko po upadku Lehman Brothers, natomiast w niektórych krajach Europy problemy były przez lata odkładane na później. W momencie kiedy gospodarki takich krajów jak Hiszpania weszły w recesję, złe długi w bankach zaczęły jeszcze bardziej rosnąć. Nie dość, że nadal spadały ceny nieruchomości, pogrążając deweloperów, którzy w czasach boomu budowali na potęgę, to jeszcze kurcząca się gospodarka pogrążyła część przedsiębiorstw, których zbyt zarówno na rynku krajowym jak i zagranicą się skurczył. Stąd olbrzymie straty hiszpańskich banków, które ratowane w dotychczasowy sposób poprzez sektor finansów publicznych pogrążyłyby hiszpańskie państwo podobnie jak to się wcześniej stało z Irlandią. Aby uniknąć takiego scenariusza Europejscy politycy wpadli na pomysł aby środki pomocowe dla banków były kierowane bezpośrednio do samych banków, bez pośrednictwa państw na terenie których banki te mają swe siedziby. Większość dużych banków ma charakter paneuropejski, trudno więc wielkie banki tego świata, takie np. jak Santander, traktować jak bank czysto hiszpański. Jest więc trochę logiki w tym aby banki globalne, czy europejskie, znajdowały się już nie tylko pod lokalnym nadzorem ale również pod nadzorem ogólnoeuropejskim. Co więcej problemy dużych banków mogą występować na różnych rynkach w poszczególnych krajach, tak więc zarówno nadzór europejski jak i wsparcie europejskie ma swój sens.

 

Pytanie tylko czy dzisiaj chodzi rzeczywiście o opisany powyżej mechanizm czy też jest to po prostu kolejny pomysł na uspokojenie rynków finansowych zabiegiem księgowym, dzięki któremu wsparcie dla hiszpańskich banków nie podwyższy wskaźników zadłużenia kraju. Obawiam się, że chodzi o to drugie właśnie, a nie o lepszy i bardziej skuteczny nadzór. Tego typu rozwiązanie niesie też nowe ryzyka, choćby takie, że część długu publicznego może być przerzucana na sektor bankowy, dzięki czemu problemy fiskalne będzie można pozamiatać pod dywan. Cały więc koncept unii bankowej wymaga dalszego doprecyzowania, dziś bowiem jedyny konkret sprowadza się do tego jak uspokoić rynki finansowe. I to obawiam się, że tylko w krótkim terminie.

 

Inna kwestia dotyczy krajów takich jak Polska, gdzie działają głównie spółki córki wielkich grup globalnych. Wyłączenie polskich banków spod polskiego nadzoru wydaje się zupełnie absurdalne, bowiem interesy globalne mogą przesłonić problemy związane ze specyfiką danego rynku. Polski sektor bankowy znacznie różni się od swych odpowiedników w krajach rozwiniętych. Zaczynając od tego, że nie ma u nas prawie w ogóle depozytów dwuletnich i dłuższych, że relacja zadłużenia kredytem hipotecznym do PKB jest jedną z najniższych w Europie i na końcu wreszcie, że mamy jedną z najniższych relacji aktywów sektora bankowego do PKB. Sam te wskaźnik dla Polski wynosi 90 proc, podczas gdy średnia unijna to 360 proc. Te różnice pokazują jak bardzo różni się polski sektor bankowy od średniego europejskiego i jak paneuropejskie podejście nadzorcy może wypaczać naszą specyfikę. Z drugiej jednak strony Polska nie jest samotną wyspą i nie to nie jest tak, że u nas pewnego dnia nie wystąpią problemy które mogłyby pogrążyć jeden z większych banków tego świata. Tak więc nadzór paneuropejski nie jest złym rozwiązaniem, pod warunkiem, że zostawiłby relatywnie dużo kompetencji lokalnym nadzorcom, a w sprawach spornych mógłby z europejskim nadzorem rozmawiać jak równy z równym. Ktoś może powiedzieć, że to mrzonki. Pamiętajmy jednak, że zasady ustalają politycy. Dlatego polski rząd powinien, opowiadając się za europejskim nadzorem, głośno zgłaszać postulaty, które zapewniają bezpieczeństwo działającym u nas bankom.  Postawa wyłącznie odrzucająca będzie nieskuteczna, bo Unia w panice rynkowej unię bankową stworzy. Lepiej więc aby dziś uwzględniono również i nasz punkt widzenia. 

 

2012-07-17 09:20
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Kolejny szczyt w kierunku dalszej integracji. Widać dość wyraźnie w którą stronę zmierza Europa. Obserwujemy bowiem kolejne fazy integracji w ramach strefy euro i Europa dwóch prędkości coraz bardziej staje się faktem. Co więcej integracja jest coraz ściślejsza i w tym sensie Europa nam się znów oddala. Nie powinniśmy z tego powodu załamywać rąk, jest to proces naturalny, ważne aby trzymać cały czas nogę w drzwiach aby móc szybko do tego klubu dołączyć. Pod warunkiem, że klub ten będzie zwarty i wyciągnie wnioski z przeszłości. A tu, na razie jednak nie widać spójnej strategii działania. Nie można nie oprzeć się wrażeniu, że Włochy i Francja próbują wymusić na Niemcach emisję euro obligacji wykorzystując do tego presję rynkową.

 

Stąd m.in. zapowiedzi prezydenta Francji, który na ostatnim szczycie G20 podkreślał, że problemy członków UE muszą być rozwiązywane wyłącznie przez instytucje europejskie, bez pomocy ciał międzynarodowych takich jak MFW. Tego typu deklaracje zamiast problemy rozwiązywać powiększają je. Oderwane są bowiem od realiów dzisiejszego świata. Po pierwsze Europy nie stać na  finansowanie Włoch, które niestety są pierwsze w kolejce za Hiszpanią. W przypadku gdyby doszło do odcięcia Hiszpanii od rynku i finansowanie przejęłaby Unia, czy to w postaci EFS czy też nawet poprzez EBC, szybko trzeba byłoby pokazać w jaki sposób ten sam problem byłby rozwiązany w przypadku Włoch. Rynki będą więc oceniały na ile przyjęte dla Hiszpanii rozwiązania byłyby skuteczne dla znacznie większej i wciąż (przynajmniej na papierze) bardziej zadłużonej gospodarki jaką są Włochy. Chciałbym wierzyć, że politycy europejscy mają tego świadomość.

 

Cała dyskusja wokół szczytu wskazuje na to, że znaczna część polityków europejskich widzi tylko jedno rozwiązanie problemu, do którego zbliża nas pogarszająca się sytuacja w Europie. Tym rozwiązaniem są oczywiście euro obligacje. Ostatnio Angela Merkel powiedziała, że za jej życia taki instrument nie zostanie wprowadzony. Ale im większe będzie ryzyko przełożenia się kryzysu płynności na Włochy tym większa presja na Niemcy, aby wzięły współodpowiedzialność za Europę. Nie jestem wcale przekonany, czy pod presją Niemcy się nie ugną. Pamiętajmy jednak, że euro obligacje nie rozwiązują fundamentalnych problemów pogrążonych w recesji krajów strefy euro. Euroobligacje zaklajstrują jedynie problem płynności  i to raczej na pewien czas, bo przecież każdy na rynku wie że w nieskończoność Niemcy nie będą w stanie gwarantować długów Europy. Dlatego też to co jest tak bardzo wyczekiwane przez rynek ale i przez wielu polityków Południa jest wyłącznie sposobem na „złapanie czasu” a nie rozwiązaniem problemu długów i sposobem na poprawienie konkurencyjności. Podobna idea przyświeca pomysłowi unii bankowej, aby długi francuskich i hiszpańskich banków gwarantował niemiecki podatnik. Idea podobna do unii fiskalnej i eurobondów, z tą różnicą że mniej kontrowersyjna i znacznie łatwiejsza do wprowadzenia. Nie wymaga bowiem zmian traktatów, można ją wprowadzić w ramach obecnych uwarunkowań prawnych, a decyzja w tej sprawie byłaby mocnym sygnałem wskazującym na głębszą integrację europejską i krok w kierunku unii fiskalnej i współodpowiedzialności fiskalnej wraz z koncepcją euro obligacji. Niemcy mają pełną świadomość w którym kierunku to idzie, dlatego też przygotowują pospiesznie instytucjonalne rozwiązania które zwiększyłyby wpływ płatników na to co robią ci którzy pieniądze ich wydają. To w sumie oczywiste, że uwspólnienie długów powinno wymagać zrzeczenia się pewnej części suwerenności. Jednak Francuzi czy Włosi chcieliby aby ten drugi element był bardziej deklaratywny niż realizowalny w praktyce. I w tej strategii pomóc ma presja rynkowa związana z pogarszającą się sytuacją w strefie euro.

 

Nie można też zapominać o „małej” Grecji. Bowiem rozwiązania przyjmowane dla Grecji są potem ćwiczone w innych krajach wpadających w tarapaty. Grecja jest jednak przypadkiem skrajnym. Przede wszystkim większości pożyczanych pieniędzy nie odda. Jednak odcięcie Grecji od zewnętrznej płynności mogłoby być nawet bardziej kosztowne. Bowiem w przypadku greckiej paniki EBC musiałby interweniować na szeroką skalę w krajach Południa Europy, w sumie więc skala tej operacji byłaby znacznie większa niż finansowanie wyłącznie samej tylko Grecji. Dlatego też politycy europejscy będą w stanie iść na daleko idące kompromisy aby uniknąć wariantu alternatywnego. Nie oznacza to oczywiście, że będą w stanie zaakceptować każde postępowanie Greków, jest bowiem pewna linia, której przekroczyć nie można. Ta linia demarkacyjna to przede wszystkim postawa władz greckich. Rząd tego kraju nie może wprost wypowiedzieć warunków na których przyznawana jest pomoc, byłoby to bowiem zasadnicze zakwestionowanie wiarygodności tzw. trojki, w tym MFW i UE.  Grecja, jeśli chce pozostać członkiem strefy euro będzie musiała dokonywać procesu restrukturyzacji gospodarki, zaczynając od prywatyzacji, poprzez proces deregulacji i odbiurokratyzowania gospodarki, po głębokie zwolnienia w administracji publicznej. Grecy unikają jak ognia terapii szokowej.  Ich wybór. Niestety cały ten proces dostosowywania gospodarki do otaczającej Grecję warunków konkurencyjnych zajmie dobrych parę lat, o ile nie całą dekadę. Jednym z kluczowych elementów procesu dostosowawczego będzie relatywna obniżka płac w stosunku do krajów konkurencyjnych. Obniżenie płac o 40 procent było możliwe w krajach bałtyckich, jak na razie nie udaje się to w krajach południowej Europy. Bez wątpienia w krajach Południa wciąż istnieje przekonanie, że nie ma potrzeby dokonywania aż tak głębokich dostosowań, UE będzie przecież ratować zagrożone kraje, co z resztą od ponad dwóch lat robi. Kraje bałtyckie w takim przekonaniu nie żyły, dlatego też musiały same sobie poradzić z problemami i szybko i ostro skorygować wcześniejszy nadmierny wzrost płac.

 

Rozwiązania przyjmowane dla Grecji stawały się dotychczas standardem wykorzystywanym w innych krajach. Ale nie da się przez dziesięć lat finansować kilku krajów Południa na tych samych zasadach jak Grecję. Na razie niestety, przywódcy europejscy myślą dokładnie tymi samymi kategoriami  - jak zapewnić płynność, odkładając  rozwiązania fundamentalne na później. Tak jednak problemów Europy nie rozwiążemy.

 

2012-07-16 14:03
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Niespełna tydzień po szczycie, który przez wielu został okrzyknięty przełomowym, włoskie i hiszpańskie obligacje znów osiągają rekordowe rentowności.  A jeszcze w czwartek EBC i Bank China obniżyły koszt pieniądza, a Bank Anglii podjął decyzję o kolejnym dodruku pieniądza. Ale euforia trwała krótko. W międzyczasie prezes EBC Mario Draghi przyznał, że podjęta kilka miesięcy temu akcje zasilania baków komercyjnych w płynność nie spełniła oczekiwanych rezultatów. Teraz poprzez obniżkę stopy depozytowej EBC chce zachęcić banki komercyjne do wpuszczenia pieniądza w obieg gospodarczy zamiast deponować je na bezpiecznych - ale teraz już nieoprocentowanych - depozytach w banku centralnym. Bank Danii poszedł nawet o krok dalej oferując ujemną stopę procentową na depozytach w tej instytucji. W takiej sytuacji bank komercyjny musiałby dopłacać do depozytu lokowanego w banku centralnym nie wspominając o utracie wartości pieniądza spowodowaną inflacją. Sporo się działo w tym ostatnim tygodniu, pytanie tylko czy podjęte działania przyniosą oczekiwane rezultaty. Wątpię.

 

Zauważmy, że zasilenie w płynność europejskiego sektora bankowego na chwilę tylko odsunęło w czasie ryzyko niewypłacalności Hiszpanii i Włoch. Banki komercyjne zasilone w ekstra pieniądz miały masowo rzucić się do kupowania tych mniej dziś bezpiecznych papierów, obniżając w ten sposób ich rentowności do „normalnych” poziomów. Tak też się stało, ale fiesta ta nie trwała długo. Cóż z tego że bank ma ekstra płynność, kiedy obawia się, że części pożyczonych rządowi hiszpańskiemu pieniędzy nigdy nie zobaczy. Jeśli prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest rosnące, inwestorzy odzwierciedlają to ryzyko w wycenie papierów. Jeśli więc rząd hiszpański płaci dziś za dziesięcioletni papier ponad 7 procent, a rząd Włoch ponad 6 procent, to jest to po prostu wycena ryzyka jakie wiąże się zakupem tych papierów. Ile byśmy nie dali bankom pieniędzy to instytucje te racjonalnie się zachowując zawsze będą starały się wycenić ryzyko niewypłacalności pożyczkobiorcy.

 

Trudno będzie też zmusić banki do finansowania gospodarki oferując bankom zerową stopę procentową w EBC. Jeśli ryzyko poniesienia straty w ramach podstawowej działalności komercyjnej banków będzie wysokie, to bezpieczniej będzie przechować krótkoterminową płynność w EBC, a pozostałe pieniądze zaparkować w nieco bardziej atrakcyjne cenowo i podobnie bezpieczne instrumenty, takie jak niemieckie czy amerykańskie obligacje. A dla zwolenników wrażeń zawsze pozostaje szeroka gama papierów rządów krajów rozwijających, od Polski zaczynając na Brazylii kończąc. Przy dzisiejszych globalnych przepływach pieniędzy i globalnym arbitrażu trudno spodziewać się aby działania podejmowane przez Bank Danii mogły przynieść oczekiwane rezultaty. Zamiast parkować nadwyżki w Danii można przecież będzie je deponować w EBC, pozostaje tylko ryzyko kursowe. Akcje te będą więc miały ograniczoną skuteczność, bo problemem Europy nie jest brak płynności ale brak perspektyw wzrostu i związane z tym pytanie jak poszczególne kraje będą spłacać swe zadłużenie. Oczywiście w przypadku gdyby doszło do zakręcenia kurka z płynnością dla Hiszpanii lub Włoch największe instytucje świata muszą tą płynność zapewnić. Ale zapewnienie płynności powinno mieć wyłącznie charakter krótkotrwały, nie rozwiąże w żadnym wypadku problemów fundamentalnych.

 

Dużo znów mówi się o potrzebie wspierania wzrostu, apeluje się o to aby zaprzestać już z tym oszczędzaniem, bo przecież oszczędzanie do niczego dobrego nie prowadzi. Warto jednak zanim się te uwagi wypowie ocenić o jakie oszczędności chodzi. Jeśli bowiem na Sycylii przez lata funkcjonowało biuro ds. odśnieżania, a przypomnę, tam śnieg nie pada, to należy zadać sobie pytanie czy likwidacja takiej jednostki jest tym złym oszczędzaniem zabijającym wzrost, czy naturalną racjonalizacją. Jak było dobrze, nikt się takimi nieefektywnościami nie przejmował. Teraz przyszedł czas na głęboki przegląd. Świat urzędniczy przez te lata rozrósł się niewspółmiernie do potrzeb gospodarki, rozrost państwa w wielu przypadkach gospodarki przygniótł. Do tego jeszcze jeśli państwo jest nieefektywne i nie jest w stanie zbierać podatków których to płacenia podatnicy unikają, to również nie są to żadne oszczędności a jedynie powrót do normalności. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy we Włoszech przy każdej transakcji, nawet najmniejszej za espresso za jedno euro, otrzymywałem rachunek fiskalny, tak jak u nas. Rok temu nie do pomyślenia. Widocznie w niektórych krajach, bez kas fiskalnych nie można liczyć na zbytnią uczciwość i jest jedyny skuteczny sposób aby realizować podstawowe funkcje państwa.

 

Mam wrażenie, że wciąż wielu polityków w Europie nie rozumie natury rynków finansowych i globalnego świata. Stąd też decyzje które uspakajają rynki na tydzień lub miesiąc. Nie że te decyzje są z gruntu złe, część z nich jak pakt fiskalny są bardzo potrzebne na przyszłość, ale istota problemu leży gdzie indziej. Rynki chcą widzieć determinację w dokonaniu w krótkim okresie reform, a nie przeciąganie ich w czasie. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji której znaczna część obecnych problemów wynika z braku realizacji podstawowych reform a nie ich nadmiaru. Wciąż chyba takie myślenie w Europie jest w mniejszości. 

2012-07-10 09:11
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Jak to jest, że jak bardzo chcemy to wszystko staje się możliwe, a jak już tej determinacji jest nieco mniej, to wychodzi tak jak zawsze? Nie chodzi wcale o piłkę nożna ale o nasze podejście do wielkich zadań. Górnolotnie rozpoczynając należałoby zacząć od procesu demontażu komunizmu i wprowadzeniu na trwałe gospodarki rynkowej. To co nam się udało zrobić w latach 1989 i 1990 zostanie na stałe w pamięci historycznej świata jako perfekcyjny proces pokojowego przejścia od systemu totalitarnego do demokracji, a następnie podobnie perfekcyjnej transformacji od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej. Nie czujemy się z tego powodu specjalnie dumni, przede wszystkim dlatego że większość z nas uznaje to za coś oczywistego. A dodatkowo wciąż wymaga dalszego wysiłku. Ale w tamtym czasie nic oczywiste nie było, wystarczy spojrzeć na niekonsekwentne wdrażanie demokracji i wolnego rynku choćby na Ukrainie. Przyczyną sukcesu tamtej chwili była olbrzymia determinacja ówczesnych elit, świadomość swego rodzaju „okna możliwości” i koncentracja na zasadniczym zadaniu. Nie bez znaczenia była też jakość decydentów.

Przy uwzględnieniu wszelkich proporcji, ostatnio udają nam się rzeczy, o które jeszcze kilka lat temu obawialiśmy, że zakończą się klapą. Pierwszym z tych wydarzeń była wyjątkowo udana prezydencja. Prezydencja sama w sobie nie jest wielkim wydarzeniem na skalę światową, ale umiejętność prowadzenia spraw europejskich przez pół roku bez jakichkolwiek zgrzytów, na normalnych europejskim poziomie, jest dowodem, że jak chcemy to możemy. Przypomnę, tylko że zarówno Czechom jak i Węgrom tak płynnie jak nam nie poszło. Drugim z takich przykładów jest organizacja Euro 2012. Dobra zasada mówi o tym aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale dziś wszystko wskazuje na to, że jesteśmy spokojnie w stanie przeprowadzić dużą imprezę masową na przyzwoitym infrastrukturalnie jak i organizacyjnie poziomie. W sumie, każdy ze starych krajów UE uważałby tego typu zadania za chleb powszedni, my jednak wciąż sobie i światu musimy udowadniać, że to co w krajach od nas bogatszych jest normalką, dla nas jest wyzwaniem, ale jesteśmy w stanie mu sprostać. Pytanie tylko dlaczego tak samo skutecznie jak w przypadku przedsięwzięć którymi chcemy się pochwalić na zewnątrz, nie możemy zrobić czegoś dla samych siebie, z podobnym zaangażowaniem i precyzją. Już nawet nie chodzi o budowę infrastruktury, ale takie podstawowe przedsięwzięcia gospodarcze jak fundamentalna reforma sądownictwa, czy głęboka restrukturyzacja PKP. Podobne zaangażowanie jak przy Euro 2012 przydałoby się przy wprowadzaniu wszelkich nowych rozwiązań w ochronie zdrowia, gdzie zwykle nie tyle intencje były złe, co wykonanie nieprecyzyjne, bez jakiekolwiek analizy wariantów krytycznych.

W każdym przedsiębiorstwie przed podjęciem jakiejkolwiek fundamentalnej decyzji analizowane są wszelkie warianty alternatywne a także różne scenariusze tego co się może wydarzyć po. Taka analiza scenariuszowa pozwala zapobiec wielu wpadkom. I nawet mimo to nie każde przedsięwzięcie biznesowe kończy się sukcesem – dlatego tak ważne jest aby takie ryzyko minimalizować. Niestety w sektorze publicznym w Polsce rzadko niestety spotykamy się z takim podejściem. Podobnie jest niestety przy stanowieniu prawa w polskim parlamencie, gdzie już na etapie prac sejmowych często zgłaszane są korekty od wnioskodawców, którzy nagle zorientowali się o niedoskonałości danego przepisu. A tak wcale nie musi być. I przykład organizacji Euro to pokazał.

Wnioskiem z organizacji zarówno turnieju piłkarskiego jak i polskiej prezydencji powinno być przede wszystkim odpowiednio długie i precyzyjne przygotowanie, wraz z mechanizmem kontrolnym i sprawdzającym. W Polsce zbyt często skupiamy uwagę na realizacji poszczególnych pomysłów bez całościowej koncepcji strategicznej. Wynikiem tego jest nie tylko słabe przygotowanie ale też potrzeba dokonywania korekt i niekończonych poprawek przy finalizacji procesu, gdyż poszczególne projekty nie składają się większą całość. To wszystko w sumie jest dość oczywiste. Oczywiste, ale rzadko praktykowane. A Polak jak chce, to potrafi.

2012-06-25 23:05
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Kto ma rację w sporze Bratkowski – Balcerowicz, a właściwie Rostowski – Balcerowicz?

Trudno nie zgodzić się z argumentami Leszka Balcerowicza, że im mniejszy dług i deficyt sektora finansów publicznych, tym lepiej. Z tym chyba nie będziemy polemizować. Czym innym jest kwestia, na ile rząd ma siłę i możliwość głębszego obniżenia deficytu i długu. Ale to już dyskusja polityczna. Uważam, że na tym należałoby zakończyć tę wymianę zdań.

Ale ona się nie kończy.

Tego nie rozumiem. Dyskusja została spersonalizowana, a przecież każdy ma prawo do indywidualnych poglądów i do dzielenia się z nimi z opinią publiczną. Lepiej wysłuchać słów krytycznych, ewentualnie przedstawić swój sposób rozumowania, nie personalizując sporu.

Można odnieść wrażenie, że to już nie jest dyskusja o konkretnym problemie gospodarczym, tylko ocena światopoglądu interlokutora.

Na miejscu ministra Rostowskiego czy prof. Bratkowskiego nie brnąłbym dalej. Jeszcze raz – niski poziom długu i deficytu jest korzystny dla gospodarki i państwa. Inna sprawa, jak osiągać ten poziom, jakimi metodami i w jakim czasie. Jak ktoś patrzy w dłuższej perspektywie, to bliżej mu do Balcerowicza, w krótszej – do Bratkowskiego.

Ale rząd ograniczył deficyt już w tamtym roku i ma nadzieję uczynić to także w tym i przyszłym roku.

Wróćmy do metod osiągania pewnych rezultatów. Zmniejszenie transferów do OFE rzeczywiście wyraźnie zmniejszyło poziom potrzeb pożyczkowych w 2011 i 2012 r. Ale patrząc w przyszłość, sprawa nie wygląda już tak różowo. W ciągu kilkunastu najbliższych lat poważnie wzrosną wypłaty z ZUS na te emerytury, które dziś są zapisywane na papierze jako składki „zabrane" z OFE. Problem jest więc jedynie przesuwany w czasie i będzie to widoczne w niedalekiej przyszłości w wycenie 10-letnich obligacji.

Trudno głęboko ciąć deficyt, czyli przede wszystkim wydatki publiczne w okresie, gdy zwalnia gospodarka.

Rozumiem, że część koalicji uważa, że głębsza redukcja deficytu i długu doprowadziłaby do wzrostu popularności idei populistycznych i przejęciu władzy przez PiS. Niewykluczone, ale to są już argumenty polityczne, a nie ekonomiczne.

 

 

2012-06-20 08:00
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Wynik greckich wyborów Europa przyjęła z ulgą. Oczywiście decydenci w Europie byli przygotowani na wariant B, w którym trzeba byłoby rozmawiać z przywódcą populistycznej Syrizy, ale rozmowy te byłyby znacznie trudniejsze i mniej przewidywalne co do ich ostatecznego rezultatu. Jednak ze zwycięzcami niedzielnych wyborów wcale rozmowa łatwa i przyjemna nie będzie. Mając wciąż depczącą po piętach Syrizę, która już zapowiedziała protesty uliczne, nowa/stara koalicja będzie chciała wynegocjować ustępstwa w warunkach przyznawanej pomocy. Co więcej, obecni liderzy zwycięskich partii niestety nie gwarantują konsekwentnej realizacji programu reform. Wystarczy przypomnieć, że lider Nowej Demokracji nie chciał kilka miesięcy temu poprzeć warunków porozumienie z Europą. A co najważniejsze, jest współodpowiedzialny za obecny stan greckiej gospodarki, do którego doprowadziły partie greckiego establishmentu poprzez swe nieodpowiedzialne rządy. Nie są to więc reformatorzy, tyle że bardziej są przewidywalni od skrajnie lewicowej Syrizy. Stąd ulga po niedzielnych wyborach w Grecji.

 

Teraz znów zaczną się schody. Tworzące nowy rząd partie polityczne będą musiały wraz z przedstawicielami UE i MFW znaleźć rozwiązanie jak wyjść z twarzą z żądań dotyczących złagodzenia warunków udzielanej pomocy. Plan nie może być zasadniczo złagodzony, gdyż byłaby to zachęta do radykalnych ruchów w innych krajach aby występować przeciwko uzgodnionym pakietom reform. Z drugiej zaś strony brak jakichkolwiek działań zmiękczających program będzie wodą na młyn populistycznej Syrizy, która będzie prezentować się jako jedyna partia zdolna do dokonania zmian w warunkach pomocy. Tak czy inaczej Grecja wciąż będzie na kroplówce i ociągając się realizować część programu reform.  Jak na razie nie widać jednak nowych przywódców w ramach koalicji rządowej, którzy byli w stanie bardziej stanowczo, a jednocześnie w krótkim okresie czasu, realizować plan zmian. Grecja potrzebuje bowiem silnej deregulacji produkcji, rynku pracy, prywatyzacji, czyli rozwiązań które zwiększą elastyczność i konkurencyjność tamtej gospodarki. Jeśli nie wprowadzi się tych zmian szybko i stanowczo, to kolejne kwartały będą zdominowane przez spadek dochodu oraz ciągłe protesty uliczne. Niestety ten drugi wariant wydaje się najbardziej prawdopodobny, włącznie z ryzykiem wcześniejszych wyborów.

 

Nad Atenami przez najbliższe kilka lat wisieć wciąż będzie widmo opuszczenia strefy euro. Nie należy się spodziewać aby projekt federalistycznej Europy w ramach strefy euro był w stanie to ryzyko zminimalizować. Ryzyko to ma bowiem charakter polityczny, a nie gospodarczy czy instytucjonalny. Europa jednak, w imię utrzymania jedności strefy wspólnej waluty, zrobi wszystko, aby do opuszczenia jej, choćby przez najmniejszy kraj, nie dopuścić. Niekontrolowane wyjście z obszaru wspólnej waluty przez małą Grecję zostałoby przez wielu odebrane jako początek procesu rozpadu strefy euro. Trudno byłoby też uzasadnić, dlaczego Grecja ma być wyjątkiem, świat rynków finansowych wyznaczyłby sobie kolejnych kandydatów do podążania tą samą wyznaczoną ścieżką. Byłaby to bez wątpienia olbrzymia porażka odpowiedzialnych dziś za Europę polityków, jako tych którzy nie byli w stanie powstrzymać procesu rozpadu.

 

I byłoby w tym dużo prawdy, bo w znacznej mierze dzisiejsza napięta sytuacja na Południu Europy bierze się z braku zdecydowanych decyzji dwa lata temu. Przypomnę, że to przywódcy europejscy w 2010 zamiast doprowadzić do szybkiej restrukturyzacji długu i wprowadzenia programu naprawczego zaczęli od pakietów pomocowych, które później okazywały się niewystarczające. Przyzwyczaili też greckich polityków, że wszystko można odwołać i zamiast zaangażować od razu MFW, ze sprawdzonym programem naprawczym, włączyli w ten proces UE … instytucje polityczną a nie gospodarczą. Im dłużej trwa ten pat, tym większe stają się zależności pomiędzy poszczególnymi krajami i więcej szantażu ze strony populistów. Przykładem takiej postawy była zeszłotygodniowa wypowiedz szefa Syrizy, który powiedział, że dzień po opuszczeniu przez Grecję strefy euro, cała strefa ulegnie rozpadowi. Obie strony mają świadomość ryzyka, balansują na cienkiej linie. Od niedzieli wydaje się, że lina ta stała się nieco bardziej stabilna, ale wciąż to tylko lina, łatwo można ja rozchybotać.

 

 

2012-06-19 10:17
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

 

W szale emocji piłkarskich nie możemy zapomnieć, ze świat na Euro się nie kończy. W różnego rodzaju podsumowaniach można było wyczytać, że Polska wydała na ten turniej prawie 100 miliardów złotych, czyli kwotę wręcz oszałamiającą jak na kraj na dorobku. Oczywiście po chwili wychodzi, że stadiony kosztowały nas 5 miliardów złotych, a pozostałe wydatki to drogi i lotniska. Ważne aby w tej naszej euforii, związanej również z chwilowym otwarciem całej autostrady A2 i chwaleniem się tym całemu światu, stać nas było również na spokojny analityczny  głos co wyłącznie na Euro, a co dla nas na lata.  Kilkakrotnie bowiem spotkałem się z zarzutem ze strony zagranicznych dziennikarzy, że Polska drogą fetę sobie zorganizowała. Coś w rodzaju „zastaw się a postaw się”. Nie było im łatwo tłumaczyć, że wydatki ściśle związane z euro to tylko stadiony, a nie cała reszta, która i tak jest nam niezbędna do rozwoju, ale też i do normalnego funkcjonowania. Ważne aby dokładnie rozdzielić igrzyska od potrzeb dnia codziennego.

 

Co do gęstości dróg szybkiego ruchu i autostrad Polska ma jedno z najniższych miejsc w Europie. Przypada nam w konsekwencji pierwsze miejsce w liczbie wypadków śmiertelnych na drogach w przeliczeniu na jednego mieszkańca w Europie. Budowa podstawowej sieci połączeń drogowych była i nadal jest Polsce potrzebna po to aby udrożnić niewydolny system drogowy. Można oczywiście zadać sobie pytanie czy Euro 2012 w ogóle było do tego potrzebne.  Teoretycznie nie, gdyż przecież i tak proces ten był zgodny z naszymi priorytetami rozwojowymi. Z drugiej jednak strony, jak prześledzimy zwroty akcji przy okazji planowania sieci dróg i autostrad: od pomysłów z winietami do dróg płatnych; od planów sieci obwodnic miast do udrożnienia głównych szlaków komunikacyjnych krajów i połączenia ich z siecią dróg europejskich, to trzeba przyznać jedno: Euro 2012 uporządkowało nasze myślenie i wyznaczyło priorytety. Politycy w swej większości mają tendencję do unikania określania priorytetów gdyż wiąże się to z potrzebą dokonania wyboru, ktoś będzie miał pierwszy, a ktoś inny w ogóle nie dostanie. Stąd zapewne stare pomysły z siecią obwodnic - zadowoliłyby wielu, ale zasadniczych problemów kraju by nie rozwiązały. Dzięki Euro 2012 udało się przyjąć i następnie realizować konkretny plan strategiczny. Co ważne, udało się tego dokonać w swego rodzaju konsensusie politycznym, zauważmy że nikt w Polsce nie kwestionował struktury realizowanych inwestycji!

 

Drugim ważnym czynnikiem był termin. Był jak wiadomo konkretny i nieodwoływany. Zobaczymy co prawda jaka będzie za kilka lat jakość ostatnio oddawanych odcinków A2, ale jednak bez wyznaczonych terminów inwestycje te ślimaczyłyby się latami. I znów przy ograniczonych środkach trzeba było dokonać wyboru i skupić się na zadaniach najważniejszych. Bardzo biznesowe to podejście, rzadko obecne w polityce. Niedotrzymywanie terminów było przez lata naszym znakiem rozpoznawczym, dziś głównie dotyczy sektora publicznego. Ale to nie znaczy, że tak zawsze musi być. Lekcja z tego ćwiczenia jest taka, że konkretne terminy mobilizują, zarówno wykonawców ale przede wszystkim zamawiających. A tego drugiego elementu dotychczas brakowało.

 

Inną ważną lekcją powinny być wnioski z całego systemu organizowania przetargów na inwestycje. Oczywiście to nie jest tak, że firmy budowlane padają jedna po drugiej wyłącznie ze względu na wadliwą procedurę wyboru wykonawców według kryterium najniższej ceny. Ci którzy te ceny oferowali też mają coś za uszami. Ale proces wyboru według tak prymitywnego kryterium jak najniższa cena, bez oceny zdolności zarówno technicznej jak i finansowej wykonania powierzonych prac, nie powinien już nigdy mieć miejsca! To ważna lekcja, dobrze aby Polak przynajmniej był mądrzejszy po szkodzie.

 

Gorzej z koleją, która oprócz remontów kilku kluczowych dworców terminów związanych z Euro 2012 jakby nie zauważyła. Odporny na takie bodźce to kolos. To też ważny wniosek, pokazuje bowiem, że standardowymi metodami zachęt, terminów, podstawiania pod nos pieniędzy unijnych spraw kolei się nie załatwi. Przedwczesne było ogłaszanie rezygnacji z budowy kolei szybkich prędkości. Paradoksalnie mógłby to być łatwiejsze w realizacji projekt niż ciągnące się latami modernizacje torów, czego świetlanym przykładem jest ciągnący się niewiadomo-już-który rok remont trasy Warszawa – Gdańsk. Zauważmy, że podobnie jak w przypadku Euro mielibyśmy do czynienia z wyborem strategicznym i priorytetowym, zamiast permanentnego niedoskonałego remontu.

 

Dobrze byłoby zarówno z dobrych jak i złych doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość. Cały ten turniej piłkarski powinien posłużyć jako baza doświadczeń, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Ważne, aby wnioski były konstruktywne i na tym powinniśmy się teraz skupić.   

 

2012-06-12 06:45
Polskie wpisy Komentarze (1)
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |