29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

  

Spore trzęsienie ziemi wywołał niedawno opublikowany raport MFW z najnowszymi prognozami dla świata. I nie tyle redukcja w dół prognoz wywołała zamieszanie, co jeden z rozdziałów, w którym  opublikowane zostały najnowsze szacunki wpływu wprowadzanych oszczędności na wzrost. W skrócie, według zaprezentowanych wyliczeń cięcie wydatków o 1 miliard może spowodować spadek dochodu  nawet o 1.7 miliarda, lub  w najlepszym wypadku o 0.9 mld. Wszelkie wcześniejsze badania wskazywały na to, że spadek dochodu w przypadku oszczędności rzędu 1 miliarda przełożą się na spadek dochodu o 0.6 mld. Te wyliczenia Funduszu odebrane zostały przez przeciwników programów oszczędnościowych jako ostateczny argument potwierdzający tezę, że oszczędności do niczego nie doprowadzą.  Co więcej, szefowa MFW Christine Lagarde powołując się na ten raport zaapelowała w zeszłym tygodniu o wolniejsze tempo wprowadzania oszczędności. Nie trzeba było długo czekać na reakcję, apel ten mocno skrytykował minister finansów Niemiec Wolfgang Schauble sugerując aby nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków, a także nie zniechęcać rządów wprowadzających programy oszczędnościowe. Nie ma co się dziwić reakcji ministra finansów Niemiec, bo przecież to w ostatecznym rozrachunku on będzie musiał najwięcej zapłacić za ratowanie niewypłacalnych finansowo krajów. Najbardziej zaskakujące było jednak zakwestionowanie szacunków MFW przez Financial Times, który dokonał analizy wyliczeń MFW, wskazując na uchybienia w przeprowadzonych szacunkach, a przede wszystkim na to, że wykluczywszy z badanych krajów dwa skrajne przypadki, czyli Grecję i Niemcy, wnioski dla pozostałej większości krajów już nie byłyby statystycznie istotne.

 

Dyskusja ta ma fundamentalne znaczenie, zbyt dużo jednak w tej wymianie zdań ideologii a zbyt mało pragmatyzmu. Bez wątpienia nie sposób przeprowadzić sensownych badań na tak krótkiej serii danych jak okres liczony od trwającego od 2009 kryzysu finansowego. Na pewno zbyt wcześnie na wnioski, co nie oznacza wcale, że nie należy dokonywać korekt w realizowanych programach. Przede wszystkim nie każde oszczędności, nawet w krótkim okresie, mają taki negatywny efekt dla gospodarki, jak i nie każde inwestycje publiczne pozytywny. 

 

Czym innym jest przerost administracji, a czym innym redukcja poziomu emerytur czy też skali inwestycji infrastrukturalnych.  W przypadku tych ostatnich zasadnicze znaczenie ma to, na co przeznaczane są określone środki i jaki przyniosą efekt nie tyle w trakcie realizacji inwestycji ale przede wszystkim po jej oddaniu. Akurat Polska ma to szczęście, że u nas wciąż niezbędne są inwestycje w podstawową infrastrukturę, czego nie można powiedzieć o pogrążonych dziś w kryzysie wielu krajach Zachodu. Najbardziej znanym przypadkiem przeinwestowania jest Hiszpania, co jest przecież jedną z przyczyn obserwowanego obecnie załamania gospodarczego w tym kraju. Obraz jest więc bardziej złożony, zbyt wielu jak  sądzę zakrzyknęło: koniec oszczędzania! Pytanie  bowiem co dalej.

 

Zostawmy Grecję na boku, bo to przykład skrajny. Skrajnie beznadziejny, spowodowany tym, że kraj rozwijający się przez lata na sterydach, po ich odstawieniu, potrzebuje lat na to aby powrócić to stanu równowagi. Można to oczywiście zrobić szybko poprzez opuszczenie strefy euro i natychmiastową głęboką dewaluację, albo  też, jak to obecnie przebiega, sprowadzania przez lata kosztów pracy do poziomu konkurencyjnego wobec innych gospodarek. Ale w pozostałych krajach, takich jak Hiszpania, Portugalia, Włochy, nie wspominając o Irlandii, sytuacja nie jest beznadziejna. Oszczędności, w tym przede wszystkim racjonalizacja wydatków, jest niezbędna ze względu na wysoki poziom zadłużenia ograniczający tempo wzrostu gospodarczego i wymuszający wyższe koszty finansowania zadłużenia. Racjonalizacja wydatków nie musi - a wręcz nie powinna - oznaczać ślepych cięć. Jednocześnie niezbędne są działania zwiększające potencjał gospodarki, w tym przede wszystkim deregulacja, elastyczność rynku pracy, prywatyzacja. Poszukiwanie oszczędności i racjonalizacja wydatków mogą iść w parze z inwestycjami publicznymi, ważne aby wydatkowanie pieniędzy w tym zakresie miało przede wszystkim swój długofalowy, a nie tylko krótkoterminowy cel.

 

Wszelkie dotychczasowe szacunki wskazywały na to, że oszczędności w wydatkach w pierwszych dwóch latach wpływają negatywnie na wzrost i dopiero w trzecim roku można spodziewać się pozytywnego przełożenia. Oczywiście siła tego efektu a także tempo zależy od pozycji wyjściowej danego kraju i typu przeprowadzanych oszczędności. Z kolei wzrost podatków wpływa wyłącznie negatywnie na trajektorię wzrostu zarówno w krótkim jak i w długim okresie (czym innym jest oczywiście uszczelnianie systemu podatkowego a czym innym proste podnoszenie obciążeń podatkowych). Tak  czy inaczej, nie spodziewam się aby tym razem odkryto Amerykę w ekonomii. Jak dotychczas żadne z podstawowych praw ekonomicznych nie zostało podważone.

 

2012-10-16 08:11
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Ryszard Petru, Paweł Świeboda

 

Polska powinna postulować utworzenie nowego rodzaju przynależności - de facto "członkostwa stowarzyszonego" ze strefą euro

 

Polska potrzebuje dzisiaj zupełnie nowej strategii wobec Europy. Nasze podstawowe, fundamentalne cele zostały zrealizowane. Za parę tygodni powinny zakończyć się też negocjacje nad nowym, wieloletnim budżetem UE na lata 2014-20. To ważne, bo połowa inwestycji publicznych w Polsce jest współfinansowana ze środków europejskich. Teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie powinno być miejsce Polski w pokryzysowej Europie. Dzisiaj, kiedy na naszych oczach decyduje się najbardziej zasadnicza rekonstrukcja projektu europejskiego od jego powstania, już nie wystarczy deklarować europejskości. Obecne dylematy nie polegają na tym, czy dany kraj uważa się za europejski, czy nie, ale jak widzi swoje miejsce w Europie za dziesięć, dwadzieścia lat. Czy chce być w grupie krajów budujących de facto nową, bardzo ściśle ze sobą współpracującą unię, czy też zadowoli się członkostwem Schengen i wolnym przepływem dóbr i usług. W Polsce brakuje wspólnej odpowiedzi na to pytanie.


Jak poważne mogą to być wyzwania, pokazują najnowsze pomysły utworzenia odrębnego budżetu w ramach strefy euro. W dłuższym okresie jego powstanie jest nieuniknione, bo w "prawdziwej", jak mówi Herman Van Rompuy, unii gospodarczo-walutowej potrzebny jest wspólny budżet na wsparcie reform strukturalnych. Tego typu podział byłby dla nas, pozostających poza strefą euro, wyjątkowo niekorzystny, odcinałby nas od nowego źródła finansowego Europy i wpływu na jej politykę. Na razie propozycja oddzielnego budżetu strefy euro ma charakter taktyczny, mowa jest o niewielkich sumach, ale w przyszłości będzie rosnąć, czego nie można powiedzieć o budżecie UE-27.


Taka długoterminowa strategia jest niezbędna po to, aby podejmowane na bieżąco decyzje były zgodne z obranym strategicznie kierunkiem. Wbrew powszechnej opinii polityka europejska nie odbywa się na zasadzie od szczytu do szczytu. Szczyty i decyzje tam podejmowane są konsekwencją wcześniej obranej strategii. Najlepszym przykładem jest stanowisko Wielkiej Brytanii w kwestii paktu fiskalnego - to, że Londyn ostatecznie nie uczestniczy w ściślejszej integracji w ramach UE, było swego rodzaju postawieniem kropki nad "i" oraz konsekwencją bardziej długofalowego wyboru. My także przed takim wyborem stoimy, bo Unii, do której przystępowaliśmy, już nie ma. Proponujemy, aby Polska mocno wyartykułowała swój strategiczny cel, jakim jest współudział w tworzeniu nowego projektu integracyjnego w gronie państw, które są na to gotowe.
W praktyce najlepszym rozwiązaniem na krótką metę byłby status członka stowarzyszonego w strefie euro (o czym za chwilę), a w perspektywie dekady pełne członkostwo w nowym klubie, a więc także przyjęcie wspólnej waluty.

To, co dziś w okresie zarządzania kryzysowego okazuje się słabością Unii, w normalnych czasach było jej główną zaletą - spory rozwiązuje się w niej w sposób systemowy przy stole rozmów, a nie na polach bitew. To właśnie sprawiło, że Unia Europejska jest jak dotychczas największym i najlepszym dokonaniem Europejczyków w całej ich historii. Nic lepszego - pomimo wszelkich niedoskonałości - dotychczas nie wymyślono. Na szczęście doświadczenia pokazują, że można usprawnić sposób podejmowania decyzji, zachowując istotę uporczywych i żmudnych, ale ostatecznie skutecznych rozmów przy stole. Ku temu właśnie zmierzają propozycje ściślejszej integracji w ramach UE. Ważne, aby nie wylać dziecka z kąpielą, ale w tym właśnie tkwi najważniejsza rola Polski.


Musimy w taki sposób wpłynąć na nową odsłonę projektu europejskiego, aby łączył on możliwości pogłębionej integracji wśród państw nią zainteresowanych, ze wspólnym mianownikiem "szerszej" Europy, do której będziemy należeć, póki nie przystąpimy do strefy euro. Nasza polityka europejska nie może skończyć się na walce o wysoki budżet i ambitną politykę spójności. Potrzebujemy dalekowzrocznej strategii, która akurat w kwestii budżetu europejskiego może być bardzo pomocna. Oprócz postawy brytyjskiej jest także wariant szwedzki, czyli wspieranie ważniejszych działań UE przy jednoczesnym braku natychmiastowego akcesu do pogłębionej integracji i utrzymywaniu własnej waluty. I jest jeszcze jedna możliwość polegająca na wspieraniu głębszej integracji i kierunkowym "zapisywaniu się" do niej przy zachowaniu elastyczności w sprawie terminu i warunków podjęcia ostatecznej w tej sprawie decyzji. Ta ostatnia droga jest w naszym przekonaniu najlepszym rozwiązaniem dla Polski. Jak taka strategia powinna wyglądać?


Polska nie jest ani Wielką Brytanią, ani Szwecją. Pozycja gospodarcza Wielkiej Brytanii jest nieporównywalnie silniejsza od naszej, mniej zależna od Europy, ze znacznie bardziej globalnym spojrzeniem na świat. Ale nawet będąc wyspą, Brytyjczycy i tak są najściślej związani z Europą. Około połowy brytyjskiej wymiany handlowej jest związana z UE. Jak zauważył w niedawnym wystąpieniu w Oksfordzie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, do niedawna Wielka Brytania sprzedawała więcej do Irlandii niż Chin, Indii, Brazylii i Rosji razem wziętych. Dalsza dezintegracja nie jest w interesie Wielkiej Brytanii, a gdyby miała nastąpić, byłoby to największym błędem zarówno gospodarczym, jak i politycznym. Oczywiście Europa bez Wielkiej Brytanii byłaby słabsza, niemniej nieporównywalnie więcej straciliby wyspiarze. Szwecja przy swej skali i globalnych powiązaniach gospodarczych nie zyskałaby zbyt wiele z przyjęcia wspólnej waluty czy głębszej integracji europejskiej.


Polska jest w innej sytuacji - 80 proc. naszego handlu przypada na kraje UE, w tym 55 proc. na kraje strefy euro. Gospodarczo jesteśmy z każdym rokiem bardziej zależni od naszego głównego partnera handlowego, jakim są Niemcy, co akurat boleśnie widać teraz, gdy polska gospodarka, podążając za niemiecką, wyraźnie zwalnia. Nasze położenie geopolityczne nigdy nie było naszym atutem. Ostatnie 20 lat pokoju nie oznacza wcale, że przyszłość musi być aż tak świetlana. Co prawda realne i potencjalne konflikty zbrojne są w innych regionach świata - co najlepiej widać było w zasadniczej zmianie polityki amerykańskiej wobec tej części Europy - to wciąż daleko jest do odtrąbienia końca historii w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego też ze względów geopolitycznych w naszym najwyższym interesie jest ścisła integracja w strukturach europejskich.


W dyskusji o reformie architektury europejskiej powinniśmy postulować w najbliższych miesiącach utworzenie nowego rodzaju przynależności - de facto "członkostwa stowarzyszonego" ze strefą euro. W praktyce taka konstrukcja oznaczałaby udział w gremiach decyzyjnych i roboczych strefy euro, a tym samym dostęp do pełnej wiedzy na temat dyskutowanych i podejmowanych inicjatyw. Polska deklarowałaby symetryczne dostosowanie własnej polityki makroekonomicznej. Tym samym realizowana byłaby zasada, o którą walczył polski rząd przy dyskusji o pakcie fiskalnym - udziału w procesie podejmowania decyzji, choć nie w samym formalnym głosowaniu.

Nie chodzi o to, by odkładać na święte nigdy przyjęcie wspólnej waluty, ale o to, by akceptować fakt, że strefa euro nie jest dzisiaj gotowa do przyjęcia do swego grona stosunkowo dużej gospodarki, jaką jest Polska. Nam samym takie rozwiązanie dawałoby trzy rzeczy:


a) strategiczną orientację na przynależność do europejskiego rdzenia,


b) udział w bliższej koordynacji polityki gospodarczej (w tym m.in. uzgadnianie poziomów deficytów, bieżący monitoring konkurencyjności gospodarki), co zwłaszcza z punktu widzenia rynków finansowych, ale także wewnętrznej samodyscypliny będzie wartością samą w sobie,


c) elastyczność: przyjmujemy zobowiązania te, którym podołamy i lobbujemy za rozwiązaniami korzystnymi z punktu widzenia naszej gospodarki. Nie przyjmujemy wszystkiego, co Siedemnastka teraz uchwala, bez wpływu na treść zapisów.


Tego rodzaju "stowarzyszenie" nie może trwać wiecznie. Polskim celem powinno być przystąpienie do strefy euro jak tylko wystarczająco się ona zreformuje i stanie na nogi. Ale póki co mamy czas, by przekonać się co do wartości nowego rodzaju kontraktu, jaki negocjowany jest pomiędzy państwami strefy euro. Ten model pośredni pokazałby Wielkiej Brytanii, że wybór europejski nie jest zerojedynkowy i nie trzeba albo się pod wszystkim podpisywać, albo na wszystko obrażać. Powstała w ten sposób Unia byłaby Unią trzech, a nie dwóch prędkości, ale dzięki temu mniejsze byłyby między nimi różnice i większa szansa na zachowanie jako takiej spójności. Na przykładzie zaproponowanego parę dni temu nadzoru bankowego widzimy, jakie potencjalnie byłyby korzyści z takiego rozwiązania. Zamiast poddawać się pełnemu nadzorowi Europejskiego Banku Centralnego, co było bardzo ryzykowane dla naszego sektora bankowego, zachowalibyśmy odrębność narodowego nadzoru z doradczą, a nie kontrolną rolą EBC. A jednocześnie polscy urzędnicy mieliby wgląd w procedury i sposób funkcjonowania nadzoru europejskiego. Rozwiązania przyjęte w przypadku unii bankowej staną się nieuchronnie punktem odniesienia w pracach nad dalszym modelem pogłębienia integracji ze wspólną polityką fiskalną oraz elementami rzeczywistej integracji ekonomicznej, w tym na rynku pracy.


W tym wszystkim chodziłoby o to, aby drzwi do strefy euro trzymać stale lekko uchylone z jednoznaczną intencją wejścia do środka. Chociaż dzisiaj nie bylibyśmy skłonni deklarować terminu wchodzenia do strefy euro - tak długo jak nie wyłoni się ostateczny kształt nowej unii - nie możemy także przybierać postawy biernego widza, przez niektórych określanych mianem pragmatycznej. Pragmatyzmu bowiem nie należy mylić z oportunizmem. W Europie idą czasy strategicznych wyborów. My też od nich nie uciekniemy. Jeżeli nie możemy z przyczyn obiektywnych podjąć w tym momencie finalnych decyzji, przynajmniej dajmy mocny sygnał, że na nich nam zależy.

 

2012-10-11 20:54
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

  

W niedawno opublikowanym wywiadzie w Financial Times Jacek Rostowski ocenił, że w wszystko co najgorsze w Europie jest już za nami, a w 2014 roku możemy spodziewać się ożywienia gospodarczego. Taką prognozę należy uznać za wyjątkowo optymistyczną, przede wszystkim ze względu na wciąż nierozwiązane problemy konkurencyjności krajów Południa Europy. Nie ma też zbyt mocnych podstaw aby spodziewać się ożywienia gospodarczego w 2014 roku. Dzisiaj (9.10) zostanie opublikowana najnowsza prognoza gospodarcza MFW, która rewiduje w dół poprzednie prognozy i przewiduje stagnację w strefie euro do 2018 roku. W takich warunkach trudno oczekiwać znacznego odbicia wzrostu gospodarczego w Polsce. Najważniejsze jednak będzie to jak perspektywy gospodarcze oceniać będą przedsiębiorcy. Po kilku latach niepewności na rynku stali się oni odporni zarówno na urzędowy optymizm jak i kasandryczny pesymizm Roubini’ego. Analizują otaczającą ich rzeczywistość na podstawie wybranych wskaźników jak i zachowania rynku na którym działają. Dziś daleko jest do spokoju i optymistycznych ocen.

 

Ciekawe dane opisujące sytuację przedsiębiorstw publikuje najnowszy The Economist. Oprócz tak oczywistych informacji jak załamanie rynku samochodowego, szczególnie na Południu Europy, nowym wyzwaniem dla firm europejskich jest wzrost postrzegania ryzyka bankowego. Wzrost tej niepewności doprowadził już do tego, że największe niemieckie firmy przemysłowe wnioskują o licencję bankową, aby mieć możliwość lokowania środków bezpośrednio w EBC. W przypadku pozostałych przedsiębiorstw w ciągu ostatnich kilku lat można było zaobserwować silny wzrost zasobów gotówki, które wzrosły ze średniego poziomu powyżej 2 mld dolarów do prawie 10 miliardów obecnie. Podobny fenomen widoczny był również ostatnio w Polsce, tyle że u nas finansowanie inwestycji z środków własnych było zawsze głównym źródłem rozwoju, podczas gdy w Europie Zachodniej obecna sytuacja powinna być traktowana jako anomalia. Nie jest to jednak do końca zła informacja, pokazuje bowiem, że jest z czego finansować wzrost, tyle że jak na razie rosnący poziom zasobów gotówkowych świadczy raczej o obawach niż planach ekspansji. Pomimo ostatnich deklaracji EBC ratowania euro wszelkimi dostępnymi środkami, wciąż  globalne firmy wprowadzają procedury bezpieczeństwa na wypadek rozpadu strefy euro. Najbardziej popularnym mechanizmem jest ściąganie na noc środków z niektórych krajów Południa, tak aby nie być na narażonym na nagłą zmianę kursów walut dnia następnego. Zarządzanie antykryzysowe w Europie polega też na wymuszaniu natychmiastowych płatności w mniej wiarygodnych krajach wspólnej waluty. Polski tego typu problemy nie dotyczą - nasi partnerzy handlowi przerzucali od zawsze ryzyko kursowe na nasze firmy.

 

Ostatnim i chyba dla nas najważniejszym wnioskiem jest nowa tendencja coraz siniej obserwowana w dzisiejszej kryzysowej Europie jaką jest wielka transformacja ze stałych umów o pracę na umowy elastyczne. To co dla związkowców wydaje się najważniejszym postulatem ich dzisiejszych żądań dla przeciętnego pracownika może po prostu oznaczać utratę pracy dla najmniej zarabiających. Badania rynku pracy pokazują jednoznacznie, że główną słabością młodych absolwentów na rynku pracy jest ich brak doświadczenia i niechęć podejmowania przez pracodawców ryzyka zatrudnienia  i związanych z tym ewentualnych kosztów zwolnienia w przypadku porażki. Do tego dochodzi jeszcze widoczna w całej Europie, w tym również w Polsce, presja na marże, która zmusza do szukania oszczędności, w tym również oszczędności po stronie wynagrodzeń. Dlatego tak ważna była w poprzedniej odsłonie kryzysu polska elastyczność stosunków pracy, czego zabrakło w Hiszpanii czy w Portugalii. Stąd też w tamtych krajach prawie pięćdziesięcioprocentowe bezrobocie wśród młodzieży. Ważne aby o tej lekcji pamiętać.

 

Zaklinanie rzeczywistości na wiele się nie zda. Dla przedsiębiorcy kluczowa jest w miarę przewidywalna perspektywa. Obecne stadium kryzysu europejskiego takiego komfortu nie daje. Politycy mogą komfort ten zwiększać lub zmniejszać zmieniając na lepsze lub na gorsze obowiązujące regulacje. Jeśli mają być to zmiany popularne ale zwiększające sztywność warunków prowadzenia biznesu to lepiej ich wcale nie wprowadzać. Wnioski są takie same zarówno dla Europy jak i dla Polski.

 

2012-10-09 08:12
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Żadna firma, bank czy też indywidualny przedsiębiorca nie przetrwa trudnych czasów bez planu awaryjnego. A jeśli mu się już uda, to będzie to albo dzieło przypadku i szczęścia, a w najlepszym razie tworzenie i realizacja planów awaryjnych w ostatniej chwili. Po ostatnim kryzysie z 2009 stało się jasne, że jeden wariant awaryjny nie wystarczy - trzeba opracować ich kilka, w tym bardzo czarnych, takich jakich w normalnych czasach się nie przygotowuje. Ta lekcja pokazała bowiem, że nawet najczarniejsze scenariusze mogą okazać się optymistyczne gdy skala kryzysu nas przerasta.
 
Rząd też musi mieć przygotowane takie scenariusze awaryjne. Nie po to aby straszyć, ale aby być w stanie szybko i w sposób przemyślany reagować na zmieniającą się rzeczywistość. Plan taki nie musi być ogłaszany, nie ma bowiem co straszyć na wyrost, ale poszczególne resorty, jak również główni decydenci koalicyjni powinni mieć świadomość jakie działania będą podejmowane w sytuacji kryzysowej. Nie wiem czy minister finansów ma taki plan przygotowany i na ile został on poddany wewnętrznym konsultacjom. A piszę o tym w kontekście podjętych w zeszłym tygodniu decyzji dotyczących budżetu na przyszły rok. Jako Towarzystwo Ekonomistów Polskich oceniliśmy projekt budżetu na 2013 rok jako umiarkowanie konserwatywny. Ryzyko scenariuszy makroekonomicznych jest niesymetryczne z większym prawdopodobieństwem niższej niż przyjęta w budżecie ścieżce wzrostu. Ale według dzisiejszej wiedzy założenia makro trzeba przyjąć jako w miarę sensowne. O ile podstawowe parametry makroekonomiczne nie budzą większych zastrzeżeń, przyjęto zbyt optymistycznie założenia co do wzrostu wynagrodzeń realnych oraz stopy bezrobocia, co tworzy ryzyka dla dochodów z tytułu VAT i CIT. W nieco czarniejszym scenariuszu istnieje niemałe ryzyko, że przy niższym niż oczekiwanym przez rząd popycie wewnętrznym i negatywnej dynamice importu może pojawić się olbrzymia presja po stronie dochodów budżetowych, a tym samy pytanie co dalej.
 
W trakcie roku będzie dość szybko wiadomo jak idą dochody podatkowe i na ile prawdopodobne jest, że budżet się nie zamknie i trzeba będzie dokonać jego nowelizacji. Dzisiaj nie sposób przewidzieć rozwoju sytuacji w Europie, dlatego też przy projektowaniu budżetu niezbędne jest podejście wariantowe. Jest szansa, że uda się go zrealizować, ale jeśli gospodarka europejska wejdzie w głębszą recesje u nas niezbędna będzie nowelizacja. No i pytanie co wtedy. Można podwyższać podatki: składkę rentową, akcyzę, VAT (bezpośrednich podatków w czasie roku zmieniać nie można), ograniczać wydatki: infrastrukturalne, lub socjalne (ale te już poprzez zmianę ustawy) lub też jeszcze do tego dołożyć zupełną likwidację składki na OFE. Można jeszcze przyspieszyć proces prywatyzacji, ale szczerze mówiąc wyceny w wariacie awaryjnym będą niższe niż dzisiaj – lepiej więc przyspieszać prywatyzację majątku już teraz.
 
Jeśli wariant awaryjny miałby być realizowany, wcześniej należy przeprowadzić analizę, jak poszczególne rozwiązania wpływają na perspektywę wzrostu gospodarczego. Bez wątpienia wszelkie podwyżki podatków zmniejszą polską konkurencyjność na arenie międzynarodowej, o co zresztą teraz toczy się największe światowe współzawodnictwo. Podwyżka składki rentowej podwyższyłaby koszty pracy, wyższy VAT wpłynąłby negatywnie na i tak malejącą konsumpcję Polaków. Drastyczne ograniczenie wydatków infrastrukturalnych zmniejszyłoby istotnie popyt wewnętrzny a jednocześnie ograniczyło przyszły potencjał wzrostu. Na tym tle redukcja składki do OFE do zera to istna kaszka z mleczkiem. Tyle, że taki ruch przyniesie maksimum 4 mld bieżących „oszczędności” przy potrzebach sięgających dziesiątków miliardów złotych. Po drugie stworzy ryzyko systemowej wiarygodności kraju. W dyskusjach o perspektywach gazu łupkowego pojawiają się dwie krytyczne kwestie, po pierwsze przejrzysta i sensowna legislacja, a po drugie długoterminowa stabilność reguł gry. Chodzi mianowicie o to, aby inwestor prywatny ryzykujący poważne kwoty na długie lata, mógł czuć się pewnie, że kolejny rząd za pięć czy dziesięć lat nie przewróci wszystkiego do góry nogami. Likwidacja składki do OFE byłaby przewróceniem „wszystkiego do góry nogami” i dawałaby zły sygnał co do wiarygodności kraju. Dlatego też dobrze byłoby gdyby w ramach planu awaryjnego pomyślano też o wydatkach. W budżecie na 2013 widać pierwsze przymiarki – takie choćby jak ograniczenie przyrostu płac - co należy uznać za krok we właściwym kierunku. W wariancie awaryjnym potrzebny może być znacznie szerszy arsenał.
 

 

2012-10-02 08:50
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Szanowny Panie Prezesie,

 

Pragnę podziękować za zaproszenie do udziału w debacie gospodarczej zaplanowanej na 24 września. Dziękuję również za otrzymane materiały. Jestem zwolennikiem debat gospodarczych oczekując, że różne pomysły ekonomiczne będą dzięki temu obiektywnie przeanalizowane i dokładnie policzone. W przesłanych materiałach znalazły się szczegółowe projekty ustaw PiS wokół których miałaby się toczyć dyskusja, co istotnie zawęża tematykę debaty. Tak postawiony sposób prowadzenia rozmowy o gospodarce -  wykluczający de facto inne poglądy -  zakłada niejako a priori, że dyskutanci zgadzają się z diagnozą która była podstawą projektów ustaw. Nie daje też możliwości rozmowy o tym czy przedstawione postulaty są słuszne. Debata ekonomiczna o Polsce powinna rozpocząć się od diagnozy sytuacji, następnie określenia oczekiwanych do osiągnięcia celów i na tej podstawie dobrania odpowiednich środków do ich realizacji. Inaczej dyskusja jest albo zbyt jednostronna lub też nie podejmuje najważniejszych wyzwań. Dlatego też, po dokładnym zapoznaniu się z przesłanymi materiałami uznałem, że mój udział w tej debacie nie jest celowy.

 

Zderzenie różnych poglądów i rzeczowa dyskusja są bez wątpienia potrzebne polskiej gospodarce. Warto pomyśleć o takiej debacie w przyszłości rozpoczynając od diagnozy sytuacji. W tym krótkim liście pozwolę sobie podzielić się moją diagnozą jak i krótkim komentarzem na temat pożądanych rozwiązań, wierząc, że może okazać się to pomocne w przyszłości.

 

Silnymi stronami naszej gospodarki jest jej zrównoważona struktura, gdzie trzy silniki jakimi są konsumpcja indywidualna, inwestycje i handel zagraniczny w miarę równomiernie ją napędzają. Nie mamy tak wielkich nierównowag jakie występowały w Stanach Zjednoczonych czy też w wielu krajach europejskich, zarówno na rynku nieruchomości jak i na rynkach finansowych. Polacy też - z pewnymi wyjątkami oczywiście - nie popadli w szał konsumpcji, jak stało się to w wielu krajach rozwiniętych. Po latach centralnego sterowania i wszechobecnego państwa mało kto w Polsce dziś wierzy, że upaństwawianie czy też daleko idące ingerencje rządu, będą dla gospodarki zbawienne. Naszą silną stroną jest też przedsiębiorczość Polaków i dobra sytuacja finansowa przedsiębiorstw prywatnych, oczywiście z wyjątkiem kilku branż, których kłopoty są powszechnie znane.

 

Wśród stron słabych, należałoby wymienić wciąż znaczne zapóźnienie technologiczne wobec Europy Zachodniej, niską jakość infrastruktury, słabą jakość usług publicznych, niską urbanizację, nieelastyczne finanse publiczne przy relatywnie wysokim poziomie zadłużenia w relacji do PKB. Słabością naszej gospodarki jest też nadal duży udział państwa w wytwarzaniu narodowego dochodu, zbytnie przeregulowanie gospodarki, a także nieefektywny system sądowniczy, szczególnie w zakresie prawa gospodarczego. Wyzwaniem jest też rynek pracy, który akurat w ostatniej odsłonie kryzysu okazał się bardziej elastyczny niż mogłoby to wynikać z litery regulacji.

Naszym celem powinno być tworzenie warunków do szybkiego a zarazem stabilnego wzrostu gospodarczego na najbliższe lata. Ważne jest aby owoce tego wzrostu rozkładały się w miarę równomiernie w społeczeństwie, aby malała liczba wykluczonych. O ile cele są dość oczywiste o tyle sposób ich osiągnięcia zawsze wymaga pogłębionej analizy i dyskusji.

 

Najbliższe kwartały przyniosą spowolnienie gospodarcze i niestety wzrost bezrobocia. Na pewno rozwiązaniem nie mogą być pomysły oskładkowania elastycznych form zatrudnienia, czy też olbrzymie wydatki publiczne na tworzenie miejsc pracy. Państwo nie jest od tworzenia miejsc pracy ale od kreowania warunków do ich powstawania. Ważne są więc wszelkie działania które zaadresują olbrzymie niedopasowanie na rynku pracy szczególnie w kwestii nierównowag pomiędzy miastem a wsią, co jest możliwe w krótkim okresie w  zakresie pośrednictwa pracy. Nieefektywny sektor usług publicznych jest szczególnie odczuwalny w takich sektorach jak ochrona zdrowia czy edukacja. W ochronie zdrowia, wciąż mało kto ma odwagę przyznać, że polskie państwo nie jest w stanie zapewnić wszystkich usług zdrowotnych dla wszystkich. Zamiast współpłacenia pod stołem należy wprowadzić współpłacenie legalne, z wyłączeniem najmłodszych i przewlekle chorych.  W edukacji natomiast, przy malejącej z roku na rok liczbie uczniów niezbędne jest odejście od regulacji zawartych w Karcie Nauczyciela. Bez tego typu zmian systemowych Polska nadal będzie się rozwijała, ale wolniej od swych możliwości, ze znacznie gorszą jakością życia w porównaniu z krajami rozwiniętymi. 

 

W moim przekonaniu rozwiązania oparte na szeregu ulg i zachęt nie są odpowiedzią na najważniejsze wyzwania naszego kraju. Wszelkie propozycje tego typu, oprócz analizy swej skuteczności, muszą również uwzględniać element kosztowy, czyli ich wpływ na poziom zadłużenia kraju. Polska nie ma zbyt wielkiego finansowego pola manewru, tak wiec wszelkie kosztowne rozwiązania nie powinny być dzisiaj w ogóle rozważane, stwarzają bowiem ryzyko dla stabilności finansowej kraju. Nie ma oczywiście jednego słusznego sposobu wyjścia z sytuacji, ale skutecznych i sprawdzonych rozwiązań nie ma też zbyt wiele. Ważne jest więc aby w sposób właściwy dobierać rozwiązania do stawianych celów. W Polsce potrzebna jest szersza debata zarówno dotycząca diagnozy jak i głównych wyzwań stojących przed Polską. Nie ma monopolu na optymalne rozwiązania, kluczem jest jednak rozmowa w oderwaniu od emocji i polityki. Tylko w ten sposób będzie można zwiększać szanse na wzrost zamożności i bezpieczeństwa Polaków.

 

 

Z poważaniem,

 

 

Ryszard Petru

Przewodniczący Rady

Towarzystwa Ekonomistów Polskich

2012-09-22 17:56
Polskie wpisy Komentarze (6)
 Oceń wpis
   


Na rynkach zapanowała euforia. Po tym jak EBC podjął decyzję o nielimitowanym skupie krótkoterminowych papierów skarbowych na wtórnym rynku, a chwilę później FED ogłosił trzeci już program tzw. luzowania monetarnego, na rynku finansowym znów wrócił optymizm. Optymizm, że euro w najbliższym czasie się nie rozpadnie, że gospodarka amerykańska znów dostanie kopa w formie dopalacza i że znów w cenie jest złoto. Nie ma się co dziwić reakcji rynków, rzeczywiście w ciągu najbliższych kilku miesięcy działania ECB zasadniczo obniżają ryzyko rozpadu w strefie euro, rzeczywiście w najbliższym kwartale lub dwóch ekstra pieniądz pobudzi trochę koniunkturę i oczywiście jak się drukuje w nadmiarze dolary, to wszyscy na wszelki wypadek kupują złoto -  jedyną dziś wiarygodną walutę świata - której dodrukować się nie da.

 

Zeszłotygodniowa decyzja EBC została obwarowana szeregiem warunków. Że skup obligacji zagrożonych państw może tylko następować wtedy gdy kraje te spełniać będą kryterium realizacji zaplanowanych reform. Że najpierw zostaną uruchomione pozostałe dwa fundusze pomocowe strefy euro. I na koniec jeszcze zapowiedział, że będzie prowadził operacje sterylizacyjne, czyli ściągał z rynku nadmiar środków, które sam wygeneruje. Ma to uspokoić tych, którzy obawiają się, że tego typu deklaracje jak nielimitowany skup obligacji wywołają w przyszłości inflację i to poważną inflację. Niby więc wszystko na papierze wygląda sterylnie, ale w praktyce bardzie trudno będzie utrzymać tę czystość. Zauważmy, ze deklaracje już padły, rynek odczytał je nieco inaczej niż opisano w komunikacie. Mianowicie, że EBC będzie ratował znajdujące się w opresji kraje i nie pozwoli aby Hiszpania a tym bardziej Włochy znalazły się w sytuacji Grecji. Nie wspominając o tym, że nie dopuści do wypchnięcia Grecji ze strefy euro. I prawdopodobnie tak właśnie EBC będzie postępował, bez względu na to jaki jest postęp realizacji włoskich reform i czy przy władzy we Włoszech jest Mario Monti czy też Silvio Berlusconi. Bo jeśli dany kraj otrzyma pomoc wprowadzając zgodnie z planem pakiet reform, to co się wydarzy gdy ten pakiet reform przestanie realizować? Zgodnie z zadeklarowanymi intencjami finansowanie powinno być wstrzymane. W praktyce jednak oznaczałoby to zupełną panikę rynkową i de facto niekontrolowany rozpad strefy euro. EBC jest więc w pułapce, będąc tego oczywiście w pełni świadom. Jest to swego rodzaju zagranie va banque – uspakajamy na pewien czas rynki finansowe a w tym czasie politycy muszą wprowadzić deklarowane wcześniej zmiany tak aby presja fiskalna zelżała, a gospodarki krajów Południa odzyskały przynajmniej cześć utraconej konkurencyjności i perspektywę wzrostu gospodarczego. Niestety dotychczasowa praktyka wskazywała na nieco mniej odpowiedzialne zachowanie europejskich przywódców – w momencie kiedy presja na reformy malała, zawieszano lub rozmydlano pakiet reform. Najlepszym tego przykładem jest Hiszpania, gdzie kilkakrotnie już rozpoczynano a następnie wyhamowywano zapęd reformatorski. Tym razem niestety może być podobnie.

 

Będąc w butach szefa EBC wielu zapewnie postąpiłoby podobnie.  Przy zbyt powolnych i dalece niewystarczających działaniach polityków, szef EBC jest jedynym który czuje się odpowiedzialny za całą strefę euro. Ale swym działaniem kupił jedynie czas, rozwiązał krótkoterminowo problem kosztów płynności kliku krajów. Nadal jednak są one niekonkurencyjne i zmagają się z wysokim obciążeniem fiskalnym. Dziś na szczęście mało kto uważa, że EBC uratował Europę. Nawet najwięksi zwolennicy tego typu działań podkreślają, że Mario Draghi dał politykom więcej czasu. Nie wiemy tylko ile tego czasu i po jakiej cenie. Ciekawe czy przywódcy europejscy mają tego świadomość.

 

FED ma o tyle prostsze zadanie, że zalewa świat dolarami, które są główną pożądaną walutą świata Eksportuje więc inflację na cały świat, obniża wartość rezerw dolarowych posiadanych przez innych, powinien też przynajmniej w teorii osłabić wartość dolara poprawiając w ten sposób konkurencyjność Stanów Zjednoczonych. Jak jednak wiadomo zalew pieniądza nie może wytworzyć nowego PKB. Dlatego też, podobnie jak w przypadku EBC, to tylko sposób na przejściową ulgę. Efektem ubocznym jest tworzenie nowych nierównowag na rynkach aktywów, takich jak surowce, ale też waluty krajów wschodzących. I to m.in. będzie cena jaką przyjdzie nam za to zapłacić.

 

2012-09-18 07:54
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Poważna debata o gospodarce w każdym kraju jest potrzebna. Ważne jest aby taka dyskusja miała pewne ramy, po to aby była to rzeczową dyskusją a nie chaotyczną wymianą myśli. W przypadku takiej dziedziny jaką jest gospodarka spełnienie takiego warunku nie jest łatwe ze względu na to, że podobnie jak na piłce nożnej, na gospodarce wszyscy się znają. Poważna debata ekonomiczna powinna zacząć się od diagnozy, następnie określenia celów jakie sobie stawiamy, a następnie dobrania odpowiednich narzędzi do realizacji tych celów. Ważne jest aby analizując pojedyncze koncepcje nie tracić z polu widzenia szerszego spektrum. Tyle teorii dyskusji, na pierwszy rzut oka brzmi trochę banalnie, ale w praktyce bardzo trudno jest utrzymać taka dyscyplinę, szczególnie w środowiskach wygadanych jakim są m.in. politycy.

Zaczynając od diagnozy. Polska gospodarka ma swoje zalety, między innymi zrównoważoną strukturę rozwoju gospodarczego, w którym trzy silniki jakimi są konsumpcja prywatna, inwestycje i handel zagraniczny w miarę równomiernie napędzają naszą gospodarkę. W Polsce nie mamy tak wielkich nierównowag jakie miały miejsce w Stanach Zjednoczonych czy też w wielu krajach europejskich, zarówno na rynku nieruchomości jak i na rynkach finansowym. Polacy też, z pewnymi wyjątkami oczywiście, nie popadli w szał konsumpcji, jak to stało się m.in. w USA. Po latach centralnego sterowania i wszechobecnego państwa mało kto dziś wierzy, że upaństwawianie czy też daleko idące ingerencje finansowe rządu, będą dla gospodarki zbawienne. Nauczyliśmy się liczyc na siebie. Naszą silną stroną jest też dobra sytuacja finansowa polskich przedsiębiorstw prywatnych (z wyjątkiem dwóch czy trzech branż). Po stronie stron słabych, wciąż znaczne zapóźnienie technologiczne wobec Europy Zachodniej, niska jakość infrastruktury, słaba jakość usług publicznych, nieelastyczne finanse publiczne przy relatywnie wysokim poziomie zadłużenia w relacji do PKB, jak na kraj wciąż zaliczający się do rynków wschodzących. Nadal duży udział państwa w wytwarzaniu narodowego dochodu, zbytnie przeregulowanie gospodarki, czy nieefektywny system sądowniczy (w zakresie prawa gospodarczego) to kolejne nasze bolączki. Wyzwaniem jest też rynek pracy, który w ostatniej odsłonie kryzys okazał się bardziej elastyczny niż wynikać to mogłoby z regulacji, ale z drugiej strony jego cechą jest nierównowaga pomiędzy miastem a wsią i olbrzymie niedopasowanie na rynku pracy. To i tak bardzo skrótowy opis, nie uwzględniający wielu obszarow m.in. takich jak ochrona zdrowia, czy edukacja.

Na jednej debacie i tak nie da się poruszyć większości tych problemów. Przydałoby się uzgodnić podstawowe parametry diagonozy i spróbować odpowiedzieć na pytanie o cel rozwoju. Ważne jest przy tym aby w dyskusji nie używać określeń ocennych takich jak liberalny czy etatystyczny. Inaczej bowiem rozmowa szybko wyląduje na manowcach. A w ramach dyskusji dobrze byloby skupić się na kilku najważniejszych wyzwaniach, tak aby można było rozmawiać w miarę konkretnie. W moim przekonaniu zagadnieniami które wymagają szczególnej uwagi to rynek pracy i system emerytalny. W obu przypadkach wyzwania są wyjątkowe a rozwiązania nieintucyjne. Drugim ważnym elementem dyskusji jest stan finansów publicznych i sposoby ich dalszego reformowania, a w szczególności uelastycznienia. Trzecie ważne dla polskiej gospodarki zagadnienie to cały szereg spraw związanych z deregulacją gospodarki i usprawnieniem sądownictwa. O ile w obu tych kwestiach nie ma różnicy zdań co do celu takich działań o tyle odpowiedź jak to osiągnąć banalna nie jest. I wreszcie czwarte zagadnienie, to odpowiedź na pytanie w jakich obszarach usług publicznych skutecznym i efektywnym ich dostarczycielem jest państwo, a na ile lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie odpowiedzialności za nie sektorowi prywatnemu.

Jak widać w Europie pomysłów na rozwiązanie europejskich bolączek jest co nie miara, gorzej z podejmowaniem decyzji. Jednak dziś, w 2012 roku, jesteśmy znacznie mądrzejsi o doświadczenia i o ile dwa lata temu nie widać było przygotowanych planów awaryjnych, dziś są. Przez całą Europę, a nawet świat, przetoczyła się wielka debata, o tym jak wyjść z kryzysu. O ile nie zawsze zgadzam się z konkluzjami jakie wyciągają z niej politycy, to przynajmniej wiemy jakie są alternatywy i co one oznaczają. A to już jest jakaś wartość.

2012-09-11 09:53
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

W danych o dynamice PKB za drugi kwartał najbardziej zaskoczył nie tyle niższy od konsensu wynik, ale przede wszystkim jego składowe. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że w drugim kwartale lecieliśmy już tylko na jednym silniku i był nim eksport netto. I to nie dlatego, że eksport ma się  tak dobrze, ale dlatego że szybciej zwalnia import, co jest wynikiem spowolnienia w inwestycjach. W Polsce zwykle podaje się dynamiki wzrostu gospodarczego porównując poziom dochodu z danego roku z takim samym poziomem w roku poprzednim. Porównując te dane w sposób bardziej statystycznie poprawny, a mianowicie przyrosty PKB z kwartału na kwartał eliminując wcześniej wszelkie zaburzenia sezonowe, nasz dochód wzrósł o 0.4 procent, w podobnym tempie co spożycie indywidualne i inwestycje. W poprzednich kwartałach wzrosty te były wyższe, odpowiednio na poziomie 0.8 i 0.6 procent. Spowolnienie jest więc ewidentne, pytanie tylko czy będzie dalej hamować, czy też jesteśmy już blisko dna.

 

Z danych GUS widać jednoznacznie, że zarówno konsumpcja prywatna jak i inwestycje mocno wyhamowały. Przyczyny są jednak różne i aby nie wpadać w zupełną panikę - jak to uczyniła już część komentatorów - należy przeanalizować które z tych tendencji mają charakter tymczasowy a które stały. W przypadku inwestycji prywatnych mamy do czynienia z bardzo głębokim spadkiem zapasów, co raczej nie powinno się powtórzyć w takiej skali w przyszłych kwartałach. Co do inwestycji publicznych mamy do czynienia z mocnym wyhamowaniem projektów infrastrukturalnych porównując je z tym samym okresem roku poprzedniego. Ten trend w kolejnych kwartałach się utrzyma ze względu zarówno na naturalne wyhamowanie projektów inwestycyjnych jak i ograniczeń wydatkowych nałożonych na tegoroczny budżet. W moim przekonaniu inwestycje publiczne w Polsce są jedynym sensownym wydatkiem, na którym nie powinno się szukać oszczędności gdyż jako jeden z niewielu krajów możemy wykazać, że działania te dają zarówno krótkoterminowy efekt popytowy, jak i ważniejszy, długookresowy efekt podażowy. Jeśli mógłbym coś doradzić rządzącym to taką restrukturyzację wydatków, aby nie zmniejszać wydatków na inwestycje infrastrukturalne w tym i w przyszłym roku.  Skąd pieniądze, o tym zaraz.

 

Co do konsumpcji prywatnej skala tąpnięcia jest niewspółmierna do pozostałych tendencji obserwowanych w realnej gospodarce. Na tak silne spowolnienie konsumpcji składają się dwa czynniki: z jednej strony wolno rosnący fundusz płac, a z drugiej utrzymująca się wyjątkowo wysoka inflacja, która niweluje cały przyrost nominalnego przyrostu funduszu płac. Tak naprawdę dziś jedyną grupą podtrzymującą polską konsumpcję prywatną jest całkiem pokaźna na szczęście grupa osób pracujących na własny rachunek. Są oni bardziej elastyczni i statycznie znacznie mniej obciążeni podatkami i parapodatkami. To powinien być mocny argument dla żądających powrotu do Polski zetatyzowanej. To jest przecież dziś najbardziej elastyczna gospodarczo grupa Polaków i jedyna która podtrzymuje wzrost. Wracając do inflacji, wiele wskazuje na to, że w kolejnych miesiącach wskaźnik ten będzie malał w relacji rocznej, prawdopodobnie poniżej 3 procent na koniec tego roku, co powinno poprawić wskaźniki przyrostu realnej konsumpcji. Niestety nie proporcjonalnie, ze względu na perspektywę wzrostu bezrobocia, a to znacznie ograniczy przyrost funduszu płac. To tylko prognoza, z ryzykiem że inflacja może być wyższa od tego scenariusza, ze względu na wzrost cen żywności na świecie wywołany amerykańską suszą, oraz z powodu znów osłabiającego się złotego. Kursów walutowych nie ma co prognozować w dzisiejszych czasach, ale to czego możemy być pewni to wysokiej zmienności. Tak długo jak Europa przeżywa poważne problemy egzystencjalne tak nie ma co liczyć na mocnego złotego w dłuższym okresie.

 

Druga połowa roku będzie nawet nieco bardziej mizerna niż drugi kwartał tego roku. Rosnąć będzie bezrobocie, spadać produkcja przemysłowa, może lekko odbije na plus konsumpcja prywatna. Najważniejsze teraz będą wszelkie działania wspierające większą efektywność na rynku pracy. Rozważyć należałoby obniżenie składki na fundusz pracy, zróżnicowanie płacy minimalnej, prywatyzację urzędów pracy. Innym ważnym elementem polityki gospodarczej powinno być przyspieszenie prywatyzacji i wprowadzenie działań zachęcających kapitał do uprzemysławiania kraju. W ten sposób w średniej perspektywie zwiększyć poziom zatrudnienia w kraju a tym samym potencjalny PKB. Jednak w krótkim okresie spowolnienia nie zatrzymamy.

 

2012-09-04 07:55
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Krzysztof Domarecki i Ryszard Petru

 

Kiedy w wieczór wyborczy ogłoszono wyniki wyborów we Francji, Francois Hollande w swoim przemówieniu zaczął od … koniecznej reindustrializacji Francji. Przypomniał że siłą Francji jest produkcja przemysłowa i jej wzmocnienie uczynił pierwszym w kolejności priorytetem. Obecna siła gospodarki niemieckiej bierze się z olbrzymiej nadwyżki eksportowej generowanej przez przemysł – w większości średnie firmy rodzinne. W USA mamy do czynienia z narastającą kampanią przenoszenia lokalizacji produkcji z Chin z powrotem do poszczególnych stanów. Podobnie obecna polityka brytyjska zmierza w kierunku reindustrializacji a jak wielkie znaczenie rząd brytyjski przypisuje tej kwestii jest fakt, że jednym z najważniejszych zadań obecnej dyplomacji brytyjskiej jest przyciąganie inwestorów. Brytyjczycy są tak zdeterminowani w przywróceniu siły swojego przemysłu, że inwestorów szukają nawet w Polsce.

Światowa rozgrywka ekonomiczna toczy się obecnie o dwa główne źródła bogactwa narodów: zasoby (surowcowe i ludzkie) i lokalizację produkcji. Konkurencja o to gdzie będą zlokalizowane centra produkcyjne – zarówno te regionalne jak i te globalne obejmuje wszystkie państwa. W tym celu w świecie działa ponad 400 stref ekonomicznych o międzynarodowym charakterze a polityka przyciągania inwestorów jest często jednym z najważniejszych elementów polityki gospodarczej państwa. Kryzys ekonomiczny wyraźnie podzielił państwa na dwie kategorie; te, które dużo produkują i dużo eksportują i te, które mają kłopoty.

Jak popatrzymy dziś na Europę to właśnie Polska ma wręcz idealne warunki do tego aby stać się fabryką pokryzysowej Europy. Przez ostatnie osiem lat staliśmy się nie tylko pełnoprawnym członkiem UE ale coraz lepiej poruszamy się w jej strukturach. Ale okres budowania wzrostu w oparciu o środki unijne powoli będzie  przechodził do historii. Poziom wsparcia akcesyjnego będzie malał, aż do zupełnego zaniku. Na szczęście, po dwudziestu latach transformacji pojawił się w końcu polski kapitał, na tyle duży i znaczący, aby mógł wspierać działania publiczne w zakresie poprawy warunków życia mieszkańców naszego kraju. Oba te trendy, w sposób odpowiedni skojarzone, powinny być fundamentem nowoczesnej strategii rozwoju kraju. W ostatnim dwudziestoleciu dużą wagę przykładaliśmy do zachęcania inwestorów zagranicznych. I dobrze, gdyż na początku transformacji nie było w Polsce ani kapitału ani know-how w zakresie zarządzania poważniejszym biznesem.  Ale dzisiaj jest już inaczej, ściąganie inwestorów zagranicznych za wszelką cenę nie jest ani w interesie państwa ani społeczeństwa. Obecnie rolą władz publicznych powinno być tworzenie warunków sprzyjających alokacji kapitału prywatnego zgodnie z przyjętą strategią rozwoju. Szansą Polski jest dzisiaj stworzenie warunków dla budowy zaplecza przemysłowego Europy.

Spójrzmy na najlepsze przykłady ze świata. Obszar przemysłowy wzdłuż autostrady Wenecja – Mediolan jest jednym z najlepiej uprzemysłowionych regionów globu. W odległości do 50 km po obu stronach autostrady zlokalizowano tysiące małych, średnich i dużych firm przemysłowych. Wszystkie te firmy korzystają z faktu, że zlokalizowanie swojej produkcji / biur w tym obszarze obniża im koszty operacyjne ze względu na bardzo dobra komunikację – głównie transportową, dostęp do wielu kooperantów i kulturę przemysłową regionu. Po pewnym czasie zaczyna występować efekt kuli śnieżnej. Oprócz firm stricte przemysłowych, pojawiają się wszelkiego rodzaju firmy świadczące usługi dla przemysłu i będące jego zapleczem: firmy logistyczne, księgowe, konsultingowe poddostawcy etc. Na końcu efektem takiego procesu jest gigantyczny klaster przemysłowy oddziaływujący swoim potencjałem na wiele branż w całej Europie.

Chiny stały się fabryką świata w znacznej mierze dzięki temu, że ich władze z odpowiednio wielkim wyprzedzeniem stworzyły olbrzymią sieć infrastrukturalną obejmującą początkowo głównie prowincje wschodnie a obecnie w coraz większym stopniu obejmującą prowincje centralne i zachodnie. Nie bez znaczenia były oczywiście tania siła robocza i olbrzymi potencjał kraju oraz stabilność i przewidywalność polityki gospodarczej. Ale przykład innego wielkiego kraju – Indii, pokazuje że nie są to czynniki wystarczające. W Indiach bowiem biznes napotyka znaczne bariery wewnętrzne w wykorzystaniu potencjału gospodarki. Podstawową barierą jest właśnie brak sprawności państwa w zakresie zbudowania odpowiedniej infrastruktury i stabilności gospodarczej. Indyjskie drogi i koleje (a raczej ich brak) stanowią obecnie podstawową barierę wzrostu. Rezultat jest taki, ze Indie mające szybciej rosnącą populację rozwijają się znacznie wolniej.

Polska to małe Chiny Europy. Na terenie naszego kraju znajduje się kilka regionów które doskonale wpasowują się w ten model rozwoju. Jednym z nich jest region Dolnego Śląska, który ma wszelkie dane do tego aby stać się gigantycznym klastrem przemysłowo – usługowym podobnym do tego we Włoszech. Przez Dolny Śląsk przechodzi autostrada A4. Jej znaczenie logistyczne i komunikacyjne jest wciąż mało wykorzystane przez gospodarkę lokalną. Należy doprowadzić do tego aby w pasie po 50 km na północ i na południe od autostrady postawić na industrializację, jako główny czynnik wzrostu potencjału ekonomicznego regionu. Jej podstawowym elementem powinno być przyciągnięcie inwestorów do większości miast i miasteczek, jakie się w tym pasie znajdują. Należy zachęcić ich, poprzez przygotowanie prawne i techniczne terenów do zlokalizowania średnich i małych firm produkcyjnych blisko każdego z tych miast. W ten sposób nastąpi wzmocnienie gospodarcze większości miast regionu bez względu na to w jakiej sytuacji ekonomicznej znajdują się w chwili obecnej. Do pełnego wykorzystania potencjału miast Dolnego Śląska potrzebne jest jeszcze zbudowanie drogi szybkiego ruchu kierującej się na południu w stronę Pragi a na północ w stronę Poznania. Dzięki takiej inwestycji znaczna część regionu znalazłaby się w strefach odległości do 30-50 km od dróg szybkiego ruchu, co znacznie wzmocniłoby zarówno mobilność mieszkańców poszczególnych miast jak i dostępność miejsc pracy dla każdego z nich.

Taki klaster jest w stanie wygenerować ponadprzeciętne zapotrzebowanie na absolwentów nie tylko wyższych uczelni ale także na absolwentów szkół technicznych i zawodowych. Koncentracja tylu firm to także zapotrzebowanie na mieszkania, szkoły, przedszkola, instytucje kultury, szpitale. W ten właśnie sposób, wychodząc od przemysłu jesteśmy w stanie doprowadzić do tego, aby taki region stanie się jednym z najbardziej prężnych regionów gospodarczych Europy.

Tu nie chodzi o industrializację dla samej siebie. To jest pomysł na to jak odbudować potencjał miast i miasteczek bez konieczności emigracji. To też odpowiedź na olbrzymie zróżnicowanie w poziomie bezrobocia pomiędzy aglomeracjami a małymi miejscowościami. Zamiast pompować pieniądze publiczne w aktywizację rynku pracy na tych terenach, znacznie lepiej jest stworzyć warunki aby praca się w niedalekiej okolicy pojawiła. To też sposób na rewitalizację miast i miasteczek. Jest to też odpowiedź na pytanie skąd pieniądze na olbrzymie inwestycje w tkankę miejską aby nasze miasta  wyglądały tak jak u naszego zachodniego sąsiada. Jak ktoś zada pytanie o to jakie pieniądze są na to potrzebne padną kwoty które już nie tyle marszałka ale i ministra finansów przyprawiłyby o ból głowy. Tyle że te pieniądze nie powinny pochodzić z środków publicznych! Pieniądze publiczne należałoby przeznaczyć na takie wydatki, które zachęcą inwestorów prywatnych do zaangażowania poważnego kapitału w takie właśnie przedsięwzięcia. Już słyszymy głosy populistów, że to skandal, bo ten prywatny kapitał będzie chciał na tym pieniądze zarobić. Tyle, że brutalna prawda jest taka, że jak nie będzie miał perspektywy zarobienia, to nie zainwestuje …  Mamy więc fundamentalny wybór. Albo będziemy w stanie wykorzystać potencjał jaki drzemie w przedsiębiorstwach i właściwie go skumulować albo będziemy czekać na mannę z nieba.

Nie tylko Dolny Śląsk czy szerzej Polska zachodnia mogą wytworzyć efektywne strategie rozwoju gospodarczego. Obecne wejście Rosji do WTO stanowi olbrzymią szansę rozwoju przemysłowego dla Polski wschodniej. Zarówno w Polsce jak i w całej Europie jest wiele firm, dla których rynek rosyjski a szerzej na rynki b. ZSRR stanowią istotny kierunek ich sprzedaży. Te firmy, które produkują w Europie zachodniej napotykają znaczną barierę kosztów logistycznych w eksporcie do Rosji i innych krajów Europy wschodniej. Część z nich od kilkunastu lat próbowała zlokalizować produkcję w samej Rosji lub Ukrainie, jednakże dla większości z nich bariery założenia zakładu produkcyjnego w tych krajach a także wszelkie związane z tym uwarunkowania, dodatkowe koszty i kłopoty powodowały że jedynie nieznaczny odsetek podjął decyzje o inwestycjach. Część z nich po kilku latach prób wycofała się z produkcji w Rosji lub na Ukrainie. W ciągu ostatnich 10 lat czyli jeszcze na długo przed wejściem Rosji do WTO część z tych firm wyliczyła, że taniej jest wytwarzać produkty w zakładach położonych w Polsce lub np. w Estonii, eksportować je do Rosji i płacić w Rosji cło importowe, niż produkować w samej Rosji. Obecnie, po wstąpieniu Rosji do WTO rachunek ekonomiczny preferujący lokalizację produkcji np. w Polsce jeszcze się polepszy. Wie już o tym tysiące firm niemieckich, które już zawczasu przygotowały się do znacznego wzrostu ich aktywności w Rosji. Tymczasem poprawiająca się infrastruktura drogowa i kolejowa w Polsce, relatywnie niższe niż w krajach Europy zachodniej koszty siły roboczej powiązane z dobrą organizacją i jakością pracy a także łatwość i dostępność lokalizowania produkcji w Polsce stanowią zestaw czynników, który powoduje, że w wielu branżach jest to najlepsze miejsce dla produkcji skierowanej na rynki wschodnie.  Niebagatelną rolę odgrywa w tym obecność Polski w strukturach UE. Zachodni przedsiębiorca inwestując w Polsce porusza się w ramach tych samych regulacji co w reszcie krajów UE. Ma prawo zatem czuć się jak u siebie w domu a jego zakłady produkcyjne nastawione na znaczne i ciągle chłonne rynki Europy Wschodniej mogą być dla niego atrakcyjnym sposobem na trudne czasy spowolnienia gospodarczego w Europie Zachodniej. Perspektywa ta powinna być jednak w pierwszej kolejności rozpatrywana przez przedsiębiorców Polskich. W większości branż możliwość ulokowania naszych produktów na rynkach wschodnich jest wciąż znaczna, mamy też niebagatelny zasób – tysiące polskich menedżerów pracuje na wyższych i średnich pozycjach menedżerskich w Rosji i krajach Europy wschodniej. Coraz więcej polskich firm wygrywa konkurencję na rynkach wschodnich dzięki połączeniu dobrej jakości, niższej ceny, bliskości logistycznej i znacznie lepszych umiejętności poruszania się w kulturze gospodarczej krajów Europy wschodniej. To jest szansa dla wszystkich regionów w tym zwłaszcza dla regionów Polski wschodniej, która nie miała dotychczas szczęścia do masowych inwestycji. Wykorzystanie tej szansy jest możliwe jednak tylko pod warunkiem przyjęcia przez same zainteresowane regiony strategii przyciągnięcia firm produkcyjnych. Wielkie znaczenie będą tu miały inwestycje infrastrukturalne realizowane z poziomu centralnego i wsparcie regionalne z odpowiednim przygotowaniem infrastruktury pod inwestycje. Rząd polski stoi przed wielką szansą wzmocnienia gospodarczego Polski wschodniej, jednakże szansa ta powinna uzyskać znacznie większy priorytet niż ma to miejsce obecnie.

W naszym przekonaniu szansą Polski w Europie jest jej nowoczesne uprzemysłowienie. Suma uwarunkowań makroekonomicznych dotyczących Europy Zachodniej, Polski i Europy wschodniej tworzą w chwili obecnej unikalny zestaw szans, który powoduje że wizja Polski jako nowej fabryki Europy staje się wizją bardzo realną. Już zaczęło  się kolejne 20 lecie, w którym nasze pokolenie może dokonać wzmocnienia gospodarczego Polski do rozmiarów dotychczas nie notowanych w naszej historii.

 

2012-08-30 20:00
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

W najbliższych miesiącach bezrobocie - jako konsekwencja spowolnienienia gospodarczego - będzie rosło. O ile nie sposób zmienić kierunku w którym będzie zmierzał ten wskaźnik o tyle możemy mieć wpływ na jego skalę. Skuteczność działań jest proporcjonalnie odwrotna w stosunku do powszechnego w Polsce myślenia na ten temat. W tej części Europy która obecnie znajduje się w recesji bezrobocie sięga rekordowych poziomów, z hiszpańskimi 25 procentami na czele. Dzisiaj, obserwując doświadczenia krajów wydawałoby się bogatszych w wiedzę, można śmiało wyciągnąć wnioski również dla Polski, dotyczycące tego co działa a co nie. I ewidentnie widać, ze najważniejsza jest ....
 
… elastyczność. Jeśli system gospodarczy, a w tym w szczególności regulacje dotyczące rynku pracy są sztywne, to w okresach zmian gospodarczych nie są w stanie odpowiednio zareagować na zmieniającą się rzeczywistość. W krajach Południa, a w szczególności w Hiszpanii, we Włoszech czy w Grecji, prawo chroni pracowników i nie daje zbyt wielu możliwości na zmianę warunków zawartych wcześniej umów w reakcji na zmiany zachodzące w otoczeniu. Pracodawca wtedy ma zero jedynkowe pole do decyzji: może pracownika zwolnić lub nie. Jeśli popyt na wytwarzany przez dane przedsiębiorstwo towar nagle spada, to następuje seria zwolnień, znacznie większa niż w przypadku rozwiązań elastycznych. Te drugie polegają na tym, że pracownik z pracodawcą mają możliwość zmiany warunków wcześniej podpisanych umów w taki sposób aby pracownik zachował pracę a pracodawca był w stanie dostosować koszty do nowych warunków. Ten drugi wariant całkiem sprawnie zadziałał w Polsce w poprzedniej odsłonie kryzysu. Chodzi mianowicie o to aby kontrakt na pracę można było kształtować (za porozumieniem obu stron) w sposób płynny. Prawdziwe związki zawodowe, te znajdujące się na terenie prywatnych przedsiębiorstw, będąc prawdziwą reprezentacją załogi, miały pełną świadomość dylematu który przed nimi stoi. Inaczej ze związkami w molochach państwowych lub też ogólnokrajowymi centralami związkowymi, tam rzadko kiedy chodzi interes pracownika, zwykle o interes centrali. Do uszu większości łatwiej trafiają hasła o potrzebie ratowania miejsc pracy (tak jakby były one do uratowania) aniżeli hasło elastyczności. W Polsce nawet do niektórych tego typu rozwiązań przylgnęła nazwa umów śmieciowych. Rzeczywiście pozostawanie przez lata na tego typu kontrakcie jest niekorzystne dla pracownika. Ale to nie oznacza, że należy wylewać dziecko z kąpielą. Tego typu rozwiązania są niezbędne w okresie spowolnienia, lub też w przypadku prac sezonowych. Ich brak przyczynia się do wysokiego bezrobocia i powiększania obszaru szarej strefy. Świat będzie dążył do odetatyzownia stosunków pracy, można tym procesem sterować aby uczynić go jak najbardziej cywilizowanym lub też nie dostrzegać problemu i upierać się przy status quo.
 
Drugim powszechnym w myśleniu sposobem zmniejszania bezrobocia są aktywne formy jego  zwalczania finansowane z środków publicznych. I znów, wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sensownego w zakresie działań państwa. Tyle, że wszelkie badania zarówno międzynarodowe jak i polskie wskazują na to, że rzadko kiedy takie programy są skuteczne. Zwykle nakład środków jest nieproporcjonalny do uzyskanego efektu. A w większości przypadków, miejsca pracy tworzone są wyłącznie w okresie funkcjonowania programu, a po jego zakończeniu znikają. Co więcej, często zdarza się też tak, że powstałe subsydiowane miejsce pracy zabiera miejsce pracy obok, czyli u przedsiębiorcy, który wsparcia takiego nie dostał. Ta krytyka nie oznacza wcale, że jakiekolwiek wydawanie pieniędzy publicznych na te cele nie ma sensu. Tego typu polityka może być niezbędna w okresach przejściowych gdy następuje nagłe załamanie rynku, które ma charakter przejściowy. Pytanie jak właściwie zdefiniować czy załamanie ma charakter przejściowy, czy nie. Niemniej cel jest prosty, podtrzymać przez pewien okres czasu miejsca pracy, tak aby wstrząs dla rynku pracy nie okazał się zbyt duży, a w przypadku perspektywy odbicia nie było konieczne ponoszenie kosztów procesu zwolnień i ponownego zatrudniania.
 
Lekcje w załamania na rynkach pracy Południa są bardzo bolesne. Wystarczy jeszcze dodać, że prawie połowa młodych Hiszpanów nie ma pracy. Poziom bezrobocia w tym kraju to efekt głębokiej korekty nadmiernego boomu mieszkaniowego z poprzedniej dekady. Musiało wzrosnąć, ale nie do aż takich rozmiarów. Hiszpania dopiero teraz wprowadza elastyczniejsze rozwiązania na rynku pracy, aby ten problem społeczny zminimalizować. Uczmy się na cudzych błędach, a nie na własnych.
 

 

2012-08-28 08:44
Polskie wpisy Komentarze (0)
3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |