|
2010-09-05 19:21
THE MAN WITH NO NAME do wpisu:
Coraz lepsze dane o PKB
RYSIU bez podniety juz w kwietniu nagoniłeś lud na PLN , dzieki czemu zarobilismy po 70gr na USD.
2010-09-05 14:42
RoBo_invest do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Problem jest taki, ze jak beda z,oany w ksiegowaniu to jeszcze bardziej bedzie mozna tuszowac[...]
2010-09-01 09:53
Ireneusz Wieczorek do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Witam Panie Ryszardzie
Dla mnie wystarczy jedno stwierdzenie z Pana artykułu..." może[...]
W kwestiach gospodarczych widziałbym cztery podstawowe zadania dla prezydenta na najbliższy czas. W polityce zagranicznej jedno podstawowe. Mówiąc o prezydencie nie można nie pamiętać o rządzie, który zmiany legislacyjne musiałby zgłosić. Od prezydenta jednak oczekiwałbym sygnału dla rządu, że w tych kilku kwestiach jest wola współpracy. Tekst ten powstaje w momencie kiedy nie jest znany wynik wyborów. W pewnym sensie jest to więc tekst czysto teoretyczny, ale być może w polskiej debacie publicznej zbyt często wprowadzamy różnego rodzaju samoograniczenia oceniając z góry co jest możliwe a co nie. Od czasu do czasu potrzebny jest okrzyk rewolucjonisty „Bądźmy realistami. Rządajmy niemożliwego”. Zacznę od polityki zagranicznej. Polska w relacjach z Unią wciąż gra rolę petenta, lub tego który walczy o jak najwyższe transfery. Wysokość transferów i kierunki ich wydatkowania są bez wątpienia ważne dla polskiej gospodarki. Ale w dłuższym okresie ważne będą także nowe regulacje fiskalne UE, nowe regulacje systemu finansowego, nowa strategia rozwoju Europy. Jak dotychczas mało jesteśmy aktywni w tych kwestiach. Jesteśmy biednym krajem, ale największym z tzw. nowej Unii. Nasz głos mógłby być słuchany, pod warunkiem, że będziemy proponować rozwiązania dobre nie tylko dla Polski ale również dla całej Unii. Prezydent w tych sprawach może odegrać rolę zasadniczą. Wśród spraw czysto gospodarczych wymieniłbym zaległe reformy. Przede wszystkim podwyższenie wieku emerytalnego, rozpoczęcie reformy KRUS, działania de regulacyjne w gospodarce oraz reforma zatrudnienia w sferze publicznej. Listę niezbędnych reform możnaby ciągnać. Chciałbym jednak skupić uwagę na tym co jest najbardziej potrzebne, pilne i należałoby zacząć zaraz. Jeśli w żadnej z tych kwestii działania nie zostaną podjęte, to po niedługim czasie będą one i tak wymuszone przez rynek finansowy (tak jak w Hiszpanii, czy Portugalii) lub w ostateczności przez MFW (jak na Węgrzech, w Portugalii, nie wspominając o Grecji). Lepiej - szczególnie dla społeczeństwa - dokonywać tych zmian w sposób zaplanowany i stopniowy. Potrzeba podwyżki wieku emerytalnego jest oczywistą oczywistością. Im dłużej żyjemy, tym dłużej musimy pracować. W ramach akcji 10-ciu ekonomistów proponowaliśmy stopniowe comiesięczne podwyższanie wieku emerytalnego, w sposób przewidywalny i niekontrowersyjny. Reformę KRUS trzeba rozpocząć jak najszybciej. KRUS nie może być gorącym kartoflem przerzucanym kolejnym rządom. Chodzi zarówno o postawą sprawiedliwość w ramach której osoby otrzymujące przyzwoite dochody z działalności rolniczej były tak samo traktowane jak pracujący w mieście, jak i o to aby nie dopłacać tak wielkich kwot jak obecnie do systemu rolniczych rent i emerytur. Kolejna kwestia to deregulacja, która powinna polegać na istotnym uproszczeniu przepisów i likwidacji wielu regulacji. Ciężko się w Polsce dereguluje gospodarkę. Ale od prezydenta można by oczekiwać przynajmniej wsparcia i promocji tej idei. Na koniec reforma zatrudnienia w sferze publicznej. Chodzi o podejście zadaniowe do wykonywanych czynności. Za te samą sumę państwo może realizować dzisiejsze zadania redukując zatrudnienie i zwiększając i różnicując wynagrodzenia w sferze budżetowym. Należałoby zacząć od likwidacji karty nauczyciela. Czy to możliwe. Bez przypominania i naciskania będzie jeszcze bardziej niemożliwe. 2010-07-06 15:19
Słuchając odpowiedzi kandydatów w niedzielnej debacie powstawało nieodparte wrażenie, że walczą oni o tzw. elektorat lewicowy i jak ognia wystrzegają się deklaracji które mogłoby wystraszyć tzw. lewicowego wyborcę. Niestety, od zakończenia I tury wyborów prezezydenckich kampania stała się bardziej populistyczna. Zaczeło się obiecywanie. Na szczęście zostało kilka dni tej kampanii, im dłużej by ona trwała tym większe spustoszenie mogłaby wywołać. Wszystkie kraje w Europie, świadome już w pełni kosztów niereformowania gospodarek, wprowadzają daleko idące pakiety oszczędnościowe. Sprowadzają się one głównie do podwyższania wieku emerytalnego, redukcji zatrudnienia i płac w sektorze publicznym oraz w niektórych trudniejszych przypadkach do podwyżek podatków. Prędzej czy później podwyżka wieku emerytalnego, dalsza likwidacja przywilejów emerytalnych i restrukturyzacja zatrudnienia w sektorze publicznym też nas będą czekać. Niestety dziś uznaje się, że o tym nie wolno wspominać w debacie. Bronisław Komorowski wybrnął z tego dylematu opowiadając się za zachętami do późniejszego przechodzenia na emeryturę. To bardzo atrakcyjny koncept, ale niestety nie działa w Polsce. U nas wciąż pokutuje przekonanie, że im wcześniejsza emerytura tym lepsza. Dlatego będziemy musieli również w Polsce podwyższyć wiek emerytalny. Jeśli dłużej żyjemy, dłużej też powinniśmy pracować na swoje emerytury. Im później zaczniemy podwyższać wiek emerytalny tym radykalniej będziemy musieli to robić, przy większych protestach społecznych. Najgorszym z wariantów byłoby wmawianie społeczeństwu, że Polska nie musi tak jak inni wieku emerytalnego podnosić. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że nie dość że nie zgodzi się na podwyżkę wieku emerytalnego to jeszcze będzie bronił wszelkich przywilejów emerytalnych. Niestety takie deklaracje wprowadzają przekonanie, że przywilejów emerytalnych trzeba bronić, a ci którzy ich bronić nie będą przegrają wybory. Szkoda, bo im więcej tego typu deklaracji padnie tym trudniej będzie później politykom dokonywać niezbędnych zmian. W debacie nie poruszono kilku kwestii, które wydają się fundamentalne dla dalszego rozwoju kraju. Przede wszystkim sposobu w jaki Polska ma obniżyć bardzo wysoki deficyt budżetowy. Czy sam wzrost gospodarczy ma nas wybawić z nadmiernego deficytu? Dobrze byłoby aby nie pozwolić uciec kandydatom w ogólniki w stylu „zwiększyć ściągalność podatków”. Kolejne pytanie powinno dotyczyć prywatyzacji. Wspólnym mianownikiem jest kwestia wciąż zbyt dużego udziału państwa w polskiej gospodarce. Dlaczego za zarządów PiS prywatyzacja została zupełnie wstrzymana, i czy kandydat tej partii nadal uważa, że państwowa własność jest lepsza od prywatnej. Z kolei jego konkurent powinien otrzymać pytanie o to czy główną formą prywatyzacji powinien być model PZU poprzez rynek publiczny z zachowaniem znacznego udziału państwa i czy jest za przejmowaniem banku prywatnego przez bank państwowy. Nie wybrażam sobie poważnej debaty bez pytania o reformę KRUS. Jak zmienić obecny system, który nie dość, że niesprawiedliwy bo dzieli Polaków według miejsca zamieszkania to jeszcze konserwuje biedę na wsi. Prezydent, który będzie blokował zmiany w KRUS bedzie blokował modernizację cywilizacyjną Polski. Zapytałbym też o euro. Nie jest to co prawda najbardziej palący problem, bo Polska i tak nie spełnia kryteriów które umożliwiają przyjęcie wspólnej waluty. Ale stosunek do wspólnej waluty odpowiada też na pytanie o głębokość naszej integracji w ramach Unii Europejskiej i chęć wykorzystania szans płynących z głębszej integracji. Na koniec pytanie o rolę prezydenta w prowadzeniu polityki gospodarczej. Czy powinna być bardziej konsultacyjna i wspierająca czy też konfrontacyjna i blokująca. Osobiście uważam, że jeśli miałby być wyłącznie blokująca to nie będzie żadnej polityki gospodarczej. Będzie dryf. 2010-07-06 15:17
Wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich wskazuje na to, że oba warianty w drugiej turze są możliwe. Z dotychczasowego przebiegu kampanii wyborczej mało dowiedzieliśmy się o programach gospodarczych obu kandydatów. Nie wiem na ile zmienią to najbliższe dwa tygodnie - ale przecieżkandydatów znamy. Nie sądzę więc aby to co powiedzą w ciągu najbliższych dwóch tygodni oddawało bardziej ich poglądy gospodarcze niż działania podejmowane w okresie ostatnich kilku lat. To są ważne wybory. Moc sprawcza prezydenta jest bardzo ograniczona, ale moc blokująca znacząca. Tak więc w Polsce to nie tylko rząd, ale również prezydent – choć w różny sposób – wpływają na politykę gospodarczą kraju. Aby nie wchodzić w bieżący spór polityczny wystarczy przypomnieć dwa istotne weta prezydenta Kwaśniewskiego. Jedno dotyczyło obniżki podatków osobistych z ówczesnych stawek 20%, 30%, 40% na 18 i 28% w roku 1999. Kilka lat później podatki zostały obniżone w podobnej skali, ale akurat w okresie znacznych trudności na rynku pracy brak niższych podatków bez wątpienia był stratą dla gospodarki. Innym ważnym wetem prezydenta Kwaśniewskiego było podpisanie w 2005 ustawy wprowadzające wyłom w systemie emerytalnym przywracając przywilej emerytalne dla jednej grupy zawodowej - dla górników. Obie te decyzje był złe i chyba sam prezydent Kwaśniewski trochę ich teraz żałuje. Nie mam oczywiście takiej pewności (że żałuje), może się w najbliższym czasie dowiemy. W okresie kiedy Polska walczyła z klęską powodzi cała Europa toczyła walkę z problemem nadmiernego zadłużenia. W ostatnich tygodniach większość krajów europejskich zgłosiła serię daleko idących reform fiskalnych zmierzających do znacznej obniżki deficytów i długów. Chodziło przede wszystkim o to aby udowodnić rynkom finansowym, że poszczególne kraje europejskie są w stanie same wyjść z kryzysu fiskalnego i nie czeka ich los Grecji. Większość tych działań ma na celu zejście z deficytem poniżej 3% PKB w perspektywie roku 2013. Na tym tle Polska dziś wypada jeszcze całkiem dobrze z deficytem budżetowym w pobliżu średniej unijnej, a długiem publicznym poniżej. Niemniej w perspektywie roku, a tym bardziej dwóch będziemy znacznie bliżej peletonu europejskiego niż średniej. Będzie to skutkiem tego, że jeśli zaczniemy reformować to zapewne z opóźnieniem w stosunku do pozostałych krajów europejskich. Jeśli …. I to jest tak naprawdę fundamentalna kwestia. Nie chodzi bowiem o ideologie, o to czy lepszy jest podatek liniowy czy progresywny, czy prywatyzować poprzez giełdę czy poprzez sprzedaż akcjonariuszom większościowym. Prawdziwe wyzwanie dotyczy tego czy rząd będzie w ogółem w stanie dokonywać jakichkolwiek zmian w ustawodawstwie gospodarczym. O to czego będzie dotyczyła debata w Polsce po wyborach – czy będzie to debata wokół rożnych propozycji rozwiązań gospodarczych, czy będzie to debata zupełnie obok. Rynek finansowy nie zareagował na wyniki I tury. Zareaguje dopiero na wyniki po 4 lipca. Ale krótkotrwała reakcja rynku finansowego jest mniej istotna niż dłuższa perspektywa gospodarcza. Tak naprawdę możemy sobie wyobrazić trzy scenariusze: reformy, dryf, lub destrukcję. O ile na szczęście ten ostatni scenariusz dziś wydaje się mało prawdopodobny, to wybór między pierwszymi dwoma jest realny. Pamiętajmy, że mało który rząd garnie się do reformowania gospodarki. Dlatego taż ważne jest to aby tworzyć maksymalnie przyjazny klimat dla takich działań. Dlatego te wybory są tak ważne. 2010-07-06 15:15
Dobrze, że w końcu mamy prezesa NBP. Przed nowym szefem banku centralnego w najbliższym czasie jedno zadanie wydaje się podstawowe. Jest to kwestia interwencji walutowych. Dla przypomnienia - bank centralny interweniował osłabiając złotego przy poziomie 3.85/EUR, kilka tygodni później Ministerstwo Finansów za pomocą BGK interweniowało umacniając złotego przy poziomie 4.20/EUR. Nie ma pewności czy powstały w ten sposób przedział jest przypadkowy czy przemyślany. Przy obecnej zmienności złotego jest bardzo prawdopodobne, że jeden z tych poziomów będzie w najbliższym czasie testowany. Wypowiedzi nowego prezesa NBP wskazywały na to, że nie jest on przeciwnikiem interwencji walutowych zastrzegając, że „ewentualne interwencje walutowe powinny służyć wygładzaniu wahań kursu, a nie obronie konkretnych poziomów czy utrzymywaniu kursu w określonym paśmie”. Wcześniej prezes NBP podkreślał też, że obecne wahania kursowe są pochodną zmian na rynkach światowych a nie wynikają z sytuacji polskiej gospodarki. Tego typu stwierdzenia wskazywałyby na podejście pragmatyczne, w ramach którego żaden konketny poziom kursu nie jest celem banku centralnego. Niewykluczone, że już niedługo będziemy mogli sprawdzić jak to wygląda w praktyce. W zeszły piątek podano wstępne informacje, według których Narodowy Bank Szwajcarii tylko w maju wydał na interwencje walutowe w celu osłabienia franka szwajcarskiego kwotę 73.2 miliardów CHF. W tym okresie frank umocnił się wobec euro o 0.8%, przy dużej zmienności. Rynek negatywnie zaregował na informację o wydaniu tak znacznych kwot na interwencje walutowe i w reakcji CHF jeszcze bardziej umocnił się wobec euro. Rynek uznał bowiem, że dotychczasowe interwencje walutowe Banku Szwajcarii były nieskuteczne. Dla porównania w kwietniu dokonano interwencji walutowych na kwotę rzędu 25-30 mld CHF a w poprzednich dwóch miesiącach kwoty te nie przekroczyły poziomu 15-20 miliardów. Majowe interwencje były największe od początku kryzysu finansowego. Można szacować, że bank centralny Szwajcarii od początku kryzysu przeznaczył ok. 150-200 miliardów CHF w celu osłabienia franka. Mimo to CHF umocnił się do euro o ponad 16% od początku kryzysu (czyli od lata 2007). Interwencje walutowe rzadko są skuteczne. W Polsce rynek będzie chciał przetestować poziom 4.20/EUR jak i za jakiś czas zapewne też 3.85/EUR. Jeśli poziom ten zostanie przebity to kurs szybko poszybuje dalej, gdyż zniknie bariera strachu. Właściwa polityka interwencyjna w takiej sytuacji wymaga niebywałej finezji. Nowy prezes NBP mówi, że celem polityki interwencji walutowych powinno być wyeliminowanie nadmiernych fluktuacji. Pytanie brzmi jakie fluktuacje zaliczyć należy do nadmiernych, a jakie są akceptowalne. Praktyczna odpowiedź na to pytanie jest jednym z głównych zadań na najbliższe tygodnie. Osobiście byłbym zwolennikiem rzadkich interwencji, dokonywanych wyłącznie w sytuacji, gdy tempo i skala zmian kursów jest oderwana od fundamentów i jest pochodną paniki, a nie zmian trendów. Łatwo to napisać, trudniej realizować … 2010-06-18 10:46
Gdyby Grecja zamiast euro posiadała drachmę, to poprzez jej naturalną dewaluację odzyskałaby konkurencyjność. Ale ma euro i taki prosty sposób na poprawę konkurencyjności nie jest możliwy. Sceptycy wspólnej waluty wymieniają ten argument jako koronny, sugerując, że bez euro Grecji byłoby łatwiej. Nie jest to do końca prawda. Grecja posiadając wspólną walutę może dokonać niezbędnej restrukturyzacji i zyskać konkurencyjność, musi jednak zrobić to metodami wymagającymi więcej wysiłku – czyli bardziej strukturalnymi. Takimi które dają szanse na odzyskanie konkurencyjności na dłuższy okres czasu, w sposób bardziej trwały niż osłabienie waluty. Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że są to reformy bardzo trudne, czy wręcz niemożliwe do przeprowadzenia ze względu na brak akceptacji społecznej. Polska w roku 1989 była w nieporównywalnie gorszej sytuacji niż Grecja obecnie. Ale w przeciągu niemal dekady z bankruta który był w stanie wyeksportować do krajów wysokorozwiniętych jedynie węgiel i produktu rolnicze zmieniła się w kraj gdzie 70% towarów eksportowano do krajów UE, a 40% eksportu stanowiły maszyny i urządzenia. W dyskusji nt. Grecji często pada przykład Szwecji, która w latach 90-tych przeszła przez głęboki kryzys bankowy. Sądzę jednak, że paradoksalnie Grecja mogłaby wyciągnąć więcej wniosków z doświadczeń wiodących krajów Europy Środkowo Wschodniej, które na początku transformacji - podobnie jak dzisiaj Grecja - były skrajnie niekonkurencyjne z niskim udziałem eksportu w PKB. Zacznijmy jednak od sposobu w jaki Grecja może uzyskać konkurencyjność będąc jednocześnie członkiem wspólnego obszaru walutowego. Jak wiadomo, najważniejszą gałęzią greckiej gospodarki jest turystyka, która stanowi 15% greckiego PKB. Obecnie szacuje się, że w związku z kryzysem, a przede wszystkim z zamieszkami i strajkami, w tym roku Grecję odwiedzi o 30% mniej turystów niż w roku poprzednim. Przyjmując prostą zależność liniową można przyjąć, że w podobnej proporcji zmniejszą się wpływy z turystyki. Na szczęście dla Greków sezon się dopiero zaczyna, tak więc chcąc zminimalizować te straty muszą uatrakcyjnić swą ofertę. A jedynym sposobem na bardziej atrakcyjną ofertę jest obniżka cen – turyści będą bowiem oczekiwać niższych kosztów w zamian za powstałe nowe ryzyko. Tak więc właściciele ośrodków turystycznych muszą zadowolić się albo mniejszym zyskiem, lub też będą zmuszeni do renegocjacji umów z dostawcami wszelkich usług i towarów jak również płac. Aby być bardziej atrakcyjnymi muszą być tańsi. Inaczej stracą część klientów i zysków. W innych dziedzinach życia gospodarczego Grecy rozpoczęli podobne co do kierunku reformy, polegające na likwidacji ograniczeń w dostępie do zawodów jak również w dostępie do wykonywania usług. Im większy dostęp tym wyższa konkurencja i tym niższe ceny. W ten sposób Grecja może w perspektywie najbliższych lat stać się krajem znacznie bardziej konkurencyjnym i tańszym, posiadając wciąż euro. Jednak samo odzyskanie konkurencyjności nie wystarczy. Potrzebne jest większa dywersyfikacja tworzenia dochodu narodowego. Polska w latach 90-tych dzięki głębokim strukturalnym reformom z początku lat 90-tych stała się krajem w którym opłacało się inwestować. Faktem jest, że jednym z głównych czynników zachęcających inwestorów zagranicznych do inwestowania w Polsce były niskie koszty pracy, ale nie jedynym. Istotnym czynnikiem jest zawsze perspektywa wzrostu produktywności. Polska w tym względzie miała całkiem dobre perspektywy ze względu na dużą podaż młodej wykształconej siły roboczej i nowoczesny park maszynowy w nowo otwieranych zakładach. Grecja dziś jest droga, ale w perspektywie dekady może stać się znacznie tańsza. Jeśli regulacje rynku pracy nie ograniczą naturalnych dostosowań rynkowych to Grecja w perspektywie dekady ma szanse stać się krajem konkurencyjnym gdzie widoczna część dochodu narodowego będzie pochodzić z eksportu. Jednak zanim to się stanie czeka Greków dekada mizernego wzrostu. Jest to jednak cena za populistyczny socjalizm w greckim wydaniu. Jeśli politycy poprzez interwencje nie ograniczą działania naturalnych sił rynkowych to Grecji może się powieść tak jak udało się Polsce. 2010-06-09 09:56
Im większa nierównowaga w gospodarce tym większe zagrożenie kryzysem. To zawsze działa w podobny sposób. Przez lata nierównowaga narasta i potem nagle, w przeciągu miesięcy następuje gwałtowne dostosowanie. Nierównowagi mogą pojawić się w różnych miejscach: na rynku akcji, na rynku nieruchomości, na rynku pracy, na rynku kredytu. Narastanie nierównowagi to długotrwały proces, zwykle znajduje się rzeszę argumentów dlaczego np. długotrwały wzrost cen danego aktywu jest uzasadniony. Typowym sygnałem „przegrzania” na rynku jest wszechobecność i pewność przekonania, że wzrosty te trwały będą w nieskończoność. Zauważmy, że największą nierównowagą przed kryzysem finansowym był rekordowo wysoki deficyt na rachunku obrotów bieżących USA. Z całą serią naukowych uzasadnień. Najbardziej znanym z nich była teza, że mamy do czynienia z nowym porządkiem na świecie, gdzie Amerykanie kupują chińskie towary, które na kredyt finansowane są przed chiński rząd skupujący amerykańskie obligacje. Dodatkowym wyjaśnieniem dla trwałości tej nierównowagi był tzw. „saving glut” czyli nadwyżka oszczędności w krajach rozwijających, która musiałaby być gdzieś inwestowana. I była: w Stanach Zjednoczonych. Znaczna część amerykańskiej konsumpcji była na kredyt. Po głębokim spadku cen mieszkań i utracie pracy przez prawie 9 milionów Amerykanów, nastąpiło głębokie dostosowanie – Amerykanie zaczęli oszczędzać i mniej wydawać. Zmniejszenie tej nierównowagi było bardzo kosztowne i bolesne. Podobnie na rynku bankowym. Przed upadkiem Lehman Brothers kredyt był dobrem o praktycznie nieograniczonym dostępie, podobnie płynność na rynku finansowym. Po 15 września 2008 r. okazało się, że jest inaczej. Banki które były nadmiernie zlewarowane, czyli miały za dużo kredytów w stosunku do stabilnych źródeł finansowania popadły w tarapaty. A jeden wielki bank upadł. Okazało się, że nierównowaga na rynku bankowym w niektórych przypadkach przybrała skalę, która była nie do utrzymania w dłuższym okresie. Jak wiadomo skrajnym przykładem była Islandia, gdzie relacja kredytów do depozytów wynosiła 400%! Na Węgrzech 170% w szczycie, a w Polsce 120%. 120% na tle innych krajów nie wygląda odstraszająco, ale i tak te brakujące 20% siłą rzeczy stanowiły problem dla sektora bankowego. Od tego czasu trwa proces delewarowania, czyli ograniczanie skali kredytowania tak aby wskaźnik relacji kredytów do depozytów był jak najbliżej 100%. I ten proces trwa, ale jest bolesny, szczególnie w tych krajach, gdzie boom kredytowy był największy. Bo zarówno firmy jak konsumenci przyzwyczaili się żyć z łatwo dostępnym i relatywnie tanim kredytem. Bez łatwego kredytu nie byłoby oczywiście eksplozji cen nieruchomości. Jak głębokie były nierównowagi na tym rynku najlepiej obrazuje skala spadku cen nieruchomości w okresie kryzysu. W Stanach w przeciągu dwóch lat ceny nieruchomości spadły od swego szczytu o 30%, w Wielkiej Brytanii o 13-15%, w Irlandii o ok. 30%, a w Polsce 5-7%. Może zaskakiwać relatywnie niewielki spadek cen w Polsce, ale proszę pamiętać, że mówimy o cenach średnich dla kraju i o tym, ze rynek nieruchomości w Polsce nie zdążył się przegrzać. Ale gdyby nie kryzys, jeszcze dwa lata takiego wzrostu jak przed kryzysem i bylibyśmy bliżej korekty amerykańskiej. Jak niebezpieczna jest nierównowaga na rynku nieruchomości najlepiej obrazuje ostatni kryzys, który rozpoczął się właśnie od tego segmentu rynku. Dzisiaj najważniejszym zadaniem zarówno dla NBP jak i dla rządu w przyszłości jest monitorowanie nierównowag w gospodarce i niedopuszczenie do ich powstawania. Nie jest to łatwe zadanie ale koszty tego typu działań są znacznie mniejsze niż sprzątanie po kryzysie. 2010-06-02 10:40
To nie jest łatwy rok dla polskiej gospodarki. Najpierw sroga zima, potem tragedia w Smoleńsku, chwilę później wybuch wulkanu, a teraz powódź. W tym samym czasie mamy do czynienia z apogeum drugiej fazy kryzysu, tym razem fiskalnego. Polska musi więc bronić się na kilku frontach jednocześnie. A nie jest to łatwe. Trudno oszacować skutki finansowe powodzi, ale bez wątpienia suma opisanych powyżej wydarzeń przełoży się na nieco niższe tempo wzrostu PKB. Można bardzo wstępnie szacować, że wzrost gospodarczy z powodu wszystkich tych zjawisk może być o ok. 0.2 – 0.3 punktu procentowego niższy. Równocześnie w obliczu głębokiego kryzysu strefy euro i ryzyka zarażenia innych krajów południa Europy Polska musi udowadniać światu, że jej finanse publiczne są w nieporównywalnie lepszym stanie niż zagrożonych krajów PIGS. W takim trudnym i zmiennym okresie w jakim obecnie jesteśmy zasadnicze pytanie dotyczy skuteczności władzy publicznej. Musi ona działać na kilku frontach na raz, nie może skupić się wyłącznie na rozwiązywaniu jednego problemu. Ważne aby działania te były przemyślane i systemowe a nie ad hoc. Stąd też tak istotne jest aby nie ulegać presji chwili i brać pod uwagę szerszy kontekst wydarzeń. Chodzi mi przede wszystkim o pomysły wprowadzenia autopoprawki budżetowej która, jak rozumiem intencje wnioskodawców, miałaby zwiększyć deficyt w celu pomocy dla terenów zalanych powodzią. Bez wątpienie pomoc jest potrzebna i to szybka, ale może być ona tylko taka jakie są możliwości finansowe państwa. Na szczęście w tym roku dochody budżetowe wraz z zyskiem z NBP będą wyższe niż wcześniejsze prognozy. Ale co najważniejsze w kontekście powodzi to aby brać pod uwagę przy wszystkich decyzjach kontekst międzynarodowy. Obecnie kolejne kraje przedkładają pakiety ograniczające wydatki państwa i podnoszące podatki po to aby obniżyć deficyty i zahamować narastanie długu publicznego. My nie możemy iść w drugą stronę. Jak dotychczas udało nam się udowodnić, że polski deficyt będzie malał, a dług nie wzrośnie ponad 55% w tym roku. Takie przekonanie musi zostać utrzymane. Drugą kwestią są interwencje na rynku walutowym. Słaby złoty to efekt znanej zależności: inwestorzy wyprzedają swoje aktywa na rynkach wschodzących lokując je w bezpiecznych papierach skarbowych rządu USA czy też Niemiec. W zeszłym tygodniu w obliczu kolejnej fazy paniki na rynkach, która nastąpiła po tym jak rząd Niemiec z zaskoczenia i bez konsultacji z innymi krajami wprowadził zakaz krótkiej sprzedaży, polski rząd zdecydował się zainterweniować w obronie złotego. W czwartek, po tym jak w ciągu jednego dnia złoty osłabił się o 13 groszy, Bank Gospodarstwa Krajowego sprzedał posiadane euro umacniając w ten sposób polską walutę. Interwencja ta była skuteczna, złoty chwilę później umocnił się do poziomu 4.16 za euro a dziś kurs złotego jest w pobliżu 4.11 za euro. A jeszcze 9 kwietnia NBP interweniował w celu osłabienie złotego przy poziomie 3.85 za euro. Mam nadzieję, że polityka interwencji jest ściśle koordynowana pomiędzy NBP i Ministerstwem Finansów. Nie jest to do końca jasne, bo gdyby tak było to przecież NBP nie powinien sprzeciwiać się przedłużeniu linii kredytowej z MFW. W wyniku tych działań powstał korytarz interwencji: 3.85 – 4.20 który rynek finansowy będzie zapewne pewnego dnia chciał przetestować. Ważne aby żadne konkretne poziomy nie były bronione, aby interwencje były niespodziewane. I na koniec, mam nadzieję, że strategia interwencji jest głęboka przemyślana i dobrze przygotowana, bo jak zaczęło się grać z rynkiem finansowym to już łatwo nie da się skończyć. Władza publiczna musi być skuteczna i odpowiedzialna. Musi podejmować decyzje, które czasami są sprzeczne z presją chwili, ale są korzystne w dłuższym okresie. Tak moim zdaniem powinniśmy ocenić skuteczność państwa. 2010-05-27 15:15
Od momentu kiedy na dobre rozwinął się kryzys grecki euro zaczęło tracić na wartości w stosunku do dolara. Jeszcze w grudniu za jedno euro można było otrzymać 1.50 dolara, w kwietniu 1.30, a teraz już tylko 1.21. Co więcej, większość graczy na rynku finansowym obstawia dalsze osłabianie euro w kierunku 1.10 a nawet 1:1. Należałoby więc powiedzieć dlaczego tak się dzieje i co to oznacza dla Europy i dla nas. Problem Europy nie polega na tym, że Grecja znalazła się w tarapatach. Problemem jest to, że wiele krajów Europy zwiększyło ponad miarę swe deficyty budżetowe, co spowodowało największy od drugiej wojny światowej przyrost zadłużenia. Obawa dotyczą przede wszystkim tego jak i czy poszczególne kraje Europy będą w stanie wyjść z tak wielkiego zadłużenia. W ostatnim tygodniu Hiszpania i Portugalia ogłosiły plany reform w celu szybkiego ograniczenia deficytu budżetowego. Hiszpania przedstawiała pakiet rozwiązań, które w przyszłym roku mają doprowadzić do obniżenia deficytu do poziomu 6% z 11.2% w 2009 i 9.3% w 2010. Z kolei Portugalia planuje zejść z deficytem z 9.4% w 2009 i 7.3% w tym roku do 5.1% w przyszłym. Reformy te zostały wymuszone poprzez presję rynków finansowych, które żądały coraz wyższej premii za obligacje tych krajów. Widać dziś, że Europa wyciąga wnioski z kryzysu i stara się uniknąć scenariusza greckiego, w którym jedyną deską ratunku była pomoc międzynarodowa. Paradoksalnie jednak rynki finansowe zareagowały negatywnie na te pakiety reform obawiając w krótkim okresie pogłębienia recesji i tym samym kontynuacji problemów z zadłużeniem. W krótkim okresie rynki finansowe mogą mieć rację. Ale w długim okresie moim zdaniem racji nie mają - akurat uzdrawianie finansów publicznych wraz z osłabianiem euro jest jedną z najprostszych dróg wyjścia z kryzysu w jakim znalazła się Europa. Słabsze euro to wzrost konkurencyjności europejskich produktów (co jest istotne szczególnie dla największego eksportera w Europie jakim są Niemcy), a głębokie reformy fiskalne to szansa na bezpieczny długofalowy wzrost. Jest jednak jedno ale. Wzrost gospodarczy w Europie taki jak był przed kryzysem w wielu krajach nie wystarczy aby bez dodatkowych reform wyjść na stałe z wielkiego ciężaru długu. Europa w perspektywie najbliższych lat może rozwijać się w tempie 1-2%, co nie daje szans na obniżenie zadłużenia. Dług można bowiem obniżać poprzez wzrost gospodarczy w przypadku generowania nadwyżki budżetowej, a taka przy tak mizernym wzroście gospodarczym jest mało prawdopodobna. Do tego dochodzi efekt starzejącego się społeczeństwa, czyli perspektywa wzrostu wydatków państwa i to w całkiem nieodległej przyszłości. Innymi słowy same reformy fiskalne nie wystarczą. Potrzebne są tzw. reformy podażowe, które zwiększają zatrudnienie, aktywność gospodarczą, sprzyjają powstawaniu nowego popytu. Dla przykładu w Grecji bardziej otwarty ma być dostęp do wielu zawodów. W Niemczech już kilka lat temu nieco zliberalizowano reguły prowadzenia handlu. Ale reformy te muszą pójść dalej. Jeśli społeczeństwa Europy chcą wyjść z tej pułapki i zbliżyć się do tempa wzrostu rzędu 3 – 4% będą zmuszone do reformy państwa w kierunku modelu anglosaskiego. Czyli z otwartym i elastycznym rynkiem pracy, otwartym na pracowników z innych krajów z deregulowanym rynkiem produkcji. Bez takich reform Europę czeka wieloletnia stagnacja. W pewnym sensie podobna do tej z jaka miała miejsce przez prawie dwie dekady w Japonii. Dopiero dziś widać, że dotychczasowy model nie jest w stanie sprostać obecnym wyzwaniom. To czy Europa będzie się upierać przy swym modelu - z którego politycy wielu krajów są wciąż dumni - czy też będzie w stanie reformować gospodarkę w stronę modelu anglosaskiego będzie kluczem do odpowiedzi o przyszłość Europy. 2010-05-21 12:11
5 maja 2010 Wydarzenia zeszłego tygodnia na stałe przejdą do historii gospodarczej świata. Mimo obietnicy udzielenia Grecji pomocy rynki finansowe uznały ją za bankruta. Same zapowiedzi nie wystarczyły aby rozwiać obawy o to czy państwo to w perspektywie najbliższych lat będzie w stanie wyjść ze spirali zadłużenia. Panika rynkowa doprowadziła do tego, że w zeszłą środę za obligacje dwuletnie inwestorzy żądali 18.7% w skali roku. Żaden rząd na świecie nie jest w stanie tak drogo finansować swojego długu. Co więcej, niewielu inwestorów dzisiaj byłoby skłonnych powierzyć Grecji pieniądze, nawet na tak wysoki procent. Istnieje bowiem obawa, że Grecja nie będzie w stanie spłacić swego zadłużenia. A jedną z najbardziej prawdopodobnych opcji jest obecnie restrukturyzacja greckiego długu - czyli zmiana jego wyceny. Dziś spekuluje się, że 1 euro greckiego długu warte będzie 30 - 50 eurocentów. Wiele wskazuje na to, że świat wyciągnął lekcje z upadku Lehman Brothers w 2008 i wcześniej Argentyny w 2001 roku. Sytuacja w obu przypadkach miała jedną cechę wspólną - była nią utrata płynności. To samo dotkęło teraz Grecję. Do 19 maja Grecja musi znaleźć 9 mld euro aby spłacić zapadający w tym dniu dług. Jedynym możliwym źródłem finansowania są dzisiaj Międzynarodowy Fundusz Walutowy i kraje Unii Europejskiej. Jak wiadomo niemieckie społeczeństwo, które przeżywa najgłębszą od zakończenia II Wojny Światowej recesję, nie ma zbyt wielkiej ochoty wesprzeć państwo z południa prawie dziewięcioma miliardami euro jakie przypadło im w ramach pomocy. Jest jednak klika powodów dla których pomoc Grecji leży w interesie Niemców. Po pierwsze używają oni tej samej waluty co Grecja. Erozja strefy euro nie leży w interesie kraju takiego jak Niemcy, dla których stabilna waluta była jednym z czynników sukcesu gospodarczego. Po drugie jeśli Grecja przestanie obsługiwać swój dług, to rynki finansowe podobnie jak Grecję potraktują koleje kraje grupy PIGS, w szczególności Portugalię i Hiszpanię. O ile sytuacja Hiszpanii wydaje się lepsza niż Grecji, to w panice jaka nastąpiłaby po oficjalnym ogłoszeniu niewypłacalności Aten prawdopodobnie czekałaby nas również ucieczka od hiszpańskiego długu. Główny problem z Hiszpanią wynika z jej skali. O ile na dzisiaj pomoc dla Grecji na najbliższe trzy lata szacuje się na 110 miliardów euro, o tyle dla Hiszpanii musielibyśmy mówić o nieporównywalnie większych kwotach. Dla porównania, w tym roku potrzeby pożyczkowe Grecji wynoszą 52 miliardy euro podczas gdy Hiszpanii 200 miliardów!!! Perspektywa efektu domino spędza sen z powiek zarówno inwestorom jak i przywódcom państw europejskich. Dlatego Niemcy musiały pomóc. To że Grecja otrzymała pomoc nie oznacza że jej problem został rozwiązany. Uda się prawdopodobnie zapobiec panice, ale główne wyzwania są dopiero przed nią. Będzie musiała zdecydować się na reformy, dzięki którym w najbliższych trzech latach uniezależni się od pomocy zewnętrznej i zmniejszy skalę zadłużenia państwa. Przez to, że rynek finansowy doprowadził de facto do bankructwa tego kraju, rząd grecki został zmuszony do przyjęcia warunków, o których jeszcze kilka tygodni temu w ogóle nie chciał słyszeć (podwyżka wieku emerytalnego, likwidacja 13 i 14 pensji, wypłat świątecznych itp). To czy uda się Grekom wyjść z tego błędnego koła zależy od nich samych. Paradoksalnie sytuacja Grecji jest o tyle trudniejsza od naszej 1989 roku, że są oni przekonani, iż pomoc musi nadejść. My musieliśmy udowodnić światu, że jesteśmy w stanie poradzić sobie sami. 2010-05-17 15:57
Wspólna waluta znalazła się na bardzo ostrym zakręcie. Można ją śmiało wyprowadzić na prostą, pod warunkiem, że politycy strefy euro zgodzą się co do diagnozy i podstawowych środków zaradczych. Obecny kryzys może być dla strefy euro ozdrowieńczy, lub też okazać się początkiem jej erozji. W skrócie wspólna waluta powinna mieć jak najwięcej cech marki niemieckiej, a jak najmniej drahmy czy lira. Powinna być to waluta stabilna i silna, oparta na silnych fundamentach gospodarczych, w tym przede wszystkim niskiej inflacji oraz na konserwatywnej polityce fiskalnej. I teraz trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie na ile zaproponowane w weekend przez przywódców europejskich działania rozwiązują ten problem. Bez wątpienia główny cel został osiągnięty. Poniedziałek rozpoczął się od wzrostów indeksów, spadku rentowności obligacji, umacniania euro i walut wschodzących, w tym przede wszystkim złotego. Kolejne dni przyniosły uspokojenie, a groziła nam zapaść na rynku finansowym w skali podobnej jaka miała miejsce po upadku Lehman Brothers. Należy pamiętać jednak, że reakcja rynków była głownie spowodowana działaniem Europejskiego Banku Centralnego, który ogłosił, że będzie skupował obligacje zagrożonych krajów. Skutkiem tych działań była bardzo silna reakcja rynku. Greckie rentowności spadły od kliku do kilkunastu procent, ale wciąż są najwyższe w strefie euro, powyżej poziomu polskiego. Pozostałe działania EBC przywróciły pewność na rynkach, że płynność dla sektora bankowego będzie zapewniona. Były to działania, które zostały wypracowane po upadku Lehman Brothers i miały na celu uspokojenie nastrojów na rynkach światowych. Świat się bowiem przestraszył, że grozi nam po raz kolejny zamrożenie rynku finansowego i kolejne uderzenie recesji. Z kolei europejski mechanizm stabilizacyjny ma na celu zapewnienie, że są przygotowane pieniądze aby pomóc krajom większym niż Grecja. Ewentualna pomoc na poziomie 750 mld euro poprzez pożyczki i gwarancje wraz MFW to sposób na przekonanie rynków finansowych, że nawet w przypadku problemów z płynnością takich wielkich gospodarek jak Hiszpania czy Włochy rządy krajów europejskich wraz MFW będą w stanie szybko wspomóc je w potrzebie. Ewidentnie chciano w ten sposób zatrzeć negatywne wrażenie, jakie powstało po ponad dwumiesięcznych sporach o sposób pomocy dla Grecji. Teraz podjęcie znacznie poważniejszych decyzji zajęło weekend. Działania te uspokoiły rynek finansowy, ale nie rozwiązały żadnego długofalowego problemu strefy euro. Zauważmy, że działania te nie odpowiadają na podstawowe pytanie jak zapewnić, aby euro było stabilną walutą. Udało się bowiem ustalić mechanizm ratowania euro z opresji, ale nie ustalono zasad jak w przyszłości uniknąć takich sytuacji jak miało to miejsce w Grecji. O ile stabilność cen gwarantuje niezależny EBC, o tyle wciąż brakuje mechanizmu stabilizacji fiskalnej i konsekwencji jej nieprzestrzegania. W tym przypadku kluczowe będzie dogadania się Niemiec z Francją, które w przeszłości już toczyły spór o reguły fiskalne w strefie euro. Po pierwsze muszą być wprowadzone bardzo restrykcyjne zasady zmuszające poszczególne kraje strefy euro do przestrzegania reguł fiskalnych. Po drugie muszą być też wprowadzane sankcje, aż po wykluczenie ze strefy euro kraju notorycznie nieprzestrzegającego przyjętych zasad. Nie sądzę też aby w takich wypadkach miał sens konsensus, bo przecież wykluczany kraj będzie raczej ostatnim który będzie chciał się na to zgodzić. Obecny kryzys pokazał, jak rozluźnianie reguł gry prowadzi w konsekwencji do kryzysu całej strefy. Bo niestety zły przykład dały swego czasu Francja i Niemcy przekraczając uzgodnione poziomy deficytu. Mogły być wtedy przekonane, że to nic groźnego, bo przecież są odpowiedzialne i do nadmiernego zadłużenia nie dopuszczą. I nie dopuściły … tyle że nadmierne zadłużenie wybuchło na tzw. śródziemnomorskich peryferiach Europy i uderzyło rykoszetem we wszystkie kraje Europy. To czy kraje euro będą w stanie zbliżyć euro do standardów marki niemieckiej jest kluczowe również dla nas. Do klubu państw z silną i stabilną walutą powinniśmy starać się wejść jak najszybciej. Jeśli euro będzie erodowało, to prędzej czy później Niemcy wrócą do DM. Warianty erozji nie leży w interesie Europy. Mam nadzieje, że na właściwe działania nie będziemy musieli długo czekać.
2010-05-14 09:21
|