29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

 Wtorkowa Rzeczpospolita doniosła, iż według sondażu Homo Homini „przeszło 60 proc. ankietowanych popiera odprowadzanie składek emerytalnych od umów zleceń i umów o dzieło, nawet w przypadku jeśli będzie to oznaczało niższe wynagrodzenie”. Akceptacja stabilności zatrudnienia nie jest żadnym zaskoczeniem, każdy wolałby pracować w warunkach bardziej stabilnych, a opłacanie składek tę stabilność zwiększa. Tyle, że jak to zwykle w sondażach, czym innym są deklaracje a czym innym sytuacja realna, w której zleceniobiorca stoi przed konkretnym dylematem: czy dostać mniej na rękę, czy też akceptować rozwiązanie mniej stabilne.

Dlatego też druga część wniosków z tego sondażu kłóci się z praktyką, zleceniobiorcy wybierają tę formę kontraktu o pracę ze względu na to, że im się to prostu bardziej opłaca. Proszę pamiętać, że na składkę zus-owską składa się część emerytalna, rentowa, chorobowa i wypadkowa; te ostatnie trzy mają de facto charakter podatku a nie ubezpieczenia.  Zauważmy, że Polacy nie garną się specjalnie do płacenia składek, w polskim prawie istnieje możliwość dobrowolnego dodatkowego ubezpieczenia w ZUS, z którego jakoś tak mało kto korzysta. A dominująca większość prowadzących działalność gospodarczą nie wiadomo dlaczego woli płacić minimalną stawkę ryczałtową, a nie wpłacać nieco więcej do ZUS. Jest też tak, że w powszechnym przekonaniu to ten zlecający powinien ponieść koszt związany z opłacaniem składek, a nie przyjmujący zlecenie.  Dlatego apelowałbym o ostrożność i rozsądek w wyciąganiu wniosków z tego typu sondaży, gdyż dotyczą one realnej gospodarki, gdzie zależności pomiędzy oskładkowaniem pracy a poziomem bezrobocia dla wielu nie są oczywiste.

Faktem jest, że w Polsce nadużywane jest stosowanie umów tymczasowych. Ta specyfika polskiego rynku nie wynika jednak z naszych cech narodowych, tylko wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej w latach 2012 i 2013. Przypomnieć należy, że dekadę temu, kiedy wzrost gospodarczy spowolnił do jednego procenta, bezrobocie wzrosło do 20 proc. Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby to, że prawie 2 miliony Polaków znalazło pracę za granicą, obniżając tym samym ogólny poziom bezrobocia. Ale sytuacja na rynku pracy łatwa w 2013 roku nie była, nie wspominając o wciąż wysokim bezrobociu strukturalnym i o bezrobociu ukrytym na wsi. Tak długo więc jak rynek pracy będzie rynkiem pracodawcy, a tak jest właśnie teraz, tak długo pracownik będzie zmuszony w większości przypadków akceptować warunki oferowane przez zlecającego. W 2015, kiedy sytuacja gospodarcza ma szansę być znacznie lepsza, pracownik będzie już w stanie wymusić przerzucenie kosztu składki na pracodawcę, a to oznaczałoby znacznie zmniejszenie nadużyć związanych z umowami czasowymi. Przy lepszej koniunkturze bowiem pracodawcę będzie na poniesienie takiego kosztu stać.

W przypadku umów tymczasowych należałoby walczyć z patologiami, a nie z całym systemem. Jeśli śruba zostanie za bardzo przykręcona, to Polacy będą zatrudniani przed firmy outsourcingowe za granicą… świadcząc potem usługi w Polsce. Tak już się w niektórych branżach dzieje. Ważne jest, aby nasi decydenci, zamiast kierować się wynikami sondaży, sprawdzili jak w rzeczywistości działa polski rynek pracy, szczególnie w innych obszarach niż administracja państwowa.

2014-01-29 20:52
Polskie wpisy ekonomia, gospodarka, zus, pracodawca, rynek pracy, umowy śmieciowe, oskładkowanie umów Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Na nowo powróciła dyskusja o tym, czy ta forma umowy o pracę jest dobra dla korzystających z niej. Zanim wylejemy przysłowiowe wiadro pomyj na tę formę zatrudnienia, dobrze byłoby rozdzielić sytuacje, gdzie mamy do czynienia z patologią, a gdzie umowy te używane są zgodnie z ich przeznaczeniem.


Umowy zlecenia mają służyć wykonaniu konkretnej usługi. Jeśli umowa taka jest podpisywana po raz kolejny z tym samym pracodawcą, to z automatu zostaje oskładkowana. Podpisanie pojedyńczej umowy zlecenia trudno jednak nazwać umową o pracę, bo charakter takiego stosunku pracy jest zwykle tymczasowy. Z kolei umowa o dzieło powinna dotyczyć wykonania konktretnego dzieła, które ze swej natury powinno mieć charketer wyjątkowy i jednorazowy, trudno więc znaleźć uzasadnienie dla oskładkowania tego typu kontraktu.

Niemniej - jak to w życiu bywa - zdarzają się nadużycia, szczególnie w okresie, kiedy gospodarka zwalnia. Przedsiębiorcy szukają oszczędności, a także najbardziej elastycznych form zatrudnienia. Sektor publiczny z kolei również oszczędzając, a do tego obawiając się posądzenia o działanie na szkodę państwa, w ramach zamówień publicznych wybiera zwykle oferty o najniższej cenie. Często najważniejszym czynnikiem kształtującym tę najniższą cenę są właśnie wynagrodzenia. I tu koło się zamyka. Najniższe wynagrodzenie to oczywiście nie umowa o pracę, ale kilka umów zleceń podpisywanych jednocześnie… wraz z umową o pracę na jedną ósmą etatu. I to jest ewidentnie patologia. Z patologiami należy walczyć, nie zapominając przy tym o tym, że z umów tych korzystają też setki tysięcy osób, dla których ta właśnie forma jest najwłaściwszą. Artysta malarz powinien móc korzystać z formy umowy, jaką daje umowa o dzieło, ale malarz pokojowy już nie.

W Polsce mamy kilka systemów podatkowych funkcjonujących równolegle. Dla pracowników etatowych, w tym wszystkich urzędników państwowych, mamy system powszechny z dwiema stawkami podatkowymi i pełnym ozusowaniem dochodu do trzydziestokrotności średniej krajowej. Obok funkcjonuje system podatkowy dla osób prowadzących działalność gospodarczą, zwykle płacą oni zryczałtowaną minimalną składkę „zusowską” i podatek zgodnie ze skalą progresywną, lub też podatek liniowy 19 proc. bez możliwości jakichkolwiek odliczeń.  No i trzeci system, oparty na umowach czasowych, gdzie w przypadku prac terminowych możliwe jest niepłacenie składek.  Czwarty to KRUS, dla rolników, z niższymi podatkami i składkami. W ekonomii znane jest pojęcie arbitrażu, czyli poszukiwania najkorzystniejszych rozwiązań z dostępnych na rynku. Jeśli system umów czasowych zostanie w znaczny sposób ozusowany, to nastąpi naturalny odpływ znacznej części osób do systemu drugiego, czyli działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek lub do KRUS-u. Innymi słowy, przychody ZUS znacznie nie wzrosną, część osób straci pracę, a ci, dla których umowa czasowa jest najwłaściwszą formą stosunku pracy, dostaną na rękę mniej.

Dlatego też, poszukując rozwiązań likwidujących patologie, trzeba pamiętać o tym, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Przy czym przydałoby się też uderzyć we własne piersi i skończyć z niechlubną erą „najniższej ceny”. To wymaga od urzędników większej odwagi i wzięcia na siebie części ryzyka projektu. Ale przecież nie ma nic gorszego niż wygrana firmy, która w ogóle nie nadaje się do zamawianego zadania i wygrywa wyłącznie poprzez kryterium najniższej ceny.

Elastyczne formy zatrudnienia są potrzebne, nie mogą być jednak nadużywane. W krajach gdzie stosunki pracy są sztywne, bezrobocie jest znacznie większe niż w Polsce, w szczególności wśród ludzi młodych. Zbyt daleko idąca krucjata przeciw tzw. „śmieciówkom” część obecnie pracujących wepchnie w szarą strefę, innych w działalność gospodarczą, a jeszcze innym obniży dochody.  System trzeba cywilizować, ale nie niszczyć.

2014-01-29 20:50
Polskie wpisy gospodarka, zus, rynek pracy, umowy śmieciowe, umowa o pracę, elastyczne formy zatrudnienia Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Artykuł ukazał się w magazynie Forbes

Problem z tym wzrostem płac jest wyolbrzymiony. Dla firm, w których płace rosną szybciej niż wydajność, w dłuższej perspektywie nie ma przyszłości. Bo przez jakiś czas ten szybszy wzrost płac zjadać będzie zyski, aż do momentu, kiedy zyski przerodzą się w straty.

Jak rozumiem apel o podwyżki dotyczy tych, których na to stać i którzy w większym niż dotychczas stopniu powinni podzielić się z pracownikami tym, co się wspólnie uda wypracować. Brzmi dość przekonywająco. Zanim jednak sięgniemy do kieszeni pracodawców, musimy zrozumieć czy ta niechęć do płacenia wynika ze złej woli, czy też z czegoś więcej. Porównując więc udział wynagrodzeń w gospodarce pomiędzy Polską a Europą, powinniśmy sobie odpowiedzieć, z czego ta różnica wynika.

Po pierwsze, większość inwestycji w Polsce finansowana jest z własnych kapitałów. W mało którym kraju kredyt bankowy jest źródłem tylko dla 30 proc. inwestycji. Koszt oprocentowania kredytu w Polsce jest wyższy niż w większości zamożnych krajów strefy euro. Po drugie, mało kto wierzy, że obecne niskie stopy procentowe będą na tak niskim poziomie przez dłuższy czas. Te dwa czynniki mają fundamentalne znaczenie dla polskich przedsiębiorców – muszą oni bowiem finansować swe inwestycje głównie z wypracowanego zysku, a za wspierający kredyt płacą więcej niż inni. I łatwo go nie dostają. Po trzecie, wszyscy polscy eksporterzy biorą całe ryzyko kursowe na siebie – importera z Niemiec czy Holandii nie interesuje, jaki jest kurs wymiany euro na złotego w dniu dostawy. Polski przedsiębiorca musi mieć „przestrzeń finansową” na tego typu ryzyko. Skrajny wariant zmian w OFE, który wciąż mam nadzieję nie będzie ostatecznym, odciąłby kolejne źródło finansowania polskich firm, jakim były finansowane przez fundusze emerytalne IPO i obligacje korporacyjne. W tym naprawdę niełatwym jak na warunki europejskie świecie, polski przedsiębiorca musi sobie radzić. Ktoś powie, że 200 miliardów depozytów firm wygląda na przesadne zabezpieczenie. Ale to nie są pieniądze firm przeznaczone na bieżące wydatki czy na zbytki właścicieli. Pieniądze te czekają na dobry moment, na zainwestowanie ich w nowe technologie, zwiększenie mocy wytwórczych czy też po prostu na niezbędne podtrzymanie obecnego stanu produkcji. Tyle o ograniczeniach.

Coraz więcej firm jest skłonnych „płacić więcej”. To płacenie więcej nie polega jednak na podwyższaniu wynagrodzeń, lecz na zwiększaniu udziału części zmiennej, uzależnionej od wyników. Czyli im więcej uda nam się wspólnie zarobić – tym więcej będziesz miał w kieszeni. Taki system przypomina trochę pracę akordową, ale powiedzmy sobie wprost: wynagrodzenia z umów o pracę są kosztem stałym przedsiębiorstwa, a udział w zyskach - już nie. Każdy odpowiedzialny przedsiębiorca musi ograniczać koszty stałe – inaczej pierwsze lepsze załamanie w branży może doprowadzić do jego upadku. Tyle że przejście na znacznie większy udział części zmiennej nie jest chyba tym, o co chodziło Erykowi Stankunowiczowi w tekście?

I na koniec pamiętajmy: w silnym spowolnieniu rynek pracy jest rynkiem pracodawcy. Pracodawca szuka oszczędności wszędzie, żeby przetrwać. W latach 2006-2008 było inaczej, pracownik mógł żądać, a pracodawca płacił w obawie przed utratą fachowca. Za dwa lata nasz rynek pracy powinien wrócić do pewnej równowagi, ale przez długie lata będzie inny od tego na Zachodzie.

2013-11-06 22:04
Polskie wpisy gospodarka, płace, pracodawcy, rynek pracy, wzrost gospodarczy Komentarze (0)