29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Ostatni raport NBP o koniunkturze nie pozostawia wątpliwości: podwyżek w firmach prawie nie ma i nie będzie. I to pomimo tego, że Polacy mało zarabiają, co szczególnie mocno można odczuć przekraczając zachodnią granicę. Porównując nominalne zarobki okazuje się, że przeciętny Polak zarabia co najmniej trzy razy mniej od Niemca. Oczywiście nie istnieje "przeciętny" Polak czy Niemiec, ale te średnie przynajmniej oddają skalę zjawiska. Jeśli porównamy siłę nabywczą zarobków w obu tych krajach, okazuje się, że różnice są mniejsze, ale wciąż rozdźwięk pomiędzy niemieckim i polskim wynagrodzeniem jest dwukrotny. W Polsce pojawia się coraz więcej głosów postulujących podwyższenie płacy minimalnej, co w konsekwencji miałoby skutkować wzrostem średniego poziomu zarobków. Tyle, że przyczyna niskich wynagrodzeń nie tkwi w tym, że pracodawcy nie chcą pracownikom dobrze płacić, ale w ogólnej wydajności pracy, w niskiej robotyzacji polskiego przemysłu, wytwarzaniu niskiej wartości dodanej, eksporcie nisko zaawansowanych technologicznie produktów, znacznie niższych nakładach kapitałowych w przeliczeniu na pracownika. Brzmi dołująco, ale te wszystkie słabości nie biorą się z niczego. 
 

Przede wszystkim Polska wciąż konkuruje głównie tanią siłą roboczą. Tak naprawdę to niestety niskie wynagrodzenia stały się naszą główną przewagą konkurencyjną. Do tego jeszcze trend ten wspierany jest poprzez system stref ekonomicznych, zachęcający do inwestowania w montownie, którym wciąż opłaca się zatrudniać tanich Polaków zamiast maszyn. Nasze uczelnie są w stanie dobrze wykształcić na poziomie ogólnym, znacznie gorzej im idzie w przygotowaniu absolwentów do potrzeb rynku pracy. Firmy skupiają się na innowacjach podatkowych, zamiast wykorzystać ten czas na innowacje produktowe. Uczelnie i biznes zamiast współpracować unikają się, nie wykorzystując potencjału, jaki dać mogłaby bliska współpraca. Naukowcy zarabiają w Polsce bardzo mało, dlatego coraz więcej młodych pracowników nauki decyduje się na emigrację lub zmianę zawodu. A do tego niewydolna i zwykle niezbyt przyjazna przedsiębiorcy administracja, a także ociężały i niemrawy system sądownictwa, dodatkowo utrudniają przejście polskim firmom na wyższy poziom rozwoju. 

 

Nie chodzi mi o to aby narzekać, ale żeby właściwie zdiagnozować nasze słabości i aby być w stanie stawić im czoła. Wsparcie unijne dla poprawy infrastruktury w Polsce jest bardzo ważne, jest jedynym sposobem aby w krótkim okresie udrożnić kanały wzrostu. Nie można jednak zakładać, że samo to udrożnienie przyczyni się do szybszego tempa wzrostu gospodarczego, a w szczególności do większej niż dotychczas innowacyjności polskiej gospodarki. Większość inwestycji w Polsce realizowana jest przez sektor prywatny (około 80 proc.), środki unijne mogą krótkookresowo ten wzrost ten wspierać, ale ich główne zadanie polegać powinno na wsparciu sektora prywatnego. Ten z kolei dla rozwoju potrzebuje przyjaznego państwa i innowacyjnego klimatu inwestycyjnego. Wtedy przedsiębiorcy będą musieli pracownikom płacić więcej. A dziś dominujące "tanie sektory" dołują wynagrodzenia w całej gospodarce. 
 

Proste rezerwy wzrostu się wyczerpują. Bez skoku cywilizacyjnego pozostaniemy krajem drugiej kategorii, gdzie ludziom płaci się mało, a kolejne roczniki absolwentów decydują się na emigrację. Tak dzieje się w niektórych krajach Południa Europy, u nas tak wcale nie musi być.

2014-02-02 13:14
Polskie wpisy gospodarka, innowacyjność, polska, konkurencyjność, niemcy, płaca minimalna, wynagrodzenie Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 Wtorkowa Rzeczpospolita doniosła, iż według sondażu Homo Homini „przeszło 60 proc. ankietowanych popiera odprowadzanie składek emerytalnych od umów zleceń i umów o dzieło, nawet w przypadku jeśli będzie to oznaczało niższe wynagrodzenie”. Akceptacja stabilności zatrudnienia nie jest żadnym zaskoczeniem, każdy wolałby pracować w warunkach bardziej stabilnych, a opłacanie składek tę stabilność zwiększa. Tyle, że jak to zwykle w sondażach, czym innym są deklaracje a czym innym sytuacja realna, w której zleceniobiorca stoi przed konkretnym dylematem: czy dostać mniej na rękę, czy też akceptować rozwiązanie mniej stabilne.

Dlatego też druga część wniosków z tego sondażu kłóci się z praktyką, zleceniobiorcy wybierają tę formę kontraktu o pracę ze względu na to, że im się to prostu bardziej opłaca. Proszę pamiętać, że na składkę zus-owską składa się część emerytalna, rentowa, chorobowa i wypadkowa; te ostatnie trzy mają de facto charakter podatku a nie ubezpieczenia.  Zauważmy, że Polacy nie garną się specjalnie do płacenia składek, w polskim prawie istnieje możliwość dobrowolnego dodatkowego ubezpieczenia w ZUS, z którego jakoś tak mało kto korzysta. A dominująca większość prowadzących działalność gospodarczą nie wiadomo dlaczego woli płacić minimalną stawkę ryczałtową, a nie wpłacać nieco więcej do ZUS. Jest też tak, że w powszechnym przekonaniu to ten zlecający powinien ponieść koszt związany z opłacaniem składek, a nie przyjmujący zlecenie.  Dlatego apelowałbym o ostrożność i rozsądek w wyciąganiu wniosków z tego typu sondaży, gdyż dotyczą one realnej gospodarki, gdzie zależności pomiędzy oskładkowaniem pracy a poziomem bezrobocia dla wielu nie są oczywiste.

Faktem jest, że w Polsce nadużywane jest stosowanie umów tymczasowych. Ta specyfika polskiego rynku nie wynika jednak z naszych cech narodowych, tylko wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej w latach 2012 i 2013. Przypomnieć należy, że dekadę temu, kiedy wzrost gospodarczy spowolnił do jednego procenta, bezrobocie wzrosło do 20 proc. Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby to, że prawie 2 miliony Polaków znalazło pracę za granicą, obniżając tym samym ogólny poziom bezrobocia. Ale sytuacja na rynku pracy łatwa w 2013 roku nie była, nie wspominając o wciąż wysokim bezrobociu strukturalnym i o bezrobociu ukrytym na wsi. Tak długo więc jak rynek pracy będzie rynkiem pracodawcy, a tak jest właśnie teraz, tak długo pracownik będzie zmuszony w większości przypadków akceptować warunki oferowane przez zlecającego. W 2015, kiedy sytuacja gospodarcza ma szansę być znacznie lepsza, pracownik będzie już w stanie wymusić przerzucenie kosztu składki na pracodawcę, a to oznaczałoby znacznie zmniejszenie nadużyć związanych z umowami czasowymi. Przy lepszej koniunkturze bowiem pracodawcę będzie na poniesienie takiego kosztu stać.

W przypadku umów tymczasowych należałoby walczyć z patologiami, a nie z całym systemem. Jeśli śruba zostanie za bardzo przykręcona, to Polacy będą zatrudniani przed firmy outsourcingowe za granicą… świadcząc potem usługi w Polsce. Tak już się w niektórych branżach dzieje. Ważne jest, aby nasi decydenci, zamiast kierować się wynikami sondaży, sprawdzili jak w rzeczywistości działa polski rynek pracy, szczególnie w innych obszarach niż administracja państwowa.

2014-01-29 20:52
Polskie wpisy ekonomia, gospodarka, zus, pracodawca, rynek pracy, umowy śmieciowe, oskładkowanie umów Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Na nowo powróciła dyskusja o tym, czy ta forma umowy o pracę jest dobra dla korzystających z niej. Zanim wylejemy przysłowiowe wiadro pomyj na tę formę zatrudnienia, dobrze byłoby rozdzielić sytuacje, gdzie mamy do czynienia z patologią, a gdzie umowy te używane są zgodnie z ich przeznaczeniem.


Umowy zlecenia mają służyć wykonaniu konkretnej usługi. Jeśli umowa taka jest podpisywana po raz kolejny z tym samym pracodawcą, to z automatu zostaje oskładkowana. Podpisanie pojedyńczej umowy zlecenia trudno jednak nazwać umową o pracę, bo charakter takiego stosunku pracy jest zwykle tymczasowy. Z kolei umowa o dzieło powinna dotyczyć wykonania konktretnego dzieła, które ze swej natury powinno mieć charketer wyjątkowy i jednorazowy, trudno więc znaleźć uzasadnienie dla oskładkowania tego typu kontraktu.

Niemniej - jak to w życiu bywa - zdarzają się nadużycia, szczególnie w okresie, kiedy gospodarka zwalnia. Przedsiębiorcy szukają oszczędności, a także najbardziej elastycznych form zatrudnienia. Sektor publiczny z kolei również oszczędzając, a do tego obawiając się posądzenia o działanie na szkodę państwa, w ramach zamówień publicznych wybiera zwykle oferty o najniższej cenie. Często najważniejszym czynnikiem kształtującym tę najniższą cenę są właśnie wynagrodzenia. I tu koło się zamyka. Najniższe wynagrodzenie to oczywiście nie umowa o pracę, ale kilka umów zleceń podpisywanych jednocześnie… wraz z umową o pracę na jedną ósmą etatu. I to jest ewidentnie patologia. Z patologiami należy walczyć, nie zapominając przy tym o tym, że z umów tych korzystają też setki tysięcy osób, dla których ta właśnie forma jest najwłaściwszą. Artysta malarz powinien móc korzystać z formy umowy, jaką daje umowa o dzieło, ale malarz pokojowy już nie.

W Polsce mamy kilka systemów podatkowych funkcjonujących równolegle. Dla pracowników etatowych, w tym wszystkich urzędników państwowych, mamy system powszechny z dwiema stawkami podatkowymi i pełnym ozusowaniem dochodu do trzydziestokrotności średniej krajowej. Obok funkcjonuje system podatkowy dla osób prowadzących działalność gospodarczą, zwykle płacą oni zryczałtowaną minimalną składkę „zusowską” i podatek zgodnie ze skalą progresywną, lub też podatek liniowy 19 proc. bez możliwości jakichkolwiek odliczeń.  No i trzeci system, oparty na umowach czasowych, gdzie w przypadku prac terminowych możliwe jest niepłacenie składek.  Czwarty to KRUS, dla rolników, z niższymi podatkami i składkami. W ekonomii znane jest pojęcie arbitrażu, czyli poszukiwania najkorzystniejszych rozwiązań z dostępnych na rynku. Jeśli system umów czasowych zostanie w znaczny sposób ozusowany, to nastąpi naturalny odpływ znacznej części osób do systemu drugiego, czyli działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek lub do KRUS-u. Innymi słowy, przychody ZUS znacznie nie wzrosną, część osób straci pracę, a ci, dla których umowa czasowa jest najwłaściwszą formą stosunku pracy, dostaną na rękę mniej.

Dlatego też, poszukując rozwiązań likwidujących patologie, trzeba pamiętać o tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Przy czym przydałoby się też uderzyć we własne piersi i skończyć z niechlubną erą „najniższej ceny”. To wymaga od urzędników większej odwagi i wzięcia na siebie części ryzyka projektu. Ale przecież nie ma nic gorszego niż wygrana firmy, która w ogóle nie nadaje się do zamawianego zadania i wygrywa wyłącznie poprzez kryterium najniższej ceny.

Elastyczne formy zatrudnienia są potrzebne, nie mogą być jednak nadużywane. W krajach gdzie stosunki pracy są sztywne, bezrobocie jest znacznie większe niż w Polsce, w szczególności wśród ludzi młodych. Zbyt daleko idąca krucjata przeciw tzw. „śmieciówkom” część obecnie pracujących wepchnie w szarą strefę, innych w działalność gospodarczą, a jeszcze innym obniży dochody.  System trzeba cywilizować, ale nie niszczyć.

2014-01-29 20:50
Polskie wpisy gospodarka, zus, rynek pracy, umowy śmieciowe, umowa o pracę, elastyczne formy zatrudnienia Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Przy tak daleko idących wątpliwościach, jakie zgłosiła do ustawy Kancelaria Prezydenta, jedynym sensownym rozwiązaniem powinno być skierowanie tej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Zakwestionowano przecież fundamenty zmian w OFE, czyli sam fakt przenoszenia a następnie umarzania obligacji znajdujących się obecnie w portfelach OFE. Zakwestionowano wymóg inwestowania minimum 75 proc. aktywów w akcje, zakwestionowano zakaz inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, zakwestionowano zakaz reklamy funduszy emerytalnych i wreszcie zadano pytanie o własność zgromadzonych na kontach środków.

Wszystkie te wątpliwości były wcześniej zgłaszane na etapie tzw. konsultacji społecznych, żadna z tych uwag nie została uwzględniona w procesie legislacyjnym. Dobrze się stało, że Prezydent uwagi te teraz podnosi, tyle że tryb podpisania a następnie skierowania ustawy do Trybunału może być mało skuteczny. Przede wszystkim dlatego, że ta wadliwa (przynajmniej moim zdaniem) ustawa wchodzi w życie. Po drugie dlatego, że Trybunał rozpatruje ustawy podpisane znacznie dłużej niż gdy pytanie o zgodność z Konstytucją pada przed złożeniem podpisu. Różnica jest zwykle spora, a wątpliwości prawne największe od początku transformacji. I brak dobrej odpowiedzi na pytanie, jak teraz powinien zachowywać się rząd, mając świadomość ryzyk prawnych, związanych z przyszłymi decyzjami Trybunału.

Jeśli Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje zapisy tej ustawy i uzna za niezgodny z Konstytucją zapis mówiący o przejęciu przez ZUS i umorzeniu obligacji znajdujących się w portfelach OFE, to da czas na dostosowanie się do tego orzeczenia. Najlepszym z punktu widzenia gospodarki byłoby niedokonywanie takiego zabiegu w ogóle. Jednak rządzący mogą za te kilkanaście miesięcy nie być zainteresowani oddawaniem ubezpieczonym w OFE obligacji, ze względu na to, że pogorszy to „poprawione” od lutego statystyki jawnego długu publicznego. Podejmowane będą więc zapewne różne inne próby bardziej „cywilizowanego” przeksięgowania aktywów obligacyjnych. A być może okaże się, że zwracać obligacje trzeba będzie z odsetkami – i to już będzie większy problem.  Natomiast w przypadku limitów inwestowania w akcje, jak i zakazu kupowania obligacji, potencjalnych strat poniesionych przez przyszłych emerytów na pewno się już nie odrobi. Bo jak udowodnić, że inny portfel w tym okresie wybrany przez OFE byłby bardziej efektywny i taki właśnie bez tych limitów zostałby zastosowany? I jak policzyć utracone korzyści? Nie wspominając o spadku wycen spowodowanych wyprzedażą akcji przez fundusze. OFE bowiem ze względu na połączenie rozwiązania zwanego „suwakiem emerytalnym” (a w praktyce z przekazywaniem wcześniejszym środków zgromadzonych do OFE do ZUS) ze znacznym ograniczeniem napływu nowych składek  (część osób bowiem nie wybierze pozostania w OFE) będą stale więcej przekazywały do ZUS niż otrzymywały. A to w praktyce oznaczać będzie wyprzedaż akcji. Tego też Trybunał nie zrekompensuje.

Rząd nie powinien w ogóle uwzględniać dochodów z ustawy będącej przedmiotem badania przez Trybunał Konstytucyjny, ze względu na ryzyko decyzji Trybunału. Tak byłoby bezpieczniej zarówno dla rządu, jak i dla kraju. Może przecież być to problem tej albo też kolejnej koalicji.

2014-01-29 20:41
Polskie wpisy gospodarka, ustawa, prawo, prezydent, budżet, ofe, system emerytalny Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Według agencji S&P straty spowodowane zamknięciem rządu USA przez 16 dni wyniosły 24 miliardów dolarów, czyli 0,6 proc. PKB. To sporo jak na tak krótki okres. Wciąż jednak nie ma pewności czy 7 lutego, czyli w dniu kiedy upłynie kolejny termin na zwiększenie limitu amerykańskiego długu, znów uda się obu partiom dogadać. A rynki - tak jak były entuzjastyczne w okresie shutdown, tak są i teraz. Bowiem paradoks dzisiejszych czasów polega na tym, że trudności budżetowe nie zachwiały nastrojów rynkowych, wręcz przeciwnie - zwiększyły prawdopodobieństwo opóźnienia całej operacji ograniczenia luzowania monetarnego. Horyzont rynków  finansowych po całym kryzysie finansowym zamiast się wydłużyć - znacznie się skrócił. Wiadomo przecież, że prędzej czy później polityka taniego pieniądza musi się skończyć, niestety świat finansów uzależnił się od niego jak od morfiny – im więcej podają, tym lepiej, a później -jakoś to będzie. Co więcej, najlepszym rozwiązaniem dla rynku byłaby sytuacja, w której przy poprawiających się wskaźnikach gospodarczych FED nie zaprzestawałby druku pieniądza. Ciekawe, czy za odchodzącego prezesa FED członkowie komitetu decydującego o stopach procentowych zdecydują się wynieść tę wazę z ponczem. Znane powiedzenie bankierów centralnych mówi bowiem o tym, że należy ją wynosić wtedy, kiedy impreza zaczyna się na dobre rozkręcać. Patrząc na kolejne rekordy indeksów giełdowych i szaleństwo w napływie kapitału na rynki wschodzące, wygląda raczej na to, że impreza już trwa na dobre.

FED w czerwcu zapowiedział, że tak długo jak poziom bezrobocia nie spadnie poniżej 7 procent, nie ma sensu wstrzymywać programu pompowania w gospodarkę 85 miliardów dolarów miesięcznie. Co prawda poziom ten nie został osiągnięty, ale jest już bardzo blisko – ostatnie dane wskazują na wskaźnik wyższy od oczekiwanego poziomu o 0,3 punktu procentowego. Stąd też zapowiedź rychłego wychodzenia z tego programu, później skorygowana, gdyż wywołała nadmierną reakcję rynkową. Niemniej gospodarka amerykańska, pomimo zawirowań politycznych, ewidentnie wyszła z kryzysu. Teraz głównym wyzwaniem będzie odstawienie sterydów i zajęcie się długiem publicznym, który przekroczył już poziom 100 proc. w relacji do PKB.

Tyle, że zarówno Bernanke, jak i tym bardziej przyszła prezes FED Yellen, bardziej obawiają się spowolnienia w wyniku zbyt wczesnego odstawienia kroplówki niż wstrząsów na rynkach finansowych i w krajach zaliczanych do rynków wschodzących.  Stąd też moja obawa, a zarazem nadzieja rynku, że w najbliższych miesiącach te 85 miliardów dolarów nadal będzie wpływać co miesiąc do gospodarki. Szczególnie, że z powodu „zamknięcia rządu” pojawiają się już wątpliwości co do jakości danych zbieranych w październiku, szczególnie dotyczących rynku pracy. Kolejne pełnowartościowe dane znane będą dopiero… w grudniu, informując o statystykach listopadowych. To może być dodatkowy czynnik, wspierający postawę oczekiwania. Zarówno na nowego szefa FED-u, jak i na ostateczne rozstrzygnięcie kwestii limitu długu, o czym, jak już wie cały świat, muszą wspólnie zadecydować Demokraci i Republikanie.  Jeśli się znów nie dogadają, to czeka nas kolejne zamknięcie rządu, co dziś wcale nie wydaje się nierealne.

Dlatego też wygląda na to, że wciąż będą drukować dolary. Zapewne nie zaszkodzi to Ameryce tak jak światu, gdyż kraj ten ma tę przewagę nad innymi, że jest w stanie eksportować część swoich problemów. I tak się dzieje i tym razem.

 

2013-11-06 22:09
Polskie wpisy gospodarka, fed, usa, polityka monetarna, kryzys Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Nie będę już odnosił się do fundamentalnych zastrzeżeń co do zmian w systemie emerytalnym. Wszystko już chyba zostało powiedziane, teraz to już konstytucjonaliści muszą wypowiedzieć się, na ile  propozycja przeniesienia aktywów z OFE do ZUS jest zgodna z ustawą zasadniczą. Tym razem skupię się na kliku zagadnieniach szczegółowych, które będą mieć zasadniczy wpływ na bezpieczeństwo systemu jak i na postrzeganie całej przeprowadzanej zmiany przez obywateli.

Trudno znaleźć inne niż ideologiczne uzasadnienie dla zapisu, że OFE będą musiały inwestować w akcje nie mniej niż 75 proc swoich aktywów. Na szczęście ostatnio wiceminister Kowalczyk zasygnalizował, że Ministerstwo Finansów jest skłonne wycofać się z tego zapisu, ale dopiero po dwóch latach. Z punktu widzenia bezpieczeństwa emerytów, te dwa lata to mogą być przecież lata bessy - nie wiadomo, po co w ogóle ten czas. Trudno też pojąć skąd zapis, aby fundusze nie mogły inwestować w obligacje skarbowe, zarówno w Polsce jak i zagranicą.  Zauważmy, że wymóg ten dotyczyłby zarówno tych, którzy zdecydują się nadal część składki wpłacać do OFE, jak i tych, którzy znajdą się z całą swą składką w ZUS-ie. Ci drudzy bowiem wciąż mają część swych oszczędności emerytalnych (wcześniej zgromadzonych) nadal w OFE. Tyle że teraz OFE nie będą mogły reagować na zmiany koniunktury na rynku, zmniejszając udziały w akcjach w okresie bessy i kupując bezpieczniejsze obligacje rządowe. Tak się dzieje na całym świecie i nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, aby z funduszy emerytalnych robić agresywne hedge fundy i to jeszcze ustawowo! Zakaz inwestycji w obligacje skarbowe jest kuriozalny. Albo chodziło o zupełne skompromitowanie funduszy w przyszłości, albo też trzymanie się na siłę ideologii, że inwestowanie w obligacje rządowe jest złe. Dopóki tego typu retoryka była używana na potrzeby dyskusji, można było do tego jeszcze podejść z przymrużeniem oka. Tyle że wprowadzania takich zapisów do ustawy jest niebezpieczne dla przyszłych emerytów i wręcz nieodpowiedzialne. Ktoś może powiedzieć, że należy rozpatrywać cały system razem, czyli ZUS i OFE, a nie osobno, ale w takim przypadku nie powinno się dawać możliwości wyboru. Jeśli daje się wybór, to należałoby zadbać o bezpieczeństwo każdego z filarów z osobna.

Kwestia druga to tzw. dobrowolność. Miało być łatwo. Ustawa w artykule 10 stanowi , że ” …członek funduszu może złożyć w ZUS pisemnie lub poprzez zaufany profil platformy usług elektronicznych, oświadczenie o przekazywaniu do otwartego funduszu emerytalnego składki …”. Żeby jednak zdobyć ten profil, trzeba… udać się do ZUS, US, NFZ lub urzędu gminy. Ciekaw jestem, ilu z posłów ma taki zaufany profil. Brak sformułowania „osobiście” wskazywałby, że można deklarację tą złożyć także listownie. To już byłoby do zaakceptowania, rozumiem, że tak jak z PIT decydować będzie data stempla pocztowego? Ale w ogóle po co to założenie, że przy braku decyzji lądujemy w ZUS-ie? Przecież znaczna część obecnych członków wybrała OFE czternaście lat temu. Trudno nie zauważyć, że chodzi zniechęcenie Polaków do wyboru OFE, jednocześnie spodziewając się postaw pasywnych i licząc na to, że większość nie zdąży podjąć żadnej decyzji i tym samym znajdzie się z całą składką w ZUS.  I dlaczego nie wprowadzić dobrowolności suwaka? Co to za dobrowolność, kiedy bez względu na to, kiedy planuję przejść na emeryturę, w wieku 57 lat moje oszczędności zaczynają być przenoszone do ZUS?

Zapis dotyczący limitu inwestycji, jak i te zapisy zniechęcające do pozostania w OFE, mają na celu wygaszenie systemu. Jeśli bowiem mało osób pozostanie w OFE, a OFE staną się z mocą ustawy agresywnymi hedge fundami to nie dość, że z systemu będzie co miesiąc ubywało pieniędzy, to jeszcze politycy w pierwszej lepszej bessie zakończą funkcjonowanie tak agresywnych inwestorów rynkowych.

I na koniec ciekawostka. Obligacje i inne papiery przekazane do ZUS będą wyceniane według cen z dnia 31 stycznia 2014, chyba, że wycena ta będzie niższa niż z 3 września 2013. Jeśli będzie niższa to wtedy zostanie przyjęta cena z dnia 3 września 2013. Pytanie dlaczego z 3 wrześnie a nie z 6 września, kiedy rentowność obligacje była średnio 20-30 pb bazowych wyższa?

2013-11-06 22:08
Polskie wpisy gospodarka, zus, finanse publiczne, ofe, system emerytalny Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Na Europejskim Forum Nowych Idei w Sopocie miałem przyjemność brać udział w panelu dotyczącym niemieckiego modelu gospodarczego.

Głównym pytaniem, bardzo często zresztą ostatnio stawianym w Europie, jest to, czy inne kraje naszego kontynentu mogą powielić model niemiecki. W ramach takich dyskusji zawsze dobrze wyjść jest od definicji tego, co należy rozumieć przez model niemiecki, a potem szukać odpowiedzi na pytanie czy jest on do powtórzenia w innych krajach.

W Europie niemiecki model gospodarczy kojarzy się z oszczędnościami, niską konsumpcją i bardzo silnym eksportem. A niektórym tylko z Angelą Merkel, a dokładnie z trudnym silnym partnerem, który nie chce w nieskończoność finansować zadłużonych po uszy krajów Południa. W praktyce model niemiecki nie jest ani bardzo oszczędny, ani też wyjątkowo innowacyjny, przez wiele lat w przeszłości był nawet uważany za zupełnie nieperspektywiczny. Wystarczy przypomnieć trudne lata 90. i głębokie przekonanie na początku dekady o tym, że Niemcy, jako „chory człowiek" Europy mają przed sobą nieciekawą przyszłość.

Definiując niemiecki model, trzeba sobie odpowiedzieć, jak tak bogaty kraj jak Niemcy jest w stanie konkurować na globalnych rynkach, gdzie liczą się przede wszystkim cena i innowacyjność. Odpowiedzi jest kilka. Przede wszystkim niesamowita wręcz dyscyplina płacowa w ostatniej dekadzie. W krajach Południa koszty pracy wzrosły w owym czasie o ok. 30 proc. w stosunku do Niemiec, co jest już samo w sobie bardzo wymowne. Innym ważnym – ale często pomijanym aspektem – było przyjęcie euro. Zauważmy, że o ile dla Włoch czy Hiszpanii euro było i jest zbyt silną walutą, to dla Niemiec jest zbyt słabą, co dawało im ekstraprzewagę konkurencyjną. Po trzecie, Niemcy, w przeciwieństwie do Francji, umiały wykorzystać rozszerzenie UE, przenosząc część swej produkcji do nowych krajów członkowskich, tym samym obniżając koszty produkcji. No i na koniec największa zapewne zaskoczenie dla wielu – rynek pracy. Bliższa analiza danych wskazuje, że Niemcy są krajem, gdzie udział wynagrodzeń minimalnych w całej strukturze płac jest jednym z najwyższych w Europie (prawie 20 proc). 15 proc. umów o pracę ma charakter czasowy. Niemcy mają jeden z najniższych poziomów uzwiązkowienia w Europie, a negocjacje płacowe dotyczą poszczególnych branż, a nie całej gospodarki. I mimo to, że w Niemczech nie zwalnia i nie zatrudnia się tak łatwo jak w Stanach, to na tle wielu innych krajów europejskich niemiecki model rynku pracy byłby zapewne trudny do przyjęcia. Są też inne ważne elementy niemieckiego modelu, takie jak zrównoważona struktura gospodarki, silna rola przemysłu, system kształcenia odpowiadający potrzebom gospodarki, dyscyplina fiskalna i dbanie o stabilną i niską inflację.

Niemiecki model gospodarczy nie pasuje do wielu krajów Europy, może być jednak śmiało modelem dla Polski. Polska powinna sobie wyznaczać cele, które brzmią śmiało, ale są jednocześnie realne. Skopiowanie niemieckiego modelu powinno być takim celem. W przeciwieństwie do Grecji mamy bazę przemysłową (silnie powiązaną z Niemcami), której trzeba pomóc przejść na produkcję o wyższej wartości dodanej. Aby to się stało, gospodarka musi być elastyczna (włącznie z rynkiem pracy), stabilna makroekonomicznie, promująca innowacyjność i wiedzę, i przewidywalna. Śmiałe to wyzwania, ale do zrobienia.

2013-11-06 22:05
Polskie wpisy gospodarka, niemcy, EFNI, Europejskie Forum Nowych Idei Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Artykuł ukazał się w magazynie Forbes

Problem z tym wzrostem płac jest wyolbrzymiony. Dla firm, w których płace rosną szybciej niż wydajność, w dłuższej perspektywie nie ma przyszłości. Bo przez jakiś czas ten szybszy wzrost płac zjadać będzie zyski, aż do momentu, kiedy zyski przerodzą się w straty.

Jak rozumiem apel o podwyżki dotyczy tych, których na to stać i którzy w większym niż dotychczas stopniu powinni podzielić się z pracownikami tym, co się wspólnie uda wypracować. Brzmi dość przekonywająco. Zanim jednak sięgniemy do kieszeni pracodawców, musimy zrozumieć czy ta niechęć do płacenia wynika ze złej woli, czy też z czegoś więcej. Porównując więc udział wynagrodzeń w gospodarce pomiędzy Polską a Europą, powinniśmy sobie odpowiedzieć, z czego ta różnica wynika.

Po pierwsze, większość inwestycji w Polsce finansowana jest z własnych kapitałów. W mało którym kraju kredyt bankowy jest źródłem tylko dla 30 proc. inwestycji. Koszt oprocentowania kredytu w Polsce jest wyższy niż w większości zamożnych krajów strefy euro. Po drugie, mało kto wierzy, że obecne niskie stopy procentowe będą na tak niskim poziomie przez dłuższy czas. Te dwa czynniki mają fundamentalne znaczenie dla polskich przedsiębiorców – muszą oni bowiem finansować swe inwestycje głównie z wypracowanego zysku, a za wspierający kredyt płacą więcej niż inni. I łatwo go nie dostają. Po trzecie, wszyscy polscy eksporterzy biorą całe ryzyko kursowe na siebie – importera z Niemiec czy Holandii nie interesuje, jaki jest kurs wymiany euro na złotego w dniu dostawy. Polski przedsiębiorca musi mieć „przestrzeń finansową” na tego typu ryzyko. Skrajny wariant zmian w OFE, który wciąż mam nadzieję nie będzie ostatecznym, odciąłby kolejne źródło finansowania polskich firm, jakim były finansowane przez fundusze emerytalne IPO i obligacje korporacyjne. W tym naprawdę niełatwym jak na warunki europejskie świecie, polski przedsiębiorca musi sobie radzić. Ktoś powie, że 200 miliardów depozytów firm wygląda na przesadne zabezpieczenie. Ale to nie są pieniądze firm przeznaczone na bieżące wydatki czy na zbytki właścicieli. Pieniądze te czekają na dobry moment, na zainwestowanie ich w nowe technologie, zwiększenie mocy wytwórczych czy też po prostu na niezbędne podtrzymanie obecnego stanu produkcji. Tyle o ograniczeniach.

Coraz więcej firm jest skłonnych „płacić więcej”. To płacenie więcej nie polega jednak na podwyższaniu wynagrodzeń, lecz na zwiększaniu udziału części zmiennej, uzależnionej od wyników. Czyli im więcej uda nam się wspólnie zarobić – tym więcej będziesz miał w kieszeni. Taki system przypomina trochę pracę akordową, ale powiedzmy sobie wprost: wynagrodzenia z umów o pracę są kosztem stałym przedsiębiorstwa, a udział w zyskach - już nie. Każdy odpowiedzialny przedsiębiorca musi ograniczać koszty stałe – inaczej pierwsze lepsze załamanie w branży może doprowadzić do jego upadku. Tyle że przejście na znacznie większy udział części zmiennej nie jest chyba tym, o co chodziło Erykowi Stankunowiczowi w tekście?

I na koniec pamiętajmy: w silnym spowolnieniu rynek pracy jest rynkiem pracodawcy. Pracodawca szuka oszczędności wszędzie, żeby przetrwać. W latach 2006-2008 było inaczej, pracownik mógł żądać, a pracodawca płacił w obawie przed utratą fachowca. Za dwa lata nasz rynek pracy powinien wrócić do pewnej równowagi, ale przez długie lata będzie inny od tego na Zachodzie.

2013-11-06 22:04
Polskie wpisy gospodarka, płace, pracodawcy, rynek pracy, wzrost gospodarczy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Po wyborach w Niemczech znów nastąpi przyspieszenie w najważniejszych dla Europy, ale również dla świata, kwestiach gospodarczych. Na szczęście po latach kryzysu Europa powoli wychodzi na prostą, co powinno sprzyjać podejmowaniu strategicznych decyzji. Europa musi przede wszystkim kontynuować działania, które z jednej strony zabezpieczą na przyszłość przed podobnymi turbulencjami jakie miały miejsce w przypadku Grecji, z drugiej skupią wysiłek na nowych inicjatywach prowzrostowych. Oba te zagadnienia leżą w głębokim interesie Europy i są zbieżne z naszymi polskim celami.

 Niemcy mają pełną świadomość, że aby zabezpieczyć się przed wystąpieniem kryzysów zadłużenia w przyszłości, niezbędna będzie pogłębiona integracja wraz ze skutecznymi mechanizmami zapobiegania nadmiernemu zadłużeniu i utracie konkurencyjności. Jednym z elementów tego nowego ładu jest pakt fiskalny. Równolegle musi zostać wprowadzony systemowy mechanizm wsparcia dla krajów, które znalazły się w tarapatach - z mechanizmem współodpowiedzialności wierzycieli. Kolejnym z elementów nowego ładu będzie unia bankowa, której zasady są obecnie akceptowalne dla większości krajów Europy. Proces tak zdefiniowanej głębszej integracji europejskiej wymaga zdecydowania przy jednoczesnym uwzględnieniu specyfiki poszczególnych krajów. Musi on jak najszybciej przejść do fazy implementacji, inaczej bowiem Europa na lata ugrzęźnie w poszukiwaniu kompromisów. W obliczu przyspieszenia procesu dalszej integracji Polska już niedługo znów stanie przed dylematem - na ile można być w środku, będąc de facto z boku.

 Równolegle podstawą nowego porządku gospodarczego muszą być też nowe inicjatywy prowzrostowe. Na poziomie globalnym kluczowym wyzwaniem jest porozumienie o wolnym handlu pomiędzy UE i USA. Jest to najważniejsze zadanie na najbliższe lata, zarówno dla Stanów, jak i dla Europy. Dzięki temu bowiem będzie możliwa obniżka kosztów wielu towarów dla konsumentów po obu stronach Atlantyku. Oznaczać to będzie również wzrost obrotów handlowych, a w konsekwencji wzrost liczby miejsc pracy na obu kontynentach. W tym obszarze można spodziewać się znacznego przyspieszenia działań po stronie niemieckiej. Dlatego ważne jest, aby w Polsce przeprowadzić dokładny bilans korzyści i strat, aby w odpowiedni sposób przygotować się na to wielkie wyzwanie.  Mając na uwadze fakt, że na likwidacji barier najbardziej w Europie mają szansę zyskać Niemcy, Polska powinna też być beneficjentem netto tych zmian.

 Konsekwencją porozumienia o wolnym handlu i zniesieniu barier powinna być liberalizacja rynku usług w Europie. Zaawansowane usługi są od lat zliberalizowane, ale dla wsparcia wzrostu i tworzenia nowych miejsc pracy w Europie niezbędne jest zliberalizowanie usług podstawowych. W dobie kryzysu europejskiego nie można bowiem zapominać, że globalna konkurencja nie śpi. Jedyną perspektywą Europy jest wzrost jej konkurencyjności.  Tu akurat Polska powinna namawiać swego sąsiada, aby wspierał ten typ podejścia do tematu wzrostu.

 

 W ramach polityki wspierania wzrostu ważne jest również aby wspierać inwestycje publiczne w obszarach, w których nie sprawdza się sektor prywatny. Szczególnie w tej części Europy wciąż wzrost wydajności jest pochodną inwestycji w infrastrukturę. Z kolei w Europie Zachodniej nowoczesna i zielona infrastruktura też może być ważnym źródłem rozwoju. Stąd tak ważne, aby w okresie trwających oszczędności nie ograniczać wydatków prorozwojowych.

 

 W kontekście wyborów w Niemczech nie sposób nie wspomnieć o wsparciu dla zielonej energii, pod warunkiem jednak, że nie może odbywać się to kosztem rozwoju gospodarczego. W okresie kiedy Niemcy rezygnują z energii atomowej, należałoby szukać rozwiązań, które nie tylko opierają się na energii odnawialnej, ale również wspierają nowe źródła energii (takie jak gaz łupkowy) jak i promują czystą energię z węgla. Dotychczasowa strategia zakładająca automatyczną redukcję CO2 nie sprawdza się. Czysta energia musi być pozyskiwana w sposób zrównoważony i rozsądny, z uwzględnieniem specyfiki energetycznej poszczególnych krajów. Na koniec trzeba mieć świadomość, że energetyka będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań zarówno dla Niemiec, jak i dla Polski, szczególnie, że oba te kraje przyjęły zupełnie inne kierunki jej rozwoju.

2013-11-06 22:03
Polskie wpisy gospodarka, konkurencyjność, wzrost gospodarczy, integracja europejska, unia bankowa Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Po upadku Lehman Brothers dominowało przez pewien czas  przekonanie, że tylko państwo może wspierać i ratować gospodarkę, że rola rządu w gospodarce powinna wzrosnąć, i że to sektor prywatny był odpowiedzialny za kryzys. Dzisiaj wiemy, że obraz jest znacznie bardziej skomplikowany, że to przede wszystkim zła polityka państwa przyczyniła się do błędów sektora prywatnego, co w konsekwencji doprowadziło do najgłębszego od lat 30. załamania gospodarki. Przekonanie to zachwiała Grecja, która na skutek nieodpowiedzialnej polityki państwa zbankrutowała. Wstrzymało to apetyty etatystów do dalszej ekspansji państwa w gospodarkę.

Nauka z tych 5 lat jest taka, że wszystkie kryzysy są do siebie podobne, a prawa ekonomii zawsze działają tak samo. Ten kryzys różnił się tym od poprzednich, że tym razem odbywał się w skali globalnej i to jeszcze w błyskawicznym tempie. A przyczyniły się do niego serie błędów administracji państwowej - zbyt niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych, wspieranie zakupów nieruchomości przez osoby, których nie było na to stać i regulacje bankowe Bazylea II, zachęcające do wyprowadzania kredytów hipotecznych przez banki poza bilans. Na tych sterydach zadłużenie banków inwestycyjnych (w wyniku nadmiernej wcześniejszej deregulacji w tym zakresie) narastało do niespotykanych rozmiarów aż do … przekłucia balonu i - w konsekwencji - wielkiej recesji. Sektor prywatny też nie jest bez winy, czego najlepszym przykładem była nierzetelność agencji ratingowych i wchodzenie z kredytem w obszary podwyższonego ryzyka, nie bacząc na przyszłe konsekwencje.

Druga odsłona kryzysu pokazała, że tak samo nieodpowiedzialnie jak banki zadłużały się państwa. Niestety, poprzez niewłaściwe sygnały rynek brnął w tą otchłań z przekonaniem, że Europejski Bank Centralny stoi za bezpieczeństwem greckich obligacji - przed kryzysem traktował je podobnie jak bezpieczne obligacje niemieckie. Potem okazało się, że to było złudne ... i nikt już nie był skłonny finansować greckiego bankruta.

Najważniejszym wnioskiem z kryzysu jest to, że gospodarka odporna na kryzys to taka, która stale poprawia swą konkurencyjność, nie używając do tego dopalaczy.  Czyli mowa tu o krajach, które nie są ani za bardzo zadłużone, ani nie oszalały na punkcie konsumpcji. Właśnie taki model przyjęli Niemcy i tą drogą w jakimś sensie podążała też Polska. Nam udało się uniknąć przegrzania rynku nieruchomości, ze względu na ograniczenia w zaciąganiu kredytów walutowych - ale głównie dlatego, że w porę… przyszedł kryzys i rynek nieruchomości wyhamował. Gdyby boom potrwał jeszcze dwa lata, wartość udzielonych kredytów byłaby znacznie większa, ceny nieruchomości jeszcze wyższe, frank jeszcze słabszy, a konsekwencje dla zwykłych ludzi, którzy spłacali swoje kredyty, bardziej bolesne.

W latach 2004 - 2008 część ludzi uwierzyła, że fundusze inwestycyjne są wstanie zarabiać 30 proc. rocznie i że tak będzie już zawsze. Dziś wiadomo, że jedyne bezpieczne i realne w długim okresie zyski nie mogą przekraczać wzrostu PKB kraju + wysokości inflacji. Z perspektywy czasu widać więc jednoznacznie, że nie było nas stać na obniżkę podatków i składki rentowej, którą zafundował nam jeszcze rząd Prawa i Sprawiedliwości. Obniżyliśmy bowiem podatki nie obniżając wydatków. Z jednej strony m.in. dzięki temu udało nam się przejść przez kryzys suchą nogą (czyli bez wpadnięcia w recesję), ale doprowadziło do wzrostu długu publicznego, co kończy się niestety demontażem OFE. Czego by jednak nie powiedzieć, przez te 5 lat Polska na tle świata nie wypadła najgorzej, ale wyczerpały się nasze dotychczasowe źródła wzrostu. Dalej tak łatwo rosnąć jak w przeszłości już nie będzie.

Obecnie banki centralne walczą ze spowolnieniem, drukując pieniądze. Przoduje w tym Bank Anglii, przyspiesza bank Japonii i powoli zwalnia Fed. To lekarstwo pomaga bankom komercyjnym, ale nie przekłada się specjalnie na realną gospodarkę. Jednocześnie wiadomo, że lekarstwo to ma skutki uboczne i to nieznane. Większość ekonomistów jest przekonanych, że polityka drukowania pieniędzy będzie miała reperkusje w realnej gospodarce, trudno jednak ocenić skalę i miejsca, w których je odczujemy. Do tej pory negatywnym jej skutkiem był skok cen surowców - rekord cen ropy naftowej, złota, bardzo silne umocnienie niektórych walut rynków wschodzących, np. indyjskiej rupii. A na naszym podwórku rekordowo niskie rentowności obligacji.

Od kilku miesięcy amerykański bank centralny zapowiada wycofywanie się z tego programu, co już spowodowało załamanie hinduskiej waluty, a w Polsce odpływ kapitału z rynku obligacji, w wyniku czego wzrosło ich oprocentowanie. A to dopiero początek. Europa będzie teraz powoli się odbudowywać, dopóki... nie uderzy w nas kolejny kryzys.

W przyszłości na pewno czekają nas kolejne zawirowania, będą inne od poprzednich, choć podstawowe cechy zwykle są takie same. Gdybym miał obstawiać, to kolejny kryzys przyjdzie do nas z Azji. Nie sposób jednak przewidzieć, kiedy.

Czego nas nauczyło te 5 lat? Że trzeba uważać, żeby z jednej strony nie przeregulować rynku, nie przesadzić z interwencją państwa. Gdyby trzymano się reguły Taylora (John Taylor, wykładowca Uniwersytetu Stanforda, Podsekretarz Skarbu w rządzie George’a Busha - red.), które mówią o tym, że stopy procentowe powinny zastąpić rynek, kryzysu mogłoby nie być lub byłby znacznie słabszy. W praktyce tak nie było, bo stopy procentowe były zaniżone i to przez długi okres. Rynki oczywiście też nie są doskonałe, stąd potrzeba sensownych regulacji, takich, które nie spowodują wynaturzeń w gospodarce.

Dziś stopy procentowe znów są na rekordowo niskich poziomach i pieniądz po raz kolejny jest bardzo tani. Różnica polega na tym, że teraz gospodarki rozwijają się wolniej niż ich potencjał i wszyscy mają świadomość, jak bardzo ryzykowny jest to stan.

W Polsce o końcu kryzysu będziemy mogli powiedzieć wtedy, kiedy konsumpcja będzie rosła o kilka procent, tempo wzrostu PKB będzie wynosić ok. 3 proc., a przede wszystkim będziemy świadkami wzrostu inwestycji prywatnych. To potwierdzi, że w głowach ludzi kryzys już się skończył i nie boją się inwestować, bo są pewni sytuacji gospodarczej w przyszłości. Sądzę, że tak będzie dopiero w 2015.

2013-11-06 22:02
Polskie wpisy gospodarka, finanse, banki, kryzys, lehman brothers Komentarze (0)
1 | 2 |