O mnie
 
Główny Ekonomista BRE Banku Dyrektor ds. Strategii i Nadzoru Właścicielskiego
 


Najnowsze komentarze
 
2010-09-05 19:21
THE MAN WITH NO NAME do wpisu:
Coraz lepsze dane o PKB
RYSIU bez podniety juz w kwietniu nagoniłeś lud na PLN , dzieki czemu zarobilismy po 70gr na USD.
 
2010-09-05 14:42
RoBo_invest do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Problem jest taki, ze jak beda z,oany w ksiegowaniu to jeszcze bardziej bedzie mozna tuszowac[...]
 
2010-09-01 09:53
Ireneusz Wieczorek do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Witam Panie Ryszardzie Dla mnie wystarczy jedno stwierdzenie z Pana artykułu..." może[...]
 





 Oceń wpis
   

Jeśli dobrze pójdzie to w przyszłym roku omskniemy się tuż pod granicą 55% długu do PKB. W kolejnych dwóch latach podobnie. Takie są przynajmniej ostatnie prognozy rządu. W tym scenariuszu nie ma miejsca na żadne nagłe, niespodziewane zjawiska. Czyli najbliższe trzy lata to balansowanie na linie, przy założeniu, że sytuacja gospodarcza na świecie będzie się powoli poprawiać. Jeśliby jednak nagle, np. w grudniu nastąpiłoby gwałtowne załamanie światowych indeksów, to choćby poprzez kurs walutowy dług może przekroczyć magiczną granicę 55%. Dla przypomnienia w takim przypadku budżet na rok po ogłoszeniu tego wyniku musi być zbilansowany. Gdyby więc tak się stało w roku 2010, to budżet na rok 2012 musiałby zredukować potrzeby państwa o 60-80 miliardów złotych. Taka redukcja w ciągu jednego roku byłaby bardzo bolesna, przede wszystkim dla tych którzy taką operację musieliby przeprowadzić. To byłoby swego rodzaju polityczne samobójstwo.

Można więc zadać sobie pytanie (a ostatnio pytanie te coraz częściej padają) po co wprowadzać tak sztywne progi do ustawy o finansach publicznych, gdy cały świat w wyniku kryzysu zwiększa swoje zadłużenie. Padają wręcz głosy, że jest to rozwiązanie antycykliczne, gdyż w okresie tak głębokiego kryzysu państwo musi mieć możliwość wzrostu zadłużenia, na jakiś czas. Po co wprowadzać tak rygorystyczne progi, które de facto grożą wstrzymaniem niektórych funkcji państwa.

No cóż. Odpowiedź tak naprawdę jest taka, że gdyby nie te progi konstytucyjne w Polsce prawdopodobnie dług publiczny, a tym samym podatki dziś byłyby większe. Tak naprawdę jest to jedyna skuteczna reguła fiskalna jaką udało nam się stworzyć w latach transformacji. Jest lepsza i bardziej skuteczna i bardziej przestrzegana niż kryterium fiskalne z Maastricht. W przeszłości w polskich rządach zdarzały się osoby czy wręcz całe ugrupowania które nie widziały większych problemów z tym, aby dług publiczny rósł do rozmiarów zagrażających dynamice wzrostu gospodarczego w przyszłości.

Tak naprawdę te limity długu wpisane do ustawy o finansach publicznych oznaczają, że rządy powinny utrzymywać dług publiczny na poziomie poniżej 40% PKB, po to aby w sytuacjach nagłego spowolnienia gospodarczego móc przejściowo zwiększyć dług. Do poziomu poniżej 50% PKB. Przekroczenie 50% PKB oznacza, że nastąpiła utrata kontroli nad finansami publicznymi. Tak właśnie dzieje się teraz, choć główną winę ponoszą ci, którzy w okresie dobrej koniunktury nie zmniejszyli długu poniżej 40% PKB. Aby polski dług zmniejszać, w latach w których wzrost gospodarczy jest bliski potencjału, budżet powinien być zbilansowany. W latach w których tempo wzrostu gospodarczego jest wyższe niż potencjał gospodarki powinna pojawić się nadwyżka budżetowa. I analogicznie w okresie spowolnienia (np. takiego jak obecnie), może pojawić się deficyt budżetowy. Progi ostrażnościowe w sposób bardzo prosty i niewysublimowany wymuszają na nas mimum dyscypliny budżetowej. Obawiam się, że bez takich zapisów prędzej czy później mogłoby się skończyć u nas tak jak na Węgrzech …

Rozumiejąc logikę tych argumentacji.

2009-10-02 16:05
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Najważniejsze pytanie w polskich finansach publicznych dotyczy sposobu wyjścia z tak wielkiego deficytu, jaki nas czeka w 2010 r.

Deficyt będzie niższy niż planowane 7 proc. PKB, dzięki wpłacie zysku z NBP, wyższej dynamice wzrostu PKB i inflacji. Ale nawet gdyby ten deficyt był mniejszy o 0,5 – 1 pkt proc. i tak w latach 2011 – 2012 Polska będzie musiała obniżyć deficyt sektora finansów publicznych o ponad 3 proc. PKB.

Taka redukcja deficytu nie jest możliwa tylko dzięki wyższej dynamice wzrostu PKB. Byłaby wręcz szkodliwa, bo oznaczałaby, że nadal dług publiczny i deficyt budżetowy będzie „zależał” wyłącznie od koniunktury gospodarczej. Takie podejście oznaczałoby również, że dług publiczny będzie balansował w granicach 50 proc. PKB, co jest groźne zarówno z powodów konstytucyjnych, ale przede wszystkim dlatego, że jest to olbrzymi garb, który wypycha inwestycje prywatne. Oznacza to też, że znaczna część rocznego deficytu idzie na spłatę odsetek od długu i uzależnia stabilność finansów państwa od nastrojach na rynkach finansowych.

W dyskusjach publicznych często padają przykłady Japonii czy Włoch, gdzie dług przekracza 100 proc. PKB. Pytanie tylko, czy chcemy podobnie też rozwijać się w tempie około 1 proc. przez najbliższe dekady. Czy chcemy pójść drogą Węgier, które przybite do muru musiały obniżać 10-proc. deficyt budżetowy znacznymi podwyżkami podatków pośrednich? W dłuższym okresie, w okresie koniunktury gospodarczej budżet musi być zrównoważony, a nawet mieć nadwyżkę, aby zmniejszyć dług Polski.

Ale zanim dojdziemy do takich dylematów jak nadwyżka czy zbilansowany budżet, trzeba zaplanować ścieżkę obniżania deficytu. Kluczowe jest to, aby dokonywać zmian po stronie wydatków państwa, a nie łatać deficytu podwyżkami podatków. W Polsce od lat mamy nieefektywne finanse publiczne, niski wiek przechodzenia na emeryturę, dziwny i niesprawiedliwy system ubezpieczeń rolniczych. Stąd kluczowe jest podjęcie działań właśnie w tych dziedzinach. Tak więc przede wszystkim wydatki!

Doświadczenia innych krajów pokazują, że szybkie zejście z deficytem nie będzie możliwe bez równoczesnego podnoszenia podatków. Ważne jest to, by oszczędności dokonywać głównie po stronie wydatków. Podwyżki podatków powinny być wyłącznie uzupełnieniem. Ale gdy reforma wydatków się nie powiedzie, czekają nas wyższe podatki i niższy wzrost gospodarczy. To byłby dość smutny scenariusz.

 

2009-09-09 13:49
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Eksportowi netto będzie zawdzięczać pozytywną dynamikę wzrostu w tym roku. Ale główną przyczyną wysokiej kontrybucji eksportu netto był bardzo głęboki spadek importu. W euro średni spadek importu w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku wyniósł 31.2%, a eksportu 24.5%. Stąd właśnie tak duży wkład eksportu netto do wzrostu. W innych krajach naszego regionu spadki dynamiki eksportu były podobne do zanotowanych w Polsce: w ciągu pierwszych pięciu miesięcy roku w Czechach eksport zmalał o 25.4 %, na Węgrzech o 26.4 % a w Słowacji o 27.9%. Najciekawsza w tym wszystkim jest Słowacja, gdzie spadek eksportu był nie wiele głębszy niż w całym regionie, pomimo tego, że kraj ten nie korzystał z efektu osłabienia waluty (od początku roku w Słowacji obowiązuje euro). Co więcej spadek dynamiki importu w Słowacji był podobnie głęboki jak na Węgrzech czy w Polsce. W Słowacji spadek importu w pierwszych pięciu miesiącach wyniósł 29.9%, na Węgrzech 30.6%, a w Czechach 27%. Ewidentnie w pierwszym półroczu nie zadział czynnik konkurencyjności cen eksportowych. Dane te pokazują jednoznacznie, że determinantą poziomu eksportu było głównie załamanie popytu zewnętrznego, głównie z Niemiec, które są największym partnerem handlowym wszystkich czterech krajów naszego regionu. W przypadku importu sytuacja była bardzo podobna - i jak pokazuje przykład Słowacji  - spadek poziomu importu nie wiązał się z ceną dóbr importowanych.

Tak naprawdę to nie Słowacja, tak jak podpowiadałaby intuicja, a Polska wyróżnia się najbardziej od pozostałych krajów. Mianowicie w Polsce mamy do czynienia z największym rozwarciem nożyc pomiędzy eksportem i importem. W dynamikach to prawie 7 punktów procentowych, przy ok. 4 punktach na Węgrzech i ok. 2 punktach w Czechach czy na Słowacji.

Wnioski z tych danych są następujące. Spadek popytu zewnętrznego przyczynił się do spadku zarówno eksportu jak importu w całym regionie. Spadek importu był głównie wynikiem spadku importu inwestycyjnego a nie konsumpcyjnego. Prawdopodobnie wyjątkiem jest tu Polska, gdzie mieliśmy do czynienia z największym osłabieniem kursu, który w szczytowym momencie osłabił się w stosunku do poziomów z lipca o 50% podczas gdy w analogicznym okresie forint węgierski osłabił się o niecałe 40%, a korona czeska o niecałe 30%. Jedna z tez, wymagającą weryfikacji, wskazywałaby, że w Polsce efekt kursowy zadziałał najsilniej na import konsumpcyjny. Inne wytłumaczenie tego fenomenu wskazywałoby na  różną strukturę importochłonności polskiego eksportu i eksportu naszych sąsiadów i bratanków.

To co widzieliśmy w pierwszej połowie roku to efekt wstrząsu wywołanego nagłym załamaniem popytu w Europie. Druga połowa roku może być już inna – wraz z upływem czasu czynnik konkurencyjności kursowej może odegrać większą rolę. Z tym, że akurat obecnie mamy do czynienia z silną aprecjacją kursów – korona czeska jest już tylko o 12% słabsza od szczytu z zeszłego roku…

Na koniec należałoby zauważyć, że słabszy złoty pomógł polskim eksporterom poprzez zwiększenie ich zyskowności, czy raczej jako neutralizator spadku wolumenu. Bo średnie osłabienie złotego było zbliżone do średniej skali spadku eksportu w euro. Efektem tego jest to, że poziom złotówkowy eksportu jest na poziomie zeszłorocznym. I to jest główny pozytywny efekt osłabienia złotego w pierwszym półroczu. 

2009-08-11 10:55
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Świat po kryzysie miał być inny. Ale że bez dodatkowych regulacji na poziomie globalnym (a przynajmniej na początku w głównych gospodarkach świata) świat finansów nie będzie skłonny do samoograniczania. Pierwsze półrocze tego roku, a szczególnie drugi kwartał, przypomniał wszystkim, że na bankowości inwestycyjnej można całkiem nieźle zarobić. W ostatnim okresie kilka banków z silnym ramieniem inwestycyjnym, uzyskało znacznie wyższe od oczekiwań wyniki finansowe. Wyniki te zostały osiągnięte w działce bankowości inwestycyjnej, oczywiście na instrumentach mniej ryzykownych niż te które doprowadziły do kryzysu. I nie ma w tym nic zdrożnego. Ale po tak zachęcajachych wynikach, przy rosnącym apetycie na ryzyko, lewar będzie rósł. A wraz z upływem czasu znów zaczną przyrastać nierównowagi... Świat finansów nie jest skłonny zadowolić się 3 procentami szybszego wzrostu. Tak jak w przeszłości, tak i teraz bedzie szukał bardziej zyskownych form inwestowania. Ważne jednak aby inwestorzy robili to na rachunek własny, a nie całego sektora finansowego - a w konsekwencji całego społeczeństwa.

To jak bardzo świat finansów nie lubi silnego nadzoru obrazuje podejście banków, które dostały pomoc publiczną w ramach programu TARP. Goldman Sachs, JP Morgan. Morgan Stanley, Bank of New York wykupili już za kwotę w sumie prawie 50mld dolarów całą pomoc publiczną uzyskaną od rządu amerykańskiego. Celem tego wykupu była ucieczka przed różnymi restrykcjami, w tym przede wszystkim dotyczącymi ograniczeń wynagrodzeń. Sprawa nie jest taka oczywista, gdyż w sytuacji gdyby jeden z tych banków znów stworzył ryzyko systemowe – musiałby być ponownie ratowany przez rząd. Nie spodziewałbym się samoograniczenia ze strony instytucji finansowych, choć one przecież same też nie są zainteresowane tym aby być w końcu ratowane przez podatnika. Główną,  lekcję z ostatniego kryzysu muszą jednak przede wszystkim wyciągnąć regulatorzy. 

Tak jak jeszcze niedawno gros publikacji i dyskusji dotyczyło walki z kryzysem i szukaniem sposobów aby koszty kryzysu zminimalizować, tak teraz punkt ciężkości przenosi się na nowe regulacje które muszą być w miarę szybko wprowadzone. Prace nad nowymi regulacjami są prowadzone od pewnego czasu, ale dziś kiedy świat wychodzi z kryzysu finansowego przyszedł czas na ich szybkie wprowadzanie. Cała finezja nowych regulacji rynku finansowego powinna polegać na tym, aby z jednej strony nowe regulacje nie zabiły innowacyjności, a z drugiej umiejętnie monitorować tę innowacyjność aby nie stwarzała ryzyka systemowego. Na jesieni tego roku FED ma dostać nowe kompetencje obejmujące również nadzór właśnie nad ryzykiem systemowym. Okazuje się jednak, że wprowadzanie nowych regulacji nie będzie łatwe, gdyż w kongresie USA dość silnym głosem odzywają się przeciwnicy przekazywania większej władzy bankowi centralnemu…

Aby ograniczyć ryzyko zbyt dużych dźwigni, bezpieczniej oceniać wagi ryzyka, oceniać wyniki i płacić za nie w perspektywie dłuższej niż roczna - niezbędne są nowe regulacje, większa transparentność i ocena ryzyka systemowego. Inaczej świat szybko wróci w stare koleiny.

2009-08-04 08:58
Ogólne Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 

 
Rok 2009 w większości krajów świata przyniósł istotne pogorszenie sytuacji fiskalnej. Po części był to efekt głębokiego spadku dochodów a po części wprowadzenia impulsów fiskalnych przez niektóre rządy państw rozwiniętych. Dodatkowym ważnym czynnikiem obciążeń fiskalnych były także pakiety przeznaczone na ratowanie sektora bankowego. Efekt jest taki, że dosłownie w ciągu kilku lat dług publiczny w najzamożniejszych gospodarkach świata wzrasta z niecałych 80% PKB w 2007 roku do ponad 105% w 2010. W przeciągu tak krótkiego czasu zadłużenie rośnie więc o ponad 35%. Nie wchodząc w dyskusje, które z tych planów fiskalnych były potrzebne i na ile okażą się skuteczne, główne pytanie dotyczy tego w jaki sposób zmniejszyć ten poziom zadłużenia w najbliższej przyszłości. Historia gospodarcza widziała różnego rodzaju kryzysy, w tym bankowe, po których za każdym razem następował znaczny wzrost długu do PKB. I jest też wiele przykładów krajów, które po okresie rozdmuchanych wydatków i bardzo wysokiego poziomu zadłużenia zdołały dokonać głębokich reform i zmniejszyć skalę obciążenia gospodarki wydatkami jak również poziom długu. Dobrym przykładem (choć ostatnio trochę niepopularnym) jest Irlandia,  w której w 1987 roku dług do PKB wynosił 109%, a już w roku 2007 już tylko 25%. Teraz dług ten wzrośnie, ale Irlandczycy już przygotowywują działania mające na celu zmniejszenie tego obciążenia już w najbliższej przyszłości. 
 
Jednym z czynników najsilniej oddziaływujących na spadek poziomu zadłużenia jest wysokie tempo wzrostu gospodarczego, które pozwala na poprawę relacji długu do PKB poprzez szybki wzrost mianownika. Ale szybki wzrost gospodarczy nie bierze się z niczego - muszą być stworzone dla takiego wzrostu odpowiednie warunki. Dlatego też powszechnie uważa się, że obniżka deficytu budżetowego (i co się z tym wiąże ograniczenie tempa narastania nominalnego poziomu długu) nie powinna być dokonywana poprzez podwyższanie podatków. Obniżka wydatków wraz z optymalizacją ich struktury byłaby wariantem optymalnym. Wariant nieoptymalny, ale skuteczny, polegałby z kolei na tym, że następuje jednoczesna obniżka wydatków i wzrost niektórych podatków po aby uniknąć pułapki zadłużenia. Podwyżka podatków w tym przypadku jest mniejszym złem niż utrzymanie wysokiego deficytu. 
 
Aby ocenić czy dany kraj wpada pułapkę zadłużenia należy sprawdzić, czy rząd jest zmuszony się dodatkowo zapożyczać aby spłacać odsetki od obecnego poziomu zadłużenia. Innymi słowy jeśli wzrost gospodarczy przynosi budżetowi takie dochody, że nie jest on zmuszony dodatkowo się zapożyczać aby spłacać odsetki, to można przyjąć, że nie ma ryzyka pułapki zadłużenia. Ta prosta zależność tłumaczy dlaczego bardziej zamożne kraje mogą sobie pozwolić na wyższy poziom zadłużenia do PKB niż kraje niezamożne. Zamożni płacą po prostu mniejsze odsetki, gdyż są bardziej wiarygodni.
 
Polska nie należy do krajów bardzo wiarygodnych. O swoją wiarygodność musimy zabiegać. Stąd tak ważne jest to aby deficyt budżetowy całego sektora finansów publicznych w roku przyszłym choćby trochę zmalał w stosunku do poziomu deficytu w tym roku. Ważne jest także to, aby dokonywać oszczędności w wydatkach, bo to sprzyjać będzie szansom na szybsze wyjście z obecnego spowolnienia. Rok 2010 będzie przełomowy, gdyż wtedy właśnie rozpocznie się nowy wyścig o to kto szybciej i na trwałe rozwiąże problemy fiskalne.
2009-07-17 10:44
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Jeszcze kilka miesięcy temu padały dość częste głosy o potrzebie zwiększenia deficytu. Oczywiście po to aby ratować kraj przed kryzysem. Proponowano zarówno zwiększenie wydatków, jak i obniżki podatków. Przy tego typu propozycjach powoływano się na przykłady krajów zachodnich, gdzie przeciętny dodatkowy impuls fiskalny wyniósł około 2% PKB. Pamiętam, że nie było łatwo przeciwstawiać się tej fali w owym czasie.  Dużo się jednak zmieniło w okresie ostatnich kilku miesięcy. Po pierwsze świat przestraszył się konsekwencji wielkiego zadłużania i wzrostów kosztów obsługi długu. Po drugie nie ma żadnej pewności, że dodatkowe tak wielkie wydatki będą korzystne dla wzrostu gospodarczego i czy przypadkiem nie spowoduje ona przedłużenia recesji. Stąd właśnie obawa o to że kształt wychodzenia z recesji będzie podobny do litery W. Czyli po głębokim spadku nastąpi krótkie ożywienie napędzane wydatkami publicznymi, a po ich wyczerpaniu i wprowadzeniu nowych podatków gospodarka znowu zwolni. Rządy Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii już dziś szukają rozwiązań które pozwoliły w niedalekiej przyszłości zmniejszyć skalę deficytu i prowadzić znów bardziej odpowiedzialną politykę fiskalną.
 
Sytuacja Polski była od początku inna. Byliśmy i jesteśmy biorcą kryzysu. Innymi słowy spowolnienie w Polsce jest podyktowane czynnikami zewnętrznymi, na które mamy ograniczony wpływ. Rolą państwa jest raczej neutralizowanie kosztów kryzysu, poprzez uelastycznienie stosunków pracy, gwarancje dla firm, postojowe, przyspieszenie realizacji projektów unijnych, zapewnienie płynności rynku finansowego, wpieranie działań  sprzyjających utrzymaniu bankowej akcji kredytowej. Zwiększenie wydatków budżetowych na modłę zachodnioeuropejską byłoby podwójnym błędem. Po pierwsze dlatego, że działania te są bardzo kosztowne i stałyby się jeszcze bardziej kosztowne w wyniku wzrostu zadłużenia, a po drugie - szczególnie w warunkach polskich gdzie efektywności wydatków publicznych jest wyjątkowo niska -   miałyby ograniczoną skuteczność.
 
Było również wiadomo, że deficyt i tak się rozleje, o czym nieliczni wspominali już na początku roku. W przypadku hamowania dynamiki wzrostu gospodarczego z niemal 5% do prawie zera głębokość spadku dochodów musi być więcej niż proporcjonalna. Miedzy innymi dlatego, że w okresie tak silnego hamowania firmy zamiast zysków mają straty. Z kolei w przypadku VAT-u pojawia się problem rosnącej szarej strefy i relatywnego zwiększenia konsumpcji dóbr niżej opodatkowanych. I po trzecie wreszcie, głównym czynnikiem napędzającym wzrost gospodarczy w Polsce jest obecnie eksport netto co akurat nie jest korzystne z punktu widzenia dochodów budżetowych. 
 
Dziś już nie słychać zbyt często nawoływań o większy deficyt. I dobrze. Gdyby deficyt zwiększyć tak jak proponowano na początku roku w przyszłym roku mielibyśmy deficyt sektora na poziomie 8% PKB i mocno przekroczony pierwszy próg 55% długu do PKB.
2009-07-17 10:41
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Kryzysy mają swoje fazy. Na początku odczuliśmy bardzo silny spadek popytu zagranicznego na nasze towary, co przełożyło się na spadek eksportu i produkcji eksportowej. Jednocześnie paraliż na rynku bankowym doprowadził do przykręcenia kurka kredytowego. To wszystko działo się w ostatnim kwartale zeszłego roku. Prawie jednocześnie przedsiębiorstwa zaczęły wstrzymywać swoje inwestycje. A świat zaczął się bać, że kryzys ten może być podobny do Wielkiego Kryzysu lat 30-ych. W pierwszym kwartale tego roku przeżyliśmy apogeum osłabienia złotego, zwolniły płace, firmy zaczęły pokazywać pierwsze straty, zaczęły się zwolnienia.
Teraz czeka nas druga fala kryzysu, co będzie konsekwencją tego wszystkiego co się dotychczas wydarzyło. Czekają nas więc druga fala zwolnień, upadki przedsiębiorstw, głębsze niż dotychczas wyhamowanie konsumpcji i inwestycji. To będzie prawdopodobnie oznaczało, że wzrost w dwóch najbliższych kwartałach będzie koło zera (lub nieco poniżej zera). Tak naprawdę jedynym silnikiem wzrostu pozostanie eksport, którego dynamika spadków jest znacznie mniejsza niż importu. To wszystko będzie miało wpływ również na sektor bankowy, który będzie musiał odczuć pogorszenie sytuacji finansowej firm, wzrost zagrożonych kredytów. Przełoży się to na gorsze wyniki banków, spadek kapitałów a w konsekwencji zmniejszenie akcji kredytowej.
Druga fala kryzysu będzie powodowała, że pogarszać się będą nastroje, szczególnie w okresie jesiennym kiedy znikną pozytywne efekty związane z letnimi pracami sezonowymi. I nawet jeśli - w co wierzę - na Zachodzie będzie pojawiało się coraz więcej sygnałów wskazujących na początki ożywienia, to gospodarka wciąż będzie odczuwała negatywne efekty drugiej fali kryzysu. Innymi słowy w najbliższych miesiącach efekty kryzysu będzie odczuwała prawie każda część polskiej gospodarki. A i tak nie będzie tak bolesne jak np. w gospodarce niemieckiej, która w tym roku skurczy się o ok. 6%, co jest najgłębszym spadkiem od II Wojny Światowej. W Niemczech skala start, upadków przedsiębiorstw, zwolnień będzie nieporównywalnie większa niż u nas.
W tym malowanym ciemną farbą scenariuszu są też pozytywy. Druga fala musiała nastąpić. Każdy kryzys musi mieć fazę restrukturyzacji i osiągnięcia dna. Krajem który takiej restrukturyzacji nie dokonał była Japonia w latach 90-ych. I to właśnie m.in. brak głębokiej restrukturyzacji firm był jedną z głównych przyczyn stagnacji i mizernego wzrostu gospodarczego przez całe lata 90-e, które są określane jako stracona dekada. Japonia jest podawana wciąż jako przykład tego czego nie należy czynić w kryzysie takim jak obecnie.
W USA do 2007 roku następuje bardzo głębokie dostosowania gospodarki do nowych warunków, na rynku mieszkaniowym, w zachowaniach konsumpcyjnych Amerkanów, na rynku pracy. Bardzo głębokie korekty na wszystkich tych rynkach (spadek cen mieszkań o 30%, wzrost bezrobocia o 5.5 mln) przynosi efekty. Rynek mieszkaniowy wskazuje na pewną stabilizację, Amerykanie zaczęli oszczędzać, skala zwolnień w gospodarce amerykańskiej spada. Po tak głębokim dostosowaniu jakie Ameryka przeszła w ciągu ostatnich 18 miesięcy można oczekiwać poprawy jeszcze w tym roku. Tak naprawdę, paradoksalnie, głównych hamulcowym szybkiego wychodzenia z recesji w USA będzie pakiet fiskalny Obamy, za który Amerykanie będą musieli już w przyszłym roku zapłacić wyższymi podatkami i wyższym kosztami obsługi długu.
Wiele wskazuje, że w gospodarce światowej jesteśmy na dnie. Jeśli gospodarka światowa, w tym szczególnie amerykańska i niemiecka, dokonają koniecznej restrukturyzacji to nie będzie nam groził scenariusz japoński. Również w Polsce. My mamy tą przewagę, że bardzo głęboka i bardzo bolesna restrukturyzacja przedsiębiorstw nastąpiła już w latach 2001 – 2002. W porównaniu z tamtym załamaniem sytuacja obecne jest naprawdę lepsza. W tamtym okresie złoty się umacniał, teraz się osłabiał. Złe kredyty w portfelach banków wynosiły 25%, obecnie 4%. No i stopy procentowe realne wynosiły 6-10% , teraz 1-2%.
Druga fala kryzysu przyjdzie, będzie bolesna. A po niej przyjdzie ożywienie.
2009-06-24 19:25
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Coraz więcej danych z USA i Europy Zachodniej wskazuje na to, że osiągamy dno kryzysu. W ostatnim okresie na pewne odbicie wskazywały indeksy nastrojów (zarówno konsumenckie jak przedsiębiorstw). W krajach uprzemysłowionych dokonała się olbrzymia redukcja zapasów. Wyhamowały spadki eksportu i produkcji przemysłowej w Niemczech, Chinach, Japonii. A ostatnio optymizm zaświtał na amerykańskim rynku mieszkaniowym. 
 
Osiągniecie dna w żadnym wypadku nie może być utożsamiane z końcem kryzysu. Po osiągnięciu dna, czeka nas długi okres szorowania po dnie. A to nie jest za bardzo przyjemne. Osiągnięcie dna oznacza, że koleje spadki nie są głębsze od poprzednich, a w języku matematyki oznacza to, że druga pochodna jest dodatnia. Ale taki stan nie oznacza wzrostu, może trwać pewien czas i w porównaniu z poprzednim rokiem wciąż odczuwalne będzie znaczne pogorszenie. W okresie szorowania po dnie będą wciąż uwidaczniać się skutki kryzysu. W gospodarce jest tak, że niektóre wskaźniki reagują na zmiany z wyprzedzeniem inne z opóźnieniem. Obecnie będziemy właśnie obserwować wskaźniki opóźnione jak np. upadłości czy też rosnące bezrobocie, które będzie efektem problemów z którymi przedsiębiorstwa borykały się od kilku dobrych miesięcy. Na marginesie należy zwrócić uwagę na to, że na szczęście ta fala przychodzi w okresie letnim gdzie prace sezonowe - w sposób jak na razie całkiem skuteczny - neutralizują negatywny efekt związany ze spowolnieniem gospodarczym. Na jesieni to się jednak zmieni. Czekają nas upadłości przedsiębiorstw, a także znacznie gorsze wyniki firm niż w poprzednich kwartałach. Ale z punktu widzenia dynamiki zjawisk - osiągnięcie dna jest sygnałem optymistycznym, gdyż po nim powinno przyjść ożywienie a wraz z nim poprawa perspektyw i wzrost apetytu na ryzyko.
 
Co do apetytu na ryzyko już dziś pojawiają się sygnały wskazujące na to, że skończył się proces delewarowania. O ile jeszcze kwartał temu nie sposób było pożyczyć pieniędzy pod inwestycje, tak teraz są chętni do podejmowanie takiego ryzyka, choć w proporcjach znacznie mniejszych od tych przed upadkiem Lehman Brothers. Financial Times powołując się na fundusz CQS, pokazuje że w starych czasach lewar dochodził nawet do 20:1, a po upadku Lehmana był niedostępny. Dziś natomiast można się już zlewarować w relacji 3:1. Innym wskaźnikiem wskazującym na swego rodzaju normalizacje jest też wzrost długoterminowych rentowności obligacji amerykańskich.
 
Świat nie boi się już deflacji, credit crunch’u, czy też wielkiej depresji. Dziś obawy dotyczą raczej tego, że wychodzenie z recesji będzie długie i powolne. A to oznacza, że to szorowanie po dnie jeszcze trochę potrwa. Nie sądzę więc aby w tym roku w Polsce można było odczuć sygnały ożywienia, ale przynajmniej jest szanse a lepsze perspektywy w przyszłości. 
 
2009-06-06 20:53
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Po szczycie G20 nie obudziliśmy się w nowej rzeczywistości. To co zostało ogłoszone sukcesem, w rzeczywistości było czymś w rodzaju wspólnego komunikatu, którą drogą świat ma zmierzać. Ale wciąż daleko jeszcze do ustalenia kluczowych kwestii dotyczących zakresu i szczegółowości regulacji jak nowych przepisów rachunkowych, którzy miałby wprowadzić bardziej bezpieczne i mniej kryzysogenne zasady gry.

 
Dziś wiemy już o kryzysie znacznie więcej niż we wrześniu 2008. Wygląda na to, że pół roku po upadku Lehman Brothers jest zgoda do kilku prawd, które jeszcze kilka miesięcy temu wcale oczywiste nie były. Po pierwsze, dziś wiadomo, że nie wolno dopuścić do upadku żadnego ważnego banku - każdy bank w kłopotach musi być ratowany przez rząd (lub rządy). Po drugie, bogatsze kraje świata, zarówno poprzez MFW, jak i bezpośrednio, muszą iść z pomocą krajom biedniejszym, w których kryzys przebiega znacznie bardziej dotkliwie niż w gospodarkach rozwiniętych. Tu najlepszym przykładem jest nasza część świata, które jeszcze półtora miesiąca temu była spisywana na straty i wypadała blado nawet w porównaniach z kryzysem azjatyckim (teraz MFW pomaga nie tylko Ukrainie i Węgrom ale także Rumunii, nie wyklucza pomocy dla Łotwy i Turcji). Po trzecie dziś wydaje się oczywistym, że nie ma co liczyć na ożywienie gospodarcze bez wyczyszczenia bilansów banków z toksycznych aktywów. Wciąż pozostaje otwartym pytanie jak to zrobić i czy najnowszy plan Geithner'a będzie w tym względzie skuteczny, ale powszechnie uważa się, że cel działania Geithner'a jest fundamentalny. Po czwarte, w przyszłości niezbędne będzie regulowanie tzw. ryzyka systemowego, czyli nie tylko badanie bezpieczeństwa poszczególnych instytucji ale przede wszystkim całego systemu finansowego i konsekwencji związanych ze zmianami w ramach jednej instytucji na cały system finansowy. I wreszcie po piąte, trzeba będzie nadzorować wszelkie instytucje parabankowe, według zasady, że to co działa podobnie jak bank, i ma istotny wpływ na system bankowy, będzie musiało podlegać nadzorowi. Mowa tu oczywiście o trzech typach instytucji finansowych, które wprowadziły najwięcej zamieszania w ostatnich latach na rynkach finansowych: agencjach ratingowych, specjalnych wehikułach inwestycyjnych i hedge fundach. Wnioski z ostatniego szczytu G20 są takie, że USA nie będą sprzeciwiały się zmianom w tym zakresie, ale …
 
ale wymieniona powyżej lista spraw pokazuje wyłącznie kierunek działania. Kluczowe dla nowego porządku światowego będą nowe przepisy, do powstania których jeszcze daleko. Nie jestem do końca pewien, że ten nowy świat będzie zupełnie inny niż ten sprzed 15. września 2008. W pierwszym kwartale tego roku banki (niedawno jeszcze inwestycyjne) pokazały bardzo dobre wyniki na tzw. tradingu, czyli na operacjach uważanych za bardziej ryzykowne. Poprawa nastroju w ostatnich tygodniach sprawiła, że do łask powrócił tzw. carry trade  -pożyczaj tanio (np. we frankach szwajcarskich) i lokuj drogo, (np. w złotówkach). Jak świat światem instytucje finansowe będą poszukiwały sposobów na maksymalizację zysku. Problem z nowymi regulacjami polega na tym żeby poszukiwania zysku nie penalizować, bo nie ma w tym nic złego. Chodzi o to, aby to poszukiwanie zysku było bezpieczne systemowo i nie doprowadzało do powstawania wielkich bąbli spekulacyjnych, które są kosztowne dla całych społeczeństw. Stąd tez różne nowe pomysły jak walczyć z procyklicznością zachowań banków, jak budować w czasach koniunktury rezerwy na złe czasy. Jak w nie dopuszczać do gry freeriderów, którzy osiągając zawrotną prędkość 200 km/h w terenie zabudowanym zagrażają nie tylko sobie, ale przede wszystkim okolicznym mieszkańcom. 
 
Cała finezja nowego lepszego świata regulacji polegać musi na tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą: dać finansistom możliwości poszukiwania nowych sposobów zdobywania zysków w taki sposób aby ich ryzykowna działalność w przypadku niepowodzenia nie musiała się odbywać kosztem innych.
 
2009-04-07 14:49
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Generalnie opcja to rodzaj polisy. Ten kto ją kupuje zabezpiecza się przed wystapieniem określonego zjawiska. Z kolei ten kto opcję sprzedaje (wystawia ) pobiera z tego tytułu opłatę. Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Jest czerwiec 2008, kurs euro do złotego wynosi 3.40. Eksporter obawia się, że złoty jeszcze się umocni i wybiera sobie poziom kursu który chce zabezpieczyć. Może zabezpieczyć kurs na poziomie 3.40 za euro ale za taką polisę znacznie więcej zapłaci niż za ubezpieczenie na poziomie 3.20/EUR. Zazwyczaj eksporter wybiera taki poziom zabezpieczenia który nie będzie dla niego zbyt dużym wydatkiem – czyli nie zabezpieczy kursu na dzisiejszym poziomie np. 3.40 bo to byłoby dość drogie, tylko zdecyduje się na niższy poziom np. 3.20/EUR. Uzyskuje zatem poziom minimalny i wie że jego eksportowe wpływy nie będą przeliczane po kursie niższym. W przypadku zakupienia takiej opcji przy osłabieniu złotego np. do  4 złotych za euro może sprzedawać waluty po po 4 złote a poniesiony koszt zakupu opcji wpisuje w straty. Opcje zatem tak jak polisy ubezpieczeniowe nigdy nie są rozdawane za darmo - kosztują ponieważ dają nabywcy tylko prawo a nie nakładają na niego żadnego obowiązku.

Są jednak sposoby aby za opcje nie płacić. Można np. w zamian za zabezpieczenie minimalnego poziomu pozbyć się korzyści które potencjalnie eksporter mógłby uzyskać gdyby kurs wzrósł ponad np. 3.60/EUR. W takim przypadku eksporter uzyskuje pewien przedział w którym ma pewność że będzie kształtował się jego kurs sprzedaży walut. Taka opcja jest tańsza ale też bardziej ryzykowana. Bo wtedy jednak eksporter jest zarówno nabywcą opcji jak i wystawcą innej opcji która pozbawia go możliwości uzyskania za euro więcej niż 3.60. Innymi słowy jeżeli kurs w dniu rozliczenia opcji będzie wynosił 4.00 to bank żąda rekompensaty pomiędzy kursem realizacji opcji (w tym przypadku 3.60) a kursem wtedy dostępnym na rynku  - w naszym przypadku 4.00/EUR.
yle="margin: 0cm 0cm 10pt">Prawdziwy problem pojawia się wtedy gdy eksporter chce nie tylko zawrzeć transakcję za którą nie zapłaci podczas zawierania transakcji (strategia zero kosztowa) ale dodatkowo chce w jakiś sposób podrasować swoje zabezpieczenie. Np. firma stwierdza że nie tylko chce mieć strategię za którą nie chce nic zapłacić ale chciałaby mieć podwyższony poziom kursu tak aby minimalnie dostać za swoje wpływy nie 3.40 ale dajmy na to 3.50. Co oczywiste, taka opcja gdyby chcieć ją kupić jest znacznie droższa od poprzednich. Ale można też kupić ją taniej dokonując swego rodzaju zakładu, gdzie wystawia się opcje przewyższającą poziom eksportu firmy – np. dwukrotnie powyżej nominału eksportu z danego okresu. I tutaj zaczyna się poważne ryzyko dla firmy bowiem połowa zakładu nie jest pokryta eksportem i jeżeli kurs znajdzie się na poziomie 4.00 klient jest zobowiązany do sprzedaży dwukrotnie większej ilości euro niż ma po kursie 3.60. Bo de facto założył się on, że euro będzie w paśmie 3.40-3.60 ale dodatkowo ma jeszcze pozycję spekulacyjną gdzie to właśnie ta firma musi zrekompensować każdy wzrost kursu powyżej 3.60 na dodatkowej kwocie niepokrytej eksportem. To są tzw. transakcje zlewarowane. Wiele firm zawierało takie transakcje lewarując się więcej niż dwukrotnie po to by uzyskać lepszy kurs niż możliwy był do uzysknia na rynku w danym momencie.
 
Podany powyżej przykład jest bardzo prostą strategią opcyjną która mogła narazić przykładowego eksportera na poniesienie strat. Istnieje jednak o wiele więcej bardziej kompleksowych strategii opcyjnych złożonych ze znacznie bardziej złożonych elementów. Wiele z takich „ryzykownych strategii” zawiera w sobie tzw. opcje barierowe które aktywują bądź dezaktywują opcję po tym jak kurs dotknie określonych poziomów. Tak więć opcje ze swej natury nie muszą być instrumentem ryzykowny. Ale mogą być . Tak jak gra w karty i hazard.
 
Im silniejszy był złoty tym więcej tych opcji wystawiano. Istnieje obawa, że przy  bardzo silnym złotym wiele firm było skłonnych podrasowywać poziom kursu. I zawierały ryzykowne, ale tanie w owym czasie zakłady (opcje).  Dziś przy bardzo słabym kursie firmy te ponoszą wielomilionowe straty. Jeśli poziom strat zbliża się do poziomu zagrażającego funkcjonowaniu firmy banki zmuszają firmy do zamknięcia opcji i zapłaty kwoty wynikającej z negatywnej wyceny opcji. Należy jednak pamiętać, że firma i bank jadą na jednym wózku. Upadek firmy oznacza pozbawienie banku przychodów z tytułu posiadania rachunku, kredytu itp. Banki są więc z natury rzeczy zainteresowane taką restrukturyzacją strat, aby firma przetrwała złe czasy. Ale proces ten nie jest prosty – banki wpisują starty z opcji w limity kredytowe klientów. Im wyższe straty – tym mniej przedsiębiorstwo będzie mogło otrzymać kredytu co w niektórych przypadkach może roznaczać również poważne tarapaty dla firmy.  
 
Sytuacja jest bardzo poważna. Ale nie da się jej rozwiązać metodami administracyjnymi. Bo za opcje zapłacą zarówno przedsiębiorstwa jak i banki. Kluczowym zadaniem jest tak naprawdę niedopuszczenie do dalszego osłabienia złotego, który zwiększy skale ponoszonych strat firm. I na tym należy skupić uwagę!
2009-02-26 23:36
Ogólne Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |