29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

  

Witold Gadomski:  Od kiedy spotykamy się w tym gronie, głównym tematem jest światowy kryzys finansowy. Jak długo temat ten będzie powracał, dlaczego próby jego przezwyciężenia nie dają dobrych efektów?

 

Ryszard Petru: Przyszłość strefy euro jest w rękach polityków, a nie rynków finansowych. W lutym i marcu na rynkach zapanowała chwilowa euforia. Pamiętam jak w lutym prezes jednego z funduszy inwestycyjnych powiedział: No, na szczęście Monti uratował Europę. Panowało przekonanie, że najgorsze już za nami. Ta euforia była nadmierna, ale teraz mamy nadmierną panikę.

 

Jeśli przyjrzymy się temu, co się działo w Europie w ostatnim roku, to jednak widać postęp, choć nie wystarczający. Premier Włoch Mario Monti zaczął wprowadzać reformy, choć nie udało mu się zreformować rynku pracy. Premier Portugalii Pedro Coelho też reformuje finanse i gospodarkę swego kraju. W Hiszpanii kryzys banków okazał się większy niż można było przypuszczać, ale dla premiera Mariano Rajoy’a to powinno to być korzystne, gdyż kryzys wymusza reformy, do których rząd w innych okolicznościach nie byłby zdolny. Dobrym przykładem jest blokowana przez wiele lat dyrektywa usługowa, którą teraz pod naciskiem kryzysu należałoby w końcu przyjąć. Klasa polityczna w Europie, chcąc nie chcąc staje się bardziej reformatorska pod wpływem kryzysu właśnie. Za mało mówimy o Irlandii, która z kryzysem radzi sobie znacznie lepiej niż kraje południa Europy.

 

Najtrudniejszą sprawą jest rzecz jasna Grecja. Będzie ona „na kroplówce” niezależnie od tego, czy wyjdzie ze strefy euro, czy nie. Jestem przekonany, że bez względu na wynik wyborów Europa będzie chciała z nowym rządem greckim renegocjować porozumienie. Nie przyzna tego oficjalnie, ale jest przygotowana na taki wariant. Doświadczenie Europy pokazuje, że gdy się nie rozmawia, zawsze się traci. W samej Grecji, nawet gdyby wygrała Syriza, lider tej partii nie ma żadnego interesu w tym aby wyjść ze strefy euro, gdyż na skutek gospodarczego zamętu po kilku miesiącach straciłby władzę. Doszłoby bowiem do ogromnej dewaluacji waluty, co trudno zrobić w sposób kontrolowany. Społeczeństwo zostałoby zubożone w stopniu znacznie większym niż na skutek realizacji programu, uzgodnionego przez poprzednie rządy z Unią Europejską i MFW. Przez długi czas nikt nie byłby zainteresowany w inwestowaniu jakichkolwiek pieniędzy w takim kraju W Hiszpanii najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie program pomocy dla tamtejszych banków. Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że skuteczna restrukturyzacja banków jest możliwa, musi być jednak głęboka i skuteczna. I tak trzeba w końcu zrobić w Hiszpanii. A EBC będzie jak będzie trzeba będzie interweniował, włącznie ze skupowaniem obligacji, choć będzie starał się to przedstawić w taki sposób, by nie narazić się na zarzut, że łamie europejskie prawo, które takich interwencji zakazuje.

 

Nie ma wyjścia idealnego. EBC nie ogłosi, że prowadzi skup europejskich długów, ale ma ten oręż na wypadek gdyby miało dojść do najgorszego, czyli runu na banki. Oczywiście interwencja banku centralnego rozwiąże problem na krótką metę. Fundamentalne problemy pozostaną. Ale rozmawiając o długach, zapominamy czasem o drugiej stronie. Europa ma potężne aktywa – depozyty ludności, gotówkę firm, które często są nadpłynne. Niepewność i wysokie rentowności krajów Południa biorą się przede wszystkim z tego że nie widać tam perspektywy wzrostu. Ale im głębszy będzie kryzys, tym większa będzie presja na polityków, by coś robili dla wzrostu gospodarczego, ale poprzez reformy strukturalne, a nie pompowanie pieniędzy państwowych. Końca świata nie będzie. Po wyborach greckich może się okazać, że sytuacja wcale nie jest taka zła, jak rynki dziś się obawiają

 

WG: Jakie są szanse na to, że wzrost gospodarczy w krajach rozwiniętych przyspieszy? Czy możliwe jest stymulowanie wzrostu?

 

RP: Niemcy są przykładem kraju, któremu udało się prowadzić politykę prowzrostową. Gospodarka tego kraju korzysta ze strefy euro – waluta jest relatywnie słaba – i z rozszerzenia UE – bowiem duża część produkcji została przeniesiona do tańszych krajów, takich jak Polska. Niemcy potrafiły skorzystać na rozszerzeniu Unii, a Francja, która broniła swego przemysłu, nie. Komponenty produkowane są u nas, a u siebie firmy niemieckie skupiają się na produktach o wysokiej wartości dodanej i tych finalnych oczywiście. Akurat Niemcy powinni być w stanie zaakceptować dyrektywę usługową, gdyż stosowany przez nich outsourcing jest namiastką deregulacji rynku usług.

 

Metodami fiskalnymi lub pieniężnymi wzrost można w krótkim okresie pobudzić, ale teraz nie ma już na to pieniędzy. W bogatych krajach inwestycje państwa w infrastrukturę mogą pobudzać wzrost w  ograniczonym stopniu – gdyż wzrost pochodzi z innowacji, a tych nie tworzy sektor publiczny. Większy sens mają w Europie Środowowschodniej, gdyż przynoszą efekty i popytowe i podażowe, tych drugich bogata Europa już poprzez wydatki publiczne nie tworzy.  Dyskusja wzrost, czy oszczędności jest absurdalna, bo przecież oszczędności robi się między innymi po to, by płacić mniejsze odsetki od długu, by była możliwość zmniejszenia podatków, a tym samym pobudzenie wzrostu.

 

WG: Czy kryzys europejski bardzo dotknie Polskę?

 

RP: Gospodarka zgodnie z oczekiwaniami zwalnia. Kolejne kwartały będą coraz wolniejsze. W przyszłym roku wzrost wyniesie około 2 proc. Odczujemy recesję w Europie Zachodniej i stagnację w Niemczech. Już w tym roku po zakończeniu Euro przyjdzie ostre cięcie inwestycji publicznych i funduszy unijnych. W dłuższej perspektywie mamy duże potrzeby inwestycyjne w energetyce, o których była mowa. To może być potencjalnie silny czynnik wzrostu, choć fakt, że energetyka jest zdominowana przez firmy państwowe sprawia, że tych inwestycji wiele nie będzie. Dodatkowo możemy się spodziewać wciąż wysokiej inflacji na skutek słabego złotego.

 

Polska powinna mieć plan B. Oczekiwałbym, że minister finansów przedstawi taki plan premierowi – co należy robić, jeśli sprawy pójdą gorzej niż zakładamy w wariancie bazowym. Obawiam się, że minister ma w zanadrzu nienajlepsze pomysły: podwyżka składki rentowej,  VAT oraz zupełna likwidacja OFE. Taki plan dobiłby gospodarkę i wówczas rzeczywiście moglibyśmy wejść w recesję. Chwilowy spokój jaki panuje i euforia związana z Euro powinny być wykorzystane na przeprowadzenie reform – deregulacji, reform usług publicznych, przyspieszenia prywatyzacji, zwłaszcza energetyki.

 

2012-06-11 12:49
Polskie wpisy Komentarze (0)

Komentarze