29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Na Europejskim Forum Nowych Idei w Sopocie miałem przyjemność brać udział w panelu dotyczącym niemieckiego modelu gospodarczego.

Głównym pytaniem, bardzo często zresztą ostatnio stawianym w Europie, jest to, czy inne kraje naszego kontynentu mogą powielić model niemiecki. W ramach takich dyskusji zawsze dobrze wyjść jest od definicji tego, co należy rozumieć przez model niemiecki, a potem szukać odpowiedzi na pytanie czy jest on do powtórzenia w innych krajach.

W Europie niemiecki model gospodarczy kojarzy się z oszczędnościami, niską konsumpcją i bardzo silnym eksportem. A niektórym tylko z Angelą Merkel, a dokładnie z trudnym silnym partnerem, który nie chce w nieskończoność finansować zadłużonych po uszy krajów Południa. W praktyce model niemiecki nie jest ani bardzo oszczędny, ani też wyjątkowo innowacyjny, przez wiele lat w przeszłości był nawet uważany za zupełnie nieperspektywiczny. Wystarczy przypomnieć trudne lata 90. i głębokie przekonanie na początku dekady o tym, że Niemcy, jako „chory człowiek" Europy mają przed sobą nieciekawą przyszłość.

Definiując niemiecki model, trzeba sobie odpowiedzieć, jak tak bogaty kraj jak Niemcy jest w stanie konkurować na globalnych rynkach, gdzie liczą się przede wszystkim cena i innowacyjność. Odpowiedzi jest kilka. Przede wszystkim niesamowita wręcz dyscyplina płacowa w ostatniej dekadzie. W krajach Południa koszty pracy wzrosły w owym czasie o ok. 30 proc. w stosunku do Niemiec, co jest już samo w sobie bardzo wymowne. Innym ważnym – ale często pomijanym aspektem – było przyjęcie euro. Zauważmy, że o ile dla Włoch czy Hiszpanii euro było i jest zbyt silną walutą, to dla Niemiec jest zbyt słabą, co dawało im ekstraprzewagę konkurencyjną. Po trzecie, Niemcy, w przeciwieństwie do Francji, umiały wykorzystać rozszerzenie UE, przenosząc część swej produkcji do nowych krajów członkowskich, tym samym obniżając koszty produkcji. No i na koniec największa zapewne zaskoczenie dla wielu – rynek pracy. Bliższa analiza danych wskazuje, że Niemcy są krajem, gdzie udział wynagrodzeń minimalnych w całej strukturze płac jest jednym z najwyższych w Europie (prawie 20 proc). 15 proc. umów o pracę ma charakter czasowy. Niemcy mają jeden z najniższych poziomów uzwiązkowienia w Europie, a negocjacje płacowe dotyczą poszczególnych branż, a nie całej gospodarki. I mimo to, że w Niemczech nie zwalnia i nie zatrudnia się tak łatwo jak w Stanach, to na tle wielu innych krajów europejskich niemiecki model rynku pracy byłby zapewne trudny do przyjęcia. Są też inne ważne elementy niemieckiego modelu, takie jak zrównoważona struktura gospodarki, silna rola przemysłu, system kształcenia odpowiadający potrzebom gospodarki, dyscyplina fiskalna i dbanie o stabilną i niską inflację.

Niemiecki model gospodarczy nie pasuje do wielu krajów Europy, może być jednak śmiało modelem dla Polski. Polska powinna sobie wyznaczać cele, które brzmią śmiało, ale są jednocześnie realne. Skopiowanie niemieckiego modelu powinno być takim celem. W przeciwieństwie do Grecji mamy bazę przemysłową (silnie powiązaną z Niemcami), której trzeba pomóc przejść na produkcję o wyższej wartości dodanej. Aby to się stało, gospodarka musi być elastyczna (włącznie z rynkiem pracy), stabilna makroekonomicznie, promująca innowacyjność i wiedzę, i przewidywalna. Śmiałe to wyzwania, ale do zrobienia.

2013-11-06 22:05
Polskie wpisy gospodarka, niemcy, EFNI, Europejskie Forum Nowych Idei Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Artykuł ukazał się w magazynie Forbes

Problem z tym wzrostem płac jest wyolbrzymiony. Dla firm, w których płace rosną szybciej niż wydajność, w dłuższej perspektywie nie ma przyszłości. Bo przez jakiś czas ten szybszy wzrost płac zjadać będzie zyski, aż do momentu, kiedy zyski przerodzą się w straty.

Jak rozumiem apel o podwyżki dotyczy tych, których na to stać i którzy w większym niż dotychczas stopniu powinni podzielić się z pracownikami tym, co się wspólnie uda wypracować. Brzmi dość przekonywająco. Zanim jednak sięgniemy do kieszeni pracodawców, musimy zrozumieć czy ta niechęć do płacenia wynika ze złej woli, czy też z czegoś więcej. Porównując więc udział wynagrodzeń w gospodarce pomiędzy Polską a Europą, powinniśmy sobie odpowiedzieć, z czego ta różnica wynika.

Po pierwsze, większość inwestycji w Polsce finansowana jest z własnych kapitałów. W mało którym kraju kredyt bankowy jest źródłem tylko dla 30 proc. inwestycji. Koszt oprocentowania kredytu w Polsce jest wyższy niż w większości zamożnych krajów strefy euro. Po drugie, mało kto wierzy, że obecne niskie stopy procentowe będą na tak niskim poziomie przez dłuższy czas. Te dwa czynniki mają fundamentalne znaczenie dla polskich przedsiębiorców – muszą oni bowiem finansować swe inwestycje głównie z wypracowanego zysku, a za wspierający kredyt płacą więcej niż inni. I łatwo go nie dostają. Po trzecie, wszyscy polscy eksporterzy biorą całe ryzyko kursowe na siebie – importera z Niemiec czy Holandii nie interesuje, jaki jest kurs wymiany euro na złotego w dniu dostawy. Polski przedsiębiorca musi mieć „przestrzeń finansową” na tego typu ryzyko. Skrajny wariant zmian w OFE, który wciąż mam nadzieję nie będzie ostatecznym, odciąłby kolejne źródło finansowania polskich firm, jakim były finansowane przez fundusze emerytalne IPO i obligacje korporacyjne. W tym naprawdę niełatwym jak na warunki europejskie świecie, polski przedsiębiorca musi sobie radzić. Ktoś powie, że 200 miliardów depozytów firm wygląda na przesadne zabezpieczenie. Ale to nie są pieniądze firm przeznaczone na bieżące wydatki czy na zbytki właścicieli. Pieniądze te czekają na dobry moment, na zainwestowanie ich w nowe technologie, zwiększenie mocy wytwórczych czy też po prostu na niezbędne podtrzymanie obecnego stanu produkcji. Tyle o ograniczeniach.

Coraz więcej firm jest skłonnych „płacić więcej”. To płacenie więcej nie polega jednak na podwyższaniu wynagrodzeń, lecz na zwiększaniu udziału części zmiennej, uzależnionej od wyników. Czyli im więcej uda nam się wspólnie zarobić – tym więcej będziesz miał w kieszeni. Taki system przypomina trochę pracę akordową, ale powiedzmy sobie wprost: wynagrodzenia z umów o pracę są kosztem stałym przedsiębiorstwa, a udział w zyskach - już nie. Każdy odpowiedzialny przedsiębiorca musi ograniczać koszty stałe – inaczej pierwsze lepsze załamanie w branży może doprowadzić do jego upadku. Tyle że przejście na znacznie większy udział części zmiennej nie jest chyba tym, o co chodziło Erykowi Stankunowiczowi w tekście?

I na koniec pamiętajmy: w silnym spowolnieniu rynek pracy jest rynkiem pracodawcy. Pracodawca szuka oszczędności wszędzie, żeby przetrwać. W latach 2006-2008 było inaczej, pracownik mógł żądać, a pracodawca płacił w obawie przed utratą fachowca. Za dwa lata nasz rynek pracy powinien wrócić do pewnej równowagi, ale przez długie lata będzie inny od tego na Zachodzie.

2013-11-06 22:04
Polskie wpisy gospodarka, płace, pracodawcy, rynek pracy, wzrost gospodarczy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Po wyborach w Niemczech znów nastąpi przyspieszenie w najważniejszych dla Europy, ale również dla świata, kwestiach gospodarczych. Na szczęście po latach kryzysu Europa powoli wychodzi na prostą, co powinno sprzyjać podejmowaniu strategicznych decyzji. Europa musi przede wszystkim kontynuować działania, które z jednej strony zabezpieczą na przyszłość przed podobnymi turbulencjami jakie miały miejsce w przypadku Grecji, z drugiej skupią wysiłek na nowych inicjatywach prowzrostowych. Oba te zagadnienia leżą w głębokim interesie Europy i są zbieżne z naszymi polskim celami.

 Niemcy mają pełną świadomość, że aby zabezpieczyć się przed wystąpieniem kryzysów zadłużenia w przyszłości, niezbędna będzie pogłębiona integracja wraz ze skutecznymi mechanizmami zapobiegania nadmiernemu zadłużeniu i utracie konkurencyjności. Jednym z elementów tego nowego ładu jest pakt fiskalny. Równolegle musi zostać wprowadzony systemowy mechanizm wsparcia dla krajów, które znalazły się w tarapatach - z mechanizmem współodpowiedzialności wierzycieli. Kolejnym z elementów nowego ładu będzie unia bankowa, której zasady są obecnie akceptowalne dla większości krajów Europy. Proces tak zdefiniowanej głębszej integracji europejskiej wymaga zdecydowania przy jednoczesnym uwzględnieniu specyfiki poszczególnych krajów. Musi on jak najszybciej przejść do fazy implementacji, inaczej bowiem Europa na lata ugrzęźnie w poszukiwaniu kompromisów. W obliczu przyspieszenia procesu dalszej integracji Polska już niedługo znów stanie przed dylematem - na ile można być w środku, będąc de facto z boku.

 Równolegle podstawą nowego porządku gospodarczego muszą być też nowe inicjatywy prowzrostowe. Na poziomie globalnym kluczowym wyzwaniem jest porozumienie o wolnym handlu pomiędzy UE i USA. Jest to najważniejsze zadanie na najbliższe lata, zarówno dla Stanów, jak i dla Europy. Dzięki temu bowiem będzie możliwa obniżka kosztów wielu towarów dla konsumentów po obu stronach Atlantyku. Oznaczać to będzie również wzrost obrotów handlowych, a w konsekwencji wzrost liczby miejsc pracy na obu kontynentach. W tym obszarze można spodziewać się znacznego przyspieszenia działań po stronie niemieckiej. Dlatego ważne jest, aby w Polsce przeprowadzić dokładny bilans korzyści i strat, aby w odpowiedni sposób przygotować się na to wielkie wyzwanie.  Mając na uwadze fakt, że na likwidacji barier najbardziej w Europie mają szansę zyskać Niemcy, Polska powinna też być beneficjentem netto tych zmian.

 Konsekwencją porozumienia o wolnym handlu i zniesieniu barier powinna być liberalizacja rynku usług w Europie. Zaawansowane usługi są od lat zliberalizowane, ale dla wsparcia wzrostu i tworzenia nowych miejsc pracy w Europie niezbędne jest zliberalizowanie usług podstawowych. W dobie kryzysu europejskiego nie można bowiem zapominać, że globalna konkurencja nie śpi. Jedyną perspektywą Europy jest wzrost jej konkurencyjności.  Tu akurat Polska powinna namawiać swego sąsiada, aby wspierał ten typ podejścia do tematu wzrostu.

 

 W ramach polityki wspierania wzrostu ważne jest również aby wspierać inwestycje publiczne w obszarach, w których nie sprawdza się sektor prywatny. Szczególnie w tej części Europy wciąż wzrost wydajności jest pochodną inwestycji w infrastrukturę. Z kolei w Europie Zachodniej nowoczesna i zielona infrastruktura też może być ważnym źródłem rozwoju. Stąd tak ważne, aby w okresie trwających oszczędności nie ograniczać wydatków prorozwojowych.

 

 W kontekście wyborów w Niemczech nie sposób nie wspomnieć o wsparciu dla zielonej energii, pod warunkiem jednak, że nie może odbywać się to kosztem rozwoju gospodarczego. W okresie kiedy Niemcy rezygnują z energii atomowej, należałoby szukać rozwiązań, które nie tylko opierają się na energii odnawialnej, ale również wspierają nowe źródła energii (takie jak gaz łupkowy) jak i promują czystą energię z węgla. Dotychczasowa strategia zakładająca automatyczną redukcję CO2 nie sprawdza się. Czysta energia musi być pozyskiwana w sposób zrównoważony i rozsądny, z uwzględnieniem specyfiki energetycznej poszczególnych krajów. Na koniec trzeba mieć świadomość, że energetyka będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań zarówno dla Niemiec, jak i dla Polski, szczególnie, że oba te kraje przyjęły zupełnie inne kierunki jej rozwoju.

2013-11-06 22:03
Polskie wpisy gospodarka, konkurencyjność, wzrost gospodarczy, integracja europejska, unia bankowa Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Po upadku Lehman Brothers dominowało przez pewien czas  przekonanie, że tylko państwo może wspierać i ratować gospodarkę, że rola rządu w gospodarce powinna wzrosnąć, i że to sektor prywatny był odpowiedzialny za kryzys. Dzisiaj wiemy, że obraz jest znacznie bardziej skomplikowany, że to przede wszystkim zła polityka państwa przyczyniła się do błędów sektora prywatnego, co w konsekwencji doprowadziło do najgłębszego od lat 30. załamania gospodarki. Przekonanie to zachwiała Grecja, która na skutek nieodpowiedzialnej polityki państwa zbankrutowała. Wstrzymało to apetyty etatystów do dalszej ekspansji państwa w gospodarkę.

Nauka z tych 5 lat jest taka, że wszystkie kryzysy są do siebie podobne, a prawa ekonomii zawsze działają tak samo. Ten kryzys różnił się tym od poprzednich, że tym razem odbywał się w skali globalnej i to jeszcze w błyskawicznym tempie. A przyczyniły się do niego serie błędów administracji państwowej - zbyt niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych, wspieranie zakupów nieruchomości przez osoby, których nie było na to stać i regulacje bankowe Bazylea II, zachęcające do wyprowadzania kredytów hipotecznych przez banki poza bilans. Na tych sterydach zadłużenie banków inwestycyjnych (w wyniku nadmiernej wcześniejszej deregulacji w tym zakresie) narastało do niespotykanych rozmiarów aż do … przekłucia balonu i - w konsekwencji - wielkiej recesji. Sektor prywatny też nie jest bez winy, czego najlepszym przykładem była nierzetelność agencji ratingowych i wchodzenie z kredytem w obszary podwyższonego ryzyka, nie bacząc na przyszłe konsekwencje.

Druga odsłona kryzysu pokazała, że tak samo nieodpowiedzialnie jak banki zadłużały się państwa. Niestety, poprzez niewłaściwe sygnały rynek brnął w tą otchłań z przekonaniem, że Europejski Bank Centralny stoi za bezpieczeństwem greckich obligacji - przed kryzysem traktował je podobnie jak bezpieczne obligacje niemieckie. Potem okazało się, że to było złudne ... i nikt już nie był skłonny finansować greckiego bankruta.

Najważniejszym wnioskiem z kryzysu jest to, że gospodarka odporna na kryzys to taka, która stale poprawia swą konkurencyjność, nie używając do tego dopalaczy.  Czyli mowa tu o krajach, które nie są ani za bardzo zadłużone, ani nie oszalały na punkcie konsumpcji. Właśnie taki model przyjęli Niemcy i tą drogą w jakimś sensie podążała też Polska. Nam udało się uniknąć przegrzania rynku nieruchomości, ze względu na ograniczenia w zaciąganiu kredytów walutowych - ale głównie dlatego, że w porę… przyszedł kryzys i rynek nieruchomości wyhamował. Gdyby boom potrwał jeszcze dwa lata, wartość udzielonych kredytów byłaby znacznie większa, ceny nieruchomości jeszcze wyższe, frank jeszcze słabszy, a konsekwencje dla zwykłych ludzi, którzy spłacali swoje kredyty, bardziej bolesne.

W latach 2004 - 2008 część ludzi uwierzyła, że fundusze inwestycyjne są wstanie zarabiać 30 proc. rocznie i że tak będzie już zawsze. Dziś wiadomo, że jedyne bezpieczne i realne w długim okresie zyski nie mogą przekraczać wzrostu PKB kraju + wysokości inflacji. Z perspektywy czasu widać więc jednoznacznie, że nie było nas stać na obniżkę podatków i składki rentowej, którą zafundował nam jeszcze rząd Prawa i Sprawiedliwości. Obniżyliśmy bowiem podatki nie obniżając wydatków. Z jednej strony m.in. dzięki temu udało nam się przejść przez kryzys suchą nogą (czyli bez wpadnięcia w recesję), ale doprowadziło do wzrostu długu publicznego, co kończy się niestety demontażem OFE. Czego by jednak nie powiedzieć, przez te 5 lat Polska na tle świata nie wypadła najgorzej, ale wyczerpały się nasze dotychczasowe źródła wzrostu. Dalej tak łatwo rosnąć jak w przeszłości już nie będzie.

Obecnie banki centralne walczą ze spowolnieniem, drukując pieniądze. Przoduje w tym Bank Anglii, przyspiesza bank Japonii i powoli zwalnia Fed. To lekarstwo pomaga bankom komercyjnym, ale nie przekłada się specjalnie na realną gospodarkę. Jednocześnie wiadomo, że lekarstwo to ma skutki uboczne i to nieznane. Większość ekonomistów jest przekonanych, że polityka drukowania pieniędzy będzie miała reperkusje w realnej gospodarce, trudno jednak ocenić skalę i miejsca, w których je odczujemy. Do tej pory negatywnym jej skutkiem był skok cen surowców - rekord cen ropy naftowej, złota, bardzo silne umocnienie niektórych walut rynków wschodzących, np. indyjskiej rupii. A na naszym podwórku rekordowo niskie rentowności obligacji.

Od kilku miesięcy amerykański bank centralny zapowiada wycofywanie się z tego programu, co już spowodowało załamanie hinduskiej waluty, a w Polsce odpływ kapitału z rynku obligacji, w wyniku czego wzrosło ich oprocentowanie. A to dopiero początek. Europa będzie teraz powoli się odbudowywać, dopóki... nie uderzy w nas kolejny kryzys.

W przyszłości na pewno czekają nas kolejne zawirowania, będą inne od poprzednich, choć podstawowe cechy zwykle są takie same. Gdybym miał obstawiać, to kolejny kryzys przyjdzie do nas z Azji. Nie sposób jednak przewidzieć, kiedy.

Czego nas nauczyło te 5 lat? Że trzeba uważać, żeby z jednej strony nie przeregulować rynku, nie przesadzić z interwencją państwa. Gdyby trzymano się reguły Taylora (John Taylor, wykładowca Uniwersytetu Stanforda, Podsekretarz Skarbu w rządzie George’a Busha - red.), które mówią o tym, że stopy procentowe powinny zastąpić rynek, kryzysu mogłoby nie być lub byłby znacznie słabszy. W praktyce tak nie było, bo stopy procentowe były zaniżone i to przez długi okres. Rynki oczywiście też nie są doskonałe, stąd potrzeba sensownych regulacji, takich, które nie spowodują wynaturzeń w gospodarce.

Dziś stopy procentowe znów są na rekordowo niskich poziomach i pieniądz po raz kolejny jest bardzo tani. Różnica polega na tym, że teraz gospodarki rozwijają się wolniej niż ich potencjał i wszyscy mają świadomość, jak bardzo ryzykowny jest to stan.

W Polsce o końcu kryzysu będziemy mogli powiedzieć wtedy, kiedy konsumpcja będzie rosła o kilka procent, tempo wzrostu PKB będzie wynosić ok. 3 proc., a przede wszystkim będziemy świadkami wzrostu inwestycji prywatnych. To potwierdzi, że w głowach ludzi kryzys już się skończył i nie boją się inwestować, bo są pewni sytuacji gospodarczej w przyszłości. Sądzę, że tak będzie dopiero w 2015.

2013-11-06 22:02
Polskie wpisy gospodarka, finanse, banki, kryzys, lehman brothers Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Do najnowszej propozycji zmian w systemie emerytalnym pojawia się więcej pytań niż przy publikacji słynnych trzech wariantów. Jak właściwie ma wyglądać umarzanie obligacji na gruncie polskiego prawa? Czy w ogóle możliwe jest przeniesienie prywatnych aktywów instytucji finansowych do ZUS? Dlaczego na wybór pomiędzy ZUS i OFE będziemy mieć tylko trzy miesiące i skąd pomysł, aby przy braku decyzji lądować w ZUS? I wreszcie kto wpadł na pomysł, aby z funduszy emerytalnych zrobić fundusze podwyższonego ryzyka, które nie mogą kupować obligacji (szczególnie w okresie dekoniunktury)? Zwłaszcza, że zakaz - jak rozumiem - miałby dotyczyć wyłącznie polskich instrumentów skarbowych, a nie hiszpańskich, włoskich, greckich czy niemieckich. Tyle że kupując tamte, trzeba dorzucić ryzyko kursowe, co znacznie zwiększa ich niepewność. I kolejne pytanie, czy z OFE zostaną wreszcie zdjęte wszelkie obostrzenia inwestycyjne, które były jedną z przyczyn ich niskiej konkurencyjności?

Pytania można mnożyć. Ale te podstawowe są natury konstytucyjnej. Jak w ogóle można znacjonalizować aktywa prywatnych funduszy, przerzucając je do ZUS-u? Na bazie dzisiejszych uwarunkowań prawnych tego typu zabieg musiałby przecież polegać na wykupieniu tych obligacji. Chyba, że rząd zmieniłby równolegle przepisy, osłabiając ochronę prawną wszystkich obligacji w Polsce. Efektem rynkowym nacjonalizacji obligacji OFE będzie zwiększenie udziału inwestorów zagranicznych w polskim rynku obligacji. Przejęcie części skarbowej przez państwo zwiększy udział ten z 36 proc. obecnie do 45 proc. Oznacza to większe uzależnienie polskiego rynku obligacji skarbowych od nastrojów globalnych i większą zmienność tych instrumentów. A trzeba pamiętać, że w okresie kryzysu niski udział inwestorów zagranicznych w polskim długu chronił nas przed utratą płynności i skokowymi wzrostami rentowności obligacji. Od 1 stycznia 2014 ryzyko zamiast maleć, będzie rosło.

Cała konstrukcja zaproponowanych zmian przewiduje wygaszanie systemu prywatnych funduszy emerytalnych. Szczególnie element suwaka bezpieczeństwa oznaczać będzie, że OFE będą wyprzedawać akcje już od przyszłego roku. Pytanie - ile osób zostanie w OFE? Przy tak krótkim terminie na decyzję jak trzy miesiące i trudności oceny w tym zalewie demagogii co jest lepsze, czy ZUS czy OFE (i to na całe życie), poprzez brak decyzji, większość ubezpieczonych wyląduje w ZUS. Aby poziom aktywów funduszy emerytalnych był stały, w OFE musiałoby pozostać mniej więcej 40 procent ubezpieczonych. Mało prawdopodobne, a jeśli zostanie tylko 20 proc., to roczne odpływy netto z systemu wyniosą ok. 5 mld złotych. Tym samym system będzie wraz z upływem lat wygaszany. Oczywiście będzie to miało negatywny wpływ na polski rynek kapitałowy, co prawda rozłożony w czasie, ale z każdym miesiącem zmniejszający swe znaczenie w polskiej gospodarce.

Zakaz inwestowania przez OFE w obligacje Skarbu Państwa byłby ewenementem na skalę światową. W okresie dekoniunktury fundusze emerytalne zawsze zmniejszają zaangażowanie w akcje, zwiększając alokację w papiery skarbowe. Brak takiej możliwości jest niezrozumiały i wystawia przyszłych emerytów na wyższe ryzyko. Fundusze będą zapewne kombinować, szukając instrumentów pochodnych, które umożliwią im inwestowanie pośrednie w polski dług. Nikt przecież nie jest samobójcą.

Na koniec jeszcze tzw. dobrowolność. Przy tak okrojonym systemie, jaki proponuje rząd, dla funduszy emerytalnych utrzymanie jak największej liczby członków to być albo nie być. Będą więc zmuszone przeznaczyć olbrzymie pieniądze na zniechęcenie Polaków do ZUS. Z kolei,  jak można się domyślać, rząd zniechęcać będzie Polaków do OFE. Czeka nas niezły festiwal, z którego przeciętny Polak już nic nie zrozumie. Na pewno nie będzie to sprzyjało ani zrozumieniu systemu emerytalnego, ani spokojowi społecznemu. Aż dziw bierze, że można było na to wpaść.

2013-11-06 22:01
Polskie wpisy zus, finanse publiczne, emerytury, ofe, system emerytalny, dług Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Kiedy i na jakiej zasadzie państwo może interweniować w gospodarkę? To jeden z największych dylematów ekonomii od lat. W okresie kryzysu nastąpiła niespotykana jak na świat wolnorynkowy skala interwencji w gospodarkę. Można podzielić ją na trzy obszary: wsparcie dla sektora finansowego, zwiększenie inwestycji publicznych w pobudzanie gospodarki, wsparcie finansowe dla branż znajdujących się w głębokim kryzysie. Każdą z tych kwestii należy oceniać osobno. Typowym błędem popełnianym przez komentatorów życia gospodarczego jest wrzucanie wszelkich interwencji do zbioru wspólnego i na tej podstawie wnioskowanie, że wszystkie one były niezbędne, o czym ma świadczyć jedna wybrana.

Wsparcie dla sektora finansowego budzi najwięcej kontrowersji i spotkało się z największą krytyką. W sumie przecież każdy ma prawo zadać sobie pytanie, dlaczego mają być ratowane banki czy też firmy ubezpieczeniowe, a nie padające przedsiębiorstwa. Tyle, że tak długo jak chodzi o jakieś tam banki, mało nas interesuje to, czy zwalniani pracownicy stracą pracę czy też nie. Ale zupełnie inaczej reagujemy, jeśli nagle problem dotyczy naszych depozytów, które nagle przestają być bezpieczne (tak jak na Cyprze na przykład). Z perspektywy czasu trudno znaleźć inne rozwiązanie przy tamtym poziomie wiedzy i przy takim a nie innym układzie instytucjonalnym. Zarówno ci, którzy podejmowali decyzję o upadku Lehman Brothers, jak w większości i uczestnicy systemu, i komentatorzy, nie dostrzegali skali powiązań pomiędzy bankiem inwestycyjnym jakim był Lehman a resztą systemu finansowego. Po upadku okazało się, że mało który bank na świecie nie miał do czynienia z tym inwestycyjnym gigantem. Panika jaka wtedy wybuchła, brak wzajemnego zaufania do banków między sobą, ryzyko kolejnych bankructw - to wszystko spowodowało, że jedyną wiarygodną instytucją stało się państwo. Stąd też potrzeba wsparcia finansowego dla kolejnych banków i instytucji finansowych (m.in. ubezpieczycieli), aby zapobiec efektowi domina. Zauważmy jednak, że banki, które otrzymały wsparcie finansowe w okresie kryzysu, już je spłaciły albo też są w okresie spłacania. Rząd USA na tym interesie wyszedł nawet na plus. Tak więc dzisiaj można powiedzieć, że tymczasowe wsparcie finansowe dla sektora finansowego w tamtym okresie było niezbędne. Jednak czas wyciągnąć lekcję z tych wydarzeń i nie narażać państwa na hazard moralny w przyszłości.

Kolejny typ interwencji państwa to zwiększenie inwestycji publicznych w pobudzanie gospodarki. Wynika w znacznej mierze z podstawowej zasady, zgodnie z którą w okresach spowolnienia uruchamiane są tzw. automatyczne stabilizatory, czyli wydatki, które rosną, gdy gospodarka hamuje. Nie sposób kwestionować tej idei, chodzi bardziej o skalę i trafność. Jeśli programy te trafiają do rzeczywiście bezrobotnych, a programy aktywnej walki z bezrobociem pomagają tymczasowo nieaktywnym zwiększyć szansę na znalezienie pracy, to ma to jak największy sens. Gorzej jak trafiają kulą w płot. Czym innym jest jednak interwencja, która - tak jak w Grecji - polegała na zwiększeniu wydatków socjalnych po to, aby pobudzić konsumpcję. Szybko się okazało, że po tymczasowym wzroście popytu pieniądze trzeba oddać, a gospodarka wpadła w recesję.

 I trzeci z typów interwencji - wsparcie finansowe dla branż znajdujących się w zapaści. Przeciwnicy zawsze mogą podnieść zarzut, że tego typu interwencja wspiera konkretne przedsiębiorstwa (które sobie nie radzą) kosztem tych, które na okres kryzysu były w stanie się przygotować. Śmiało można więc postawić zarzut nieuczciwej konkurencji. Niemniej można znaleźć przykłady kiedy skala załamania, a także jego wyjątkowość, może uzasadniać tego typu kroki. W ostatnim kryzysie zwrócić uwagę należałoby na dwie interwencje, których zasady działania opierały się na nieco odmiennej filozofii. Pierwsza to program zapoczątkowany przez rząd niemiecki, wspierający wymianę starych samochodów na nowe. Nie dotyczył on konkretnych przedsiębiorstw i miał charakter tymczasowy. Jego celem było wsparcie przemysłu samochodowego w okresie, kiedy popyt globalny, w szczególności w Europie, załamał się. Na inny rodzaj pomocy zdecydowali się Amerykanie, wspierając bezpośrednio koncerny samochodowe. Trudno tu o jednoznaczną ocenę. Bo jak określić, czy załamanie jest wyjątkowe i niezawinione? Przecież teoretycznie koncerny samochodowe, podobnie jak inne przedsiębiorstwa, funkcjonują na rynku i muszą brać pod uwagę załamanie popytu. A w owym czasie nikt koncernom informatycznym, czy też turystycznym, nie pomógł. Z drugiej strony, skala przemysłu samochodowego poprzez jego powiązania z innymi branżami uzasadniała wsparcie. Co do zasady, wspierać należy rozwiązania, które są neutralne dla podatnika - ale to, czy dana interwencja będzie neutralna czy też nie, wiemy dopiero po latach. Może przecież równie dobrze okazać się, że wsparcie nie było wystarczające i firma je otrzymująca w końcu i tak upadła. Stąd też bardziej sprawiedliwe i bardziej efektywne jest rozwiązanie niemieckie. Pod warunkiem oczywiście, że państwo na nie stać.

2013-11-06 21:59
Polskie wpisy gospodarka, finanse, państwo, interwencjonizm, banki, kryzys, inwestycje publiczne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Parę spraw w ostatnim dwudziestoleciu nam się udało. Jednym z ważniejszych osiągnięć była Konstytucja, która ustabilizowała rządy w Polsce, wprowadziła limit długu (co jak na owe czasy było dość odważnym rozwiązaniem) i zagwarantowała niezależność banku centralnego. Wprowadzone zostało też nowe ciało – Rada Polityki Pieniężnej, której powierzono odpowiedzialność za stabilność złotówki. Dziś można śmiało stwierdzić, że zapisy te przetrwały próbę czasu. Kolejne składy RPP wywiązały się ze swojego mandatu i co najważniejsze zawsze były niezależne od bieżącej polityki. I polityków. Ktoś może powiedzieć, że aż nadto, szczególnie gdy pierwsza Rada poprzez zdecydowaną politykę antyinflacyjną doprowadziła do spowolnienia gospodarczego i w konsekwencji do upadku rządu Jerzego Buzka. Rządu, który przecież powołał większość członków tamtej Rady.

Można mieć różnego rodzaju zarzuty do kolejnych składów RPP. A to, że zwykle zbyt dużą wagę przykładały do bieżącej inflacji, podczas gdy powinni działać wyprzedzająco. A to, że komunikacja z rynkiem – dyplomatycznie to ujmując – do najdoskonalszych nie należała. A to, że do składów Rady nie zawsze trafiali specjaliści od polityki monetarnej. A to, że co sześć lat nowy skład uczy się niejako sztuki polityki pieniężnej w praktyce od nowa. Te zarzuty jednak bledną w konfrontacji z faktem, że dla każdego ze składów najważniejszym był mandat ustawowy, którego konsekwentna realizacja stała się wielkim osiągnięciem polskiej transformacji. I co najważniejsze, dominująca większość członków RPP była naprawdę niezależna politycznie od tych, którzy ich wybierali.  Od momentu powołania gros z nich nie bało się głosić poglądów sprzecznych z oficjalnym stanowiskiem rządu. Było tak dlatego, że siłą Rady była jej kadencyjność i to, że członkiem tego grona można było być tylko raz. Tak więc każdy z wybranych w swych działaniach odpowiadał przede wszystkim przed Bogiem i Historią.

Przy projektowaniu jakichkolwiek zmian trzeba pamiętać, że polityka pieniężna często wchodzi z kolizję z bieżącą polityką rządu. W okresie spowolnienia gospodarczego politycy chcieliby, aby stopy procentowe były niskie, by tym samym wspierały wzrost. W krótkim okresie oczywiście; niekoniecznie interesując się tym, co będzie z inflacją za dwa, trzy lata. A w dłuższym horyzoncie nie da się grać ani z gospodarką, ani z rynkami finansowymi. Zbyt niskie stopy procentowe zawsze prowadzą do przegrzania gospodarki, albo tak jak się to stało w Stanach Zjednoczonych – poprzez nadmierny boom w budownictwie mieszkaniowym, lub po prostu sprzyjając nadmiernej ekspansji kredytowej, która jest korygowana przy wzroście inflacji – poprzez wyższy koszt kredytu. Nadmiernie niskie stopy (i dzięki temu niskie oprocentowanie papierów rządowych) działają na rynki finansowe tak długo, jak będą one wierzyć, że inflacja nie wzrośnie. Wraz ze wzrostem wskaźnika inflacji w naturalny sposób wzrosną koszty pieniądza – rynek bowiem będzie antycypował odpowiednio przyszłe wzrosty stóp procentowych. Ciało monetarne, jakim jest RPP, powinno spełniać rolę niejako naturalnej ręki rynku, dostosowując koszt pieniądza do gospodarczej sytuacji. Jeśli tego nie robi, dostosowania te następują skokowo i tym samym znacznie bardziej boleśnie. Rolą ciał monetarnych jest poszukiwanie stabilności, bez względu na to, kto jest u sterów władzy.

W tym kontekście zaproponowana ostatnio dwukadencyjność członków RPP burzy ten porządek, istotnie bowiem ogranicza niezależność członków tego gremium. Jest to bardzo złe rozwiązanie, gdyż niektórzy nie będą w stanie nie ulec presji i będą przypodobywać się obecnie rządzącym, po to, aby zostać wybranym na kolejną kadencję. A nie mogłoby być nic gorszego niż gdyby cel inflacyjny został zastąpiony nowym – reelekcyjnym.

2013-11-06 21:57
Polskie wpisy nbp, rpp, bank centralny, polityka monetarna, Rada Polityki Pieniężnej Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Niewidzialna ręka rynku stała się niejako symbolem cynizmu, braku serca, niezrozumienia oczywistej zasady, że ludzie mają inne pragnienia i problemy niż tylko finansowe. Pejoratywne skojarzenia utrudniają zwykle rzetelną dyskusję na tak zasadniczy temat, jakim jest odwieczne pytanie – ile rynku w gospodarce. Nikt chyba nie kwestionuje prostej zasady, według której ceny odzieży czy też owoców na targu warzywnym ustalane są w sposób zupełnie dowolny. Zwłaszcza mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej mają głęboko w pamięci czasy, kiedy to większość cen była ustalana przez centralnego planistę. Efektem - jak dobrze wiemy - był brak towarów. Nikt bowiem nie jest w stanie w tak doskonały sposób ustalić ceny równowagi jak siły popytu i podaży. Dla większości stało się oczywiste, że ceny te ustala niewidzialna ręka rynku i pomysły, aby ją w tym zakresie zastępować organami państwa, nie są dziś podnoszone nawet przez zagorzałych socjalistów.

W sumie dla większości towarów i usług jesteśmy skłonni tę „rękę” zaakceptować - z wyjątkiem tych obszarów, które są szczególnie wrażliwe. Najlepszym przykładem obszarów wrażliwych są ceny usług w ochronie zdrowia czy też w edukacji. Gdyby przyjąć tę samą zasadę, co w przypadku rynku butów czy T-shirtów, bogaci mieliby nieporównywalnie większy dostęp do usług medycznych (czy edukacyjnych) od osób uboższych, a tym samym znacznie większe szanse przeżycia. Tego typu podział jest sprzeczny zarówno z naszą kulturą, jak i podstawowymi zasadami humanizmu. Stąd m.in. potrzeba regulacji w ochronie zdrowia.

Z regulacjami bowiem jest tak jak z ruchem na drodze. Nikt chyba nie kwestionuje potrzeby obowiązywania podstawowych reguł, takich jak ruch po określonej stronie drogi, przejścia dla pieszych, światła na skrzyżowaniach czy limit prędkości na terenie zabudowanym. W większości krajów świata wprowadzono też limit prędkości na autostradach i obowiązek zapinania pasów. Tyle że nikt nie wpadł na pomysł, aby wprowadzić limit prędkości minimalnej, czy też obowiązek posiadania klimatyzacji we wszystkich samochodach. Większość przepisów ma chronić przede wszystkim innych uczestników ruchu, zwykle tych, którzy mają słabszą pozycję - ale nie utrudniać poruszanie. Podobnie jest z regulacjami w gospodarce, mają one służyć bezpieczeństwu obrotu i ochronie interesów słabszej strony, ale nie zabijać rynku.

Na rynku finansowym także potrzebne są regulacje, tyle że nadmierna ich ilość prowadzi do wynaturzeń i w efekcie do kryzysów. Dobrym przykładem potrzebnych regulacji służących obronie interesów słabszej strony jest dyrektywa MiFiD, która m.in. zobowiązuje do niewykorzystywania niewiedzy klientów. Inną ważną regulacją jest obowiązek przejrzystego informowania klientów o wszelkich kosztach związanych z podpisywaną umową, po to aby uniknąć efektu „małego druku”  na dole umowy.

Z kolei nadmiernie regulowane obszary życia, nie tylko gospodarczego, zwykle prowadzą do poszukiwania rozwiązań, które pozwolą uniknąć trudu najbardziej dotkliwych regulacji. To jest trochę tak jak ze zbyt mocnym dokręcaniem śruby. Każdy, kto kiedyś zbyt mocno śrubę dokręcił, zauważył odkształcenia w innych częściach materiału. Tak samo było z regulacjami Bazylei II, które wprowadzając nowe wymogi kapitałowe, zachęciły banki do wyprowadzania poza bilans całych pakietów kredytów hipotecznych. Innym przykładem nadmiernego przykręcenia śruby przy regulowaniu usług na rynku finansowym są wszelkie próby regulowania wysokości oprocentowania pożyczek. Ostatnio PiS zgłasza tego typu postulat. Intencje są zapewne szczytne – ochrona biedniejszej części społeczeństwa przed zbyt wysokim jak na ich możliwości poziomem odsetek. Efekt tego typu regulacji jest jednak zawsze odwrotny od zamierzonego, część osób uznawanych za pożyczkobiorców jako klienci wysokiego ryzyka tych pożyczek już nie dostaną i zostaną skazani na szarą strefę. A tam wysokość oprocentowania kredytu jest już znacznie większa, nie tylko od poziomu wyznaczonego w regulacji, ale także od rynkowego sprzed regulacji, musi bowiem uwzględnić premię za ryzyko funkcjonowania w szarej strefie. Tak samo było z zaostrzeniem regulacji przez nadzór bankowy - zaostrzenie kryteriów dostępności do kredytów konsumpcyjnych spowodowało, że część dotychczasowych klientów, nie mogąc otrzymać tego typu kredytów, zwróciła się o nie do instytucji nieregulowanych prawem bankowym. Oczywiście po wyższym oprocentowaniu. Nadmierna regulacja w tym zakresie doprowadziła do mniejszej ochrony klientów i wyższego kosztu ponoszonego przez uboższą część społeczeństwa. O tym muszą pamiętać ci, którzy chcąc chronić, zwykle po prostu szkodzą.

2013-11-06 21:54
Polskie wpisy ekonomia, finanse, kredyt, regulacje, sektor bankowy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Artykuł autorstwa Ryszarda Petru i Andrzeja Halesiaka

W ostatnich latach coraz bardziej widoczny staje się w polskiej gospodarce dualizm w funkcjonowaniu sektora prywatnego i publicznego. Ten pierwszy stara się podążać za globalnymi trendami (zmuszany do tego przez konkurencję), ten drugi tkwi mentalnościowo, procesowo i organizacyjnie w PRL. Jest to groźne zjawisko, gdyż w warunkach globalizacji i szybkiego upowszechniania się najlepszych praktyk w sektorze prywatnym, to właśnie efektywność funkcjonowania sektora publicznego staje się kluczowym źródłem przewagi konkurencyjnej  - lub jej braku - danego kraju.

Narastający dualizm staje się dziś największą przeszkodą w poprawie konkurencyjności polskiej gospodarki i wzroście produktywności. Głębokie zmiany modelu funkcjonowania sektora publicznego w Polsce, w tym również na nowo zdefiniowanie jego funkcji, staje się jednym z ważniejszych wyzwań polskiej gospodarki. Bez nich bowiem nie będzie możliwe dokonanie wielu innych, potrzebnych przekształceń, w tym wdrożenie zrębów innowacyjnej gospodarki. Punktem wyjścia jest bowiem dla niej nowoczesne, sprawnie funkcjonujące, uwzględniające najlepsze praktyki w zakresie edukacji i nauki oraz przewidywalne Państwo, tworzące sprzyjające warunki dla długoterminowych inwestycji firm.

Konkurencyjność i produktywność a sektor publiczny

Konkurencyjność gospodarki i jej produktywność jest z reguły kojarzona głównie z tym co dzieje się w sektorze prywatnym, w szczególności w sektorze przedsiębiorstw. Przy takim podejściu zapomina się jednak, że miliony pojedynczych decyzji firm i obywateli podejmowanych na poziomie mikro odzwierciedlają bodźce i uwarunkowania kreowane przez istniejące (i planowane) rozwiązania prawne, prowadzoną przez rząd i NBP politykę oraz jakość szeroko rozumianych usług publicznych. Tym samym funkcjonowanie sektora publicznego określa ramy działania firm, które to ramy w bardzo istotny sposób wpływają na ich konkurencyjność i produktywność. Zbiurokratyzowane, mało wydajne Państwo, obciążające biznes nadmiernymi procedurami i nakładające na niego koszt swej nieefektywności (w postaci podatków i para-podatków) stanowi zagrożenie dla konkurencyjności całej gospodarki. Nieefektywny sektor publiczny przekłada się na utracone okazje (np. omijające kraj inwestycje), a z czasem – jak obrazuje to przykład krajów południa Europy – może stać się źródłem niestabilności gospodarczej, społecznej i politycznej. Co więcej, globalizacja i integracja gospodarcza powodują, że obywatele i biznes są dziś dużo bardziej mobilni. Nie są więc „skazani” na to, by funkcjonować w określonym miejscu. Jeśli więc sektor publiczny nie dostarcza im w sposób efektywny tego, co jest im potrzebne i tego, czego oczekują, jeśli nie zapewnia stabilności, to biznes (a coraz częściej także obywatele, z reguły ci najlepiej wykształceni i najbardziej przedsiębiorczy) przenoszą się w inne miejsce. Lub też w ogóle nie podejmują niektórych wyzwań biznesowych, tym samym oddając walkowerem miejsce w globalnej produkcji. To z kolei negatywnie odbija się na zdolności uzyskiwania dochodów podatkowych, bez których jeszcze trudniej zaspokajać oczekiwania i potrzeby firm i obywateli. Dobrym przykładem w skali mikro jest miasto Detroit, gdzie przez całe dekady nikt nie zdołał zatrzymać trendu upadku tego miasta, tkwiącego w rozwiązaniach które były skuteczne w latach 50-ych i 60-ych, zupełnie nie sprawdzających się w XXI wieku.

W kontekście konkurencyjności i produktywności gospodarki potrzeba więc sektora publicznego, który skutecznie realizuje postawione przed nim jasno zdefiniowane cele i generującego przy tym możliwie najniższe koszty swojego funkcjonowania dla utrzymujących go firm i obywateli. O ile jednak w sektorze prywatnym firmy nieustająco czują oddech konkurencji, a każde zapóźnienie i nieefektywność prowadzi je do bankructwa, to w sektorze publicznym presja zmian nie jest tak bezpośrednia. Ogranicza to motywację do działania, a tymczasem erozja - choć powolna – sieje spustoszenie, tym bardziej że w sektorze publicznym często brak jest jakichkolwiek zasad i mechanizmów ponoszenia odpowiedzialności.

Wpływ sektora publicznego na konkurencyjność i produktywność gospodarki może być również bardziej bezpośredni. Np. nowoczesne rozwiązania w zakresie e-administracji przekładają się na wzrost produktywności w urzędach. I nie chodzi tu jedynie o przyspieszenie określonych procesów czy też większe możliwości dostosowania usługi do indywidualnych potrzeb. Chodzi także o pozytywny wpływ cyfryzacji na możliwość lepszego skwantyfikowania, monitorowania i porównywania działań urzędników, a tym samym eliminowania marnotrawionego czasu. Ponadto nowoczesny sektor publiczny, to także większe wymagania wobec dostawców – zmienia się paleta zakupowanych dóbr i usług w kierunku tych o większej wartości dodanej i bardziej innowacyjnych. Stymuluje to przekształcenia sektora prywatnego, który by sprostać rosnącym wymaganiom musi się zmieniać z korzyścią dla jego globalnej konkurencyjności.

Słabość sektora publicznego w Polsce

Biorąc pod uwagę wzajemne uzależnienie funkcjonowania sektora prywatnego i publicznego kraj, który chce odnieść sukces, musi mieć sprawne struktury władzy - mające z jednej strony wizję rozwoju kraju, z drugiej zaś działające efektywnie. Jeśli chodzi o wizję, to do tej pory mieliśmy ją w dużej mierze zapożyczoną - podążaliśmy z nurtem integracji europejskiej, przyjmując wypracowane w Brukseli koncepcje i rozwiązania. Dziś to już jednak nie wystarczy. Z jednej strony okazało się bowiem, że Europa Zachodnia nie jest nieomylna. Po drugie, ona sama nie daje dziś jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: co dalej? W tej sytuacji zamiast biernego wyczekiwania potrzebne jest aktywne wyjście naprzeciw nadchodzącym wyzwaniom, posiadanie własnej wizji rozwoju kraju. Tymczasem jak się wydaje, obecna koncepcja rozwoju to w dużej mierze bierne wyczekiwanie na kolejną perspektywę budżetową UE, oczekiwanie na kolejną „zrzutkę” na nasze drogi, kolej, aquaparki itd.

O tym, jak w polskich warunkach wygląda kwestia efektywności sektora publicznego, nie trzeba wiele pisać. Wystarczy przypomnieć, że w dzisiejszym świecie podstawowym źródłem efektywności jest umiejętne wykorzystanie technologii. Tymczasem według najnowszego rankingu ONZ, odnoszącego się do zaawansowania rozwiązań e-administracji, Polska spadła na 47. pozycję w świecie, choć jeszcze w 2008 r. zajmowała 33. miejsce. To efekt dreptania w miejscu, podczas gdy inne kraje zmieniają się w szybkim tempie. Sztandarowy projekt cyfryzacji urzędów to totalna porażka. Z opublikowanego w ub.r. przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji raportu „Państwo 2.0. Nowy start dla e-administracji” bije bezsilność. Stwierdza się w nim wprost, że brak jest m.in.: i) kompleksowego, wielowymiarowego i perspektywicznego podejścia do zadań cyfryzacyjnych, ii) koordynacji przygotowywania i wdrażania projektów informatycznych, iii) kompleksowej wizji użytkownika sytemu, iv) logicznej sekwencyjności w opracowywaniu i realizacji projektów. Jeśli tych podstawowych rzeczy nie ma, to co w takim razie jest? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w dokumentach NIK i CBA, które wielokrotnie zwracały uwagę, że cyfryzacja urzędów to jaskrawe pole nieudolności, nieefektywności i korupcji.

Nawet to, co jest już wdrożone, daleko odbiega od oczekiwań użytkowników i zniechęca tym samym do powtórnego korzystania z kanałów elektronicznych. Potwierdza to zestawienie UE - Polska znajduje się na 4. miejscu od końca pośród 28 krajów członkowskich, jeśli chodzi o ocenę jakości usług oferowanych w ramach e-administracji. Co więcej, sama administracja przyznaje (raport MSWiA i ARC Rynek i Opinia), że według ponad połowy urzędów wdrożenie rozwiązań informatycznych nie zmniejszyło uciążliwości procedur obsługi klienta ani liczby dokumentów w postaci papierowej. Nie ma się co temu dziwić, skoro te same badania wskazują, że dla 41% urzędów wykorzystywanie elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją nie przełożyło się na wyeliminowanie tradycyjnego obiegu dokumentów papierowych, a w prawie wszystkich urzędach funkcjonuje podwójny obieg dokumentów.

Potwierdzeniem, jak mocno sektor publiczny obciąża dziś naszą konkurencyjność, jest analiza oparta na Global Competitiveness Index. W wielu kluczowych obszarach takich jak np. skala obciążeń regulacyjnych, efektywność systemu prawnego w rozstrzyganiu sporów, transparentność prowadzonej przez rząd polityki Polska plasuje się ogonie 144 analizowanych krajów. Te same wnioski płyną z najnowszego opracowania EBC – w kontekście konkurencyjności Polska zajmuje piąte miejsce od końca wśród krajów UE, jeśli chodzi o ocenę funkcjonowania instytucji publicznych.

Potrzebne zmiany

W kontekście roli sektora publicznego dla konkurencyjności i produktywności w Polsce potrzebne są szybkie i głębokie zmiany, obejmujące nowe spojrzenie na funkcjonowanie rządu i głębokie przekształcenia w administracji. Stworzenie nowoczesnego i efektywnego aparatu administracyjnego wymaga: i) zmiany podejścia, tak by punktem odniesienia dla wszelkich działań stało się dobro obywateli a nie biurokracji, ii) kultury „korporacyjnej”, kształtowanej przez wartości takie jak uczciwość,  bezstronność, transparentność i odpowiedzialność, a równocześnie zachęcającej do kreatywności i innowacyjności, iii) właściwego zaprojektowania struktur i efektywnego zarządzania, iv) pozyskiwania pracowników zdolnych realizować wizję nowoczesnej administracji, a także systemu kreowania liderów, v) posiadania systemów motywowania i zarządzania wydajnością – zapewniających, że ustalane priorytety znajdują przełożenie na codzienne działania, vi) systemu identyfikacji i upowszechniania najlepszych wzorców i praktyk działania różnych  szczebli administracji.

Pretekstem i głównym wehikułem zmian powinien być proces cyfryzacji sektora publicznego, w ramach którego należy dokonać głębokiego przemodelowania administracji publicznej, a w szczególności nadać nową strukturę centralnym organom państwowym, tak aby lepiej odpowiadała ona dzisiejszym wyzwaniom i potrzebom. Za szczególnie istotne należy uznać: i) rozdzielenie funkcji strategicznych, długofalowych od bieżących działań, ii) stworzenie instytucji - podlegającej bezpośrednio premierowi - której jedyną funkcją byłaby koordynacja dużych projektów; w jej gestii powinna być komercjalizacja niektórych z tych projektów np. poprzez utworzenie spółki celowej, która bazując na ekspertach zewnętrznych nie będzie skrępowana biurokratycznymi strukturami administracji oraz brakiem woli i zdolności przeprowadzenia zmian, iii) wykorzystanie zmian w strukturze organizacyjnej organów administracji do weryfikacji kadr (otwarty nabór do nowopowstałych urzędów, a nie przeniesienie pracowników), iv) wydzielenie centrum usług wspólnych świadczących na rzecz całej administracji usługi w zakresie finansowo-księgowym, HR, itp.; powinno się również dokonać oceny możliwości oddania części usług w outsourcing do sektora prywatnego, v) scentralizowanie zakupów dokonywanych przez sektor administracji publicznej (aby uzyskać efekt skali i negocjować upusty) i powszechne wykorzystywanie systemów e-procurementowych, które nie tylko pozwalają na redukcję kosztów, ale ponadto zapewniają eliminację nieformalnych powiązań prowadzących do korupcji, vi) upowszechnienie nowoczesnych kanałów komunikacji z obywatelami/firmami, takich jak call centers czy Internet (w częściowym lub pełnym  outsourcingu).

 

Aby tego typu rozwiązania były możliwe, niezbędne byłoby określenie na nowo funkcji państwa, w tym podziału usług na dostarczane bezpośrednio przez sektor publiczny, kontraktowane przez sektor publiczny ale dostarczane przez sektor prywatny i usługi,  dziś zaliczane do publicznych, oferowane wyłącznie przez sektor prywatny. Dobrym przykładem tego typu dylematu jest cały obszar ochrony zdrowia, który w obecnym stanie jest wyjątkowo nieefektywny, a wraz z szybko starzejącym się społeczeństwem będzie wymagał jasnego podziału za co płaci państwo, a za co podatnik z własnych pieniędzy.

Dziś wola faktycznych zmian w sektorze publicznym wydaje się być mocno ograniczona. Wynika to z faktu, że jakiekolwiek zmiany w administracji zmierzające do przekształceń w sposobie jej funkcjonowania oznaczają naruszenie istniejącego status quo, naruszenie istniejących grup interesów i układów. Prowadzi to do torpedowania (mniej lub bardziej jawnego) wszystkich większych projektów reform administracji. Mocno ograniczona wydaje się również zdolność (rozumiana jako zakres dostępnej wiedzy i kompetencji) przeprowadzenia radyklanych zmian przez sam sektor publiczny, o czym dobitnie świadczy obecny stan projektu cyfryzacji. W tej sytuacji jednym z kluczowych elementów przemian musi być wypracowanie formuły zwiększenia udziału sektora prywatnego (firm i obywateli) w przekształcaniu sektora publicznego, formuły partnerstwa publiczno-prywatnego ukierunkowanego nie na projekty infrastrukturalne, ale na przekształcanie sektora publicznego. Tylko to może pozwolić na pokonanie bariery braku woli i zdolności przeprowadzenia rzeczywistych zmian w sektorze publicznym. Zmian, bez których poprawa konkurencyjności i wzrost produktywności będą niemożliwe.

 

* artykuł nawiązuje do dokumentu „Kluczowe wyzwania w kontekście konkurencyjności, produktywności i wzrostu gospodarczego”, stanowiącego wkład TEP do debaty zainicjowanej publikacją raportu „Konkurencyjna Polska”

 

2013-08-14 09:09
Polskie wpisy Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

 W ostatnim tygodniu przez media, i to nie tylko w Polsce, przeszła fala zachwytów nad optymistycznymi wskaźnikami wyprzedzającymi koniunkturę. Wskaźniki takie, na podstawie np. zebranych zamówień, są swego rodzaju próbą zaprognozowania najbliższej przyszłości. I rzeczywiście, po latach marazmu i recesji w krajach Południa pojawiają się dane sugerujące, że kraje te najgorsze mają już za sobą. Pochodną tego jest więc lekki wzrost zamówień eksportowych, ale również poprawa perspektyw handlu. Kraje Południa w wyniku kilkuletniej recesji stały się bardziej konkurencyjne. To zmienia ich pozycje na globalnym rynku i zwiększa siłę eksportową.

O ile wszelkie te analizy wskazują na poprawę, to zbyt wcześnie jest wpadać w euforię. Ton niektórych komentarzy był taki, jakby od jutra czekać nas miało eldorado. Ten optymistyczny ton jest wręcz nieco niebezpieczny, gdyż tworzy oczekiwania nie do spełnienia. Nie mogę zgodzić się z tymi, którzy uważają, że mówienie pozytywnej nieprawdy jest dobre samo w sobie. Nie ma nic gorszego niż utrata wiarygodności, a w przypadku zarządzania kryzysowego jest to szczególnie istotne. O ile więc rzeczywiście można spodziewać się poprawy w handlu, o tyle z popytem wewnętrznym, zarówno w Europie jak i w Polsce, będzie krucho.

Polska jest dobrym przykładem tego rozdźwięku. Perspektywy eksportowe rzeczywiście się poprawiają, a to przekłada się również na lepsze jutro dla polskiego przemysłu. Po stronie popytu wewnętrznego sprzyjać nam będzie niska inflacja i niskie stopy procentowe. Ale jak to zwykle w spowolnieniu, bezrobocie od jesieni znów zacznie rosnąć, marże kredytowe dla przedsiębiorstw również, a kredyt hipoteczny stał się dobrem luksusowym. Do tego dochodzi mocne spowolnienie w inwestycjach publicznych, które jeszcze bardziej zanurkują w najbliższych miesiącach z powodu oszczędności, jakie rząd musi poczynić w związku z nowelizacją tegorocznego budżetu. Prywatne firmy wciąż nie garną się zwiększenia skali inwestycji, pomimo iż zużycie majątku trwałego wskazywałoby no to, że czas na jego odtworzenie już nadszedł. Tak więc, o ile rzeczywiście możemy się cieszyć, że pierwsze półrocze już jest za nami i kolejne pokażą znacznie lepsze wyniki, o tyle ta poprawa będzie bardzo mizerna i przez większość społeczeństwa nieodczuwana.

Podobnie będzie w Europie. Cały rok 2013 to czas recesji, namacalne sygnały ożywienia można będzie zobaczyć w roku przyszłym, a prawdziwą poprawę dopiero w 2015. Stąd apel o umiarkowaną ostrożność. Zarówno do konsumentów, jak i do tych, którzy przygotowują przyszłoroczny budżet. Dobrze byłoby po raz kolejny nie popełnić grzechu nadmiernego optymizmu.

2013-08-14 09:08
Polskie wpisy Komentarze (4)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |