29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 

W sprawie Amber Gold wiele już zostało powiedziane, ale wciąż nie mamy pełnej wiedzy o całej tej aferze.  Sprawa ta ma kilka wymiarów: społeczny, prawny i finansowy. W ostatnich dwóch należałoby dogłębnie przeanalizować które z instytucji państwa nie zadziałały i dlaczego tak się stało. Inną kwestią jest sam pomysł biznesowy, który dla przeciętnych nawet znawców rynku finansowego wyglądał co najmniej mało poważnie. Przez 3 lata jednak ponad 20 tysięcy osób zdecydowało się powierzyć oszczędności swojego życia temu właśnie pośrednikowi. Oczywiście tak długo nie zostanie udowodnione przestępstwo tak długo mamy do czynienia z domniemaniem niewinności. Niemniej kilka kwestii wciąż budzi wątpliwości. Po pierwsze sam pomysł biznesowy, polegający na przechowywaniu sztabek złota.

 

 

 

Jeśli spojrzymy na wykres ceny uncji złota od momentu kiedy Amber Gold rozpoczął działalność, czyli w roku 2009, to widać jak pięknie pięła się cena tego kruszcu wyrażona w dolarach. W drugiej połowie 2011 złoto było dwa i pół raza droższe w porównaniu z ceną z połowy 2009 roku. Dla Polaków kluczowe były ceny wyrażone w złotych. Na szczęście tak się złożyło, że kurs złotego wobec dolarach w roku 2009 należał do najsłabszych w całym rozpatrywanym okresie, był słabszy zarówno w porównaniu z poziomami z 2011 roku jak i pierwszej połowy 2012. Z tej prostej arytmetyki płynie wniosek, że w latach 2009 – 2011 na inwestycjach w złoto można było nieźle zarobić, a kurs złotego sprzyjał tym którzy dokonali zakupów w 2009 roku. Ale zakup złota w 2011 już nie był tak atrakcyjny i nie mógł przynieść już jakichkolwiek zysków. A biorąc pod uwagę zmienność kursu walutowego w tym okresie, na złocie łatwo można było  stracić. Tak więc  pierwotny sukces „lokat w sztabki złota”, które przynajmniej na papierze przynosiły niezłe zyski. Ale żadna hossa nie trwa wiecznie i już od roku złoto nie aż tak atrakcyjne (spekulacyjnie oczywiście) jak na kilka lat wcześniej.

 

Między rokiem 2008 a 2011 powstało wiele funduszy inwestujących w złoto. Różnica pomiędzy nimi a Amber Gold polegała na tym, że ci pierwsi inwestowali w kontrakty na giełdach towarowych na złoto, podczas gdy Amber ponoć kupował sztabki. Dla każdego, który zetknął się choć przez chwilę rynkiem finansowym, już sam pomysł wydawać się musiał niepoważny, lub nazywając rzeczy po imieniu, podejrzany.  Kupowanie sztabek złota ma same wady i jako takie jest wyjątkowo niepraktyczne, znacznie łatwiej jest kupować kontrakty na ten drogocenny kruszec. Ale jak widać sam pomysł marketingowy się sprawdził. O ile w początkowej fazie kupienie złota mogło przynieść wymierne profity, od 2011 już nie. Trzymanie złota w sztabkach i gwarantowanie jakiekolwiek rentowności powyżej oprocentowania papierów rządowych powinno być dla każdego dzwonnikiem alarmowym. A tym bardziej gwarancje stopy zwrotu powyżej 10 procent! Pytanie dlaczego tą nieuczciwą reklamą nie zajął się UOKiK.

 

Zasadniczą jest jednak kwestia działania prokuratury i sądownictwa. Bardzo wiele o tym już napisano i powiedziano. Pozwolę sobie zwrócić na jeden aspekt, który zbyt słabo zabrzmiał w tej dyskusji. Mianowicie od lat w raportach Banku Światowego Doing Business Polska wypadała wyjątkowo blado w ocenie sądownictwa gospodarczego (to te słynne 1000 dni na załatwienie sprawy). Politycy jak dotąd niebyt się tymi statystykami przejmowali bo nie byli w stanie dostrzec jak to się przekłada na codzienne życie Polaków. Przypadek Amber Gold pokazał, ile może nas kosztować opieszałość i brak umiejętności poruszania się w sferze gospodarczej przez polskie sądy. Pytanie tylko, czy potrzebujemy tak mocnych przykładów aby zająć się na poważnie zmianą tego stanu?

 

I jeszcze głos w dyskusji w odpowiedzi na nasze narodowe zawołanie „Polacy, nic się nie stało…”. Jedna z tez głosi, że system instytucjonalny nie pozwala na działanie parabanków i gdyby tylko dobrze stosować prawo to już w 2009 na wniosek KNF o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wymiar sprawiedliwości powinien zakazać wykonywania tej działalności. Nie wspominając już o tym, że osoba skazana nie powinna w ogóle jej założyć. Trzeba jednak chodzić po ziemi, i nie oczekiwać, że nagle po tym wydarzeniu cały wymiar sprawiedliwości w sprawach gospodarczych zacznie działać szybko i zdecydowanie. Dlatego niezbędne jest zwiększenie zadań nadzorczych instytucji, która jako jedyna się sprawdziła, a mianowicie KNF. Tak aby mógł kontrolować spółki podejrzane o prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia. Po drugie należałoby przeanalizować efekty działania rekomendacji T, która od 2010 roku wprowadziła bardzo surowe zasady przyznawania kredytów konsumpcyjnych, co prawdopodobnie przyczyniło się do wzrostu tzw. bankowości cienia, czyli nieregulowanej. Po trzecie UOKiK powinien bardziej zaangażować się w zwalczanie nieuczciwej reklamy w sektorze finansowym, i szerzej nieuczciwymi praktykami w tym obszarze.  Inaczej za kilka lat skończy się to jeszcze większą aferą. 

 

 

2012-08-21 07:40
Polskie wpisy Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

 

It's again become impossible to know whether to laugh or cry.  One day the markets react with disappointment to ECB President Draghi's vague statements (despite his declaring unequivocally that there is the possibility of buying up government treasuries on the primary market) - the next day markets are bursting with euphoria when the Spanish premier says he would consider accepting such aid from the ECB.  Unsurprisingly this logic defying display is completely over the head of the man in the street.  

 

In the meantime, of all the CEE countries, Poland is looking good.  Bond yields are at record lows.  The government recently issued ten year bonds at 4.7%.  This is low compared with such countries like Italy and Spain which have to borrow from the markets at 6 and 7 %. 

 

This is also not much higher than the current rate of inflation in Poland.  In buying Polish bonds, investors take into account the likely inflation rate a few years from the date of purchase.  Such optimism against a background of pretty dynamic prices bears witness to a high degree of optimism which leads to results such as the record level of the zloty to the euro (now around 4 euro - a level not seen since August of 2011).  We still can't tell if this is a passing phase or a stable trend.  I would like it to be the latter but based on experience this is unlikely and as all passing phases, this too shall pass.  I have enjoyed the comments coming from City of London financiers who are capable of singing the praises of the Polish economy (relatively low debt, economic growth, strong domestic demand, a stable and responsible government) while closing zloty positions, citing slower growth, problems in keeping the deficit in check, a large portfolio of Swiss franc debt and a growing number of foreign creditors holding Polish bonds.  The market situation dictates the way events are interpreted.  When the euro falls, it will bring the zloty down with it.  We should view any mood swings with caution and not fall prey to euphoria.  It's fairy dust and the same goes for the reactions to ECB statements or the lack thereof. 

 

In the markets one thing always holds true:  the financial markets like liquidity and will nearly always react positively in the short term when there is extra cash available whatever its source.   But according to another basic economic principle, monetary policy cannot create economic growth all by itself.  The appropriate economic policy can neither support nor hamper economic growth, but will not create growth out of nothing.  Mario Draghi is perfectly aware of this in appealing to governments to implement their planned reforms - liquidity will depend on this.  But as usual no one is paying attention.  The majority of politicians and market players are concerned with getting cash flowing here and now.  This will probably soon happen - Draghi just needs a little time to agree the principles with his German colleagues.  Then pre-announced moves can be put into action.  Even if he does not manage to thrash out an agreement, he will not leave Spain and especially not Italy without in the lurch.  The only thing is that this doesn't solve the crucial problem of growth although undoubtedly most politicians will declare an end to the crisis as the ECB starts buying up Spanish and Italian bonds in bulk until ...

 

... until market indicators worsen once again or until it is obvious that the market still doesn't believe in the integrity of the euro zone and places France into the group of countries which have to be financed by the ECB.  What then awaits is a repeat of the current discussion, with the risk that there will be much more at stake - this time the very raison d'etre of the common currency.  The problems of France will automatically become the problems of Germany with all the consequences including partial loss of credibility and German bond yield increases.  Now German bonds are considered to be the safest in the world.  In the face of such a scenario, even Germany might opt for the collapse of the euro zone because it would just cost too much to prop it up.  Unfortunately the next steps in the race against the clock to save the euro are increasingly costly and riskier by the day.  We should repeat ad nauseam that the countries involved must beat the recession alone.  This is possible - one only need look to the example of the Baltic countries, to Ireland, and surely soon to the UK.  The advantage that these countries have is that they believe in one fundamental principle which is not the case in the countries of southern Europe - you have to go it alone and not count on anyone else.

  

2012-08-20 18:01
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 
Znów rozpoczynają się dyskusje o tym, w jaki sposób można by się pozbyć Grecji ze strefy euro, lub jak nie doprowadzając do zupełnego fiaska europejskiego projektu pozostawić strefę euro wyłącznie w gronie odpowiedzialnych fiskalnie krajów. Wariantem alternatywnym -  w rozumieniu wielu - jest dalsze drukowanie pieniędzy, przy pogłębiającej się recesji i wymuszaniu na zagrożonych krajach kolejnych oszczędności. Czarno białe prezentowanie świata jak zwykle jest fałszywe. Niemniej dziś tak  właśnie postrzegana jest alternatywa. Wraz z upływem czasu dylemat ten wręcz się wyostrza, coraz większy jest sprzeciw wśród społeczeństw Południa wobec wprowadzanych oszczędności, ale też w krajach Północy rosną w siłę przeciwnicy finansowania zagrożonych krajów. Rośnie też poziom nastrojów antyeuropejskich. Jak na razie jednak w kwestii utrzymania wartości jaką jest Unia Europejska panuje silny konsensus wśród przywódców Europy. Ale tak nie musi być wiecznie. Już niedługo wybory wygrać mogą siły bardziej sceptyczne w stosunku do konceptu wiecznego finansowania krajów biednych przez kraje bogatsze. Może to być Finlandia, może Dania, a być może jeden z większych krajów Północy. Ten sposób myślenia jest dziś wyraźnie widoczny w Wielkiej Brytanii, gdzie premier Cameron, występując tym razem jako szef partii konserwatywnej, rozważał niedawno rozpisanie referendum w sprawie członkostwa w Unii. Tak czy inaczej cały projekt europejski jest na ostrym wirażu i seria prostych błędów może doprowadzić do katastrofy tego przedsięwzięcia. Pytanie jakie powinno być stanowisko i postawa Polski w tych sprawach.

 

To oczywiście nie od nas będzie zależało jaka przyszłość czeka w najbliższym czasie Grecję, Hiszpanię czy Włochy. Nie mamy też wpływu na strategię realizowaną przez EBC. Nie możemy jednak wyłącznie czekać z boku z założonymi rękami i obserwować jedynie przebieg procesu. Nie chodzi o to aby zgłaszać własne propozycje rozwiązania problemów w Europie ale o to aby określić strategiczne cele gospodarcze i polityczne.  Z politycznego punktu widzenia dylematu nie widać, Polska ze swoimi historycznymi doświadczeniami powinna dążyć do tego aby być w centrum Europy, wśród jej decydentów (z uwzględnieniem wszystkich proporcji). Aby było to możliwe Polska będzie musiała w niedalekiej przyszłości zaangażować się w pełni w projekt europejski. Aby to zrealizować niezbędne będzie przystąpienie do obszaru wspólnej waluty. I tu pojawia się pytanie ekonomiczne, czy nam się to opłaca. Nie jest to koncept specjalnie popularny w Polsce, ciężko też deklarować członkostwo w mechanizmie który znajduje się w okresie swej największej przebudowy. Jeśli przebudowa ta się uda i euro przetrwa, w obecnej lub zawężonej liczbie uczestników, to do takiego projektu musimy przystąpić. Ma szansę być to bowiem oaza stabilności i rozwoju.

 

Brzmi to dzisiaj zapewne zupełnie obco, ale restrukturyzacje przeprowadzane w kryzysie albo się nie udają lub też okazują się uzdrowieńcze. Elastyczny kurs walutowy zastąpimy wtedy niższymi kosztami transakcyjnymi i większą wiarygodnością.  Tak się stanie tylko w przypadku kiedy Europa wyjdzie z kryzysu wzmocniona. Coraz mniej osób chyba w to wierzy. Ale sceptycyzm liderów opinii nie może determinować naszej strategii wobec Europy. Nie możemy mieć postawy zupełnie pasywnej. Powinniśmy się zaangażować w ratowanie projektu europejskiego, oczywiście na miarę naszych możliwości. Uważam, że w dłuższym okresie jeśli wspólna Europa będzie polegać na oddaniu części zadań wspólnocie, to w Polskim interesie leży uczestnictwo w takim rozwiązaniu. Nie jesteśmy bowiem wyspą, ani też tak silnym bytem gospodarczym jak Wielka Brytania aby móc pozwolić sobie na zupełnie oddzielne funkcjonowanie. Nawet w przypadku Wielkiej Brytanii ta niezależność nie jest wcale taka pewna. Dla biznesu brytyjskiego strefa euro jest główną destynacją eksportową i powiązania gospodarcze są znacznie silniejsze niż wydaje się to tamtejszym politykom i opinii publicznej.

 

Polska jest znacznie bardzie zależna zarówno gospodarczo jak i politycznie od Europy. Nie jesteśmy aż tak silnie zintegrowani z Niemcami jak Czesi i chyba nigdy nie będziemy ze względu choćby na rozmiar naszego kraju i znacznie większy rynek wewnętrzny. Nie wspominając o zupełnie innym położeniu geopolitycznym. Dlatego nasza strategia powinna być w pełni europejska z możliwością dołączenia do centrum Europy wtedy kiedy będzie możliwe i uzasadnione. Paradoksalnie nowy podział Europy na Północ i Południe jest dla nas znacznie lepszy niż podział Wschód i Zachód. To trzeba wykorzystać.

 

2012-08-14 09:25
Polskie wpisy Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Seria upadłości w branży budowlanej z jaką mamy ostatnio do czynienia to dopiero początek. Nie dlatego, że jeszcze wszystkiego nie wiemy, ale przede wszystkim dlatego, że w perspektywie najbliższych kwartałów znaczne zmniejszy się popyt na świadczenia oferowane dzisiaj przez całkiem pokaźną liczbę firm budowlanych. Szczyt inwestycji unijnych przypadł dokładnie na drugi kwartał tego roku, teraz z każdym kwartałem będzie ich coraz mniej. W 2014 obecnie popyt na obecnie oferowane usługi przez branże budowlaną będzie o połowę mniejszy niż obecnie.
 
To oczywiście nie jedyny powód problemów. Praprzyczyna leży w głębokim przekonaniu zarówno sektora prywatnego jak i publicznego, że nie ma nic bardziej pewnego niż kontrakty rządowe i to na tak podstawową dziedzinę jaką jest w Polsce infrastruktura drogowa. Przedsiębiorcy byli przekonani, że przy tak ważnych inwestycjach „jakoś to będzie”. Rząd miał podobne podejście, a sektor bankowy, który udzielił tym firmom finansowania był wręcz przekonany, że będzie bardzo dobrze. Stąd też zaskoczenie, każdej ze stron. Banków, bo zupełnie się tego nie spodziewały i będą musiały teraz tworzyć niezłe rezerwy na powstałe złe kredyty. Kredyt udzielony branży budowlanej i deweloperskiej razem to 30 miliardów złotych. Nie znamy jednak szacunków jaka była skala finansowania branż powiązanych i zależnych. No i firm, szczególnie tych które podjęły ryzyko wygrania przetargu oferując najniższą cenę, właśnie według zasady, że jakoś to będzie. Czy też tych które rozłożyły się na zarządzaniu płynnością, nie wspominając już o przekonaniu niektórych o swej potędze, co skończyło się na dość drogich i niepotrzebnych zakupach. Po stronie rządu nie dochowano należytej staranności przy ocenie wiarygodności wykonawczej tych firm. Nie chodzi o kwestie finansowe, choć tu było przecież dużo lewara, ale o zdolność wykonawczą, skomplikowanego bądź co bądź zadania.
 
W poprzedniej fazie kryzysu, kiedy skończył się boom na rynku mieszkaniowym część firm znalazła nowy popyt właśnie w budowie infrastruktury. Teraz za bardzo nowego popytu nie widać, szczególnie, że mocno przykręca się teraz śrubę samorządom. Ale jest wyjątek, czyli … olbrzymie potrzeby inwestycyjne w polskiej energetyce. PWC szacuje, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat trzeba będzie zainwestować w ten sektor około 170 miliardów złotych. Jest to kwota porównywalna z tą zainwestowaną w ciągu ostatnich pięciu lat w polską infrastrukturę. Dobrze byłoby ten proces przyspieszyć, również przyspieszając prywatyzację tego sektora, publicznych pieniędzy bowiem tyle nie będzie.
 
2012-08-08 11:02
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   


Znów  mamy roller coaster nastrojów. Jednego dnia rynek z niezadowoleniem przyjmuje wciąż pozbawione konkretów deklaracje prezesa EBC, choć zadeklarował on jednoznacznie możliwość skupowania papierów rządowych na rynku pierwotnym, drugiego zaś - po deklaracji premiera Hiszpanii iż rozważyłby przyjęcie takiej pomocy ze strony EBC - na giełdach eksploduje euforia. Nie dziwię się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nic nie rozumie z takiego emocjonalnego zachowania rynku. To wygląda przecież na zupełnie pozbawione logiki.

 

W tym czasie na naszym podwórku ostatnie tygodnie to moda na Polskę. Rentowności (czyli oprocentowanie) polskich obligacje notują rekordowo niskie poziomy, ostatnio polski rząd sprzedał dziesięcioletnie obligacje oprocentowane na poziomie 4.7 proc. To mało w porównaniu z takimi krajami jak Włochy czy Hiszpania, które płacą odpowiednio 6 i 7 procent za pożyczanie na rynku pieniędzy. To też niewiele ponad poziom bieżącej inflacji w Polsce. Kupując obligacje inwestorzy biorą pod uwagę inflację za kilka lat, taka pewność przy bądź co bądź dość wysokiej dynamice cen świadczy o wysokim poziomie optymizmu. Skutkiem tego są rekordowe jak sytuację światową poziomy złotego wobec euro, tuż w pobliżu 4 złotych za wspólną walutę, czyli poziomu nie widzianego od sierpnia 2011 roku. Pytanie czy to przejściowa moda czy też trwały trend. Chciałbym aby był to trwały trend, ale doświadczenie pokazuje, że to raczej moda jest. A z modą jest tak, że pewnego dnia przemija. Uwielbiam komentarze zarządzających z londyńskiego citi, którzy jednym tchem wymieniają dzisiaj zalety polskiej gospodarki: relatywnie niski dług, wzrost gospodarczy, silny popyt wewnętrzny, stabilny i odpowiedzialny rząd. Ale ci sami zarządzający jutro, zamykając pozycje na złotym jednym tchem uzasadnią dlaczego to robią: spowalaniający wzrost, trudność z utrzymaniem zaplanowanego deficytu, wciąż duży portfel kredytów frankowych, rosnące zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polski dług. Teza zostanie dobrana w zależności od sytuacji rynkowej. Jak się będzie waliło euro, walić się będzie również złoty.  Trzeba uważać na takie mody i nie popadać w hurraoptymizm, są one bowiem przemijające. Tak jak przemijające są reakcje na kolejne deklaracje, lub ich brak, ze strony EBC.

 

Na rynku jedna prawda zawsze się sprawdza: rynek finansowy lubi płynność, prawie zawsze będzie pozytywnie reagował w krótkim okresie jak ten lub drugi ekstra kasą sypnie. Ale inna fundamentalna zasada (tym razem ekonomii) mówi że nigdy jeszcze polityka monetarna sama z siebie nie stworzyła wzrostu gospodarczego. Właściwa polityka pieniężna może wzrost gospodarczy wspierać, niewłaściwa hamować, ale sama w sobie wzrostu nie wytworzy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę prezes Draghi, apelując do rządów o realizację zaplanowanych reform, od czego uzależnia wsparcie płynnościowe. Ale tak to zwykle bywa, nikt już nie zwraca uwagi na ten „stały element gry”, większości polityków i graczy rynkowych zależy na tym aby jak najszybciej tu i teraz popłynął strumień pieniędzy. I prawdopodobnie niedługo popłynie, Draghi potrzebuje trochę czasu aby uzgodnić ze swymi niemieckimi kolegami zasady na których zapowiedziane działania będą podejmowane. A nawet jeśli z nimi się nie dogada to i tak nie zostawi Hiszpanii, a przede wszystkim Włoch, w sytuacji odcięcia od płynności finansowej. Tyle tylko, że zasadniczych problemów wzrostu działania te nie rozwiążą. Zapewne jednak większość klasy politycznej ogłosi koniec kryzysu jak tyko EBC zacznie na większą skalę skupować hiszpański i włoski dług. Do czasu …

 

… do czasu, kiedy znów nie pogorszą się wskaźniki gospodarcze, albo okaże się, że rynek wciąż nie wierzy w integralność strefy euro i zaliczy Francję do grona krajów które muszą być finansowane przez EBC. Wtedy znów czeka nas powtórka z obecnej dyskusji, z ryzykiem że będzie ona dotyczyła znacznie poważniejszej stawki – sensu istnienia wspólnej waluty. Problemy Francji staną się automatycznie problemami Niemiec, ze wszystkimi konsekwencjami, włącznie z utratą części wiarygodności i ze wzrostem rentowności niemieckiego długu, który wciąż jeszcze ma opinię jednego z najbezpieczniejszych na świecie. W takim wariancie to nawet Niemcy mogłyby optować za rozpadem strefy euro, za dużo by ich bowiem podtrzymywanie tego bytu kosztowało. Niestety okrążając kolejne etapy wyścigu z czasem o podtrzymanie wspólnej waluty, kolejne okrążenia są coraz mniej bezpieczne i coraz kosztowniejsze. Do znudzenia należy powtarzać, że poszczególne kraje z recesji muszą się wyciągnąć same. A że jest to możliwe pokazują przykłady nie tylko krajów bałtyckich, ale również Irlandii, i niedługo jak sądzę Wielkiej Brytanii. Kraje te cechuje jedna fundamentalna zasada, której ciężko dopatrzeć się na południu Europy – trzeba pomóc sobie samemu nie licząc na innych.

 

2012-08-07 07:32
Polskie wpisy Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Last week saw in a whole raft of very disturbing news.   Once again disaster was on everyone's lips  while others said "I told you so".    In the eye of the storm was the news that Sicily and Valencia needed bailouts and that the yield on 10 year Spanish bonds had risen to 7.75%.  Spain is days' away from bankruptcy and will be forced to ask for much more help than before  - probably around three to four hundred billion euro in order to finance the country's basic needs.

All eyes are now on Italy where premier Monti's declining popularity will shortly turn into a serious economic problem.   He has introduced  a number of essential and unpopular reforms, but six months after his team of experts took over the helm, the markets are once again demanding the same bond rates as at the end of Berlusconi's reign.  Hence the question going around Italy now is "what was the point of Monti, sweat and tears if nothing has changed since Berlusconi?"  As I have said many times, the crisis is more political than economic because economic growth all depends on political resolve.  Italy's problem is that there were no parliamentary elections resulting in a pro-reform majority, for against this backdrop of shrinking approval ratings, the government will find it increasingly difficult to get Parliament to approve any reasonable measures while markets expect a drying up of liquidity as is currently the situation in Spain.  At least a year will have to go by before the fruits of Monti's reforms can be seen.

Fresh elections will not be enough, the only things that matter are the speed and depth of reforms.  The Spanish government is at last making the right changes but it is almost half a year too late.  The markets no longer believe that these reforms will spur growth in the short term.  No one is expecting any green shoots in Spain for at least two years.  The economy is falling into an ever deeper recession - the end of bad bank debt is nowhere in sight, not to mention the  financial problems facing Spanish regions.  The autonomous regions account for almost 40% of public finances.  For years the banks and the local authorities benefitted from the property boom but with today's shrinking market they are both experiencing ever greater losses.  It is difficult to expect that in the short term this trend will change in any way.  However this time around, compared with Greece or Portugal, the sheer scale of the financial problems is impressive. Things have just got worse  ...  again.

Last week  a member of the ECB Executive Board and then its President indicated how serious things were when they said that the ECB will defend the euro at all costs.  The director of the Austrian central bank and the deputy director of the ECB suggested granting the ESM a banking licence which was seen as showing the way in which it would be legally possible to finance indebted countries while using the mechanisms exclusive to the ECB.   President Draghi went even further, saying plainly that he will do everything possible to save the common currency.  The market is looking purely  at short term liquidity and this can only be granted in unlimited quantities by the ECB.  But that will still not solve the basic question about the prospect of growth in Europe.  This is a problem that the ECB will definitely not manage to solve.  This is in the hands of politicians and will depend on their resolve in implementing  difficult supply-side reforms.

In Poland one gets the impression that for many decision makers, the broader perspective got overshadowed by Euro 2012.  Recent comments by some of our politicians make it sound as if they had only just realized that the economy really is slowing down.  Some confusion about statistics produced an unusually warm final quarter for 2011.   Moreover the economy was artificially stimulated by infrastructure spending which has now fallen off considerably.  This is also the cause of the problems in the construction sector where it is estimated that in two years'  time building demand could be met by a construction sector which is a third of its current capacity.   What counts most for the authorities however,  is that a slowdown in consumption and a feeble increase in investment have an adverse impact on budgetary inflows which not everyone had expected.  Most probably next year will be worse than this one which makes it crucial to amend the 2013 budget.  Poland should be more committed to the rescue of the european project because it does concern us.  The relationship between the Spanish and Polish economies is much greater than one might imagine.  Especially when it comes to trade via Germany.  Meanwhile last week Germany for the first time glimpsed the prospect of having their rating cut.  In Poland, when contemplating emergency measures,  it is not enough to focus on tax hikes and a reduction in investments.  We have to also have to examine spending and speed up privatisation.  In this the Elewar scandal should help.

 

2012-08-02 22:13
English notes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 

Ostatni tydzień przyniósł serię bardzo złych informacji. Znów pojawiły się katastroficzne komentarze, inni skomentowali to stwierdzeniem „a nie mówiłem”. Ta seria złych informacji to przede wszystkim niewypłacalność Sycylii i Walencji, a następnie wzrost rentowności dziesięcioletnich obligacji hiszpańskich do poziomu 7.75 proc. Hiszpania na dniach będzie niewypłacalna i zostanie zmuszona poprosić o znacznie większą niż dotychczas pomoc, prawdopodobnie w kwocie rzędu 300-400 miliardów euro, po to aby na bieżąco finansować podstawowe zadania państwa.
 
Już teraz oczy wszystkich zwrócone są w stronę Włoch, gdzie spadające notowania premiera Monti’ego niedługo staną się poważnym problemem gospodarczym. Mario Monti wprowadził serię niezbędnych niepopularnych reform, rynki jednak pół roku po przejęciu władzy przez rząd fachowców znów żądają tyle samo za włoskie obligacje co w końcówce Berlusconiego. Stąd też pytanie zadawane we Włoszech, po co był Monti, pot i łzy, jeśli wyszło to samo co za poprzedniego premiera. Jak wielokrotnie pisałem, kryzys ma bardziej charakter polityczny niż gospodarczy. Bo to od determinacji polityków zależy czy uda się wejść na ścieżkę wzrostu. Problem Włoch polega na tym, że nie odbyły się tam wybory parlamentarne, które wyłoniłyby proreformatorską większość. Przy spadających notowaniach rządu coraz trudniej będzie bowiem cokolwiek sensownego przeprowadzić w parlamencie, a rynek za coraz bardziej prawdopodobne uznaje wariant w którym Włosi, podobnie jak teraz Hiszpanie, tracą płynność. Na wyniki dotychczasowych działań Monti’ego rok co najmniej trzeba by poczekać.
 
Same wybory nie wystarczą, ważne jest tempo i głębokość reform. Hiszpański rząd wprowadza w końcu właściwe zmiany ale czyni to z prawie półrocznym opóźnieniem. Rynek już nie wierzy, aby reformy te w krótkim okresie dały szanse na wzrost. Nikt nie spodziewa się aby w perspektywie najbliższych dwóch lat w Hiszpanii pojawi się jakiekolwiek zielone światełko. Gospodarka wpada w coraz głębszą recesję, wciąż nie widać końca kolejnym złym długom banków, nie wspominając o problemach finansowych hiszpańskich regionów, których autonomia fiskalna sięga prawie 40 procent finansów publicznych. Zarówno banki jak i samorządy lokalne przez lata całe jechały na tym samym wózku, jakim był boom na rynku nieruchomości. Teraz gdy rynek ten znajduje się stale w trendzie spadkowym, jedni i drudzy notują coraz większe straty.  Trudno spodziewać się aby w krótkim okresie tendencja ta uległa zmianie. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do Grecji czy Portugalii, finansowa skala problemu robi wrażenie.
 
Wyrazem powagi sytuacji były zeszłotygodniowe wypowiedzi najpierw członka zarządu ECB a następnie samego jego prezesa, sugerujące dość jednoznacznie, że EBC będzie bronił wszelkimi sposobami wspólnej waluty. Szef austriackiego banku centralnego i jednocześnie wiceprezes EBC, zasugerował aby udzielić licencji bankowej funduszowi ESM, co zostało odebrane jako jednoznaczny sygnał w jaki sposób, zgodnie z prawem, możnaby finansować zadłużone kraje korzystając z mechanizmów które obecnie znajdują się wyłącznie w domenie EBC. Prezes Draghi poszedł dalej, mówiąc wprost, że zrobi wszystko aby ratować wspólną walutę. Rynek patrzy wyłącznie na krótkoterminową płynność, a tą w nieograniczonych ilościach może dostarczyć tylko EBC; w ten czy w inny sposób. To jednak nie rozwiązuje podstawowego pytania o perspektywy wzrostu w Europie. Tego dylematu na pewno EBC nie rozwiąże. Klucz do odpowiedzi mają politycy oraz ich determinacja do realizacji trudnych reform podażowych.
 
W Polsce można odnieść wrażenie, że Euro 2012 przesłoniło wielu decydentom szerszą perspektywę. Niedawne wypowiedzi niektórych naszych polityków brzmiały tak jakby dopiero teraz uwierzyli, że gospodarka naprawdę zwalnia. Trochę zamieszania w statystyce przyniósł - wyjątkowo ciepły – ostatni kwartał zeszłego roku. Dodatkowo gospodarka była sztucznie napędzana przez wydatki infrastrukturalne, które teraz istotnie przyhamowały. Stąd m.in. problemy branży budowlanej, gdzie szacuje się, że za dwa lata potrzebna będzie jedna trzecia obecnego potencjału. Co jednak najważniejsze dla rządzących, zwalniająca konsumpcja i słaby wzrost inwestycji biją mocno po dochodach budżetowych, czego chyba nie wszyscy się spodziewali. Kolejny rok będzie prawdopodobnie gorszy od obecnego, dlatego niezbędna będzie korekta budżetu na 2013 rok. Polska powinna bardziej zaangażować się w ratowanie europejskiego projektu, bo nasza chata nie jest  z kraja. Zależności pomiędzy hiszpańską a polską gospodarką są znacznie większy niż mogłoby to się wydawać. Szczególnie poprzez kanał handlowy za pośrednictwem Niemiec. A w zeszłym tygodniu Niemcy po raz pierwszy ujrzały perspektywę obniżenia swego ratingu. W Polsce w ramach wariantów awaryjnych nie wystarczy skupić się na podwyżkach podatków i obcinaniu inwestycji. Musimy wrócić również do przeglądu wydatków i przyspieszyć prywatyzację. Afera z Elewarem powinna tu pomóc.
 
 

 

2012-07-31 08:30
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Na początku zeszłego wieku kiedy tworzyło się państwo i jego obowiązki wobec obywatela bilans odpowiedzialności był daleki od jakiejkolwiek sprawiedliwości społecznej. Państwo dopiero budowało swe podwaliny i podział ról miedzy państwem a obywatelem. Dlatego też często drugą połowę XIX wieku jak i jego początek do dziś utożsamiamy z dzikim kapitalizmem, rodem z Ziemi Obiecanej. Praca dzieci, brak jakiegokolwiek ubezpieczenia zdrowotnego, nie wspominając o socjalnym, emerytalnym czy chorobowym. Były to czasy kiedy dopiero Bismarck jako pierwszy wprowadził ubezpieczenia społeczne, działające według zasady, że dzisiejsze emerytury finansowane są przez składki płacone przez pracujących. Z dzisiejszej perspektyw tworzyły się dopiero podstawowe zasady i regulacje państwa. Po II Wojnie Światowej stworzony został mechanizm podziału zadań pomiędzy obywatelem a państwem, który skutecznie działał, przez co najmniej 30 lat. Oczywiście opis ten dotyczy wyłącznie zamożnych państw demokratycznych, w innych przypadkach bowiem państwo wciąż nie było odpowiedzialne za organizacje podstawowych usług publicznych dla obywateli, lub też - tak jak w przypadku bloku komunistycznego - państwo totalitarne przejęło odpowiedzialność za większość procesów społecznych i gospodarczych. Sens ma jednak analiza wyłącznie rozwiniętych krajów rozwiniętych, w ich przypadku nie sposób nie zauważyć, ze po sukcesie jakim była odbudowa świata Zachodu po spustoszeniach wojennych, po pewnym czasie, wraz ze wzrostem zamożności rola państwa zaczęła nadmierna rosnąć.

 

To zapewne elementarz, ale dobrze jest sobie przypomnieć, kto ustala a następnie finansuje podział zadań. Głosują wszyscy, ale finansują ci, którzy tworzą wartość dodaną, czyli przedsiębiorcy i pracownicy sektora prywatnego. To na ich barkach funkcjonuje państwo. Coraz mniej wraz z upływem lat podział ten ma cokolwiek wspólnego z dobrowolnością, jednak sama zasady warta jest przypomnienia. Znajdą się zapewne tacy, którzy uznają, ze prawdziwa wolność gospodarcza polega właśnie na pełnej dobrowolności i państwo za bardzo rozpanoszyło się na koszt podatników. To też przesada. Ale faktem jest, że wraz ze wzrostem znaczenia aparatu nacisku i administracji oba te światy zupełnie się rozjechały, stały się wręcz w niektórych przypadkach zupełnie sobie obce wręcz wrogie. Wrogość świata polityki i biznesu było wyraźnie widać w okresie tzw. IV RP, kiedy to jakikolwiek kontakt z prywatnym przedsiębiorcą był postrzegany prawie jak przestępstwo.  Doszło, więc do wynaturzenia właściwego balansu władzy.

 

IV RP była skrajnym przypadkiem, częściej mamy do czynienia z bardziej cywilizowanymi przykładami zbytniej ingerencji państwa w realną gospodarkę ze szkodą zarówno dla gospodarki jak i jakości państwa. Dwa przykłady motoryzacyjne z Francji i Włoch najlepiej obrazują tę zależność. Zacznijmy od fabryki FIATA, która pod wpływem nacisków politycznych podjęła decyzję o przeniesieniu produkcji fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Decyzja ta była spowodowana rosnącym bezrobociem we Włoszech, uznano że przeniesienie produkcji do Włoch pozwoli zachować miejsca pracy. Niedawno natomiast prezydent Hollande zakwestionował plan zwolnień w firmie Peugeot, również powołując się na potrzebę chronienia francuskich miejsc pracy. Peugeot jest firmą prywatną, ingerencja prezydenta Francji w politykę firmy, której sprzedaż samochodów spada na znajdujących się w recesji rynkach Europy Południowej, jest już skrajnym przypadkiem niewłaściwego balansu władzy. Efekt obu tych motoryzacyjnych decyzji jest taki, że zarówno FIAT jak i Peugeot stają się mniej konkurencyjne na rynku globalnym i prędzej czy później zapłacą za nierentowne decyzje jeszcze większymi zwolnieniami. Zapłacą ludzie. Władza polityków i państwa poszła za daleko, wynaturzyła się, a dotychczasowe techniki pobudzania wzrostu już nie działają. To jest jeden z podstawowych problemów europejskich, z którymi większość obecnej elity politycznej nie chce przyjąć do wiadomości.

 

Nie można też w żadnym wypadku zostawić gospodarki w rękach samych przedsiębiorców. Po to są tworzone regulacje rynkowe aby zapobiec wynaturzeniom, po to są tworzone instytucje nadzoru aby uniknąć tworzenia nierównowag czy monopoli na poszczególnych rynkach. Po to wreszcie biznes finansuje edukacje i naukę (poprzez podatki) aby świat szedł do przodu i byli tacy którzy są w stanie ocenić całość zagadnień z większej perspektywy i dawać światu intelektualny bodziec do rozwoju.   Cały ten układ może całkiem sprawnie działać po warunkiem, że balans jest właściwy. W Europie ewidentnie tak nie jest, kryzys powinien być dobrym czasem na samoograniczenie władzy.

 

2012-07-24 08:48
Polskie wpisy Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 

Jacek Nizinkiewicz: Czy już czas, żeby Platforma Obywatelska zmieniła koalicjanta?

 

Ryszard Petru: Jestem rozczarowany postawą Ruchu Palikota. Niestety w ostatnich miesiącach ugrupowanie to, staje się coraz bardziej nieprzewidywalne gospodarczo. Jasnym punktem było wstrzymanie się od głosowania w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, ale mieliśmy serię wypowiedzi i postulatów skrajnie socjalistycznych i populistycznych. Nie mam pewności czy byłby to przewidywalny partner.

 

- A jak pan ocenia PSL, dotychczasowego koalicjanta PO?

 

- PSL na pewno nie jest ugrupowaniem tryskającym pomysłami reformatorskimi.

 

Czego nie udało się zrobić przez ponad cztery i pół roku koalicji PO- PSL?

 

- Podwyżka wieku emerytalnego wymusiła złe rozwiązanie jakim są emerytury cząstkowe. Blokowane  są jakiekolwiek reformy ubezpieczeń rolniczych. Obawiam się, że lista mogłaby być zbyt długa…

 

- Czy na pański stan wiedzy Marek Sawicki był dobrym ministrem rolnictwa? Czy mógłby pan podpowiedzieć premierowi, kto mógłby zastąpić Sawickiego, bo póki co, to sam premier Tusk może zawiadywać ministerstwem rolnictwa.

 

- Trudno mi oceniać resort rolnictwa. Najlepiej gdyby szefem resortu rolnego został obecny wicepremier, bo to przecież główna działka PSL-u.

 

- A jakimi ministrami są inne osoby z PSL? Czy Waldemar Pawlak jako minister gospodarki, czy Włodzimierz Kosiniak-Kamysz jako minister pracy i polityki społecznej są osobami, dla których warto utrzymywać koalicją PO- PSL? Jak pan ocenia ich pracę?

 

- Minister Kamysz na tle swej poprzedniczki wypada rewelacyjnie. Ale to na tle. Z drugiej bowiem strony, wyzwania związane z rynkiem pracy i globalizacją są wielkie, nie widzę za bardzo zapału i pomysłów aby uelastycznić i przygotować polski rynek pracy na te wyzwania. Należałoby choćby zacząć od prywatyzacji urzędów pracy, obawiam się że pan minister w ogóle jest trochę zbyt zachowawczy.

 

- Czy afera taśmowa może zagrozić polskiej opinii na świecie? Sprawą zainteresowała się Bruksela. Komisja Europejska domaga się natychmiastowych wyjaśnień w sprawie nieprawidłowości w Agencji Rynku Rolnego. Czy jeśli okaże się, że szefowie agencji nieprawidłowo wykorzystywali unijne fundusze, to Bruksela zażąda zwrotu pieniędzy?

 

- To zależy od tego jak poważne były formalne uchybienia. Trudno cokolwiek oceniać na podstawie samych taśm. Bez wątpienia tego typu afery za bardzo nam nie pomagają.

 

- Ile polski podatnik mógł stracić na nieprawidłowościach i nepotyzmie w spółkach skarbu państwa? Rządząca koalicja PO- PSL kontroluje ponad 560 spółek skarbu państwa, przedsiębiorstw państwowych i agencji, co daje prawie 200 tysięcy etatów.

 

- Doświadczenia światowe pokazują, że spółki państwowe są mniej efektywne niż prywatne. Nie chodzi o to aby wszystko sprywatyzować, ale istotnie ograniczyć zakres tej władzy państwa. Państwowe, czyli niczyje, zawsze rodzi ryzyko nepotyzmu. Nie mam żadnych danych aby szacować straty. Mogę powiedzieć tylko tyle, że ta afera powinna wesprzeć zwolenników prywatyzacji.

 

- Wg NIK Donald Tusk od roku widział o nieprawidłowościach w Elewarze. Na ile milczenie premiera może okazać się szkodliwe dla spółek skarbu państwa, czyli dla każdego podatnika? Czy premier Tusk toleruje nadużycia?

 

- Trudno się wypowiadać, bo tego nie wiem.

 

- 47 proc. Polaków ocenia, że w najbliższym czasie strajki i protesty społeczne będą się nasilać. Wg pana, w jakich obszarach możemy się spodziewać protestów społecznych?

 

- W Polsce nie spodziewam się szerokich protestów społecznych. U nas akcje strajkowe podejmują głównie centrale związkowe i demonstracje te mają bardziej charakter polityczny niż czysto związkowy. W tym roku nie spodziewam się prawdziwych szerokich akcji protestacyjnych.

 

- Gospodarka zwalnia,  przemysł mocno wyhamował. Pogrąża ją budownictwo i górnictwo. Czy czeka nas kolejna fala kryzysu i jeśli tak, to jak go możemy uniknąć?

 

- Nie tyle fala kryzysu co etap spowolnienia wzrostu gospodarczego. Gospodarka po prostu będzie rozwijała się wolniej, trochę wzrośnie niestety bezrobocie w drugiej połowie tego roku. Najlepszym sposobem wspierania gospodarki są reformy takie jak podwyżka wieku emerytalnego, deregulacja gospodarki, przyspieszenia prywatyzacji,  zmiany w ochronie zdrowia które umożliwią powstanie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, reforma KRUS. To trzeba robić.

 

- Jakie są największe wyzwania ekonomiczne przed Polską na drugą połowę roku 2012? Na czym powinien skupić się rząd Donalda Tuska?

 

- Jak najszybsza realizacja exposé i nieodkładanie tego na koniec kadencji.

 

- W Polsce rośnie bezrobocie, mimo sezonu letniego. Czego możemy się spodziewać po wakacjach? Polska może powtórzyć los Grecji, czy Hiszpanii?

 

- Bez przesady. W Polsce nie prowadzono tak nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej jak w Grecji i nie było takiego boomu na rynku nieruchomości jak w Hiszpanii. Takie scenariusze nam nie grożą. Jeśli nie będzie katastrofy w Europie, to Polska po prostu nieco zwolni. Aby to zminimalizować trzeba robić to o czym wcześniej wspominałem.

 

- Polska straciła czy zyskała na Euro 2012?

 

- Polska zyskała na euro bo dzięki turniejowi władze publiczne były zdolne się spiąć się i wykonać potrzebne dla normalnego funkcjonowania gospodarki projekty infrastrukturalne. Nie wszystkie co prawda, ale zawsze.

 

- Czy stadiony zarobią na siebie?

 

- Teraz to już zmartwienie samorządów jak je utrzymać. Gorzej będzie tylko z Narodowym.

 

- A przedsiębiorcy budowlani zarobili…

 

- Co do firm, wina jest po obu stronach. Złe kryteria przetargowe, promujące wyłącznie najniższą cenę no i firmy które na to szły. Mam nadzieje, że Polak będzie mądrzejszy po szkodzie, i zmieni sposób wyłaniania zwycięzców przetargów publicznych.

 

- Jaka powinna być nowa perspektywa budżetowa UE dla Polski?

 

- Projekt Komisji nie jest zły. Ale płatnicy netto będą chcieli ją mocno przyciąć. Uważam, że powinniśmy zwracać jako kraj uwagę na to, że ważniejszą dla rozwoju jest polityka spójności a nie polityka rolną, której też powinny ewentualne cięcia dotyczyć.

 

- Czy spodziewa się pan podniesienia podatków w najbliższym roku?

 

- Już wystarczy tego podnoszenia podatków. Przyszedł czas na szukanie oszczędności w wydatkach

 

- Czy Polska powinna zapomnieć o przyjęciu euro, czy powinniśmy przyjąć unijną walutę jak najszybciej i kiedy?

 

- Polska powinna wciąż dążyć do przyjęcia wspólnej waluty zarówno ze względów gospodarczych jak i politycznych. Unia Europejska za kilka lat to będzie wyłącznie strefa euro. Historycznie Polska nie wychodziła dobrze będąc pośrodku. Ale zanim określimy datę musimy zobaczyć na czym ma polegać projekt euro po przeprowadzanym obecnie remoncie. Jeśli remont się uda, powinniśmy wejść do euro jak najszybciej. Ale będzie to prawdopodobnie dopiero pod koniec tej dekady.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Jacek Nizinkiewicz

  

2012-07-20 09:27
Polskie wpisy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

  

Idea unii bankowej stała się motywem przewodnim wszelkich dyskusji o Europie. Dzisiaj bez unii bankowej już Europy się nie da uratować. To żart oczywiście, ale takie się odnosi wrażenie wczytując się w europejską prasę finansową. A przecież sama idea unii bankowej problemów Europy nie rozwiąże. Skąd więc ten fetysz i przekonanie, że tylko tędy droga?

 

Kryzys finansowy trwa już prawie 5 lat. Przypomnę tylko, że za jego początek przyjmuje się 15 sierpnia 2007 kiedy to nastąpiło załamanie na rynkach CDS. Trochę więc całe to  zamieszanie już trwa, tyle, że na początku to Stany Zjednoczone były obarczane odpowiedzialnością za kryzys. Dzisiaj jednak widać, że problemy nierównowagi na rynku nieruchomości miały charakter globalny. Banki amerykańskie dokonały głębokiej restrukturyzacji i dokapitalizowania dość szybko po upadku Lehman Brothers, natomiast w niektórych krajach Europy problemy były przez lata odkładane na później. W momencie kiedy gospodarki takich krajów jak Hiszpania weszły w recesję, złe długi w bankach zaczęły jeszcze bardziej rosnąć. Nie dość, że nadal spadały ceny nieruchomości, pogrążając deweloperów, którzy w czasach boomu budowali na potęgę, to jeszcze kurcząca się gospodarka pogrążyła część przedsiębiorstw, których zbyt zarówno na rynku krajowym jak i zagranicą się skurczył. Stąd olbrzymie straty hiszpańskich banków, które ratowane w dotychczasowy sposób poprzez sektor finansów publicznych pogrążyłyby hiszpańskie państwo podobnie jak to się wcześniej stało z Irlandią. Aby uniknąć takiego scenariusza Europejscy politycy wpadli na pomysł aby środki pomocowe dla banków były kierowane bezpośrednio do samych banków, bez pośrednictwa państw na terenie których banki te mają swe siedziby. Większość dużych banków ma charakter paneuropejski, trudno więc wielkie banki tego świata, takie np. jak Santander, traktować jak bank czysto hiszpański. Jest więc trochę logiki w tym aby banki globalne, czy europejskie, znajdowały się już nie tylko pod lokalnym nadzorem ale również pod nadzorem ogólnoeuropejskim. Co więcej problemy dużych banków mogą występować na różnych rynkach w poszczególnych krajach, tak więc zarówno nadzór europejski jak i wsparcie europejskie ma swój sens.

 

Pytanie tylko czy dzisiaj chodzi rzeczywiście o opisany powyżej mechanizm czy też jest to po prostu kolejny pomysł na uspokojenie rynków finansowych zabiegiem księgowym, dzięki któremu wsparcie dla hiszpańskich banków nie podwyższy wskaźników zadłużenia kraju. Obawiam się, że chodzi o to drugie właśnie, a nie o lepszy i bardziej skuteczny nadzór. Tego typu rozwiązanie niesie też nowe ryzyka, choćby takie, że część długu publicznego może być przerzucana na sektor bankowy, dzięki czemu problemy fiskalne będzie można pozamiatać pod dywan. Cały więc koncept unii bankowej wymaga dalszego doprecyzowania, dziś bowiem jedyny konkret sprowadza się do tego jak uspokoić rynki finansowe. I to obawiam się, że tylko w krótkim terminie.

 

Inna kwestia dotyczy krajów takich jak Polska, gdzie działają głównie spółki córki wielkich grup globalnych. Wyłączenie polskich banków spod polskiego nadzoru wydaje się zupełnie absurdalne, bowiem interesy globalne mogą przesłonić problemy związane ze specyfiką danego rynku. Polski sektor bankowy znacznie różni się od swych odpowiedników w krajach rozwiniętych. Zaczynając od tego, że nie ma u nas prawie w ogóle depozytów dwuletnich i dłuższych, że relacja zadłużenia kredytem hipotecznym do PKB jest jedną z najniższych w Europie i na końcu wreszcie, że mamy jedną z najniższych relacji aktywów sektora bankowego do PKB. Sam te wskaźnik dla Polski wynosi 90 proc, podczas gdy średnia unijna to 360 proc. Te różnice pokazują jak bardzo różni się polski sektor bankowy od średniego europejskiego i jak paneuropejskie podejście nadzorcy może wypaczać naszą specyfikę. Z drugiej jednak strony Polska nie jest samotną wyspą i nie to nie jest tak, że u nas pewnego dnia nie wystąpią problemy które mogłyby pogrążyć jeden z większych banków tego świata. Tak więc nadzór paneuropejski nie jest złym rozwiązaniem, pod warunkiem, że zostawiłby relatywnie dużo kompetencji lokalnym nadzorcom, a w sprawach spornych mógłby z europejskim nadzorem rozmawiać jak równy z równym. Ktoś może powiedzieć, że to mrzonki. Pamiętajmy jednak, że zasady ustalają politycy. Dlatego polski rząd powinien, opowiadając się za europejskim nadzorem, głośno zgłaszać postulaty, które zapewniają bezpieczeństwo działającym u nas bankom.  Postawa wyłącznie odrzucająca będzie nieskuteczna, bo Unia w panice rynkowej unię bankową stworzy. Lepiej więc aby dziś uwzględniono również i nasz punkt widzenia. 

 

2012-07-17 09:20
Polskie wpisy Komentarze (1)
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |