29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Po upadku Lehman Brothers dominowało przez pewien czas  przekonanie, że tylko państwo może wspierać i ratować gospodarkę, że rola rządu w gospodarce powinna wzrosnąć, i że to sektor prywatny był odpowiedzialny za kryzys. Dzisiaj wiemy, że obraz jest znacznie bardziej skomplikowany, że to przede wszystkim zła polityka państwa przyczyniła się do błędów sektora prywatnego, co w konsekwencji doprowadziło do najgłębszego od lat 30. załamania gospodarki. Przekonanie to zachwiała Grecja, która na skutek nieodpowiedzialnej polityki państwa zbankrutowała. Wstrzymało to apetyty etatystów do dalszej ekspansji państwa w gospodarkę.

Nauka z tych 5 lat jest taka, że wszystkie kryzysy są do siebie podobne, a prawa ekonomii zawsze działają tak samo. Ten kryzys różnił się tym od poprzednich, że tym razem odbywał się w skali globalnej i to jeszcze w błyskawicznym tempie. A przyczyniły się do niego serie błędów administracji państwowej - zbyt niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych, wspieranie zakupów nieruchomości przez osoby, których nie było na to stać i regulacje bankowe Bazylea II, zachęcające do wyprowadzania kredytów hipotecznych przez banki poza bilans. Na tych sterydach zadłużenie banków inwestycyjnych (w wyniku nadmiernej wcześniejszej deregulacji w tym zakresie) narastało do niespotykanych rozmiarów aż do … przekłucia balonu i - w konsekwencji - wielkiej recesji. Sektor prywatny też nie jest bez winy, czego najlepszym przykładem była nierzetelność agencji ratingowych i wchodzenie z kredytem w obszary podwyższonego ryzyka, nie bacząc na przyszłe konsekwencje.

Druga odsłona kryzysu pokazała, że tak samo nieodpowiedzialnie jak banki zadłużały się państwa. Niestety, poprzez niewłaściwe sygnały rynek brnął w tą otchłań z przekonaniem, że Europejski Bank Centralny stoi za bezpieczeństwem greckich obligacji - przed kryzysem traktował je podobnie jak bezpieczne obligacje niemieckie. Potem okazało się, że to było złudne ... i nikt już nie był skłonny finansować greckiego bankruta.

Najważniejszym wnioskiem z kryzysu jest to, że gospodarka odporna na kryzys to taka, która stale poprawia swą konkurencyjność, nie używając do tego dopalaczy.  Czyli mowa tu o krajach, które nie są ani za bardzo zadłużone, ani nie oszalały na punkcie konsumpcji. Właśnie taki model przyjęli Niemcy i tą drogą w jakimś sensie podążała też Polska. Nam udało się uniknąć przegrzania rynku nieruchomości, ze względu na ograniczenia w zaciąganiu kredytów walutowych - ale głównie dlatego, że w porę… przyszedł kryzys i rynek nieruchomości wyhamował. Gdyby boom potrwał jeszcze dwa lata, wartość udzielonych kredytów byłaby znacznie większa, ceny nieruchomości jeszcze wyższe, frank jeszcze słabszy, a konsekwencje dla zwykłych ludzi, którzy spłacali swoje kredyty, bardziej bolesne.

W latach 2004 - 2008 część ludzi uwierzyła, że fundusze inwestycyjne są wstanie zarabiać 30 proc. rocznie i że tak będzie już zawsze. Dziś wiadomo, że jedyne bezpieczne i realne w długim okresie zyski nie mogą przekraczać wzrostu PKB kraju + wysokości inflacji. Z perspektywy czasu widać więc jednoznacznie, że nie było nas stać na obniżkę podatków i składki rentowej, którą zafundował nam jeszcze rząd Prawa i Sprawiedliwości. Obniżyliśmy bowiem podatki nie obniżając wydatków. Z jednej strony m.in. dzięki temu udało nam się przejść przez kryzys suchą nogą (czyli bez wpadnięcia w recesję), ale doprowadziło do wzrostu długu publicznego, co kończy się niestety demontażem OFE. Czego by jednak nie powiedzieć, przez te 5 lat Polska na tle świata nie wypadła najgorzej, ale wyczerpały się nasze dotychczasowe źródła wzrostu. Dalej tak łatwo rosnąć jak w przeszłości już nie będzie.

Obecnie banki centralne walczą ze spowolnieniem, drukując pieniądze. Przoduje w tym Bank Anglii, przyspiesza bank Japonii i powoli zwalnia Fed. To lekarstwo pomaga bankom komercyjnym, ale nie przekłada się specjalnie na realną gospodarkę. Jednocześnie wiadomo, że lekarstwo to ma skutki uboczne i to nieznane. Większość ekonomistów jest przekonanych, że polityka drukowania pieniędzy będzie miała reperkusje w realnej gospodarce, trudno jednak ocenić skalę i miejsca, w których je odczujemy. Do tej pory negatywnym jej skutkiem był skok cen surowców - rekord cen ropy naftowej, złota, bardzo silne umocnienie niektórych walut rynków wschodzących, np. indyjskiej rupii. A na naszym podwórku rekordowo niskie rentowności obligacji.

Od kilku miesięcy amerykański bank centralny zapowiada wycofywanie się z tego programu, co już spowodowało załamanie hinduskiej waluty, a w Polsce odpływ kapitału z rynku obligacji, w wyniku czego wzrosło ich oprocentowanie. A to dopiero początek. Europa będzie teraz powoli się odbudowywać, dopóki... nie uderzy w nas kolejny kryzys.

W przyszłości na pewno czekają nas kolejne zawirowania, będą inne od poprzednich, choć podstawowe cechy zwykle są takie same. Gdybym miał obstawiać, to kolejny kryzys przyjdzie do nas z Azji. Nie sposób jednak przewidzieć, kiedy.

Czego nas nauczyło te 5 lat? Że trzeba uważać, żeby z jednej strony nie przeregulować rynku, nie przesadzić z interwencją państwa. Gdyby trzymano się reguły Taylora (John Taylor, wykładowca Uniwersytetu Stanforda, Podsekretarz Skarbu w rządzie George’a Busha - red.), które mówią o tym, że stopy procentowe powinny zastąpić rynek, kryzysu mogłoby nie być lub byłby znacznie słabszy. W praktyce tak nie było, bo stopy procentowe były zaniżone i to przez długi okres. Rynki oczywiście też nie są doskonałe, stąd potrzeba sensownych regulacji, takich, które nie spowodują wynaturzeń w gospodarce.

Dziś stopy procentowe znów są na rekordowo niskich poziomach i pieniądz po raz kolejny jest bardzo tani. Różnica polega na tym, że teraz gospodarki rozwijają się wolniej niż ich potencjał i wszyscy mają świadomość, jak bardzo ryzykowny jest to stan.

W Polsce o końcu kryzysu będziemy mogli powiedzieć wtedy, kiedy konsumpcja będzie rosła o kilka procent, tempo wzrostu PKB będzie wynosić ok. 3 proc., a przede wszystkim będziemy świadkami wzrostu inwestycji prywatnych. To potwierdzi, że w głowach ludzi kryzys już się skończył i nie boją się inwestować, bo są pewni sytuacji gospodarczej w przyszłości. Sądzę, że tak będzie dopiero w 2015.

2013-11-06 22:02
Polskie wpisy gospodarka, finanse, banki, kryzys, lehman brothers Komentarze (0)