29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

Według agencji S&P straty spowodowane zamknięciem rządu USA przez 16 dni wyniosły 24 miliardów dolarów, czyli 0,6 proc. PKB. To sporo jak na tak krótki okres. Wciąż jednak nie ma pewności czy 7 lutego, czyli w dniu kiedy upłynie kolejny termin na zwiększenie limitu amerykańskiego długu, znów uda się obu partiom dogadać. A rynki - tak jak były entuzjastyczne w okresie shutdown, tak są i teraz. Bowiem paradoks dzisiejszych czasów polega na tym, że trudności budżetowe nie zachwiały nastrojów rynkowych, wręcz przeciwnie - zwiększyły prawdopodobieństwo opóźnienia całej operacji ograniczenia luzowania monetarnego. Horyzont rynków  finansowych po całym kryzysie finansowym zamiast się wydłużyć - znacznie się skrócił. Wiadomo przecież, że prędzej czy później polityka taniego pieniądza musi się skończyć, niestety świat finansów uzależnił się od niego jak od morfiny – im więcej podają, tym lepiej, a później -jakoś to będzie. Co więcej, najlepszym rozwiązaniem dla rynku byłaby sytuacja, w której przy poprawiających się wskaźnikach gospodarczych FED nie zaprzestawałby druku pieniądza. Ciekawe, czy za odchodzącego prezesa FED członkowie komitetu decydującego o stopach procentowych zdecydują się wynieść tę wazę z ponczem. Znane powiedzenie bankierów centralnych mówi bowiem o tym, że należy ją wynosić wtedy, kiedy impreza zaczyna się na dobre rozkręcać. Patrząc na kolejne rekordy indeksów giełdowych i szaleństwo w napływie kapitału na rynki wschodzące, wygląda raczej na to, że impreza już trwa na dobre.

FED w czerwcu zapowiedział, że tak długo jak poziom bezrobocia nie spadnie poniżej 7 procent, nie ma sensu wstrzymywać programu pompowania w gospodarkę 85 miliardów dolarów miesięcznie. Co prawda poziom ten nie został osiągnięty, ale jest już bardzo blisko – ostatnie dane wskazują na wskaźnik wyższy od oczekiwanego poziomu o 0,3 punktu procentowego. Stąd też zapowiedź rychłego wychodzenia z tego programu, później skorygowana, gdyż wywołała nadmierną reakcję rynkową. Niemniej gospodarka amerykańska, pomimo zawirowań politycznych, ewidentnie wyszła z kryzysu. Teraz głównym wyzwaniem będzie odstawienie sterydów i zajęcie się długiem publicznym, który przekroczył już poziom 100 proc. w relacji do PKB.

Tyle, że zarówno Bernanke, jak i tym bardziej przyszła prezes FED Yellen, bardziej obawiają się spowolnienia w wyniku zbyt wczesnego odstawienia kroplówki niż wstrząsów na rynkach finansowych i w krajach zaliczanych do rynków wschodzących.  Stąd też moja obawa, a zarazem nadzieja rynku, że w najbliższych miesiącach te 85 miliardów dolarów nadal będzie wpływać co miesiąc do gospodarki. Szczególnie, że z powodu „zamknięcia rządu” pojawiają się już wątpliwości co do jakości danych zbieranych w październiku, szczególnie dotyczących rynku pracy. Kolejne pełnowartościowe dane znane będą dopiero… w grudniu, informując o statystykach listopadowych. To może być dodatkowy czynnik, wspierający postawę oczekiwania. Zarówno na nowego szefa FED-u, jak i na ostateczne rozstrzygnięcie kwestii limitu długu, o czym, jak już wie cały świat, muszą wspólnie zadecydować Demokraci i Republikanie.  Jeśli się znów nie dogadają, to czeka nas kolejne zamknięcie rządu, co dziś wcale nie wydaje się nierealne.

Dlatego też wygląda na to, że wciąż będą drukować dolary. Zapewne nie zaszkodzi to Ameryce tak jak światu, gdyż kraj ten ma tę przewagę nad innymi, że jest w stanie eksportować część swoich problemów. I tak się dzieje i tym razem.

 

2013-11-06 22:09
Polskie wpisy gospodarka, fed, usa, polityka monetarna, kryzys Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Parę spraw w ostatnim dwudziestoleciu nam się udało. Jednym z ważniejszych osiągnięć była Konstytucja, która ustabilizowała rządy w Polsce, wprowadziła limit długu (co jak na owe czasy było dość odważnym rozwiązaniem) i zagwarantowała niezależność banku centralnego. Wprowadzone zostało też nowe ciało – Rada Polityki Pieniężnej, której powierzono odpowiedzialność za stabilność złotówki. Dziś można śmiało stwierdzić, że zapisy te przetrwały próbę czasu. Kolejne składy RPP wywiązały się ze swojego mandatu i co najważniejsze zawsze były niezależne od bieżącej polityki. I polityków. Ktoś może powiedzieć, że aż nadto, szczególnie gdy pierwsza Rada poprzez zdecydowaną politykę antyinflacyjną doprowadziła do spowolnienia gospodarczego i w konsekwencji do upadku rządu Jerzego Buzka. Rządu, który przecież powołał większość członków tamtej Rady.

Można mieć różnego rodzaju zarzuty do kolejnych składów RPP. A to, że zwykle zbyt dużą wagę przykładały do bieżącej inflacji, podczas gdy powinni działać wyprzedzająco. A to, że komunikacja z rynkiem – dyplomatycznie to ujmując – do najdoskonalszych nie należała. A to, że do składów Rady nie zawsze trafiali specjaliści od polityki monetarnej. A to, że co sześć lat nowy skład uczy się niejako sztuki polityki pieniężnej w praktyce od nowa. Te zarzuty jednak bledną w konfrontacji z faktem, że dla każdego ze składów najważniejszym był mandat ustawowy, którego konsekwentna realizacja stała się wielkim osiągnięciem polskiej transformacji. I co najważniejsze, dominująca większość członków RPP była naprawdę niezależna politycznie od tych, którzy ich wybierali.  Od momentu powołania gros z nich nie bało się głosić poglądów sprzecznych z oficjalnym stanowiskiem rządu. Było tak dlatego, że siłą Rady była jej kadencyjność i to, że członkiem tego grona można było być tylko raz. Tak więc każdy z wybranych w swych działaniach odpowiadał przede wszystkim przed Bogiem i Historią.

Przy projektowaniu jakichkolwiek zmian trzeba pamiętać, że polityka pieniężna często wchodzi z kolizję z bieżącą polityką rządu. W okresie spowolnienia gospodarczego politycy chcieliby, aby stopy procentowe były niskie, by tym samym wspierały wzrost. W krótkim okresie oczywiście; niekoniecznie interesując się tym, co będzie z inflacją za dwa, trzy lata. A w dłuższym horyzoncie nie da się grać ani z gospodarką, ani z rynkami finansowymi. Zbyt niskie stopy procentowe zawsze prowadzą do przegrzania gospodarki, albo tak jak się to stało w Stanach Zjednoczonych – poprzez nadmierny boom w budownictwie mieszkaniowym, lub po prostu sprzyjając nadmiernej ekspansji kredytowej, która jest korygowana przy wzroście inflacji – poprzez wyższy koszt kredytu. Nadmiernie niskie stopy (i dzięki temu niskie oprocentowanie papierów rządowych) działają na rynki finansowe tak długo, jak będą one wierzyć, że inflacja nie wzrośnie. Wraz ze wzrostem wskaźnika inflacji w naturalny sposób wzrosną koszty pieniądza – rynek bowiem będzie antycypował odpowiednio przyszłe wzrosty stóp procentowych. Ciało monetarne, jakim jest RPP, powinno spełniać rolę niejako naturalnej ręki rynku, dostosowując koszt pieniądza do gospodarczej sytuacji. Jeśli tego nie robi, dostosowania te następują skokowo i tym samym znacznie bardziej boleśnie. Rolą ciał monetarnych jest poszukiwanie stabilności, bez względu na to, kto jest u sterów władzy.

W tym kontekście zaproponowana ostatnio dwukadencyjność członków RPP burzy ten porządek, istotnie bowiem ogranicza niezależność członków tego gremium. Jest to bardzo złe rozwiązanie, gdyż niektórzy nie będą w stanie nie ulec presji i będą przypodobywać się obecnie rządzącym, po to, aby zostać wybranym na kolejną kadencję. A nie mogłoby być nic gorszego niż gdyby cel inflacyjny został zastąpiony nowym – reelekcyjnym.

2013-11-06 21:57
Polskie wpisy nbp, rpp, bank centralny, polityka monetarna, Rada Polityki Pieniężnej Komentarze (0)