O mnie
 
Główny Ekonomista BRE Banku Dyrektor ds. Strategii i Nadzoru Właścicielskiego
 


Najnowsze komentarze
 
2010-09-08 15:12
RoBo_invest do wpisu:
Podatek od banków niczego nie załatwi
Ja jestem zwolennikiem ratowania bankow i innych przedsiebiorstw z pieniedzy spoelczenstwa...[...]
 
2010-09-07 23:14
marsellon do wpisu:
Taki sobie ten budżet
Komorowski zapewnił w Brukseli 1 września , że Polska jest ‘otwarta na udział w[...]
 
2010-09-07 12:40
Paweł Baranowski do wpisu:
Taki sobie ten budżet
Mówiąc wprost budżet dostosowany do nadciagającej sytuacji na arenie politycznej. Optymistyczne[...]
 





 Oceń wpis
   

 Po szczycie G20 nie obudziliśmy się w nowej rzeczywistości. To co zostało ogłoszone sukcesem, w rzeczywistości było czymś w rodzaju wspólnego komunikatu, którą drogą świat ma zmierzać. Ale wciąż daleko jeszcze do ustalenia kluczowych kwestii dotyczących zakresu i szczegółowości regulacji jak nowych przepisów rachunkowych, którzy miałby wprowadzić bardziej bezpieczne i mniej kryzysogenne zasady gry.

 
Dziś wiemy już o kryzysie znacznie więcej niż we wrześniu 2008. Wygląda na to, że pół roku po upadku Lehman Brothers jest zgoda do kilku prawd, które jeszcze kilka miesięcy temu wcale oczywiste nie były. Po pierwsze, dziś wiadomo, że nie wolno dopuścić do upadku żadnego ważnego banku - każdy bank w kłopotach musi być ratowany przez rząd (lub rządy). Po drugie, bogatsze kraje świata, zarówno poprzez MFW, jak i bezpośrednio, muszą iść z pomocą krajom biedniejszym, w których kryzys przebiega znacznie bardziej dotkliwie niż w gospodarkach rozwiniętych. Tu najlepszym przykładem jest nasza część świata, które jeszcze półtora miesiąca temu była spisywana na straty i wypadała blado nawet w porównaniach z kryzysem azjatyckim (teraz MFW pomaga nie tylko Ukrainie i Węgrom ale także Rumunii, nie wyklucza pomocy dla Łotwy i Turcji). Po trzecie dziś wydaje się oczywistym, że nie ma co liczyć na ożywienie gospodarcze bez wyczyszczenia bilansów banków z toksycznych aktywów. Wciąż pozostaje otwartym pytanie jak to zrobić i czy najnowszy plan Geithner'a będzie w tym względzie skuteczny, ale powszechnie uważa się, że cel działania Geithner'a jest fundamentalny. Po czwarte, w przyszłości niezbędne będzie regulowanie tzw. ryzyka systemowego, czyli nie tylko badanie bezpieczeństwa poszczególnych instytucji ale przede wszystkim całego systemu finansowego i konsekwencji związanych ze zmianami w ramach jednej instytucji na cały system finansowy. I wreszcie po piąte, trzeba będzie nadzorować wszelkie instytucje parabankowe, według zasady, że to co działa podobnie jak bank, i ma istotny wpływ na system bankowy, będzie musiało podlegać nadzorowi. Mowa tu oczywiście o trzech typach instytucji finansowych, które wprowadziły najwięcej zamieszania w ostatnich latach na rynkach finansowych: agencjach ratingowych, specjalnych wehikułach inwestycyjnych i hedge fundach. Wnioski z ostatniego szczytu G20 są takie, że USA nie będą sprzeciwiały się zmianom w tym zakresie, ale …
 
ale wymieniona powyżej lista spraw pokazuje wyłącznie kierunek działania. Kluczowe dla nowego porządku światowego będą nowe przepisy, do powstania których jeszcze daleko. Nie jestem do końca pewien, że ten nowy świat będzie zupełnie inny niż ten sprzed 15. września 2008. W pierwszym kwartale tego roku banki (niedawno jeszcze inwestycyjne) pokazały bardzo dobre wyniki na tzw. tradingu, czyli na operacjach uważanych za bardziej ryzykowne. Poprawa nastroju w ostatnich tygodniach sprawiła, że do łask powrócił tzw. carry trade  -pożyczaj tanio (np. we frankach szwajcarskich) i lokuj drogo, (np. w złotówkach). Jak świat światem instytucje finansowe będą poszukiwały sposobów na maksymalizację zysku. Problem z nowymi regulacjami polega na tym żeby poszukiwania zysku nie penalizować, bo nie ma w tym nic złego. Chodzi o to, aby to poszukiwanie zysku było bezpieczne systemowo i nie doprowadzało do powstawania wielkich bąbli spekulacyjnych, które są kosztowne dla całych społeczeństw. Stąd tez różne nowe pomysły jak walczyć z procyklicznością zachowań banków, jak budować w czasach koniunktury rezerwy na złe czasy. Jak w nie dopuszczać do gry freeriderów, którzy osiągając zawrotną prędkość 200 km/h w terenie zabudowanym zagrażają nie tylko sobie, ale przede wszystkim okolicznym mieszkańcom. 
 
Cała finezja nowego lepszego świata regulacji polegać musi na tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą: dać finansistom możliwości poszukiwania nowych sposobów zdobywania zysków w taki sposób aby ich ryzykowna działalność w przypadku niepowodzenia nie musiała się odbywać kosztem innych.
 
2009-04-07 14:49
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Generalnie opcja to rodzaj polisy. Ten kto ją kupuje zabezpiecza się przed wystapieniem określonego zjawiska. Z kolei ten kto opcję sprzedaje (wystawia ) pobiera z tego tytułu opłatę. Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Jest czerwiec 2008, kurs euro do złotego wynosi 3.40. Eksporter obawia się, że złoty jeszcze się umocni i wybiera sobie poziom kursu który chce zabezpieczyć. Może zabezpieczyć kurs na poziomie 3.40 za euro ale za taką polisę znacznie więcej zapłaci niż za ubezpieczenie na poziomie 3.20/EUR. Zazwyczaj eksporter wybiera taki poziom zabezpieczenia który nie będzie dla niego zbyt dużym wydatkiem – czyli nie zabezpieczy kursu na dzisiejszym poziomie np. 3.40 bo to byłoby dość drogie, tylko zdecyduje się na niższy poziom np. 3.20/EUR. Uzyskuje zatem poziom minimalny i wie że jego eksportowe wpływy nie będą przeliczane po kursie niższym. W przypadku zakupienia takiej opcji przy osłabieniu złotego np. do  4 złotych za euro może sprzedawać waluty po po 4 złote a poniesiony koszt zakupu opcji wpisuje w straty. Opcje zatem tak jak polisy ubezpieczeniowe nigdy nie są rozdawane za darmo - kosztują ponieważ dają nabywcy tylko prawo a nie nakładają na niego żadnego obowiązku.

Są jednak sposoby aby za opcje nie płacić. Można np. w zamian za zabezpieczenie minimalnego poziomu pozbyć się korzyści które potencjalnie eksporter mógłby uzyskać gdyby kurs wzrósł ponad np. 3.60/EUR. W takim przypadku eksporter uzyskuje pewien przedział w którym ma pewność że będzie kształtował się jego kurs sprzedaży walut. Taka opcja jest tańsza ale też bardziej ryzykowana. Bo wtedy jednak eksporter jest zarówno nabywcą opcji jak i wystawcą innej opcji która pozbawia go możliwości uzyskania za euro więcej niż 3.60. Innymi słowy jeżeli kurs w dniu rozliczenia opcji będzie wynosił 4.00 to bank żąda rekompensaty pomiędzy kursem realizacji opcji (w tym przypadku 3.60) a kursem wtedy dostępnym na rynku  - w naszym przypadku 4.00/EUR.
yle="margin: 0cm 0cm 10pt">Prawdziwy problem pojawia się wtedy gdy eksporter chce nie tylko zawrzeć transakcję za którą nie zapłaci podczas zawierania transakcji (strategia zero kosztowa) ale dodatkowo chce w jakiś sposób podrasować swoje zabezpieczenie. Np. firma stwierdza że nie tylko chce mieć strategię za którą nie chce nic zapłacić ale chciałaby mieć podwyższony poziom kursu tak aby minimalnie dostać za swoje wpływy nie 3.40 ale dajmy na to 3.50. Co oczywiste, taka opcja gdyby chcieć ją kupić jest znacznie droższa od poprzednich. Ale można też kupić ją taniej dokonując swego rodzaju zakładu, gdzie wystawia się opcje przewyższającą poziom eksportu firmy – np. dwukrotnie powyżej nominału eksportu z danego okresu. I tutaj zaczyna się poważne ryzyko dla firmy bowiem połowa zakładu nie jest pokryta eksportem i jeżeli kurs znajdzie się na poziomie 4.00 klient jest zobowiązany do sprzedaży dwukrotnie większej ilości euro niż ma po kursie 3.60. Bo de facto założył się on, że euro będzie w paśmie 3.40-3.60 ale dodatkowo ma jeszcze pozycję spekulacyjną gdzie to właśnie ta firma musi zrekompensować każdy wzrost kursu powyżej 3.60 na dodatkowej kwocie niepokrytej eksportem. To są tzw. transakcje zlewarowane. Wiele firm zawierało takie transakcje lewarując się więcej niż dwukrotnie po to by uzyskać lepszy kurs niż możliwy był do uzysknia na rynku w danym momencie.
 
Podany powyżej przykład jest bardzo prostą strategią opcyjną która mogła narazić przykładowego eksportera na poniesienie strat. Istnieje jednak o wiele więcej bardziej kompleksowych strategii opcyjnych złożonych ze znacznie bardziej złożonych elementów. Wiele z takich „ryzykownych strategii” zawiera w sobie tzw. opcje barierowe które aktywują bądź dezaktywują opcję po tym jak kurs dotknie określonych poziomów. Tak więć opcje ze swej natury nie muszą być instrumentem ryzykowny. Ale mogą być . Tak jak gra w karty i hazard.
 
Im silniejszy był złoty tym więcej tych opcji wystawiano. Istnieje obawa, że przy  bardzo silnym złotym wiele firm było skłonnych podrasowywać poziom kursu. I zawierały ryzykowne, ale tanie w owym czasie zakłady (opcje).  Dziś przy bardzo słabym kursie firmy te ponoszą wielomilionowe straty. Jeśli poziom strat zbliża się do poziomu zagrażającego funkcjonowaniu firmy banki zmuszają firmy do zamknięcia opcji i zapłaty kwoty wynikającej z negatywnej wyceny opcji. Należy jednak pamiętać, że firma i bank jadą na jednym wózku. Upadek firmy oznacza pozbawienie banku przychodów z tytułu posiadania rachunku, kredytu itp. Banki są więc z natury rzeczy zainteresowane taką restrukturyzacją strat, aby firma przetrwała złe czasy. Ale proces ten nie jest prosty – banki wpisują starty z opcji w limity kredytowe klientów. Im wyższe straty – tym mniej przedsiębiorstwo będzie mogło otrzymać kredytu co w niektórych przypadkach może roznaczać również poważne tarapaty dla firmy.  
 
Sytuacja jest bardzo poważna. Ale nie da się jej rozwiązać metodami administracyjnymi. Bo za opcje zapłacą zarówno przedsiębiorstwa jak i banki. Kluczowym zadaniem jest tak naprawdę niedopuszczenie do dalszego osłabienia złotego, który zwiększy skale ponoszonych strat firm. I na tym należy skupić uwagę!
2009-02-26 23:36
Ogólne Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

W wielu przypadkach procesy gospodarcze występujące w krajach Europie Zachodniej z opóźnieniem występują również u nas. Ale to nie oznacza wcale, że powinniśmy kopiować wszelkie rozwiązania, które wprowadzane są obecnie w różnych krajach Zachodu. Chodzi mi przede wszystkim o olbrzymie wzrosty wydatków  jak również skalę obniżek stóp procentowych.

W USA, w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech sprzedaż detaliczna od kilku miesięcy notuje wartości ujemne. W krajach gdzie głównym problemem jest hamujący popyt konsumpcyjny wsparcie tego popytu przez wydatki rządowe jest warte rozważenia. Jednak nie każdy wydatek musi przynieść spodziewany pozytywny efekt - stąd też różne podejścia na co pieniądze te przeznaczyć. Oczywiście, zanim zostaną one wydane będą musiały zostać pożyczone. A to jest znacznie prostsze w przypadku USA czy Niemiec, niż w przypadku Grecji a tym bardziej Polski.
 
W Polsce główną siłą napędową wzrostu będzie konsumpcja, która co prawda zwolni w porównaniu z rokiem 2008, ale wciąż utrzyma pozytywną dynamikę. Kluczowym czynnikiem który będzie determinował poziom konsumpcji w Polsce będzie rynek pracy. Ten z kolei będzie pochodną zarówno popytu zewnętrznego na polskie towary jak i inwestycji dokonywanych w naszym kraju. Mamy ograniczony wpływ na popyt zewnętrzny.  Dlatego też jedynym sensownym sposobem wydatkowania publicznych środków są inwestycje publiczne. Oprócz oczywistego postulatu przyspieszenia wydatkowania środków unijnych należałoby też skorzystać z finansowania zewnetrznego (EBI, Bank Światowy). Przypieszenie wydatków infrastrukturalnych oraz uruchomienie linii kredytowych nie wymaga dodatkowych wydatków państwa. Trzeba bez większych opóźnień wydawać to co zaplanowano. W Polsce nie ma potrzeby bezpośredniego wspierania konsumpcji szczególnie za pomocą zwiększania deficytu budżetowego. Po pierwsze dlatego, że nie jest to najskuteczniejszy sposób wspierania naszej gospodarki, po drugie dlatego że koszt większego deficytu dla kraju takiego jak Polska wiązać się będzie z wyższym oprocentowaniem długu i prawdopodobnie z dalszym osłabieniem złotego (w którym nominowana jest ¼ polskiego długu).
 
Jestem też przeciwny kopiowaniu działań EBC w Polsce. Stopy należy obniżać ale nie w takim tempie jak to czyni EBC. Przede wszystkim dlatego, że koszt pieniądza w eurolandzie ma wieksze znaczenie dla gospodarki europejskiej niż koszt pieniądza w gospodarce polskiej. Po drugie polska  RPP nie ma i nie będzie miała wpływu na wyniki produkcji przemysłowej, która jest pochodną sytuacji w Europie. I jeszcze jedna różnica: zbyt szybkie i głębokie obniżki stóp są niekorzystne dla złotego. A zbytnie osłabienie naszej waluty, podobnie jak jej zbytnie umocnienie, jest niekorzystne dla naszej gospodarki.
2009-01-17 22:42
Ogólne Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Trudno się nie zgodzić z głównymi elementami diagnozy przedstawionej przez dwóch prezesów banków komercyjnych: Jerzego Pruskiego z PKO BP i Jana Krzysztofa Bieleckiego z Pekao . Wskazują oni na ryzyko istotnego zmniejszenia akcji kredytowej, co będzie miało negatywny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego w Polsce.

Oprócz prostych zabiegów proponowanych przez autorów artykułu opublikowanego w "WSJ Polska", takich jak na przykład obniżka rezerwy obowiązkowej, którą płacą banki, potrzebna jest spójna strategia realizowana przez rząd i Narodowy Bank Polski, jak również przez Komisję Nadzoru Finansowego. Celem tej strategii powinno być zminimalizowanie skutków obecnego kryzysu światowego. Sytuacja jest na tyle poważna, że posiedzenie każdej Rady Ministrów czy zarządu NBP powinno zaczynać się od informacji o sytuacji gospodarczej kraju oraz realizacji wcześniej ustalonych zadań. Jak na razie brak jest takiego właśnie podejścia, jak również ścisłej koordynacji działań pomiędzy wymienionymi podmiotami.

Po stronie podaży kredytów historia gospodarcza pokazuje, że zachowania banków w okresie prosperity i spowolnienia gospodarczego są procykliczne. Znaczy to, że w okresie wzrostu gospodarczego banki są skłonne rozluźniać kryteria przyznawania kredytów, a tym samym poprzez akcję kredytową napędzać rozwój (co często sprzyja tworzeniu bąbli na rynku aktywów). Z kolei jeśli w okresie spowolnienia banki wprowadzają rygorystyczne kryteria przydzielania kredytów, to wzrost ten wyhamowują. Związane jest to z zależnością, że w okresie spowolnienia banki muszą uwzględniać wzrost ryzyka, muszą też tworzyć rezerwy na złe kredyty i oferować swoje usługi bardziej pewnym klientom. Tak więc w sposób naturalny skalę finansowania gospodarki będzie ograniczać nie tylko problem bazy depozytowej, ale także zwyczajna procykliczność polityki bankowej.

Dlatego też kluczową kwestią powinno być podejmowanie działań ograniczających procykliczność polityki bankowej. Po pierwsze nie szkodzić - czyli nie potęgować procykliczności! Z tego punktu widzenia ze strony nadzoru raczej należałoby oczekiwać swego rodzaju rozluźniania reguł ostrożnościowych, a nie ich zaostrzania. W ramach proponowanej przez Komisję Nadzoru Finansowego tzw. rekomendacji T przewiduje się między innymi, aby przy udzielaniu kredytów konsumenckich każdorazowo badać zdolność pożyczkową klienta. Taki wymóg, bardzo kosztowny i trudny do realizacji, może skutecznie ograniczyć akcję kredytową, a w konsekwencji konsumencką w ogóle. Nie jestem zwolennikiem zmuszania banków do utrzymania określonego poziomu akcji kredytowej, natomiast opowiadałbym się za przejściowymi zachętami ekonomicznymi promującymi akcję kredytową, penalizującymi jednocześnie utrzymywanie gotówki na rachunkach w NBP. Po trzecie olbrzymią rolę do odegrania ma bank centralny, który obecnie skutecznie zasila sektor finansowy tzw. krótkim kredytem, podczas gdy bankom brakuje pieniędzy na dłuższe terminy. NBP powinien oferować repo sześciomiesięczne, po to by ograniczyć ryzyko banków do rolowania co miesiąc (czy co tydzień) papierów i tym samym zachęcić do udzielania pożyczek na dłuższe terminy, co jest podstawą obrotu gospodarczego.

NBP może też w wyjątkowych wypadkach (a z takim właśnie mamy do czynienia) przejąć część zadań banku komercyjnego. Bank Gospodarstwa Krajowego mógłby podobnie jak Fed skupować obligacje korporacyjne przedsiębiorstw. Natomiast, aby odblokować rynek hurtowy, bank centralny powinien stworzyć coś na kształt Izby Rozrachunkowej, przez którą banki mogłyby sobie pożyczać środki na dłuższe okresy. Rolą państwa w okresach kryzysu jest tworzenie rozwiązań, które są swego rodzaju protezą rynku. Państwo musi podejmować skuteczne działania, aby ten rynek funkcjonował.

Poziom depozytów w danej gospodarce jest pochodną oszczędności, jak również zachęt finansowych promujących tę formę oszczędzania nad innymi. W 2009 roku co prawda istotnie zwolni dynamika płac, ale z drugiej strony obserwowane już wyhamowanie popytu konsumpcyjnego po stronie gospodarstw domowych będzie sprzyjać wzrostowi oszczędności. Podobnie będzie w przypadku przedsiębiorstw, które drastycznie ograniczają popyt inwestycyjny. Dodatkowym czynnikiem wspomagającym oszczędności jest obniżka podatków PIT. W czasie spowolnienia, które na tym etapie ma charakter zarówno realny, jak i po części psychologiczny (w myśl zasady: nie wiem, co będzie, więc wstrzymuję się z inwestycjami i zakupami), można oczekiwać w krótkim okresie wzrostu oszczędności kosztem konsumpcji. Nie byłbym więc aż tak pesymistyczny jak autorzy w zakresie szacunków przyrostu bazy depozytowej w 2009 roku. Problem oczywiście nadal pozostaje, gdyż trudno będzie w okresie, gdy gospodarka zwalnia, odtworzyć taki przyrost depozytów, jaki miał miejsce w zeszłym roku (co było dodatkowo wspierane odpływem środków finansowych z rynku akcji).

Nie należy zupełnie spisywać na straty finansowania zewnętrznego. Tak długo, jak trwa proces delewarowania, trudno będzie o pieniądz hurtowy z zagranicy. Jednak w średnim okresie należy pamiętać, że w 2009 r. też trzeba będzie zarabiać pieniądze. Po okresie paniki i delewarowania światowa gospodarka przejdzie w stan funkcjonowania na wolniejszych obrotach, jak to zwykle bywało w okresach spowolnienia.

Nie można jednak zupełnie wykluczyć także czarnego scenariusza, według którego rynek bankowy nie będzie działał przez cały rok. Ale biorąc pod uwagę skalę i rodzaj operacji dokonywanych na rynku pieniężnym przez największe banki centralne świata, pozostaję umiarkowanym optymistą. W 2009 r. będzie można pożyczać pieniądz na zagranicznym rynku międzybankowym. Oczywiście będzie on droższy niż rok temu, ale taka jest natura recesji. Naszym zadaniem jest prowadzenie przez rząd i NBP wiarygodnej polityki makroekonomicznej, tak aby polskim podmiotom chciano pożyczać pieniądze, by ryzyko kraju nie wzrosło. Innymi słowy musimy cały czas dbać o wiarygodność Polski, nie zapominając, że w okresie kryzysu bardzo łatwo ją stracić.

W zakresie finansowania zewnętrznego niezbędne jest maksymalne wykorzystanie pieniędzy unijnych, a także kredytów inwestycyjnych oferowanych przez takie instytucje jak m.in. Europejski Bank Inwestycyjny. Polska energetyka wymaga wielkich inwestycji, więc w okresie posuchy na rynku kredytowym aż się prosi wykorzystać środki pochodzące od międzynarodowych instytucji finansowych. Daje to dostęp do pieniądza zewnętrznego, jak również pozwala na inwestycje konieczne ze względu na rosnące potrzeby energetyczne kraju. Również Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju można wykorzystać do finansowania niektórych projektów inwestycyjnych oraz jako instytucję wspierającą prywatyzację w Polsce. Potrzeby pożyczkowe Skarbu Państwa będą tak duże, że mimo nie najlepszej sytuacji na rynku finansowym niezbędne stanie się realizowanie projektów prywatyzacyjnych. (Przy okazji widać teraz jak na dłoni, że najlepsze dla prywatyzacji lata 2006 - 2007 zostały stracone).

Nie twierdzę, że dzięki tym działaniom będziemy w stanie uniknąć kryzysu. Natomiast będziemy mogli zminimalizować jego negatywne skutki. Obecnie gospodarka szybko hamuje i nikt tak naprawdę nie wie, gdzie jest dno. Chodzi jednak o to, aby brak działań nie doprowadził do procyklicznych zachowań poszczególnych podmiotów gospodarczych. W efekcie spowolnienie mogłoby być większe, niż wynikałoby to tylko z czynników zewnętrznych.

2009-01-12 22:43
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 W Polsce mamy to szczęście, że większość skutków kryzysu dochodzi do nas z opóźnieniem. Obserwując, co wydarzyło w Stanach czy w Europie Zachodniej, możemy przygotować się na pewne zjawiska. Nie możemy zmarnować tej szansy. Musimy ziałać szybko.

Gdyby plan Paulsona wprowadzono trzy miesiące przed jego faktycznym przyjęciem, miałby szanse powodzenia. Lehman Brothers pewnie by nie upadł, na rynku finansowym nie powstałby klincz, a banki bardziej by sobie ufały.

Amerykanie byli prekursorami i jako pierwsi zderzyli się z całkiem nowym rodzajem kryzysu. Mieli prawo do błędów. My nie. Dziś jesteśmy mądrzejsi o te doświadczenie. Łatwiej jest też analizować ex post, co należało zrobić w przeszłości, a czego nie.

Wiemy np. o tym, że mimo niskiego oprocentowania kredytów Amerykanie nie są skłonni ani konsumować, ani inwestować. Wiemy, że dziś w USA, inaczej niż w okresie typowej recesji, większy problem z uzyskaniem kredytu mają większe, a nie mniejsze firmy, i to te większe wstrzymują inwestycje. Wiemy, że na Zachodzie marża kredytowa zarówno dla gospodarstw domowych, jak i dla firm wyraźnie wzrosła i nie chce spaść. Wiemy w końcu, że przedsiębiorstwa niepewne przyszłości tną inwestycje i koszty. Część z tych zjawisk już u nas występuje, część niedługo wystąpi.

Spowolnienia nie unikniemy. Ale możemy ograniczyć jego skalę. Ważne, by już teraz im przeciwdziałać. I tak na przykład jeszcze dwa miesiące temu wprowadzenie gwarancji dla pożyczek międzybankowych pomogłoby odkorkować rynek międzybankowy. Dziś już banki przyzwyczaiły się do sytuacji, w której sobie nie pożyczają i ograniczyły akcje kredytową. Firmy które dziś mają problemy z pozyskaniem kapitału na inwestycje, ograniczają swe plany inwestycyjne. Jeśli za kilka miesięcy rynek bankowy zostanie odblokowany, to znaczna część dzisiaj zgłaszanych projektów inwestycyjnych będzie nieaktualna, a firmy istotnie ograniczą zakres swoich planów inwestycyjnych. Podobnie wygląda sytuacja z projektami infrastrukturalnymi finansowanymi z UE. Ich przyspieszenie w roku 2010, a nie w przyszłym, doprowadzi do silniejszego spadku bezrobocia i konsumpcji, niż gdyby projekty te były na czas realizowane.

Dlatego też ważne jest, by rząd i parlament w trybie ekspresowym przyjęły ustawy zawarte w listopadowym programie kryzysowym. Chodzi przede wszystkim o szybkie dokapitalizowanie BGK, zwiększenie limitu gwarancji i poręczeń do 40 mld zł i zmiany ustawowe wprowadzające czasową ulgę inwestycyjną. Trzeba też uświadomić sobie, że niektóre pomysły działań sprzed kilku miesięcy mogą okazać się spóźnione, a przez to nieskuteczne. Sam Henry Paulson, sekretarz skarbu USA, przyznał kilka tygodni temu, że jego pierwotny zamysł wykupu tzw. toksycznych aktywów jest mniej efektywny niż przeznaczenie tych środków na dokapitalizowania banków.

Kolejną ważną sprawą jest odrodzenie akcji kredytowej. Nie można zmusić banków do pożyczania pieniędzy, ale można je do tego zachęcać odpowiednimi bodźcami finansowymi. Jednym z pomysłów rozważanych ostatnio przez Unię Europejską jest wprowadzenie Izby Rozliczeniowej w ramach EBC, gdzie banki mogłyby dokonywać transakcji pożyczek i depozytów między sobą na dłuższe terminy (z czym wciąż jest problem na rynku międzybankowym). Z kolei w Stanach FED, obniżywszy już stopy do niemal zera, próbuje pobudzić aktywność m.in. poprzez wykup obligacji korporacyjnych. To też pomysł warty rozważenia.

Świat na razie nie umie sobie poradzić z kryzysem, stąd coraz to nowe pomysły. Każdy z nich trzeba oddzielnie ocenić i przeanalizować, czy pasuje do warunków. Na przykład zapanowała ostatnio moda na tzw. impuls fiskalny, aby ratować wzrost gospodarczy. Ale nie ma jasności, na co konkretnie te pieniądze przeznaczyć, by był z tego pożytek. Samo zwiększanie wydatków niczemu nie zaradzi, a na pewno kosztuje.

Mamy mało czasu. Ale też szczęście bycia ostatnimi w łańcuchu kryzysowym. Możemy wybierać rozwiązania bardziej pasujące do naszej sytuacji i uczyć się na błędach innych. Ale działać musimy szybko, aby nie było tak jak ze spóźnionym planem Paulsona. 
 
2008-12-23 21:01
Ogólne Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

 Jak na razie realizuje czarny scenariusz kryzysu. Większość publikowanych danych jest rekordowo zła i chcąc czy nie chcąc najwięcej porównań odnosi się do Wielkiego Kryzysu lat 30-ych. Szczególnie znaczące były ostatnie dane z rynku amerykańskiego, gdzie w jednym miesiącu listopadzie gospodarka amerykańska straciła pół miliona miejsc pracy, a w ciągu ostatnich 6 miesięcy ponad 1.55 miliona. Nie chodzi o to aby straszyć, ale zwrócić uwagę na fakt, że przebieg kryzysu jest najgłębszy od 80 lat i jak na razie realizuje się czarny scenariusz rozwoju wypadków. Jest to silny argument aby przygotować się na czarny scenariusz w Polsce.

Najgorsze dopiero przed nami. W Polsce mamy to szczęście, że kryzys w gospodarce realnej dotrze do nas jako do ostatnich. Kryzys został wywołany w USA, potem uderzył w starą Europę, teraz uderzy w nas. W Polsce wciąż jeszcze żyjemy w starych przedkryzysowych czasach, gdzie utrzymująca się wciąż wysoka dynamika konsumpcji utrzymuje wielu z nas w przekonaniu, że wszystko jest po staremu. Wielu Polaków, ale niestety też i polityków sądzi, że obecny kryzys ma charketer wirtualny i dotyczy wyłącznie tak dalekich od nich spraw jak giełda i rynek walutowy. Tak oczywiście nie jest, szczególnie kryzys na rynku pożyczek międzybankowych może mieć najsilniejszy negatywny wpływ na polską gospodarkę. A gospodarka reaguje z opóźnieniem. Przyszły rok dopiero pokaże nam prawdziwe oblicze kryzysu. Nie należy się jednak spodziewać nagłego krachu, podobnego do załamania kursów na giełdzie. Gospodarka będzie reagowała stopniowo. Już widzimy głębokie spowolnienie w produkcji przemysłowej, wyhamowują ostro inwestycje, eksport. Za chwilę przełoży się to wszystko na rynek pracy, a wzrost bezrobocia ograniczy konsumpcję ludności. To jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze zależy od tego jak silnie wyhamuje konsumpcja, a to z kolei zależy od skali w jakiej zostanie zredukowana dynamika inwestycji.

A na to pewien wpływ może mieć rząd. O ile nie ma dobrych pomysłów jak ratować przed wyhamowaniem polski eksport, jak ograniczyć spadek produkcji przemysłowej - tak w przypadku inwestycji jest pewne pole do działania. Kluczową kwestią jest uświadomienie sobie tego, że działania opóźnione są nieskuteczne. Dzisiej wiemy, że Amerykanie zbyt późno zorientowali się, że dla zminimalizowania efektów kryzysu potrzebne jest dokapitalizowanie upadających banków i przejęcie części tzw. toksycznych aktywów. Gdyby działania te zostały podjęte kilka miesięcy wcześniej można byłoby uniknąć zapaści na rynku kredytowym. Usprawiedliwia ich fakt, że byli pierwszymi którzy musieli zmagać się z kryzysem. My za to już wiemy co nasz czeka – wystarczy zobaczyć co się dzieje i naszych sąsiadów zza Odry. Polska gospodarka w sposób nieco odmienny zareaguje na kryzys niż gospodarka niemiecka, ale pewne podobieństwa są nieuniknione. Dlatego też rząd powinienien skupić swe działania na szybkim i skutecznym odblokowaniu kanału bankowego zwiększając dostępność kredytu w gospodarce i jednocześnie przyspieszyć inwestycje infrastrukturalne. Jesli działania te nie zostaną przeprowadzone szybko – później nie będą skuteczne. Brak dostępności do kredytu bankowego ograniczy plany inwestycjne przedsiębiorstw. Za niedługi czas firmy które dziś jeszcze rozważają podjęcie inwestycji nie będą skłonne ich dokonać nawet jeśli kredyt będzie dostępny. Jeśli w Polsce nadal będziemy mieli kilkunastomiliardowe opóźnienia z realizacją inwestycji infrastrukturalnych to za kilka miesięcy slilniejsze niż się spodziewamy spowolnienie wzrostu gospdoarczego zmusi decydentów do wstrzymania części inwestycji z powodu niższych od planu dochodów.
 
Oprócz szybkich i skutecznych działań rząd już dzisiaj musi przygotować się na czarny scenariusz. Na scenariusz, w którym dynamika inwestycji jest ujemna, bezrobocie na koniec przyszłego roku przekracza 13%, silnie spada konsumpcja, import, a tym samym dochody z VAT-u. I wzrost gospodarczy zamiast ponad 3% wynosi np. ok 2%. W takim wariancie spadną znacznie dochody budżetowe podczas gdy tzw. sztywne wydatki budżetowe nadal będą wymagały finansowania. W wielu przypadkach nawet większego finansowania niż obecnie, przede wszystkim dotyczyć to będzie Fundusz Pracy i FUS. Rząd nie będzie w takim czarnym scenariuszu w stanie utrzymać założonego na 18.2 mld poziomu deficytu budżetowego. Będzie zmuszony zarówno zwiększyć deficyt jak i ograniczyć część wydatków. Ale żeby ograniczanie wydatków nie ograniczyło się wyłącznie do części inwestyjnej niezbędne jest już teraz przygotowanie zestawu ustaw ograniczających sztywność wydatków socjalnych. Na początek najprościej będzie sięgnąć do planu Hausnera ....
2008-12-17 13:30
Ogólne Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

W zachowaniach konsumpcyjnych Polaków wciąż nie widać kryzysu.yle="mso-spacerun: yes">  Spada bezrobocie, a nasze płace w porównaniu z zeszłym rokiem są wyższe o 10%. Firmy jeszcze nie zwalniają. Szykuje się kolejny rekord zakupów świątecznych. W tym samym czasie w USA czy starej Europie konsumuje się mniej niż rok temu.

Pamiętajmy o tym, że gospodarka reaguje z opóźnieniem. Tą prawidłowość odczujemy wszyscy prawodpodobnie już w pierwszym kwartale przyszłego roku. Obserowowane obecnie mocne wyhamowanie gospodarek europejskich, znaczne ograniczenie akcji kredytowej banków i zwiększenie kosztów kredytu oraz wstrzymanie przez wiele przedsiębiorstw decyzji inwestycyjnych – to wszystko będzie niedługo widoczne w polskiej gospodarce. Skala spowolnienia będzie głębsza niż wynikałoby z samoistnego spowolnienia naszej gospodarki. Kurczenie się gospodarek europejskich oznacza, że zwolni polski eksport.

Już teraz widzimy efekty tego spowolnienia, ale wciąż jednak w wielu przypadkach obowiązują terminowe kontrakty, których nie zrywa się z dnia na dzień. Za kilka miesięcy efekt ten będzie w pełni widoczny. Podobna sytuacja ma miejscach w przedsiębiorstwach, które wciąż realizują wcześniej podjęte inwestycje, ale wstrzymują się z podejmowniem nowego ryzyka. Już w trzecim kwartale widoczne było wyhamowanie inwestycji, gorzej będzie w kwartale czwartym.Oprócz czynnika niepewności doszedł inny bardzo znaczący efekt, a mianowicie silne ograniczenie oferty kredytowej banków jak również znaczny wzrost marż. Widoczne jest to zarówno w przypadku klientów indywidualnych, gdzie np. uzyskanie kredytu hipotecznego wiąże się już dziś z wyższą o conajmniej 200 punktów bazowych marżą i wkładem własnym na poziomie conajmniej 20%. Warunki te znacznie ograniczą liczbę kupujących. Ale również liczba budowanych mieszkań znacznie zmaleje, nie tylko ze względu na ograniczenia popytowe ale również na mniejszą chęć finansowania przez banków deweloperów. Podobnie, choć nie w takiej skali, dotyczy to innych przedsiębiorców. Znaczne wyhamownaie inwestycji, gorsze perspektywy eksportowe – to wszystko przełoży się na rynek pracy. Już na początku przyszłego roku można oczekiwać po raz pierwszy od kilku lat wzrostu bezrobocia. Będą to zarówno zwolnienia w międzynarodowych koncernach, które w sytaucji mniejszego popytu w Europie będą redukować produkcję jak i zatrudnienie. Wstrzymanie się z nowym projektami inwestycyjnymi oznaczać będzie, że nowe miejsca pracy nie powstaną tam gdzie miały powstać. Co więcej wstrzymanie niektórych inwestycji oznaczać będzie utratę pracy przez tych którzy prace te dotychczas wykonywali. To jak bardzo wzrośnie bezrobocie będzie kluczowe dla tempa przyszłorocznego rozwoju polskiej gospodarki. Obecnie głównym silnikiem napędowym jest konsumpcja prywatna oparta na pracy i wynagrodzeniach. Przy wzroście bezrobocia naturalną konsekwencją będzie wolniejszy wzrost płac co w sumie zaskutkuje wolniejszą dynamiką konsumpcji. Wszystko na to wskazuje, że będziemy to obserwować już w kwartale pierwszym przyszłego roku, kiedy to dynamika wzrostu może być najniższa od kilku lat i ukształtować się poniżej 2% r/r. W przyszłym roku spodziewałbym się w wyniku tych wszystkich negatywnych czynników wzrostu bezrobocia do ok 11-12%. Trzeba mieć już dziś świadomość tego, że najgorsze dopiero przed nami.

2008-12-07 21:31
Ogólne Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Bardzo dobrze, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na 2009 r. Polska w odróżnieniu od innych krajów UE nie potrzebuje dodatkowego impulsu fiskalnego, lecz sprawniejszej administracji i więcej kredytów z banków.

Polski rząd ogłosił wczoraj pakiet ratunkowy dla gospodarki. Jest to zbiór sensownych propozycji, które wyceniono na kwotę 91 mld zł. Nie są to jednak dodatkowe środki, ale zbiór dotychczasowych działań, zwiększenie poręczeń i gwarancji oraz udrożnienie kanałów finansowych i administracyjnych. I dobrze, że Polska nie zaproponowała dodatkowych wydatków, tak jak chciał prezydent Sarkozy, ogłaszając ostatnio plan pomocowy UE.

UE zaproponowała pakiet 200 mld euro jako sposób na uratowanie państw Unii z największego od 80 lat kryzysu. Większość tych pieniędzy mają zebrać obecni członkowie UE. Odbędzie się to najczęściej kosztem zwiększenia ich deficytów.

Łatwiej rzucić kwotę, trudniej ustalić, na co ma być spożytkowana. Jak na razie same kraje Unii nie są w stanie się porozumieć co do sposobu, w jaki powinny pomagać gospodarkom pogrążonym w kryzysie. Wielka Brytania wprowadza obniżki podatku VAT o 2,5 pkt proc., co krytykują wspólnie Francja i Niemcy. Z kolei Francuzi są skłonni wydać znaczne kwoty publiczne na pobudzenie gospodarki, podczas gdy znacznie bardziej bogate Niemcy (o dużo lepszej sytuacji budżetowej niż Francja) są zwolennikami niewielkiego wzrostu wydatków.

Różne podejścia wynikają z różnej sytuacji poszczególnych gospodarek: w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z silnym wyhamowaniem konsumpcji prywatnej, stąd obniżka VAT, która ma zachęcić mieszkańców Wysp do większych zakupów. W Niemczech główny problem dotyczy zmniejszenia popytu na eksport z ich kraju. Niemcy nie mają zbyt wielu pomysłów, w jaki sposób pobudzić popyt na swoje towary za granicą. Co więcej, obawiają się, że kolejne obniżki stóp i wielki wzrost wydatków mogą doprowadzić do następnego kryzysu. Z kolei Francja zawsze była zwolennikiem większej roli państwa w gospodarce. Obecnie chce wydać ponad 10 mld euro na dokapitalizowanie wszystkich swoich banków, aby te nie ograniczyły akcji kredytowej. Trudno będzie znaleźć wspólny język.


Problem Polski też różni się od problemów krajów starej Unii. Z jednej strony siła uderzenia kryzysu będzie słabsza, gdyż jako kraj mniej rozwinięty wciąż mamy olbrzymi ukryty potencjał wzrostu, nie byliśmy krajem, w którym gospodarstwa domowe zadłużyłyby się nadmiernie, i jednocześnie otrzymujemy stałą pomoc finansową w postaci środków unijnych, głównie na infrastrukturę. Z drugiej zaś strony nie mamy wspólnej waluty i wciąż zalicza się nas do tzw. rynków wschodzących, czyli bardziej ryzykownych. W okresach kryzysowych inwestorzy w panice przenoszą swe środki z krajów uważanych za niebezpieczne do uważanych za bezpieczne, osłabiając tym samym walutę kraju, z którego następuje ucieczka. A zbyt słaby złoty jest równie zły dla polskich eksporterów jak zbyt mocny złoty.

W tak niepewnych czasach kraj, który należy do tzw. rynków wchodzących, powinien prowadzić wyjątkowo odpowiedzialną politykę, aby nie dać argumentu tym, którzy czyhają na to, aby zarobić na spadkach. Jeśli czytamy, że jeden bank szacuje wzrost gospodarczy w Polsce na 1,4 proc., inny na 0,4 proc., a biuro maklerskie wycenia Lotos na 0 zł, to są to właśnie przykłady strategii gry na spadki.

Wzrost deficytu budżetowego jest jednym z podstawowych wskaźników opisujących kondycję kraju. Im wyższy, tym kraj ten będzie miał większe kłopoty ze spłatą długu i tym bardziej widać, że kryzys negatywnie przekłada się na finanse państwa. Nie możemy sobie pozwolić na dalsze osłabienie złotego i kolejną falę przeceny polskich spółek, gdyż ich fundamentalna wycena nie uzasadnia obecnych kursów akcji.

Nie jest też prawdą, jak twierdzą niektórzy politycy, że słaby złoty jest dobry dla eksporterów. Zbyt słaby złoty jest wręcz dla wielu z nich niekorzystny, gdyż znaczna część eksporterów zabezpieczała kurs złotego do euro przy poziomach 3,50 czy 3,40 zł. Kiedy kurs złotego jest znacznie słabszy (np. 3,80 zł za euro), zmuszeni są oni do poniesienia kosztów tzw. negatywnej wyceny. O sprawie tzw. opcji walutowych ostatnio coraz głośniej, w sumie mówimy tu o kosztach dla firm sięgających setek milionów złotych. Wiele umów zabezpieczających kurs złotego przed umocnieniem zapada pod koniec grudnia - jeśli wtedy złoty będzie nadal słaby, przedsiębiorstwa te będą musiały ponieść wielomilionowe straty. Część z nich może upaść.

Dlatego tak ważne jest, aby rząd wraz z NBP w sposób konsekwentny kontynuowały strategię wchodzenia do euro. Dzięki temu mamy szansę na stabilizację naszej waluty i wyrwanie się z kręgu krajów o wysokim ryzyku. Aby jednak strategia ta była wiarygodna, należy unikać kwestionowania wspólnie uzgodnionej ścieżki wchodzenia do euro. Banki inwestycyjne, które grają na dalsze osłabienie polskiej waluty i "efekt grudnia", tylko czekają na tego typu wiadomości z Polski. Tak jak Soros grał na osłabienie funta na początku lata 90. (i wygrał), tak teraz część inwestorów czeka na dalsze osłabienie złotego i grudniową eksplozję "polskich subprime".

Jak więc antykryzysowe propozycje Komisji Europejskiej mają się do obecnej sytuacji Polski?

•  Po pierwsze, nie możemy sobie pozwolić na zwiększenie deficytu budżetowego, stąd plan UE nie jest choćby z tego powodu dla nas korzystny.

•  Po drugie, w Polsce od kilku lat realizowany jest plan wielkich wydatków publicznych finansowanych w znacznej części przez UE. W Polsce, w przeciwieństwie do zamożnych krajów UE, wydatki na budowę dróg mają sens nie tylko dlatego, że tworzą dodatkowy popyt, ale przede wszystkim dlatego, że po wybudowaniu tworzą tzw. efekt podażowy, czyli dają szansę na wyższy wzrost dzięki niższym kosztom transportu i zwiększeniu możliwości komunikacyjnych. Miejmy jednak świadomość, że mamy problemy z wykorzystaniem przyznanych nam środków z UE. W połowie tego roku opóźnienia w wydatkach inwestycyjnych sięgały kilkunastu miliardów złotych. Mam obawy, czy dodatkowe środki na ten cel z nowego planu UE umielibyśmy z naszymi procedurami wydać.

•  Po trzecie, w ramach przyszłorocznego budżetu realizujemy obniżkę podatków. Nie ma więc potrzeby dokonywać w Polsce dodatkowych obniżek. Zamiast wielkich dodatkowych impulsów fiskalnych lepiej jest rozważyć działania nakierowane na kilka konkretnych dziedzin.


Trzeba mieć świadomość tego, że obecny kryzys w Polsce nie ma charakteru wyłącznie cyklicznego (czyli wynikającego z prawidłowości, że gospodarka po okresie wzrostu przechodzi w okres spowolnienia). Wyhamowanie wzrostu w Polsce jest znacznie silniejsze, niż wynikałoby to z wewnętrznych cech naszej gospodarki. Po pierwsze dlatego, że skala i tempo spowolnienia gospodarek światowy są bezprecedensowe, a powiązania polskiej gospodarki z innymi krajami - najwyższe w historii. Po drugie dlatego, że zarówno banki, jak i koncerny samochodowe "wcisnęły hamulec" w Polsce znacznie silniej, niż wymagały tego warunki.

Po raz kolejny chciałbym podkreślić, że w Polsce nie ma powodu do tego, aby banki nie pożyczały sobie pieniędzy, tak jak nie chcą tego czynić obecnie. Podobnie ma się sytuacja w przypadku branż eksportowych, gdzie dyspozycja wstrzymania produkcji przyszła z centrali bez głębszej analizy tego, czy akurat takie właśnie w skali to ograniczenie być powinno. To przereagowanie jest efektem paniki, ale skutek dla gospodarki realnej będzie taki, że zwolni ona znacznie bardziej, niż powinna. W takich wyjątkowych sytuacjach nie można się bać podejmowania wyjątkowych decyzji.

Plan ratunkowy ogłoszony wczoraj przez premiera jest kierunkowo słuszny. Znalazły się w nim główne propozycje, które na tym etapie kryzysu wydają się właściwe. Za szczególnie istotne uważam działania sprzyjające przyspieszeniu inwestycji infrastrukturalnych oraz wzrost limitów na poręczenia i gwarancje kredytowe. Dla sektora bankowego ważne będzie szybkie przyjęcie ustawy wprowadzającej możliwość dokapitalizowania instytucji finansowych i taka modyfikacja ustawy o gwarancjach międzybankowych, aby ich korzystanie nie było odebrane jako pocałunek śmierci - wciąż jest na to czas w parlamencie.

Kolejne dwa odważne elementy planu to zwiększenie poręczeń kredytowych dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz ulga inwestycyjna. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i terminach. Od samego planu lepiej od razu nie będzie. I tak mam wrażenie, że w Polsce nie działamy wystarczająco szybko jak wyzwania, które przed nami stoją. Ważne też, aby propozycje te były proste i funkcjonalne, tak aby firmom opłacało się z nich korzystać.

Bardzo dobrze się stało, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na rok przyszły, choć założenie o spadku dochodów tylko o 1,7 mld zł wydaje się mocno przesadzone. Skala redukcji tempa wzrostu PKB zbliżona jest do konsensusu prognoz, ale to oznacza ubytek dochodów o kilkanaście miliardów złotych. Jest to tak naprawdę główny mankament planu.

  Kwota całego planu w wysokości 91 mld zł jest umowna, bo zaliczono do niej planowane wcześniej obniżki podatków oraz dodano poręczenia i gwarancje, które nie są jeszcze wydatkiem (choć mogą być w przyszłości). I dobrze, że tak właśnie zrobiono, bo w Polsce nie ma potrzeby na dodatkowy impuls fiskalny, a bardziej na działania regulacyjne i udrożnienie kanału bankowego i administracyjnego.

2008-11-30 21:51
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Na co dzień nikt z nas nie zastanawia się nad tym w jaki sposób oddycha. Tak samo jest z systemem bankowym – nikt na co dzień nie zastanawia się jak to się dzieje, że każdego dnia można pobrać pieniądze z rachunku, dostać kredyt, dokonać przelewu. Nie myślimy nad tym jak to jest, że pod koniec miesiąca pracownik otrzymuje swe wynagrodzenie na konto, a ZUS wypłaca w określonych terminach emerytury i renty. Mało kto interesuje się tym, że codziennie na polskim rynku międzybankowym zawierane są wielomiliardowe transakcje, gdzie jeden bank od drugiego pożyczają pieniądze na jedną noc, na tydzień, na miesiąc.

Jednocześnie polskie banki pożyczają i lokują codziennie w innych bankach zagranicą euro dolary i franki. Transakcje te zawierane są co chwilę, gdyż w każdym momencie w jednym banku brakuje gotówki a w drugim jest jej nadmiar. To co dla jednej strony jest pożyczką dla drugiej jest lokatą. Stawki po których banki pożyczają między sobą pieniądze są uzależnione od wysokości stóp procentowych ustalanych przez banki centralne: w Polsce przez Radę Polityki Pieniężnej, w strefie euro przez Europejski Bank Centralny, a w USA przez FED. Same stawki po których udzielane są pożyczki między bankami są stawkami rynkowymi, czyli takimi które biorą pod uwagę poziom stóp procentowych w przyszłości: za miesiąc, za trzy miesiące, za sześć miesięcy, za rok. Uwzględniają one również premię za ryzyko.

Tak mniej więcej wyglądał świat finansowy przed 15. września - czyli przed upadkiem Lehman Brothers. Przed 15. września wydawało się, że rządy państw nie powinny ratować wszystkich banków, szczególnie tych które znalazły się w tarapatach w wyniku swoich nieodpowiedzialnych zachowań. Dziś wiadomo, ze doprowadzenie do upadku banku Lehman Brothers było błędem. W momencie podejmowania decyzji mało kto spodziewał się takich perturbacji na rynkach finansowych z jakimi mamy do dzisiaj do czynienia.

Upadek Lehman Brothers uzmysłowił inwestorom groźną prawdę, że może upaść każdy. W przeszłości bank ten był uważany za bardziej wiarygodny od wielu państw na świecie. Nie było na międzynarodowych rynkach finansowych gracza, któryby nie dokonywał transakcji z Lehman’em. Problemy kolejnych banków, tym razem w Europie (m.in Hypo Real w Niemczech, czy Fortis w Belgii) pokazały jak mało wiemy o tym kto ma jakie inwestycje w swoich portfelach, który z banków czy innych instytucji finansowych poniesie straty z tytułu upadku Lehman Brothers. A straty mogły być rozmaite: od gwarancji czy ubezpieczenia kredytów mieszkaniowych po proste transakcje z samym bankiem. Od momentu upadku Lehman’a na banki na całym świecie padł strach, że pożyczone dzisiaj pieniądze komuś kto był zawsze wypłacalny wcale nie muszą być jutro zwrócone. Dlatego też stawki za pożyczki na jedną noc po upadku Lehman’a wzrosły w USA z 2% do 7%, a na dłuższe terminy banki nie są skłonne w ogóle sobie udzielać pożyczek. Wirus niepewności dotarł również po czasie nad Wisłę. I choć nasz system jest zdrowy a banki naprawdę surowo i dobrze kontrolowane, to z dnia na dzień nasze banki „na wszelki wypadek” też straciły do siebie zaufanie. Od kilku tygodni nie działa w Polsce rynek bankowy na dłuższe niż kilkudniowe terminy. Sytuację ratuje NBP pożyczając i odpożyczając od banków pieniądze, których ta mają w nadmiarze. De facto NBP działa tutaj w roli pośrednika między bankami. Transakcje te są dokonywane na krótki okres. Banki nie pożyczają sobie pieniędzy na okresy miesięczne, nie mogą też pożyczyć na dłuższe terminy od banków zachodnich euro, dolarów ani franków szwajcarskich, bo tamci też nikomu nie chcą pożyczać, tym bardziej bankom spoza strefy euro. A waluty te są potrzebne, gdyż aby finansować kredyt we frankach czy w euro polski bank dotychczas pożyczał walutę w bankach europejskich z obietnicą oddania jej za jakiś czas. Jedni pożyczali na dłużej (większość) inni na krócej. A teraz przychodzi czas spłaty i zaciągnięte pożyczki trzeba oddać. Szkopuł w tym, że jak nikt nikomu nie chce pożyczać pieniędzy to nie ma skąd pożyczyć franków czy euro. Stąd tak ważne jest to aby w NBP można było pożyczać te waluty. Z walutami obcymi sprawa wydaje się prostsza – pożyczą im nam zachodnie banki centralne, gorzej wygląda kwestia braku transakcji między bankami w Polsce. Jeśli nadal banki nie będą sobie pożyczały pieniędzy a każdy bank będzie wolał trzymać pieniądze na lokacie w NBP niż pożyczać je przedsiębiorstwom, to wyhamowanie inwestycji w Polsce może być tak głębokie, że doprowadzi to do silnego wyhamowania wzrostu gospodarczego (nawet do 3% w roku przyszłym) i wzrostu bezrobocia znacznie powyżej 11-12%.

Tak wcale nie musi być. W sytuacji tak nietypowej potrzebne są szybkie działania państwa. Po to właśnie pakiet zaufania zaproponowany przez NBP i propozycje gwarancji rządowych dla transakcji bankowych. Problem w tym, że pakiet zaufania NBP za bardzo nie działa, a gwarancje dla transakcji międzybankowych mogą nie być wykorzystywane. NBP oferuje na razie euro i dolary, niedługo będzie też oferował franki szwajcarskie. yle="mso-spacerun: yes"> Jednak bank który chce kupić te waluty musi złożyć w NBP depozyt oprocentowany znacznie niżej niż oprocentowanie kredytu w walucie obcej. Innymi słowy bank na takiej transakcji traci 1,5 punktu procentowego, co powoduje, że tylko w desperacji będą chętni z pomocy
takiej skorzystać. Dlatego też banki wciąż przechowują gotówkę na depozytach w NBP czekając jak pojawi się pewnego dnia oferta z banku europejskiego na wymianę walut po stawach rynkowych, czyli lepszych niż oferowane przez NBP. Nie jest to bezpieczne z punktu widzenia zarządzania ryzykiem banku z tego powodu, że zamiast zawierać długoterminowe transakcje zabezpieczające ryzyka rynkowe na dłuższy okres, część banków czeka z
zamknięciem pozycji do samego końca, do ostatniego dnia, kiedy będzie musiał zwrócić środki, ryzykując, że ich jednak ostatecznie nie pozyska i wpadnie w kłopoty.

Z kolei zaproponowane gwarancje rządowe dla transakcji międzybankowych mogą się okazać o tyle nieskuteczne, że banki  w dobie kryzysu oczekują raczej gwarancji transakcji, czyli tego aby pożyczka np. 3 miesięczna z banku X do banku Y została po tych trzech miesiącach zwrócona. Proponowane przez rząd rozwiązania ubezpieczenia 50% transakcji poprzez
zabezpieczenie emisji obligacji, której cena jest nieznana, może nie zadziałać, ponieważ cena oferowanej gwarancji może przewyższać jej potencjalnie oczekiwany efekt Chodzi bowiem o to aby nie było tak, że bank który zwróci się do tego typu zabezpieczenia będzie uważany za desperata, który jest w opałach. Bo wtedy naprawdę może być desperatem. Rolą rządu i NBP jest stworzenie protezy rynku (jak to mam miejsce w rozwiniętych systemach finansowych), a nie oferowanie pomocy jako ostatnia instancja. No z takiej pomocy każdy będzie bał się skorzystać. Zbyt mocno siedzi w głowach bankierów przykład angielskiego banku Northen Rock, gdzie informacja o tym, że stara się on o pomoc rządu doprowadziła do powstania kolejek pod okienkami banku i w końcu zmusiło państwo do jego przejęcia…

2008-11-12 14:14
Ogólne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Podjęcie wspólnej decyzji przez rząd i NBP przyjęcia euro ma daleko idące konsekwencje. Przede wszystkim wyznacza tryb prac rządu i parlamentu na najbliższe kilka lat. Ponadto zobowiązuje Polskę do wypełniania na poważnie kryteriów traktatu z Maastricht. Obecnie sam fakt członkostwa w Unii Europejskiej obliguje nas do wypełniania tych kryteriów, ale jak dotychczas sankcje za ich brak nie były specjalnie ostre. Przez kilka lat na Polskę była nałożona tzw. procedura nadmiernego deficytu budżetowego, którą nasze rządy specjalnie się nie przejmowały. Dopiero niedawno została ona zdjęta. W momencie kiedy Polska wejdzie do przedsionka euro, czyli mechanizmu ERM II, wszystkie kryteria, w tym w szczególności dotyczące inflacji i poziomu deficytu budżetowego, będą musiały być spełniane w sposób perfekcyjny. Do tego dojdzie jeszcze konieczność stabilizowania kursu walutowego, który nie może się zbyt osłabiać ani zbyt umacniać. Uzgodniony przedział wahań wynosi +/- 15 proc., co oznacza, że maksymalne umocnienie lub osłabienie złotego od wyznaczonego poziomu wymiany nie może przekraczać tego limitu. W praktyce jednak obawa dotyczy nadmiernego osłabienia waluty, natomiast mocniejsze niż 15 proc. umocnienie było np. w przypadku Słowacji akceptowane. Niemniej, jak pokazują ostatnie wydarzenia na rynkach, złoty w ciągu niespełna czterech tygodni sierpnia osłabił się o 9 proc. w wyniku działania czynników globalnych. Przy tak znacznym osłabieniu NBP będzie musiał prawdopodobnie interweniować na rynku, skupując złote, by bronić walutę przed nadmierną deprecjacją. Są to operacje bardzo kosztowne. Również utrzymanie inflacji w ryzach w niektórych momentach może wymagać ekstradziałań NBP, na przykład gdyby nastąpił nawet krótkotrwały wzrost inflacji. Innymi słowy, przebywanie w ERM II to jest naprawdę poważna sprawa i jakikolwiek sygnał, że cała operacja może się skończyć niepowodzeniem, może być zabójczy dla całego projektu.

Rząd zobowiązał się przyjąć euro w 2012 roku. Bo spełnienie kryteriów w roku 2011 oznacza po prostu, że Polska będzie gotowa przyjąć euro 1 stycznia 2012 roku. To oznacza, że będziemy musieli przystąpić do mechanizmu ERM II w pierwszej połowie przyszłego roku. Przeprowadzanie referendum w tym okresie byłoby skrajną nieodpowiedzialnością. Samo to, że Polska może przerwać cały proces, może stać się samospełniającą przepowiednią. Referendum może więc doprowadzić do znacznego osłabienia złotego przy olbrzymich kosztach jego ratowania.

Koszty referendum byłyby dla gospodarki olbrzymie, a wynik prawdopodobnie nieważny ze względu na - jak to zwykle - niską frekwencję. W przypadku euro przydałoby się mniej polityki, a więcej odpowiedzialności.

2008-09-24 08:47
Ogólne Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |