29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

  

W ostatniej projekcji inflacyjnej NBP dynamika wzrostu gospodarczego w Polsce spowalnia pod koniec 2012 roku do ok 1.5 proc i utrzymuje się mniej więcej na takim poziomie przez całe pierwsze półrocze 2013 roku. Po czym następuje powolny powrót do dynamiki ok. 2 proc pod koniec 2013.  Ostatnie dane nt. PKB za trzeci kwartał są zbieżne z tym scenariuszem. Co prawda, dokładniejsza analiza składowych pokazuje, że również NBP nie spodziewał się, że przyrost konsumpcji indywidualnej może być prawie zerowy. Nie ma jednak co wpadać w przesadny pesymizm, z grubsza trend nie powinien być dla większości zaskoczeniem, pytanie na ile spadająca w przyszłości inflacja ma szansę wesprzeć konsumpcję prywatną Polaków. W tym samym bowiem raporcie znajduje się również prognoza inflacyjna na najbliższe dwa lata. Inflacja jest znacznie trudniejsza do prognozowania, bo oprócz tempa wzrostu, jego składkowych i skali odchylenia od potencjału gospodarki, przy szacowaniu przyszłej inflacji trzeba wziąć pod uwagę takie czynniki jak: ceny surowców, kurs walutowy, tendencje rynku pracy, zmiany cen regulowanych. Szczególnie te dwie pierwsze kategorie są trudne do przewidzenia. Stąd znacznie słabsza waga prognostyczna projekcji inflacji w porównaniu z prognozą PKB.

 

Co do warunków wewnętrznych, kolejny kwartał z ujemnym popytem wewnętrznym, brakiem jakiejkolwiek presji płacowej, z rosnącą luką popytową - to wszystko bardzo mocne argumenty za kontynuacją obniżek stóp. Byłoby wręcz fantastycznie gdyby inflacja w 2013 roku spadła do 2.5 procent a w kolejnym roku w okolice 1 procenta, tak jak prognozuje NBP. Zminimalizowany zostałby negatywny wpływ inflacji na poziom realnych dochodów ludności i zwiększyłaby się znacznie przestrzeń do obniżek stóp. Tyle, że taka prognoza w znacznej mierze bazuje na założeniu, że wszelkie pozostałe warunki pozostaną niezmienione. A wystarczy wybuch wojny z Iranem i ceny ropy wylecą w powietrze, podobnie jak kurs walutowy. Dlatego też - pomimo słabnącej gospodarki - byłbym dalece zaskoczony gdyby RPP była skłonna obniżać stopy procentowe po 50 pb na posiedzeniu. Spodziewać się raczej należy krótkiej serii obniżek stóp do poziomu 4 procent lub lekko poniżej. I odczekanie. Bo to nie jest tak, że Polska gospodarka jest tak słaba i nie ma perspektyw wzrostu. Po części brak wzrostu gospodarczego bierze się z ostrożności przedsiębiorców niechętnych inwestować w tak niepewnym okresie, szczególnie co do perspektyw gospodarczych w strefie euro. Nie należy się więc spodziewać, że nieco tańszy kredyt zachęci do inwestowania. Banki też są znacznie bardziej ostrożne i jak widać po oferowanym oprocentowaniu depozytów zbierają pieniądze z rynku aby poprawić relacje kredytów do depozytów. W takiej sytuacji dalsze obniżki stóp, choć uzasadnione, raczej znacznej ulgi gospodarce nie przyniosą.

 

2012-12-05 09:07
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

Szczyt unijny powszechnie uważa się za porażkę. I rzeczywiście, jeśli organizuje się dwudniową imprezę na którą zjeżdża się 27 przywódców europejskich, którzy po dwóch dniach rozjeżdżają się bez niczego, trudno uznać to za sukces. Takie spotkanie powinny być tak przygotowane aby zakończyły się porozumieniem, a nie jego brakiem. Jednocześnie nie możemy zapominać w jakim stanie jest teraz Europa. Nie dość, że w recesji, to jeszcze znacznie wyraźniejszych niż w przeszłości kształtów nabierają różnice dotyczące zarówno skali jak i kierunku dalszej integracji. Wielka Brytania jest dziś wyjątkowo eurosceptyczna, a szczyt który pokazałby osamotnienie premiera Camerona, podgrzałby tylko te nastroje. Można więc śmiało powiedzieć, że sukcesem szczytu było zarówno niezgłoszenie przez Wielką Brytanię weta, jak również uniknięcie wrażenia, że to wyłącznie z powodu Wielkiej Brytanii porozumienie nie zostało zawarte.

Udało się też istotnie zmniejszyć różnice pomiędzy propozycjami zwolenników oszczędności i krajami opowiadającymi się za większym budżetem. Z punktu widzenia płatników netto kwota sporu w wysokości 30 miliardów euro jest już raczej symboliczna. Należy bowiem pamiętać, że ma to być wydatek na kolejne siedem lat, czyli mowa jest o 4 miliardach rocznie i to rozłożone na wszystkich płatników. Mówimy o kwotach nominalnych, a te dla Polski mają znacznie większą wagę niż dla płatników netto, ze względu na różnice w nominalnym PKB. O ile poziom życia w Polsce stanowi już 64% średniej unijnej, to miara ta uwzględnia siłę nabywczą pieniądza, czyli również niższe koszty życia. Porównanie nominalne wypada dla Polski znacznie gorzej, na głowę mieszkańca nasz dochód wyrażony w euro jest przeciętnie trzykrotnie niższy niż w Europie Zachodniej. Stąd też tak wielka różnica w wartości dla nas tych kwot. Dla krajów bogatszych jest ona symboliczna, dla nas już nie. Cały spór budżetowy w Europie nie dotyczy już pieniędzy, ale wykazania, że w czasie kryzysu oszczędności muszą obejmować wszystkich. Trudno jest przekonać obywateli Holandii czy nawet Niemiec, że kiedy Europa jest w recesji, powinny rosnąć wydatki na programy spójności w Europie Środkowo Wschodniej, czy na bogatych rolników we Francji. Tyle, że skala europejskich wydatków budżetowych wynosi 1 proc PKB, tak więc w rzeczywistości wzrost czy też spadek w stosunku do poprzedniego poziomu wydatków dla większości krajów nie ma większego znaczenia.

Ostatni szczyt tym się różnił od poprzednich, że rytmu pracy nie wybijał sojusz francusko-niemiecki. Dlatego też Europa ostatecznie podzieliła się na Północ, która chce oszczędzać i Południe, które chce wzrostu wydatków. Tym razem Polska znalazła się na południu, w klubie opowiadających się za większymi wydatkami budżetowymi. W długim okresie ten podział nie jest dla nas dobry, w innych sprawach, takich jak dyscyplina budżetowa, konkurencyjność, czy liberalizacja usług powinniśmy jednoznacznie wspierać kraje Północy. Tym bardziej więc ważne jest to gdzie Polska będzie w Unii za lat dziesięć. Nasze jednoznaczne stanowisko proeropejskie, włącznie z statusem członka stowarzyszonego, byłoby czynnikiem znacznie poprawiającym naszą pozycję w Europie, a w najbliższym czasie też pozycję negocjacyjną. W najbliższych miesiącach jednym z elementów naszej strategii negocjacyjnej powinien być właśnie ten wątek. Stawia to bowiem Polskę nie tylko w pozycji kraju który potrzebuje tych funduszy do rozwoju, ale przede wszystkim w niedługiej przyszłości ważnego partnera. Ważne aby o tym pamiętać.

Jest mało prawdopodobnie aby na kolejnym szczycie nie udało się zawrzeć porozumienia. Teraz tak naprawdę trwa poszukiwanie formuły jaki kompromis pozwoliły większości wrócić do domu głosząc zwycięstwo. Widocznie na szycie główni rozgrywający uznali, że łatwiej będzie to osiągnąć rozkładając całą tę dyskusję na dwa takty. Teraz musimy się po prostu do tego drugiego taktu dobrze przygotować.  

 

2012-11-27 07:53
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 

Szczyt prawdopodobnie nie zakończy się brytyjskim wetem. To dobrze, bo oznaczałoby to kolejny poważny kryzys europejski, ale także znacznie utrudniłoby nam absorbcję unijnych funduszy. Weto bowiem skutkuje rocznymi prowizoriami budżetowymi, które byłyby wielkim wyzwaniem proceduralnym i prawnym - jak tu planować poważniejsze projekty inwestycyjne w dłuższym okresie bazując na rocznych prowizoriach budżetowych. Z drugiej strony wygląda na to, że o budżecie zadecyduje dopiero kolejny szczyt, w lutym przyszłego roku, co też nie jest dla nas dobrą wiadomością. Dziesięć miesięcy 2013 roku może nie wystarczyć aby przygotować się na pełną absorpcję nowej perspektywy. A premier Cameron, nie chcąc korzystać z ostatecznego rozwiązania, będzie chciał pokazać, że jest twardy i nie pozwoli na kompromis na tym szczycie. No cóż takie są realia.

 

Niezależnie od przebiegu szczytu wciąż powraca temat sensownego wykorzystania środków unijnych. Są w Polsce przykłady ich marnotrawstwa, uważam jednak że wciąż ich skala jest marginalna. Nam na tym etapie rozwoju wciąż nie grozi nam przeinwestowanie, gdyż potrzeby rozbudowy podstawowej infrastruktury drogowej, a jeszcze bardziej kolejowej, są wciąż olbrzymie. I co najważniejsze, inwestycje te dają efekty nie tylko w krótkim, ale też w długim okresie, dzięki obniżce kosztów i większej efektywności szlaków komunikacyjnych. Wciąż musimy popracować na lepszym wykorzystaniem tych pieniędzy w nauce i edukacji. Ale i tak stopa zwrotu z jednego zainwestowanego euro w Polsce należy do najwyższych w Europie. Ze względu na nasze zapóźnienie i zdolności absorpcyjne. Te argumenty przez najbliższe kilka miesięcy będzie trzeba często powtarzać.

 

2012-11-23 12:26
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

There has recently been an increase in the number of myths surrounding the euro, the most widespread being that the common currency is to blame for all the problems now facing southern Europe.  This is based on the following premise:  if there were no euro, there wouldn't be a crisis.  It is even being suggested that current economic problems can be solved through the simple expedient of a planned dismantling of the common currency zone.  It is being suggested that such a remedy would immediately restore those countries' competitivity and rich countries would not have to support them financially.  It is an open question whether or not such an operation would indeed increase Europe's prosperity or on the contrary lead to the need for considerably greater transfers than is now the case.  I doubt the efficacy of such a move, mainly because of the huge costs involved, not to mention trade obligations.  Beyond this kind of question, it is also important to take into account how the eurozone is viewed by the man in the street.   European public opinion polls show that support for the common currency in Europe dropped by 60% in 2007 to just over 50% now.  In Poland this trend is even stronger.  In 2012 only 25% of the population favoured adopting the euro while just two years ago this figure was over 50%.  This is a strong incentive for politicians not to mention the euro.

 

Lately, a member of the British cabinet asked how it's possible to table a proposal which can be seen to have no backing in the community.  This was not only about the UK joining the eurozone, but also about pending integration issues, including that of the EU budget where the UK views things very differently from most Europeans.  On that issue, I believe that there are fundamental questions - including amongst other things the future of the european project - where it should be the politicians themselves who should be shaping public opinion.  An excellent example from our own corner of Europe was the referendum on Poland's membership of the EU.  In that referendum the actual turnout was critical.  It was high, thanks mainly to voting being spread out over two days, giving a 58% turnout and 77% support for membership.   

 

At that time there were serious fears about whether or not it would be possible to exceed the 50% threshold.  Amongst rural inhabitants in 2003, 47% were in favour of joining the EU.  In 2008 support was at 85%.  Obviously in the case of farmers, one single instrument - direct payments - played a key role.  But the same goes for other constituencies -  if statistics show that something will improve the lot of a given group, they will be in favour.  With hindsight, the success of EU membership was obvious, it was however not so universally obvious in 2003.

 

Something similar is happening with the current attitude of the UK to the whole process of integration the common budget.   I believe that soon the very same dynamic will come into operation regarding Poland's acceptance of the common currency.  Today there are more and indicators of a break with the idea of a two sped Europe, giving way to a more realistic prospect of a three speed continent.

 

This new third dimension is a result of the Polish desire to accept the euro which radically separates us from those countries - led by the UK - which are fundamentally opposed to close integration.   While in diplomatic terms such a view of the world is to our advantage, the proof of the pudding will be in the eating.  The most likely scenario is the one where in a few years' time the reformed eurozone will again be an area of economic stability (with Greece still on a dripfeed) with conditions for entry into the eurozone much stricter than has been the case until now.  The writing is already on the wall with the provisions of the fiscal pact and all the other mechanisms  concerning the principles governing the coordination of economic policy in the eurozone.  For Poland, the biggest challenge may paradoxically be not so much the decision to join but the resistance of public opinion just at a moment when such decisions should be taken.

There seems to be one single aspect of the eurozone currently touted by the media:  the riots in Greece or Spain.  The majority of the Polish pro-european elite is displaying a "pragmatic" approach i.e., "we will not be joining the eurozone as it is now and after the reforms we will review our position."   While such an attitude seems rational, it serves to strengthen a negative attitude to the euro and above all is symptomatic of a very parochial approach).  But this is not true because we can have a major impact on the future of the eurozone, while not actually being able to exercise radical  changes.  Standing on the sidelines and just waiting rather recalls the British approach.  In this way it is good to remember that our current attitude to what is happening in the eurozone will have a very important impact on how Poles will view membership at a moment when it will be of vital importance to politicians.

 

2012-11-22 16:41
English notes Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Powstało w Polsce głębokie przekonanie, że unia bankowa nie jest dla nas. I że jakiekolwiek rozwiązanie w którym mielibyśmy uczestniczyć oznacza utratę wpływu na nasz zdrowy sektor bankowy. W tej dyskusji przydałoby się zejść nieco na ziemię, zrozumieć zarówno cele dla jakich projekt ten powstaje, jak również długoterminowe konsekwencje naszego stania z boku w tak zasadniczej kwestii jaką jest budowanie nowych reguł nadzoru.

UE buduje paneuropejski nadzór bankowy wyciągając wnioski z ostatniego kryzysu.  Stało się bowiem jasne, że wyłącznie lokalnie nadzorowanie banków przy niespotykanej skali globalizacji finansów jest dzisiaj nieefektywne. Co więcej, już niedługo, w ramach nowego projektu unii fiskalnej poszczególne państwa przejmą współodpowiedzialność finansową za swe zobowiązania, a więc będą też musiały wspólnie nadzorować system bankowy, tak by błędy jednego kraju nie kosztowały zbyt dużo obywateli pozostałych państw. Wspólny nadzór bankowy jest więc nieodzownym elementem monitoringu i przeciwdziałania kryzysom w przyszłości. Wspólny nadzór bankowy na pewno powstanie, pytanie tylko w jakiej formie. Już dziś mamy spór niemiecko – francuski dotyczący podziału odpowiedzialności pomiędzy nadzory ogólnoeuropejski i lokalny. Francuzi z dużymi bankami siłą rzeczy będą objęci europejskim nadzorem, natomiast Niemcy z mniejszymi bankami chcieliby spod tego nadzoru uciec. Francja z kolei niezbyt garnie się do realizacji projektu unii fiskalnej, na co z kolei naciskają Niemcy. Koniec końców prawdopodobnie powstanie zarówno unia fiskalna, jak i unia bankowa obejmująca również niemieckie banki. Aby miało to praktyczny sens musi nastąpić sensowe rozdzielenie odpowiedzialności pomiędzy nadzór europejski i lokalny. Polska powinna aktywnie uczestniczyć w wypracowywaniu tego kompromisu, gdyż prędzej czy później będziemy elementem tego systemu. Tyle, że jak on już powstanie możliwość korekt będzie zerowa.

Na czym więc powinno polegać nasze stanowisko? Podstawowa zasada unii bankowej, w której mogłaby uczestniczyć Polska, powinna opierać się na zasadzie, że wszelkie decyzje nadzorcze na poziomie europejskim nie mogą skutkować pogorszeniem poziomu bezpieczeństwa lokalnych banków. Ta zasada powinna dotyczyć zarówno wymogów kapitałowych, płynnościowych jak i regulacji ostrożnościowych. Jednocześnie - i to powinno być dla nas kluczowe - wszelkie działania harmonizacje na poziomie paneuropejskim nie mogą ograniczać władztwa lokalnego nadzoru w zakresie regulacji prewencyjnych. Per analogia, wszelkie decyzje nadzoru europejskiego wpływające na sytuacje banków córek, musiałby być uzgadniane z lokalnym nadzorem. Nadzór krajowy miałby również prawo prowadzić bardziej restrykcyjne regulacje nadzorcze na terenie własnego kraju niż te obowiązujące na poziomie europejskim, z zastrzeżeniem, ze nie mogłyby to być rozwiązania łagodniejsze. Generalną zasadą europejskiego nadzoru musi być podział nadzorczy pomiędzy nadzór nad konglomeratami finansowymi i małymi bankami. Przyjęte rozwiązania powinny łączyć te dwa elementy, czyli nadzorując lokalnie banki uwzględniać systemowe ryzyka płynące z sumy lokalnych rozwiązań. W takim systemie ogólnoeuropejskiego nadzoru Polska mogłaby śmiało uczestniczyć, bez obaw o utratę kontroli nad nadzorowanymi podmiotami.

 

2012-11-21 15:55
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

  

Rośnie prawdopodobieństwo zawetowania projektu budżetu unijnego na kolejną perspektywę. Brytyjski rząd został zobowiązany przez izbę gmin do odrzucenia budżetu w którym nie pojawią się oszczędności podobne w skali do realizowanych w wydatkach budżetowych Wielkiej Brytanii. Sytuacja wydaje się patowa, jakiekolwiek ustępstwo premiera Camerona zostanie odebrane u niego w kraju jako porażka, a weto budżetu unijnego będzie kolejnym aktem oddalania się Wielkiej Brytanii od Europy. Nasz polski interes jest jasny, potrzebujemy zarówno budżetu unijnego z sensowną polityką spójności, ale także Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.

 

Co do pierwszej kwestii, bardzo dużo już w przeszłości zostało powiedziane. Może jedynie należy podkreślić, że najbliższa perspektywa będzie prawdopodobnie ostatnią, po roku 2020 nie ma co liczyć na tak poważne pieniądze. Z tego też powodu Polsce nie grozi ryzyko przeinwestowania, które miało miejsce m.in. w Hiszpanii, czy wcześniej w niektórych regionach Włoch (najsłynniejszym jest region Mezzogiorno). Tam inwestycje publiczne nie dość, że nie dały impulsu rozwojowego to również doprowadziły do poźniejszych problemów, m.in. z powodu nadmiernego wzrostu cen aktywów jak również skierowania na niewłaściwe tory strumienia również inwestycji prywatnych. Tego typu ryzyko dotyczy oczywiście też Polski, czego najlepszym przykładem mogą być nasze, sławne już stadiony. Ale wciąż na tym etapie rozwoju, gdzie budowana jest podstawowa infrastruktura, ryzyko błędu jest ograniczone. A efekt końcowy składa się zarówno z części popytowej, na która zwykle powołują się politycy, jak również z części podażowej – czyli obniżenia kosztów i stworzenia zupełnie nowych warunków dla prowadzenia biznesu, którą mało kto widzi. W Polsce wciąż tego typu inwestycje są potrzebne, bo na tym etapie rozwoju polska gospodarka nadal potrzebuje podstawowych inwestycji infrastrukturalnych.

 

Innym zupełnie problemem jest kwestia negocjacji budżetu UE. Ciężko odeprzeć argument, że w czasie kiedy cała Europa oszczędza, budżet unijny miałby podlegać innym regułom. Zgadzając się z tym uzasadnieniem, można jednak skonstruować bardziej lub mniej sensowny projekt budżetu. Największe wyzwania oszczędnościowe nie powinny dotyczyć polityki spójności ale akurat polityki rolnej, która stanowi prawie połowę całego unijnego budżetu, z najmniejszym pozytywnym wpływem na wzrost. Przypomnieć w tym miejscu można, że to właśnie prezydent Francji Hollande apelował o politykę prowzrostową. Jeśliby więc doszukiwać się najbardziej oczywistych wniosków z tych apeli, to właśnie polityka spójności realizowana w tej części Europy miałaby największy efekt prowzrostowy. A wspólna polityka rolna wręcz odwrotnie. Ten przykład pokazuje tylko jak bardzo polityczne a nie ekonomiczne są to negocjacje.

 

I ostatnia kwestia dotycząca Wielkiej Brytanii. Kraj ten zawsze był dość sceptyczny co do idei integracji europejskiej, choć miewał okresy kiedy to do Unii się zbliżał, jak i takie kiedy oddalał. Wystarczy przypomnieć czas kiedy to George Soros wyrzucił funta brytyjskiego w węża walutowego gdy w 1992 roku Wielka Brytania była o krok od członkostwa w strefie euro. Podobnie blisko Europy była za premierostwa Tony Blaira, kiedy to rozważana była ponownie ta kwestia, choć bez większego entuzjazmu w społeczeństwie. Trzeba też przypomnieć, że 1 maja 2004 to właśnie Wielka Brytania i Irlandia okazały się najbardziej otwarte na rozszerzenie otwierając swe rynki pracy m.in. dla Polaków. Dzisiaj jednak zarówno partia konserwatywna jak i labourzystowska opozycja są wyjątkowe eurosceptyczne, z ust premiera padła nawet propozycja referendum w sprawie dalszego członkostwa w UE. Ta eurosceptyczna postawa Wielkiej Brytanii nie powinna nam jednak przesłaniać tego, że to ten kraj właśnie był największym zwolennikiem pełnej wolności przepływu usług w Unii Europejskiej, sprzeciwiał się różnego rodzaju nadmiernym regulacjom i był zwolennikiem poszerzania obszaru wolnego handlu. Źle by się stało zarówno dla Wielkiej Brytanii jak i dla Europy, nie tylko ze względów gospodarczych w krótkim okresie, ale także ze względu na długoterminową politykę gospodarczą i kierunek w którym zmierza Europa, gdyby Zjednoczone Królestwo wolało się nadal od Unii oddalać. Wszyscy chyba mają tego świadomość, stąd chęć poszukiwania kompromisu. Pod warunkiem jednak, że wszystkie strony będą  do kompromisu skłonne.

 

2012-11-14 09:42
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

  

During the last EU summit the British Prime Minister said pointedly that he wasn't there to make friends but to defend taxpayers' interests and the interests of Great Britain in the common market.  Strong words.  In this way he clearly announced his intention to veto any budget which opened the door to more spending but the European Union's work is founded on compromise and such categoric statements are unwelcome.  They can be seen to be chips in the negotiating game but this time in the case of Great Britain, they stem from a deep conviction that just when everyone is trying to save, it would be absurd to increase european budgetary expenditure.   Sometimes it pays to be firm but a reputation for being difficult won't help to sort out other problems further down the line.

 

Like Poland, the UK  has reservations of principle on a banking union but these objections are founded on a different premise.  Most banks operating in Poland are subsidiaries of large european conglomerates and the new banking union rules would wipe out the possibility of the Polish Financial Services Authority exercising proper supervision of their activities.  For its part, the UK - Europe's banking heavyweight - does not want to lose influence on second order banking regulations.  Forty percent of european banking assets are in Great Britain.  Added to this is the franco german squabble about the timetable for introducing the banking union.  Rapid implementation would trigger the whole aid mechanism package according to which aid for Spanish banks would not be linked to public debt which would be an advantage for other countries too (in particular for Ireland where the massive growth in debt was caused by the cost of rescuing the Irish banks).   For Germany such a solution is nothing other than guaranteed aid and they are in no hurry to proceed as most probably this would not help Chancellor Merkel in the parliamentary elections planned for next year.  We should ensure that our interests are reflected in the negotiations for the EU spending framework. 

 

Despite appearances this is not the biggest dispute in Europe although it is one of the elements of the fundamental discussion about the future of the Union.  A British veto would pretty much bring on a two speed Europe.  The main issue is the depth of future integration in the inner circle and what will be the requirements for membership.  All other issues are secondary.  The greater the resistance of the UK in areas such as banking union, the stronger the pressure on the club of seventeen to integrate for example on the eurozone budget.  For starters it would be nominal in size -  around a few tens of billions of euro - but it would be certain to rise.   However,  even a nominal eurozone budget negotiated for the entire EU would be an excellent pretext for curbing the very budget on which we are counting the most.  Fortunately we are in the final straight and the prospects of drafting a minor budget for the seventeen is still dim.  But even in the medium term it is possible to see that all decisions which are of crucial importance for us and for Europe will be taken by the club of closely integrated countries.   In order not to be totally excluded from the loop, together with Pawel Swieboda, I proposed an association agreement with the eurozone for the time when we will not yet be in the common currency zone and which would offer us the most chances of helping to shape the architecture of the future core of Europe.  The current raft of disputes illustrates both the  possibilities as well as the problems facing a reformed Europe.

 

There will be a strong Europe only if there is a healthy economy.  If in addition to fiscal union, the Seventeen succeed in creating a zone for the free movement of services - so long planned but not yet achieved - then this new construct may prove to be a more competitive model than the last.  People should be aware that the present problems of many countries in Europe flow from the impossibility of smoothing out the problems of global competitiveness especially from Asia.  The new union must increase competitiveness in addition to striving for stability.   Over the next decade the support for the development of infrastructure in the countries of the new union, apart from the services directive, will be the main way of developing competitiveness.   It's important that Poland gets the message and fully supports this approach.

 

2012-11-09 20:21
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Mało trochę wiemy o szczegółach rządowego programu polskie inwestycje. Sama idea jest dosyć prosta: wyhamowują inwestycje publiczne finansowane z środków unijnych, limity długu jak i deficytu nie pozwalają na znaczne zwiększenie inwestycji publicznych finansowanych z środków budżetowych – szukamy więc innego źródła. A tym innym źródłem mają być udziały państwa w spółkach, które mogą być wykorzystane najpierw jako lewar, a potem po sprzedaży, jako ewentualne źródło finansowania. Pojawia się więc oczywiście naturalne pytanie zarówno o sensowność ekonomiczną całej tej propozycji jak i jej wykonalność.

 

Inwestycje publiczne, szczególnie w kraju takim jak Polska, mają sens, gdyż zapaść infrastrukturalna jest wciąż ogromna. Szczególnie w obszarach gdzie wymagane są duże nakłady a zwrot z inwestycji może być zrealizowany dopiero po dłuższym okresie czasu. Zawsze należy zadać sobie też pytanie dlaczego w tym czy w innym obszarze nie pojawiają się inwestorzy prywatni z odpowiednim kapitałem. Zwykle w krajach rozwijających się głównym czynnikiem ryzyka jest nieprzewidywalność prawna i instytucjonalna, czyli zbyt wysokie ryzyko zmian regulacji, które mogą spowodować, że przedsięwzięcie biznesowe może przestać się opłacać. Takim obszarem bez wątpienia jest sektor energetyczny (włącznie z łupkami rzecz jasna), sektor medyczny, a także sektor twardej infrastruktury. Dla tych obszarów najważniejsze byłoby stworzenie solidnych niedyskryminujących ram prawnych, które zachęciłyby kapitał prywatny z Polski jak i z zagranicy aby zaangażował się w projekty zgodne z długotrwałą strategią kraju. Pisaliśmy o tym z Krzysztofem Domareckim na przykładzie strategii rozwoju regionu. Te same zasady dotyczą również strategii kraju – chodzi o to aby stworzyć takie warunki aby sektor prywatny zaangażował swe środki w rozwój, na którym państwu najbardziej zależy.

 

To nie oznacza wcale, że nie ma tu miejsca na jakiekolwiek oddziaływanie państwa. Państwo powinno oprócz stabilnych regulacji zmniejszać również ryzyko takich długoterminowych inwestycji. I nie ma co odkrywać Ameryki, dokładnie taką działalność od ponad 20 lat prowadzi EBOR, wspierając (!) kapitałowo wybrane inwestycje prywatyzacyjne i inwestycyjne w tej części świata. Innym dobrym przykładem jest również EBI. Połączenie doświadczeń tych dwóch instytucji w polskim wydaniu miałoby sens. Jednym miejscem, które mogłoby realizować tego typu zadania jest BGK i to on właśnie powinien stać się takim polskim EBORem. Bez potrzeby powoływania jakichkolwiek dodatkowych spółek.  Bo takie spółki niestety często stają się łupem nie fachowców, ale Staszków, co to się chcą w biznesie sprawdzić.

 

2012-11-07 15:50
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Wokół wspólnej waluty narosło wiele mitów w ostatnim okresie. Najpowszechniejszym z nich jest obarczanie euro wszelkimi obecnymi problemami krajów Południa według zasady: gdyby nie było euro, nie byłoby kryzysu. Niektórzy nawet proponują aby rozwiązać obecne problemy gospodarcze jednym prostym pociągnięciem, czyli zaplanowaną dekompozycją obszaru wspólnej waluty. Dzięki takiemu zabiegowi kraje Południa od razu odzyskałyby konkurencyjność a kraje bogate nie musiałyby ich wspierać finansowo. Pytanie tylko czy taki zabieg zwiększyłby prosperity Europy i czy przypadkiem nie doprowadziłoby to do potrzeby znacznie większych niż obecnie transferów? Mam wątpliwości, przede wszystkim ze względu na olbrzymie koszty rozpadu i związanych z tym powiązań handlowych. Oprócz tego typu dylematów ważna jest również percepcja społeczna strefy euro. Europejskie badania opinii publicznej wskazują, że poparcie dla wspólnej waluty w Europie spadło z 60 procent w 2007 roku do lekko ponad 50 procent obecnie. W Polsce ta tendencja jest znacznie silniejsza, w 2012 za przyjęciem euro opowiadało się tylko 25 procent społeczeństwa, podczas gdy jeszcze dwa lata temu ponad 50 procent. Mocny to argument dla polityków aby o euro nie wspominać.

 

Ostatnio jeden z przedstawicieli brytyjskiego gabinetu zapytywał jak można proponować proces, dla którego nie widać poparcia w społeczeństwie. Wypowiedź ta nie dotyczyła członkostwa Wielkiej Brytanii we wspólnej walucie, ale pozostałych kwestii integracji, w tym budżetu unijnego, gdzie Wielka Brytania zgłasza istotnie inne postulaty niż większość Europejczyków. Odpowiadając na to pytanie uważam, że istnieją kwestie fundamentalne, w tym m.in. przyszłość europejskiego projektu, gdzie to właśnie politycy powinni kształtować opinię publiczną. Doskonałym przykładem z naszego podwórka było referendum w sprawie członkostwa Polski w UE. Akurat w tamtym głosowaniu chodziło głównie o ważność głosowania, co udało się m.in. dzięki rozłożeniu procesu głosowania na dwa dni, dzięki czemu uzyskano 58 procentową frekwencję i 77 proc poparcia dla członkostwa.

 

 W tamtym czasie istniały poważne obawy o to czy uda się przekroczyć 50 procentowy próg. Wśród mieszkańców wsi w 2003 roku 47 procent było za przystąpieniem do UE, podczas gdy pięć lat później 85 procent. Oczywiście w przypadku rolników zadziałał głównie jeden instrument, czyli dopłaty bezpośrednie. Ale przecież mechanizm ten jest taki sam dla innych grup społecznych: jeśli w wyniku danych decyzji sytuacja grupy społecznej się polepsza, to rośnie liczba zwolenników. Z dzisiejszej perspektywy sukces członkostwa w UE był oczywisty, nie był on jednak to jasny dla większości społeczeństwa w 2003 roku.

 

Podobnie jest z obecną postawą Wielkiej Brytanii wobec całego procesu integracji i jego elementu jakim jest wspólny budżet. Bliźniacza dynamika będzie moim zdaniem w niedługim okresie dotyczyła również kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Dziś coraz więcej znaków na niebie wskazuje na to, że uda się przełamać podział na Europę dwóch prędkości, oferując bardziej realistyczny podział na Stary Kontynent z trzema prędkościami. Ten nowy trzeci wymiar wynika z polskiego dążenia do przyjęcia euro, co w zasadniczy sposób odróżnia nas od krajów na stałe odcinają się od ścisłej integracji z Wielką Brytanią na czele. Z tym, że o ile w języku dyplomacji na dziś taki opis świata jest dla nas korzystny, o tyle jego siła sprawcza będzie musiała być sprawdzona w praktyce. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, w którym reformująca się strefa euro za kilka lat staje się znów obszarem stabilności gospodarczej (z pozostającą wciąż na kroplówce Grecją) ze zmienionymi i trudniejszymi niż dotychczas warunkami przyjęcia wspólnej waluty. To, że warunki będą cięższe niż dotychczas wynika bezpośrednio zarówno z zapisów paktu fiskalnego jak i z powstających na naszych oczach mechanizmów zasad koordynacji polityki gospodarczej w ramach obszaru wspólnej waluty. Dla Polski największym wyzwaniem może paradoksalnie stać się nie tyle sama decyzja o przystąpieniu, co opór opinii publicznej w momencie kiedy decyzje te powinny być podejmowane.

 

Dziś w mediach dominuje prosty przekaz strefy euro w postaci zamieszek w Grecji czy w Hiszpanii. Większość polskich proeuropejskich elit politycznych eksponuje stanowisko „pragmatyczne”- do takiej strefy euro jak teraz nie będziemy przystępować, a jak się zreformuje to zobaczymy.  O ile takie stanowisko brzmi na pozór racjonalnie, to pogłębia negatywną percepcję euro, ale przede wszystkim sugeruje, że „nasza chata jest z kraja”. A to nie prawda, bo możemy mieć wpływ na przyszłość strefy euro, może nie fundamentalny, ale istotny, a postawa stania z boku i czekania bardzo przypomina tą brytyjską. Tak więc należy pamiętać, że nasz obecny stosunek do tego co się dzieje w strefie euro będzie miał zasadniczy wpływ na to jak Polacy będą się zapatrywać na członkostwo wtedy kiedy będzie politykom naprawdę na tym zależało. 

2012-10-30 09:40
Polskie wpisy Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

  

Premier Wielkiej Brytanii wypowiedział znamienne słowa na ostatnim szczycie Unii „Nie przyjechałem tutaj aby zdobywać przyjaciół ale aby chronić interesy podatników i znaczenia Wielkiej Brytanii we wspólnym rynku”. Co więcej zapowiedział, że zawetuje każdy budżet, który będzie przewidywał wzrost wydatków. Mocno powiedziane. Wspólnota Europejska co do zasady opiera się regule kompromisu, tak mocne i jednoznaczne postawy nie są mile widziane. Takie deklaracje można odbierać jako element gry negocjacyjnej, tyle że tym razem w przypadku Wielkiej Brytanii wynikają one z głębokiego przekonania, iż w czasie kiedy wszyscy naokoło oszczędzają absurdalnym byłoby zwiększanie wydatków w ramach wspólnego budżetu europejskiego. Twarde stawianie spraw czasami się opłaca, choć postawa „bycia trudnym” nie sprzyja załatwianiu innych kwestii.

 

Wielka Brytania, podobnie jak Polska, ma zasadnicze zastrzeżenia do unii bankowej, ale obiekcje te wynikają ze zgoła innych przesłanek. Nasze obawy są pochodną tego, że większość operujących w Polsce banków to córki wielkich konglomeratów europejskich i nowe zasady wprowadzone w ramach unii bankowej zlikwidowałoby de facto możliwość skutecznego nad nimi nadzoru przez KNF. Wielka Brytania z kolei nie chce stracić wpływu na regulacje bankowe stojąc na drugim biegunie, będąc hegemonem bankowym w Europie, na jej terytorium znajduje się bowiem 40 procent europejskich aktywów bankowych. Do tego jeszcze dochodzi spór francusko niemiecki dotyczący tempa wprowadzania unii bankowej. Szybkie jej wprowadzenie uruchomiłoby cały mechanizm pomocy w ramach którego wsparcie dla hiszpańskich banków nie byłoby zaliczane do długu publicznego, na czym również skorzystałyby inne kraje (w tym w szczególności Irlandia, której olbrzymi przyrost długu był spowodowany kosztami pomocy udzielonymi bankom irlandzkim). Dla Niemiec takie rozwiązanie to nic innego jak tylko uruchomienie gwarancji w ramach udzielanej w ten sposób pomocy, z czym nasi zachodni sąsiedzi się nie spieszą, gdyż prawdopodobnie nie pomogłoby to kanclerz Merkel w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na przyszły rok. Na koniec tej układanki należy przypomnieć o naszym interesie w tych negocjacjach jakim jest budżet na kolejną perspektywę finansową.

 

Wbrew pozorom nie jest to najważniejszy spór w Europie, choć jest jedną z odsłon fundamentalnej dyskusji o przyszłości Unii. W przypadku brytyjskiego weta stałby się niejako przyczynkiem do ostatecznego podziału Wspólnoty na dwie prędkości. Główna debata dotyczy głębokości przyszłej integracji w tym węższym klubie i tempa dochodzenia do niej. Wszelkie pozostałe kwestie są wobec tych zasadniczych wtórne. Im większy i silniejszy będzie sprzeciw Wielkiej Brytanii w takich obszarach jak unia bankowa tym większa i mocniejsza presja na integrację w ramach siedemnastki. Jednym z elementów integracji w węższym gronie będzie budżet strefy euro. Na obecnym etapie jego wysokość byłaby symboliczna, rzędu kilkudziesięciu miliardów euro, ale w przyszłości prawdopodobnie kwoty te by rosły. Niemniej nawet symboliczny budżet strefy euro negocjowany wraz z budżetem dla całej unii byłby doskonałym pretekstem do tego aby ograniczyć ten budżet na którym nam najbardziej zależy. Na szczęście jesteśmy na ostatniej prostej i perspektywa stworzenia małego budżetu siedemnastki wciąż jest mglista. Ale w nawet już w średnim terminie widać, że wszelkie istotne dla nas i dla Europy decyzje będą zapadać w gronie państw ściśle się integrujących. Aby zupełnie nie wypaść z tej orbity zaproponowaliśmy wraz z Pawłem Świebodą układ stowarzyszeniowy ze strefą euro na okres kiedy nie będziemy jeszcze w obszarze wspólnej waluty, tak aby w jaki największym zakresie współtworzyć architekturę przyszłego ścisłego jądra Europy. Dzisiejsza sieć sporów pokazuje jak duże możliwości ale i jednocześnie zagrożenia tworzą się w budowanej na nowo Europie.

 

Silna Europa będzie silna wtedy gdy będzie zdrowa gospodarczo. Jeśli w ramach siedemnastki obok unii fiskalnej uda stworzyć się od dawna planowaną, ale nigdy nie zrealizowaną, strefę wolnego przepływu usług, to ta nowa konstrukcja może okazać się znacznie bardziej konkurencyjna od poprzedniej. Trzeba mieć bowiem świadomość, że dzisiejsze problemy wielu krajów UE biorą się z niemożności sprostania globalnej konkurencji, szczególnie z krajów Azji, której nigdy wcześniej nie było. Nowa Unia musi oprócz stabilności stworzyć warunki dla wzrostu konkurencyjności. Akurat w ciągu najbliższej dekady wsparcie dla rozwoju infrastruktury w krajach nowej unii, obok dyrektywy usługowej, mogą być głównym sposobem zwiększenia konkurencyjności. Ważne aby tego typu podejście było głównym przekazem Polski.

 

2012-10-23 08:17
Polskie wpisy Komentarze (3)
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |