29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Wciąż  dominuje u nas przekonanie, że dla pobudzenia gospodarki trzeba tworzyć bardzo konkretne zachęty, programy, interwencje. Jednym z takich przykładów ciągłej wiary w skuteczność tego typu  działania są strefy ekonomiczne. Każdy region, czy miasto stara się przyciągnąć inwestorów, zwykle zagranicznych, kusząc ich ulgami podatkowymi, preferencjami i zachętami. Podejmując jednak te działania zwykle jednak zapomina się o polskich przedsiębiorcach działających na tym terenie. Oni zwykle nie mogą skorzystać z nowo proponowanych preferencji, nie mogąc przenieść swej działalności do nowego miejsca. Zwykle bowiem koszty takiego manewru są zbyt duże. Co więcej, strefa ekonomiczna stwarza lepsze warunki dla nowych przedsięwzięć z stosunku do starych, a to można by nazwać nieuczciwą konkurencją. Władzom lokalnym zwykle bardzo zależy na nowych miejscach pracy, są dla nich skłonni zrezygnować z potencjalnych dochodów podatkowych. Intuicyjnie można to zrozumieć. Ale zbyt często zapomina się o drugiej stronie medalu, czyli likwidowaniu miejsc pracy poza strefami w wyniku nierównej konkurencji i to niestety głównie tych tworzonych przez rodzimych przedsiębiorców. W dzisiejszej wyjątkowo konkurencyjnej rzeczywistości bardzo trudno jest odrobić wyższą marżą różnice jaką można uzyskać nie płacąc podatków działając w strefie ekonomicznej.

W Polsce działa czternaście stref. Strefy oferują zwolnienie podatkowe, działkę przygotowaną pod inwestycje po konkurencyjnej cenie; darmową pomoc przy załatwieniu formalności związanych z inwestycją, zwolnienie z podatku od nieruchomości. Żyć nie umierać. Pytanie tylko dlaczego takie warunki mają być oferowane wyłącznie w czternastu miejscach w Polsce. Nie chodzi oczywiście o zwolnienia podatkowe, ale przede wszystkim o pozostałe warunki, które tak naprawdę powinny być chlebem powszednim normalnego biznesu.

Pierwsze strefy powstały na początku transformacji jako odpowiedź na problemy strukturalne na terenach upadającego przemysłu. Jedną z pierwszych była mielecka strefa ekonomiczna powstała na terenach WZK Mielec, gdzie w czasach PRL rozwijał się polski przemysł lotniczy. Miasto Mielec głównie żyło z tego jednego przemysłu, po upadku komunizmu przemysł ten okazał się bankrutem. Aby dać szanse miastu na przyszłość stworzono w tym miejscu strefę ekonomiczną aby miejsce to nie stało się na stałe czarną plamą polskiej mapy bezrobocia. Decyzja ta była dobrym rozwiązaniem, przyciągnęła kapitał, a jednocześnie nie była istotnie konkurencyjna wobec przedsiębiorstw istniejących niezależnie od zakładu. Podobnych przypadków w Polsce jest jeszcze kilka.

Czym innym jednak jest tworzenie stref ekonomicznych po to aby powstawały oazy lepszej Polski i to głównie dla inwestorów zagranicznych. Tą samą parę lepiej byłoby wpuścić w poprawę warunków inwestowanie w ogóle w Polsce, zarówno w zakresie dostępności terenu, przejrzystości przepisów, stabilności i przewidywalności prawa podatkowego. Inaczej zamiast wspierać będziemy utrudniać życie lokalnych przedsiębiorców.

W całej tej dyskusji oczywiście nie można zapomnieć  o konkurencji zewnętrznej. Jeśli Czesi, Węgrzy, Słowacy tworzą podobne strefy ekonomiczne aby zachęcić zewnętrzny kapitał do inwestowania, to my tu w Polsce mamy ograniczone pole manewru. Ograniczone nie oznacza żadne. Po pierwsze na poziomie kraju trzeba tworzyć lepsze warunki do inwestowania niż dotychczas.  Po drugie jeśli już tworzyć strefy ekonomiczne to w miejscach do których nie sposób jest ściągnąć kapitał. A po trzecie, jeśli już tworzyć to w taki sposób aby mogli z nich korzystać funkcjonujący tam lokalni przedsiębiorcy.

2013-04-02 19:23
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

W debacie o wejściu Polski do strefy euro przyszedł czas aby spojrzeć na proces przyjmowania wspólnej waluty w sposób bardziej obiektywny niż było to możliwe  w epicentrum kryzysu europejskiego. Jeszcze pól roku temu dominowało przekonanie, że zaraz nastąpi rozpad strefy euro i że nic gorszego niż wspólna waluta nie mogło się Europejczykom przydarzyć. Z kolei przed upadkiem Lehman Brothers było dużo euforii i optymizmu co do przyszłości i skuteczności mechanizmów strefy euro. Skrajne oceny nie sprzyjają rzeczowej dyskusji – teraz jest czas aby spojrzeć na to wyzwanie nieco bardziej na chłodno. Mamy za sobą doświadczenia kryzysu, które obnażyły słabości unii walutowej, ale też pokazały skuteczność instytucji jaką jest Europejski Bank Centralny.

 

Zacząć należy od argumentów ekonomicznych. Wspólna waluta ma swoje wady i zalety, stąd też niejednoznaczna ocena skutków jej przyjęcia. Przeciwnicy wskazują przede wszystkim na brak elastycznego kursu walutowego, który jest najprostszym i jednocześnie najskuteczniejszym mechanizmem dostosowania gospodarki. Zwracają uwagę na przykłady wielu krajów, w tym w szczególności ostatnio krajów Południa Europy, w których brak konkurencyjności był spowodowany m.in. brakiem możliwości szybkiego dostosowania po stronie kursu.

 

Kolejny mocny argument to nieadekwatność polityki monetarnej prowadzonej przez EBC na poziomie całego obszaru strefy euro wobec krajów znajdujących się na innym poziomie rozwoju, gdzie restrykcyjność polityki monetarnej dostosowywana jest do dominanty. Innymi słowy polityka monetarna adekwatna dla Niemiec czy Francji, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie będzie właściwa dla małej otwartej rozwijającej się gospodarki jaką jest Polska. Wspólna waluta utrudnia również możliwość szybkiej reakcji na asymetryczne szoki, których przecież nie można w przyszłości wykluczyć. Zwykle w takich sytuacjach następowałoby odpowiednie dostosowanie polityki monetarnej do wstrząsu jaki uderzył w daną gospodarkę, ale mając bank centralny we Frankfurcie nie da się tego zrobić. Przykłady Hiszpanii i Portugalii pokazują, że zbyt długie utrzymanie nieodpowiednio niskich stóp procentowych może doprowadzić do powstania nierównowag na rynkach aktywów. A  bez wspólnej waluty banki centralne obu tych krajów powinny zawczasu zwiększyć restrykcyjność polityki monetarnej.

 

Inny często używany argument dotyczy tego, że dopóki nie nastąpi pełna realna konwergencja gospodarcza, czyli wyrównanie poziomów życia, jakiekolwiek rozwiązania uwspólniające walutę są niekorzystne dla krajów mniej zamożnych. I jeszcze argument o ryzyku wspierania krajów zamożnych przez kraje biedniejsze, jak to miało miejsce w przypadku pomocy dla Grecji na którą musiała się składać znacznie mniej zamożna Słowacja. Strefa euro rozleniwiła też niektóre kraje Południa, w szczególności Grecję i wyłączyła rynkowy mechanizm wczesnego ostrzegania, co w konsekwencji doprowadziło do nadmiernego zadłużenia Grecji i nie tylko Grecji.

 

W sumie w sposób najbardziej obrazowy opisał te problemy Stefan Kawalec porównując strefę euro do grupy turystów powiązanych liną, którzy nie mogąc wycofać się z trasy która jest znacznie trudniejsza niż sądzili, muszą się nawzajem wspierać, ale przez to idą wolniej i są mniej skuteczni. Polska i pozostałe kraje UE nie będąc powiązanymi tą liną może dostosować tempo do zmieniających się warunków. Przemawiający do wyobraźni jest ten przykład, jeszcze do niego wrócimy.

 

Równolegle z argumentami natury ekonomicznej pojawiają się również te polityczne, z głównym o utracie suwerenności na czele. Bardziej konkretne zarzuty dotyczą rozwiązań zawartych a pakcie fiskalnym czy w unii bankowej, gdzie współodpowiedzialność zdejmie część władztwa państwowego nad polityką fiskalną i nadzorem bankowym. W przypadku polityki pieniężnej przyjęcie euro oznacza pełne przekazanie władztwa monetarnego do Frankfurtu. Nie można więc w żaden sposób twierdzić, że zakres odpowiedzialności polskich władz w ramach wymienionych obszarów nie zmieni się. Co więcej w przypadku gdyby integracja miała również doprowadzić do decyzji o emisji euroobligacji, to prawdopodobnie skala emisji długi poprzez poszczególne kraje byłaby również koordynowana centralnie. Zasadne więc jest pytanie czy to wszystko się opłaca.

 

Zaczynając od argumentów ekonomicznych. Rzeczywiście kurs walutowy jest bardzo skutecznym narzędziem odzyskiwania konkurencyjności, ale niestety krótkotrwałym. Zauważmy, że sama zmiana poziomu kursu zwiększa atrakcyjność eksportową kraju dewaluującego ale jednocześnie nie sprzyja restrukturyzacji. Jeśli jest to kwestia wyłącznie kosztów pracy, to taki mechanizm rzeczywiście jest skuteczny, jeśli jednak firma jest nieinnowacyjna, ma przestarzałą technologię, to dewaluacja nie przyczyni się w żaden sposób do jej poprawy. Co więcej, będzie wręcz sprzyjała status quo. Kraje którym jedynym sposobem odzyskiwania konkurencyjności jest dewaluacja w długim okresie wolniej się rozwijają. Wspólna waluta niejako wymusza w sposób naturalny rzeczywistą, wewnętrzną restrukturyzację.  Z punktu widzenia makro najważniejsza jest elastyczność procesów gospodarczych, w tym regulacje rynku produktu i rynku pracy. Przykład Niemiec najlepiej pokazuje, jak posiadając euro można być konkurencyjnym zarówno w ramach samej strefy jak i globalnie. Dla Niemiec euro jest relatywnie tanią walutą, ale warto przypomnieć, że na początku zeszłej dekady to właśnie w Niemczech najbardziej narzekano na niewłaściwy i zbyt wysoki kurs wymiany marki na euro. Cała poprzednia dekada była czasem restrukturyzacji gospodarki niemieckiej, z czego dzisiaj Niemcy korzystają. Jak widać więc można i to bardzo skutecznie.

 

Kolejny argument dotyczy niewłaściwych (zwykle zbyt niskich) stóp procentowych, dla krajów z wyższą inflacją, choćby ze względu na efekt Balassy – Samuelsona. Jednak jak pokazuje doświadczenie światowe, w okresie ostatniego kryzysu w tarapaty na rynku nieruchomości wpadły głównie kraje prowadzące samodzielną politykę pieniężną, w tym przede wszystkim USA i Wielka Brytania. W Europie Hiszpania i Portugalia miały podobne problemy jak tamte kraje, ale już we Włoszech czy nawet w Grecji nie odnotowano znacznej nierównowagi na rynku aktywów. Jak widać więc nierównowagę na rynku aktywów wywołuje nie tyle wspólna waluta ale błędy w polityce pieniężnej lub regulacyjnej poszczególnych krajów.

 

Optymalnym byłoby gdyby wszyscy członkowie strefy euro byli na tym samym poziomie rozwoju. Ale podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, czy nawet województwach w Polsce – nie wszyscy są i nie będą na tym samym poziomie rozwoju. Nierówności w zamożności pomiędzy regionami wyrównywane są za pomocą transferów, podobnie zresztą jak w przypadku polityki spójności realizowaną przez UE, lub też zmian technologicznych realizowanych na danym obszarze. Inna waluta dla podlaskiego i dolnośląskiego nie byłaby właściwym rozwiązaniem.

 

Często pada argument, że bez wspólnej polityki fiskalnej nie będzie skutecznej unii walutowej.  To nie jest też tak, że bez tego obszar wspólnej waluty nie przetrwa,  najważniejsze jest prowadzenie odpowiedzialnej polityki makroekonomicznej bez nierównowag, gdyż będąc członkiem strefy euro nie jest możliwy najbardziej standardowy instrument jakim jest inflacja. Oczywiście wspólna polityka fiskalna zmniejsza ryzyko nieodpowiedzialnego zachowania fiskalnego członków, ale silne automatyczne stabilizatory w ramach unii, pod warunkiem że egzekwowane  – mogłyby być wystarczające. Tak więc nie tyle poziom zamożności a poziom odpowiedzialności jest krytyczny dla powodzenia wspólnej waluty.

 

Strefa euro rozleniwia. To prawda – pokazał to przykład Grecji, może też jednak zachęcać również do pracy, jak pokazał to przykład Niemiec. Rozleniwienie w strefie euro wynikało z błędów polityki EBC, który traktował obligacje greckie na równi z niemieckimi. Sygnał dla rynku finansowego był bardzo mocny – nie bójcie się o długi Grecji. No i Grecja zadłużyła się ponad miarę, choć oczywiście głównymi winowajcami są kolejne greckie rządy. Bez euro Grecy musieliby znacznie wcześniej płacić wyższe oprocentowanie od emitowanych obligacji. Po ostatnim kryzysie i bankructwie Grecji nikt już na takie niedopowiedziane gwarancje się nie nabierze. Strefa euro już tak rozleniwiać nie będzie, bo rynek nie wierzy już w zapewnienia polityczne. Na drugim końcu równania są Niemcy, które przez całą dekadę od wejścia trzymały zarówno deficyt jak i płace w ryzach. Robili to dla siebie, aby odzyskać konkurencyjność i poprawić swoje perspektywy wzrostu. Każdy ładną pogodę wykorzystuje tak ja mu się podoba, jeden leży na plaży a drugi uprawia sport.

 

Jednym z trudniejszych tematów w dyskusji będzie wspieranie krajów zamożnych przez biedniejsze w ramach mechanizmów wspólnotowych. Już teraz trudno było wytłumaczyć Słowakom, że mają wspierać bogatszych od nich Greków. Tyle, że nie będąc w strefie euro większość krajów świata uczestniczy w podobnym mechanizmie, w ramach udziałów w Banku Światowy i MFW. Obie te instytucje jak wiemy z historii nie zawsze ratują wyłącznie biedne kraje. Na tym polega solidarność między państwami, chodzi jednak o to aby tego typu przypadków było jak najmniej, czyli aby ograniczyć istotnie nierównowagi w państwach członkowskim i im przeciwdziałać. Gdyby stosowano się do zasad z traktatu z Maastricht … kryzysu w takiej skali by nie było.

 

Podsumowując korzystając z porównania Stefana Kawalca z tą wycieczką w góry jest tak, że ktokolwiek kto się wybiera w góry powinien być do takiej wyprawy kondycyjnie przygotowany. Bez względu czy idzie sam czy z innymi turystami jest połączony liną.

2013-04-02 19:22
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Z tym rokiem Gierka to dobry pomysł. W sumie przecież nikt jak on nie przyczynił się do upadku komunizmu, nie tylko w Polsce ale w całej Europie Wschodniej. To dzięki niemu właśnie powstała Solidarność i dzięki niemu siedem lat po formalnym bankructwie Polski rządzący komuniści zdecydowali się oddać władzę. Tempo w jakim ekipa Gierka doprowadziła do formalnego bankructwa Polski w 1981 jest jednym z lepszych w nowożytnej historii.

W całej dyskusji o tym co działo się z polską gospodarką za dużo jest wspomnień, a stanowczo za mało liczb. W tym krótkim felietonie przytoczę parę podstawowych danych dla zobrazowania spustoszenia które sprowadził na polską gospodarkę Edward Gierek.

W 1970 roku Polska rozpoczynała dekadę z 1.1 miliardami dolarów długu zagranicznego wobec Zachodu, skończyła w roku 1980 z kwotą 24 miliardów dolarów, której to kwoty nie była już w stanie na bieżąco obsługiwać, a chwilę później nawet spłacać części kapitału. Polityka Gierka polegała przede wszystkim na otwarciu gospodarki na świat i zbudowaniu potencjału Polski na imporcie technologii. Wraz z importem technologii importowano również dobra konsumpcyjne, choć  po pierwszych kilku latach zachwytu, władze import ten musiały ograniczyć. Boom w polskiej gospodarce trwał w latach 1971 – 1975, potem w latach 1976 – 1978 z każdym dynamika wzrostu szybko malała, a od 1979 mieliśmy już do czynienia z recesją. W 1971 roku import z krajów tzw. kapitalistycznych wynosił 2 mld dolarów rocznie, podczas gdy pod koniec dekady już 10 miliardów. W tym samym okresie wzrósł także eksport, jednak od 1973 r. Polska miała stały deficyt w handlu zagranicznym na poziomie około 2 miliardów dolarów rocznie. Import miał był źródłem nowych technologii eksportowych. Okazało się, że kupowane technologie nie były nowoczesne, a polskie zdolności ich implementacji dość ograniczone. Skutki tej nieodpowiedzialnej polityki Gierka szybko dały się we znaki Polakom i to już po pięciu latach.

W połowie lat 70-tych polityka zadłużania zaczęła się załamywać, a w 1979 zupełnie zbankrutowała. Po pierwszych próbach podwyżek cen, rząd ustępuje i decyduje się na rozwiązanie problemu dodrukowując pieniądze wywołując tym samym inflację. Chwilę później reglamentuje popyt wprowadzając kartki, ograniczane są dostawy energii. Szacuje się, że jedna trzecia możliwości produkcyjnych polskiej gospodarki była w tym okresie niewykorzystana ze względu na niedobory energii i materiałów produkcyjnych. Czar dekady Gierka zupełnie pryska w 1979 roku, kiedy skala długu przerasta płynnościową zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie jest w stanie produkować w skali znanej z okresu otwartych rachunków kredytowych. W efekcie w latach 1979 – 1981 polska gospodarka kurczy się o jedną trzecią, tyle ile teraz  grecka w ciągu ostatnich pięciu lat. W tym czasie obsługę polskiego długu przejmuje w znaczniej mierze ZSRR.

W kolejnych latach, już bez Gierka, gospodarka po kilku latach wzrostu na początku lat 80-tych, znów od roku 1985 wpada w recesję. W  efekcie w 1989 PKB na głowę Polaka jest na poziomie z roku 1979.  Skutki polityki prowadzonej przez ekipę Gierka dały się nam we znaki z opóźnieniem. Podobnie jak teraz Grecy płacą rachunki za nieodpowiedzialną politykę poprzedniej dekady. Wśród najsłynniejszych nietrafionych wielkich inwestycji za czasów Gierka nie można nie wymienić Huty Katowice, opierającej swą produkcję na dostawach surowca z ZSRR, fabryki autobusów Berliet, które nie dość, że nie nadawały się do jeżdżenia w polskich warunkach, to nikt ich nie chciał od nas kupować i fabryki traktorów Ursus, których produkcja w znacznym stopniu była uzależniona od importowanych komponentów.

Nie ma się więc co dziwić, że Polska zbankrutowała. Zapewne jest to jakiś powód do dumy, że dokonaliśmy tego jako pierwsi w bloku socjalistycznym. Na lekcjach historii powinno się uczyć daty luty 1981 jako terminu formalnego bankructwa Polski .   W tym kontekście pomysł żeby rok, którym po raz pierwszy żyjemy bez długów Gierka (w 2012 Polska spłaciła ostatnią ratę) rzeczywiście śmiało może być nazwany rokiem tego wielkiego stratega.

2013-04-02 19:20
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

+ Wycofanie się z oskładkowania umów cywilnoprawnych

Ważne było wycofanie się przez rząd z planów oskładkowania umów cywilnoprawnych. Kończący się rok to okres wzrostu bezrobocia. Spodziewam się, że na koniec roku będzie ono wyższe niż 13 proc. Oskładkowanie umów cywilnoprawnych doprowadziłoby do dalszego zwiększenia liczby osób bez pracy. Dlatego dobrze, że te plany zostały porzucone. Umowy te, błędnie nazywane śmieciowymi, są w zasadzie jedyną formą, która daje możliwość szukania oszczędności przy zachowaniu miejsc pracy, gdy gospodarka zwalnia. Polska na tle innych krajów europejskich ma elastyczny rynek pracy, tego nie ma np. we Włoszech czy Hiszpanii i skutkiem jest bardzo wysokie bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych.

 

- Szum wokół zwolnień w fabryce Fiata

Wydaje się, że nieproporcjonalnie dużą uwagę przykłada się do sytuacji w fabryce Fiata w Tychach. Oczywiście fakt, że 1,5 tys. osób straci pracę jest zasmucający, ale pamiętajmy, że w kraju jest mnóstwo miejsc, gdzie pracę traci więcej osób. Do tego zwolnieni pracownicy Fiata mają dużą szansę na znalezienie nowego zajęcia. Górny Śląsk to przecież region kraju, w którym najłatwiej o pracę. Szkoda też, że nie zwraca się uwagi na rozwój centrów usług wspólnych. Dzięki nim w minionym roku powstało w Polsce 20 tys. miejsc pracy w różnych branżach: IT, księgowości, czy finansach. W 2013 czeka nas dalszy rozwój w tym obszarze.

2013-04-02 19:19
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Cezary Michalski: Swoim wywiadem z Januszem Lewandowskim, w którym padła deklaracja polskiego komisarza UE, że polski rząd ma pół roku na wyrażenie woli, co do przyjęcia euro, sprowokował pan nowy etap sporu w tej kwestii. Nie zmieniła się jednak obsada ról w tym sporze. Eurosceptyczna prawica nadal uważa strefę euro za piekło, rząd nadal wysyła sprzeczne sygnały. Mamy deklarację premiera o konieczności rozpoczęcia debaty społecznej, a jednocześnie informację o zawieszeniu narodowego programu przygotowań do wprowadzenia euro. Z Platformy docierają też ciągle deklaracje o słuszności dotychczasowej polityki „trzymania nogi w drzwiach”. Czy w tej atmosferze jakakolwiek decyzja może się w ogóle pojawić?

Ryszard Petru: Mamy raport ministerstwa finansów z końca września, gdzie rzeczywiście pojawił się bardzo wyraźny dystans wobec planów wprowadzenia euro w Polsce, a także odmowa wyznaczenia jakiegokolwiek kalendarza. Między wrześniem a dniem dzisiejszym zaszła jednak zasadnicza zmiana. Zgodzę się, że na razie wciąż mamy wrażenie kakofonii docierającej od strony rządu, ale myślę, że świadomość powagi sytuacji dotarła do decydentów i wraz z upływem czasu będzie to już coraz bardziej brzmiało jak zgrana orkiestra.

Ale co się właściwie zmieniło? Polska opinia publiczna wciąż jest informowana przez prawicowych ekspertów i dziennikarzy o nieuchronnym rozpadzie strefy euro, szybkim wypadnięciu z niej Grecji itp. A minister finansów powtarza, że musimy przeczekać, bo gospodarkę mamy zdrową i nie możemy ryzykować jej stabilności wchodząc w tak niepewny obszar.

To wszystko składa się na obraz nieprawdziwy, choćby w tym sensie, że nieaktualny. Pół roku temu można było mieć uzasadnione wątpliwości co do determinacji obrony strefy euro nawet przez jej liderów, a już szczególnie można było mieć wątpliwości, co do jej przetrwania w dotychczasowym kształcie. Decyzja polityczna o ratowaniu strefy euro już jednak zapadła. Podjęto też decyzję o zachowaniu Grecji w strefie euro, czyli o zachowaniu strefy euro w jej obecnym kształcie – dodatkowo z perspektywami jej poszerzenia, a nie ograniczenia o to czy inne państwo. A w sytuacji, kiedy te wszystkie decyzje zapadły – a do tego dodajmy wcześniejszą deklarację prezesa Europejskiego Banku Centralnego o ratowaniu euro wszelkimi dostępnymi środkami – ich konsekwencją są liczne działania rozpoczynające proces głębszej integracji państw strefy euro. Dlatego też trzymanie nogi w drzwiach pociągu, który odjeżdża ze stacji, przestało być możliwe.

Jakie konkretne działania wynikały z tej politycznej decyzji?

Deklaracja ze strony EBC o skupie obligacji zagrożonych państw doprowadziła do obniżenia kosztów obsługi długu krajów strefy euro, następnie mieliśmy serię decyzji politycznych. Pakt fiskalny czy unia bankowa to rozwiązania przewidujące głębszą integrację w ramach strefy euro. Decyzji tych nie sposób było podjąć wcześniej, wymusił je kryzys, który przełamał wszelkie wcześniejsze polityczne blokady. Spodziewam się, że w tej sytuacji głos naszego rządu szybko się zmieni, nawet już się zmienia, a jest to pochodną decyzji podjętej przez państwa członkowskie strefy euro, które w oczywisty sposób stawiają nas w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej. Kształt unijnego budżetu jest tak naprawdę już dzisiaj decydowany w ramach krajów strefy euro, a w przyszłości budżet wspierający nasz rozwój będzie określany wyłącznie w tym węższym klubie. Polityka energetyczna – w strefie euro. Przyszłe polityczne jądro Europy – w strefie euro. Być może w związku z tym jakieś elementy integracji militarnej – także tam. W tej sytuacji pozostawanie poza strefą euro byłoby zakwestionowaniem długofalowego celu polskiej polityki, jakim od roku 1989 była integracja z Zachodem. Ten cel był realizowany lepiej lub gorzej, ale jednak lojalnie przez wszystkie polskie rządy. Żeby tego nie zmarnować, my musimy teraz podjąć decyzję. Na rządzie, ale także na mediach, na elitach społecznych spoczywa ogromna odpowiedzialność za wytłumaczenie społeczeństwu, jakie są za i przeciw naszego wejścia do strefy euro. Tymczasem ze strony polityków, i to tych najbardziej odpowiedzialnych, było tylko słychać: „Jak się naprawią, zobaczymy”. To nie jest najlepsza argumentacja, w ten sposób ze społeczeństwem w ogóle przestajemy się komunikować. Nawet Grecy, choć protestują, to wiedzą, że mają za dużo do stracenia. I jednak głosują na partie otwarcie mówiące o zyskach wynikających z pozostania Grecji w strefie euro.

W Polsce co pewien czas pojawiają się głosy mówiące o konieczności rozpoczęcia takiej debaty. Ostatnio powtórzył to nawet premier. Jednak na razie w tej debacie słyszalny jest tylko głos eurosceptyków.

Premier ewidentnie ma świadomość potrzeby rozpoczęcia szerokiej kampanii społecznej. Sądzę, że ma podobną wiedzę i ocenę jak ta, z którą do polskiej opinii publicznej stara się dotrzeć Janusz Lewandowski. Przede wszystkim co do diagnozy sytuacji w Europie, gdzie podjęto już fundamentalne decyzje, m.in. o utrzymaniu Grecji w strefie euro. To jest decyzja polityczna, bo tu priorytet polityki nad ekonomią jest oczywisty.

Co pana jako ekonomisty nie oburza?

Nie ma czegoś takiego jak zupełna autonomia ekonomii i polityki. Nie ma absolutnej autonomii celów ekonomicznych i politycznych. One są ze sobą w oczywisty sposób sprzężone. Ale co idzie za decyzją dotyczącą Grecji, podjęto także decyzję o głębszej integracji całej siedemnastki państw tworzących dzisiaj strefę euro. I w tym kontekście oczywiste staje się pytanie skierowane do Polski, która podjęła przecież kiedyś decyzję traktatową o wejściu do euro: „Panowie, podtrzymujecie tę swoją decyzję, wchodzicie, czy wolicie pozostać w kręgu zewnętrznym jak Wielka Brytania czy Czechy?”. To pytanie jest oczywiste. Udzielenie odpowiedzi na to pytanie także jest w oczywisty sposób konieczne.

Ale czy można takiej odpowiedzi udzielić, jeśli ma się politykę wewnętrzną w takim stanie jak Polska? Do wprowadzenia euro najprawdopodobniej potrzebna będzie nowelizacja konstytucji. Nawet gdyby dało się skonsolidować PO, SLD, RP i PSL, pozostaje „prawica posmoleńska”, która dziś tego nie akceptuje. W niedawnym wywiadzie, jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej” Dariusz Rosati, reprezentujący dzisiaj stanowisko Platformy, ważne stają się wybory 2015 roku. One rozstrzygną, czy „prawica posmoleńska” zachowa swoją siłę blokującą.

Dla prawicy ten podział jest politycznie bardzo atrakcyjny. Spór o euro wzmacnia jej pozycję, przy słabości ich agendy w jakichkolwiek innych sprawach związanych z państwem czy gospodarką. Obawiam się, że w związku z tym – nie będzie chciała odpuścić. Taki podział bowiem dzieli Polskę na dwie części: za i przeciw euro, gdzie za będzie PO, SLD i RP. A po drugiej stronie PiS. Wprost wymarzony podział polityczny dla partii Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński jako premier zachowywał się jednak odpowiedzialnie, negocjując traktat lizboński.

W opozycji, jak widać, nie sposób być równie odpowiedzialnym, jak wówczas, kiedy jest się premierem. 2015 rok będzie przełomowy, ale kluczowa okaże się umiejętność komunikacji z Polakami już wcześniej, zdolność mówienia im czegoś innego, niż mówiło się do tej pory, zdolność mówienia im prawdy. To nie jest tak, że wejście do euro się opłaca i już. Są ekonomiczne za i przeciw, które pomimo wielu dobrych raportów NBP na ten temat nie dają przecież odpowiedzi zero jedynkowej. Są też argumenty polityczne –  te ewidentnie stoją po stronie euro. Trzeba umieć to uczciwie powiedzieć, a rzeczywiście wcześniejsze lata były pod tym względem stracone. Na razie mieliśmy wspólne posiedzenie trzech komisji sejmowych w sprawie paktu fiskalnego, na którym pani Anna Fotyga mówiła o Pax Germanica, co ma niby kończyć dyskusję. Ten spór w parlamencie był przedsmakiem tego, co będzie się działo w 2015 roku. Niestety, kiedy słucha się takich wystąpień, wygląda na to, że nie będzie to wymiana argumentów, ale usłyszymy raczej hasła o zdradzie i wyprzedaży państwa. Jednak, chcąc nie chcąc, musimy dzisiaj tę dyskusję zacząć, ona ma ma bowiem fundamentalne znaczenie dla naszej przyszłości. Od niej zależy nie tylko to, czy wejdziemy do strefy euro, ale to, jak będzie wyglądał nasz kraj za 20 czy 30 lat.

Wywiad został przeprowadzony przez „Krytykę Polityczną”

2013-04-02 19:18
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Strefa euro tworzy się na nowo. Nowe rozwiązania instytucjonalne takie jak pakt fiskalny, unia bankowa, budżet strefy euro, a w konsekwencji prawdopodobnie również euro obligacje, to zupełnie nowa jakość. Uczestnicy wspólnej waluty tworząc te nowe rozwiązania chcą uniknąć błędów przeszłości jakimi było nieprzestrzeganie traktatu z Maastricht. Oczywiście nawet trzymanie się limitów deficytu i długu mogło nie wystarczyć, co najlepiej pokazał przykład Irlandii, w której nierównowagi na rynku aktywów, jak i w konsekwencji na rynku finansowym, doprowadziły do eksplozji obu wskaźników. Niemniej jednak przestrzeganie tych podstawowych kryteriów z Maastricht znacznie ograniczyłoby skalę obecnego kryzysu finansowego. Nie byłoby problemów Grecji, Portugalii, Włoch i w części też Hiszpanii.  Teraz kraje wspólnej waluty tworzą system który ma zapobiec zarówno przekraczaniu limitów, jak i wprowadzić mechanizmy systemowego monitoringu i pomocy dla państw które mogę znaleźć się w finansowych tarapatach. W interesie Polski jest przyłączenie się do tego klubu, co więcej dzisiaj powinniśmy wspólnie współtworzyć ten nowy system, tak aby uwzględniał również nasze postulaty i interesy.

Jednym z warunków przystąpienia do strefy euro jest mechanizm ERM2, który przewiduje dwuletni okres w którym waluta kraju który chce się dołączyć nie może odchylać się o więcej niż 15% od ustalonego poziomu wobec euro. W praktyce jeśli waluta umocni się o więcej niż o 15% przedział ten jest przesuwany, jeśli się natomiast osłabi, całą procedurę trzeba de facto rozpoczynać na nowo. Co więcej, zwykle też ustalany jest nieoficjalny węższy zakres wahań na poziomie 2.25% w stosunku do ustalonego parytetu. Jak więc widać, nie dość, że mechanizm ten sprzyja aprecjacji (zwykle nadmiernej, co pokazał przykład Słowacji) to jeszcze jest bardzo kosztowny, wymaga bowiem interwencji walutowych i niepewny – gdyż można nie utrzymać się w wyznaczonym paśmie.

Co najważniejsze jednak, mechanizm nic nie wnosi do stabilności ani kraju wchodzącego, ani też strefy euro, która kraj ten przyjmuje. W ramach ERM2 przyszły kraj członkowski musi spełniać kryteria fiskalne i nominalne, co ma już głęboki sens. Jednak sama gra walutowa nie wnosi nic pozytywnego do stabilności i jest swego rodzaju reliktem przeszłości. W ramach nowego ładu instytucjonalnego cały mechanizm ERM2 należałoby znieść, lub przynajmniej istotnie zweryfikować. Polska w tej sprawie powinna zająć mocne stanowisko, bo przecież żadne z państw strefy euro nie jest w ogóle tym tematem zainteresowane. Sceptycy zapewne powiedzą, że to rzucanie się motyką na słońce. Tyle, że przy skali zmian wprowadzanych obecnie w strefie euro ta jedna jest naprawdę niewielka. A leży w naszym głębokim interesie.

2013-04-02 19:17
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

2013 nie zapowiada się na łatwy rok w gospodarce. Końcówka 2012 nie mogła napawać optymizmem, podobnie będzie z pierwszym a być może też z drugim kwartałem tego roku. W tym kontekście coraz częściej pada słowo kryzys w odniesieniu do stanu naszej gospodarki, pytanie tylko na ile tego typu oceny są uzasadnione. Rozpocząć by należało od definicji kryzysu. W literaturze znajdziemy kilka określeń kryzysu ekonomicznego, od nagłego spowolnienia gospodarki, poprzez długotrwały stan utrzymującego się wysokiego bezrobocia i niskiego tempa wzrostu gospodarczego, po definicję, gdzie mianem kryzysu określa się stan w którym mamy do czynienia z okresem bardzo niskiego lub ujemnego tempa wzrostu gospodarczego. W sumie żadna z tych definicji nie pasuje za bardzo do naszej obecnej sytuacji, bo ani to spowolnienie gospodarcze nie jest nagłe, ani nie trwa długo, ani też nie jest to czas ujemnego wzrostu gospodarczego. Nie chodzi w żadnym wypadku o uspakajanie, każde z tych opisanych w definicjach zjawisk może niedługo stać się elementem rzeczywistości – jednak jak na razie prawdziwe zjawisko kryzysowe dotyka w Polsce głównie kilku branż, a nie całej gospodarki. Mowa tu przede wszystkim o branży budowlanej, zarówno w zakresie budownictwa mieszkaniowego jak i budowy infrastruktury. Poważne kłopoty przeżywają też branże eksportowe, w tym samochodowa i pokrewne, takie choćby jak branża transportowa. W wielu przypadkach można tam mówić o prawdziwym kryzysie. Załamanie w każdym sektorów było nagłe i głębokie i niestety będzie trwało dłuższą chwilę. Na szczęście w większości pozostałych sektorów sytuacja jest znacznie lepsza, choć daleko od dobrych czasów, choćby tych z 2011 roku.

 

Wiele osób wciąż myli spadek dynamiki z prawdziwym spadkiem poziomu. O ile rzeczywiście w przypadku produkcji przemysłowej i inwestycji publicznych mieliśmy do czynienia z realnym spadkiem w 2012 o tyle, na szczęście, wydatki konsumpcyjne Polaków nie zanotowały ujemnej dynamiki. Co prawda były w trzecim kwartale bliskie zera, ale wciąż nie jest to kryzys. Spadająca inflacja jest główną nadzieją na poprawę tego wskaźnika. Szczerze mówiąc, tak długo jak w Polsce nie będziemy mieć do czynienia z ujemną dynamiką prywatnej konsumpcji, tak długo nie można mówić o kryzysie.  Co więcej takie zjawisko musiałoby być trwałe, a nie jednorazowe  - wtedy byłby to mocny sygnał zubożenia społeczeństwa. Formalnie uważa się, że recesja mamy wtedy gdy przez dwa kwartały z rzędu ma miejsce spadek realnego PKB w relacji do poprzedniego kwartału.  Tyle teoria. W praktyce kluczowe będzie zarówno to jakie są odczucia społeczne i jakie zachowanie i postrzeganie rzeczywistości przez przedsiębiorców. Obecny stan na pewno nie można nazwać euforycznym, ale do kryzysu wciąż na szczęście daleko. W społeczeństwie raczej widzimy lęk przed kryzysem, a w szczególności przed jego najboleśniejszym objawem jakim jest rosnące bezrobocie. Wśród przedsiębiorców dominuje obawa o jutro i brak dobrych perspektyw na najbliższy rok. Banki natomiast kontynuują proces delewarowania, co nie poprawia nastrojów ani konsumentów ani przedsiębiorców.  Nie jest to kryzys, bardziej okres swego rodzaju stagnacji i marazmu. Dobrze byłoby gdyby trwał jak najkrócej.

 

W krótkim okresie perspektywy naszej gospodarki zależą od koniunktury globalnej, reformy podażowe szybko nie przełożą się na poprawę koniunktury, a na popytowe ze względu na ograniczenia fiskalne nie ma miejsca. Podobnie jak w większości krajów europejskich. Pozostaje skupić się na tych mało spektakularnych projektach, które dla przeciętnego obywatela nijak się ze wzrostem gospodarczym nie kojarzą, a w rzeczywistości w perspektywie nawet jednego roku mogą przełożyć się na większy potencjał naszej gospodarki.  To takie małe rzeczy jak deregulacja prawa gospodarczego, nowy kodeks budowlany, nowe prawo upadłościowe, przywrócenie elastycznego czasu pracy i większości rozwiązań przyjętych w ramach pakietu antykryzysowego. A także, zwiększenie efektywności pośrednictwa pracy, promocja aktywności zawodowej, nowe regulacje w zakresie większej elastyczności młodych rodzin na rynku pracy. Nie wspominając o zmianach w systemie zabezpieczenia społecznego rolników. Dla przypomnienia, to lista z expose premiera. Tego Państwu i sobie na 2013 rok życzę.

 

2013-01-03 09:05
Polskie wpisy Komentarze (13)
 Oceń wpis
   

The EU summit has been generally deemed a flop.  And indeed,  a two day event with  27 european leaders who then go home empty handed cannot be considered a success.  Such meetings should be so prepared as to ensure that  agreement is reached.   At the same time we cannot ignore Europe's plight.  Not only is the continent in recession, but more than ever before, the differences regarding the scale and direction of further integration is splitting the EU into distinct camps.  

 

The UK is now exceptionally euro sceptic and a summit which could have shown an isolated David Cameron,  merely served to fuel euroscepticism.   At least the UK did not use their veto and the feeling that it was the only the fault of the UK that an agreement was not reached was avoided.

 

The summit also managed to significantly bridge the gap between those in favour of austerity and those in favour of increasing the budget.  From the perspective of the net payers, the 30 billion euro haggled over concerns the principle more than the substance as this expenditure will be spread out over the next seven years.   In other words four billion euro a year borne by all payers.  These are nominal sums, although for Poland these are much more significant than for the net payers because of the differences in nominal GDP.  As the cost of living in Poland is now at 64% of the EU average, that figure takes into account the lower cost of living.   Nominal comparisons are considerably less advantageous for Poland - our income expressed in euros is on average three times lower than in Western Europe.   Hence the big difference lies in what those figures mean to us.  For the richer countries it's a nominal figure, for us it's not.  The whole fight over the budget in Europe no longer concerns just money but shows that during times of crisis, austerity should be applied across the board.  It is difficult to convince Dutch or German voters that when Europe is in recession, more money should be spent on cohesion programmes in central and eastern Europe or on rich farmers in France.  Member states contribute around 1% of GDP to the EU budget.  which means that growth or decline in previous spending levels has little impact on most countries.    That is why Europe has  split into the pro-austerity North and the pro-spending South.  This time Poland has ranked with the South.  In the long run this will not serve us in other areas such as budgetary discipline, competition or deregulation of services - areas where we should unequivocally be supporting the North.  It is all the more important from the perspective of Poland's position in the Union in ten years' time.

 

Our unflagging pro-european stance and associated member status would be a factor which could considerably improve our position in Europe and in the immediate future would mean an improvement in our negotiating position.  Over the next months one of the elements of our negotiating strategy should be this very aspect.  For this places Poland not only in the position of a country needing these funds for its development but above all in the position of a country which will soon be an important partner.  We would do well to remember this.

 

It is unlikely that during the next summit the parties will not reach an agreement.  Now they are casting around for a compromise worded in a way which will allow the majority of participants to return home crying victory.  The main players at the summit clearly considered that this will be easier to achieve by spreading out the whole discussion over two phases)  The task at hand is to adequately prepare the next phase.

 

2012-12-21 14:51
English notes Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

  

W ciągu niespełna kilku tygodni nastąpiło niesamowite przyspieszenie w kwestii naszego przyszłego członkostwa w strefie euro. Jeszcze na koniec września ministerstwo finansów w sprawozdaniu o działalności pełnomocnika rządu ds. euro poinformowało, że rząd wstrzymał prace nad Narodowym Planem Wprowadzenia Euro. Ale już w momencie ogłoszenia tego dokumentu pełnomocnik musiał się ostro tłumaczyć, że żadnych prac nie zawiesza. Najbardziej znamienne jednak były słowa premiera, który powiedział jednoznacznie, że poza strefą euro czeka nas członkostwo w UE drugiej kategorii. Niestety jest to prawda, tyle że czasu trochę musi upłynąć aż dotrze ona do szerszej opinii publicznej, a jeszcze więcej do opozycji. Dziś bowiem trudno sobie wciąż wyobrazić jak wyglądać będzie wspólnota pod koniec tej dekady. Tyle, że jeśli tej wyobraźni nie uruchomimy teraz to będzie nam znacznie trudniej wejść do tego kręgu, nie wspominając już o tym, że na znacznie bardziej wyśrubowanych warunkach. Teraz kiedy tworzy się nowy ład gospodarczo instytucjonalny w Europie mamy szanse albo go kształtować lub też stać obok jak Czesi czy Brytyjczycy. Na staniu obok historycznie najlepiej nam nie wychodziło.

 

Przeciwnicy, oprócz utraty suwerenności i tym podobnych wielkich słów, wskazywać będą również argument ważki ekonomicznie, a mianowicie utratę elastycznego kursu jako sposobu na najbardziej skuteczny mechanizm zachowania konkurencyjności gospodarki. Tyle, że osłabienie kursu poprawia konkurencyjność ale nie likwiduje przyczyn z powodu których została ona utracona. Innymi słowy osłabienie kursu zmniejsza presję na reformy strukturalne, zarówno w całej gospodarce na poziomie makro, jak i w poszczególnych przedsiębiorstwach na poziomie mikro. A taki proces wewnętrznej restrukturyzacji - który właśnie teraz przebiega w Europie Południowej - jest kluczowy, choć bolesny. Trwa dłużej, ale skutkuje poprawą pozycji konkurencyjnej na trwałe. Tak się stało z Niemcami w poprzedniej dekadzie, tak też dzieje się teraz w Hiszpanii czy Portugalii. Kraje te powoli zwiększają swój eksport i niwelują deficyt na rachunku bieżącym, maleją im z roku na rok relatywnie koszty pracy. Za kilka lat, przy odpowiedniej konsekwencji, będą mogły podążyć drogą Niemiec. Euro wcale nie ogranicza możliwości bycia konkurencyjnym – wymaga jednak więcej wysiłku, ale skutki są bardziej długofalowe. Nie ma więc zagrożenia, że Polska nie będzie miała żadnych mechanizmów dostosowawczych. Oczywiście w okresie spowolnienia nie będziemy mogli korzystać ze słabego złotego, ale też premia za ryzyko będzie znacznie niższa co sprzyjać będzie z kolei inwestycjom. A to one tworzą potencjał gospodarki w długim okresie.  A  nie elastyczny kurs walutowy.

 

2012-12-20 11:15
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 

W zeszłym tygodniu komisarz UE Janusz Lewandowski jednoznacznie określił termin kiedy w Polsce powinny zapaść kierunkowe decyzje dotyczące członkostwa w strefie euro. Ten termin to wiosna 2013, czyli bardzo niedługo. Data wręcz zaskakująca, wielu bowiem uznało, że kwestię dyskusji o naszym członkostwie w tym klubie można śmiało odłożyć na dobre kilka lat.  W ostatnich kilku miesiącach dużo się jednak w Europie zmieniło, mało kto jednak w Polsce te zmiany dostrzegł. A zmiany te są zasadnicze i wymagają przyspieszenia przede wszystkim myślenia w tej sprawie, jak również decyzji. Zanim o konkluzjach, dwa słowa jeszcze o tym co się stało.

 

Od momentu kiedy szef EBC ogłosił możliwość nieograniczonego skupu obligacji zagrożonych państw rynek finansowy, ale przede wszystkim świat polityki, uznał, że przyszłość Europy została opanowana. Kraje siedemnastki ustaliły też, że będą robić wszystko aby Grecja pozostała w strefie euro, a tym samym przyszłość strefy euro nie była podważana. Jednocześnie uruchomiony został proces dalszej głębokiej integracji w ramach siedemnastki, najpierw pojawiły się same pomysły a potem oficjalne propozycje wydzielonego budżetu strefy euro, nowego parlamentu dla tego nowego ciała, nie wspominając o wcześniejszych propozycjach paktu fiskalnego i unii bankowej. O ile cały proces uzgadniania konkretnych kształtów tych propozycji zajmie jeszcze trochę czasu, to jednak kierunek jest jednoznaczny a determinacja dość wysoka. Wzmacniają ją jeszcze eurosceptyczne głosy dochodzące z  Wielkiej Brytanii, sygnalizujące tym samym potrzebę ściślejszej koordynacji w ramach klubu w którym łatwiej jest się dogadać. A czasu nie ma zbyt wiele – Europa bowiem oprócz reform strukturalnych które są jej niezbędne do odzyskania konkurencyjności musi tak ukształtować swą nową architekturę aby wyjść z kryzysu wzmocniona a nie osłabiona. Stąd pomysły na ściślejszą koordynację polityki fiskalnej, unię bankową a na końcu prawdopodobnie wspólne emisje euroobligacji. To będzie już zupełnie inna strefa euro, niż ta sprzed dekady. Tym samym argumenty za członkostwem w strefie wspólnej waluty mają już nie tylko wymiar ekonomiczny ale również polityczny. I te polityczne argumenty są zupełnie nowe i w innym świetle stawiają całą dyskusję europejską i nasze członkostwo w tym elitarnym klubie.

 

Zacznę od przypomnienia podstawowych argumentów ekonomicznych. Przede wszystkim obszar wspólnej waluty to wyeliminowanie zmienności kursu walutowego, poważnej bolączki polskich przedsiębiorców, którzy całe ryzyko kursowe są zmuszeni brać na siebie. Po drugie znacznie mniejsze ryzyko inwestycyjne i większa atrakcyjność Polski jako kraju dla inwestycji bezpośrednich. Podobnie jak w przypadku Słowacji mielibyśmy do czynienia z poprawą ratingu kraju i znacznie większym zaangażowaniem inwestorów zarówno bezpośrednich jak i portfelowych.  Można zapewne oczekiwać również spadku oprocentowania papierów i marż ale skala tego spadku będzie znacznie mniejsza niż w okresie sprzed kryzysu kiedy wszystkie rentowności obligacji krajów strefy euro skonwergowały do poziomu obligacji niemieckich. Tym razem jednak rynek już nie popełni tego błędu nauczony przykładem Grecji, niemniej jednak wciąż można liczyć na premię związaną z mniejszym ryzykiem niewypłacalności niż w przypadku pozostawania poza strefą euro. 

 

Do tego dochodzą argumenty polityczno-gospodarcze takie jak wspólny budżet w ramach strefy euro, który będzie rósł kosztem budżetu unijnego. Ale również argumenty bezpieczeństwa energetycznego i wspólnej unii bankowej, która i tak i tak Polski będzie dotyczyć, poprzez mechanizm nadzoru nad bankami które są dla naszych instytucjonalnie matkami. No i na koniec pakt fiskalny - czyli wspólna odpowiedzialność budżetowa wraz z instytucją euroobligacji. Euroobligacje byłyby dla nas wyjątkowo niekorzystne gdybyśmy pozostawali poza strefą euro, ale już w ramach strefy euro ich postrzeganie przez biedniejszy kraj byłoby zupełnie inne. Przeciwnicy będą zapewne podnosić argument utraty suwerenności – warto tylko przypomnieć, że w przypadku problemów z płynnością Polska musi prosić o pomoc MFW, tracąc taką samą ilość suwerenności jak w przypadku wejścia do paktu fiskalnego.  Mamy jeszcze kilka miesięcy na dokładniejszą analizę, ale decyzje kierunkowe trzeba będzie podejmować szybciej niż dotychczas sądzono.

 

 

2012-12-11 07:32
Polskie wpisy Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |