|
2010-09-01 09:53
Ireneusz Wieczorek do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Witam Panie Ryszardzie
Dla mnie wystarczy jedno stwierdzenie z Pana artykułu..." może[...]
2010-08-31 11:32
Paweł Baranowski do wpisu:
Plusy dodatnie planu
Wieloletni Plan Finansowy to dokument, w którym założono szereg działań "liftingujących"[...]
2010-08-31 11:08
RoBo_invest do wpisu:
Skończmy już tę dyskusję o OFE
Po pierwsze nie bedzie reformy KRUS bo rolnicy beda straszyc podwyzkami. Taka reforma powinna[...]
Z kwartału na kwartał mamy coraz lepszą strukturę PKB i obserwujemy coraz szybszy wzrost naszego dochodu. Najbardziej pozytywną niespodzianką opublikowanych w poniedziałek danych była informacja o silnym wzroście konsumpcji prywatnej w drugim kwartale. Polacy, jak się okazuje, są skłonni bardziej konsumować z kwartału na kwartał, a pomaga im w tym coraz szybszy wzrost płac, rosnące, co prawda powoli ale zawsze, zatrudnienie i spadająca inflacja. O ile sama tendencja wzrostu konsumpcji nie zaskakuje to zaskakująca była skala tego przyrostu. W sumie realna dynamika konsumpcji na poziomie zbliżonym do 3% ostatnio była widziana w pierwszym kwartale 2009, czyli na początku kryzysu w Polsce. Słabo wypadły inwestycje, ale tego się spodziewano. Wciąż siłą napędową projektów inwestycyjnych w Polsce jest sektor publiczny, czyli budowa dróg, autostrad i stadionów. Inwestycje prywatne wciąż są na minusie. Na szczęście minus inwestycji ogółem jest coraz mniejszy. Wciąż jednak główną słabością jest ujemna dynamika inwestycji prywatnych. Sądząc z wcześniej opublikowanych danych, duże przedsiębiorstwa zainwestowały w drugim kwartale o 18% mniej niż w analogicznym okresie w roku poprzednim. Biorąc po uwagę fakt, że budownictwo, po przemyśle, było drugą co do dynamiki siłą napędową gospodarki należy wnioskować, że to właśnie projekty infrastrukturalne powodują, że inwestycje w sumie były niższe tylko o 1.7% niż rok wcześniej. Nie zmienia to jednak faktu, ze bez inwestycji prywatnych nie da się uzyskać wysokich dynamik wzrostu gospodarczego w dłuższym okresie. Co więcej, nie będzie też możliwe znaczne obniżenie wskaźnika bezrobocia i w ogóle podnoszenia wartości dodanej polskiej gospodarki. Zasadniczym więc wydaje się pytanie dlaczego polscy przedsiębiorcy inwestują w tym roku mniej niż w zeszłym. Nie ma dokładnych badań które pomogłyby odpowiedzieć na to pytanie. Jako najbardziej prawdopodobną hipotezę przyjąłbym wstrzymywanie się z inwestycjami ze względu na niepewność globalnego otoczenia. Po przejściu kryzysu finansowego wielu przedsiębiorców na własnej skórze przekonało się jak bolesne dla ich własnych przedsięwzięć mogą być turbulencje na rynkach światowych, nawet bardzo odległych od naszych granic. A dziś wciąż nie ma jasności co do globalnych perspektyw. Najpierw w tym roku kryzys Grecji, który chwilę później przerodził się z swego rodzaju kryzys zaufania do wspólnej waluty. Teraz obawy w Stanach Zjednoczonych o zbliżanie się drugiego dna recesji. I na koniec zapowiedzi podwyżek podatków w Polsce, co mogło być przez część polskich przedsiębiorców odebrane jako sygnał, że wcale nie jest tak różowo jak na zielonej wyspie miało być. Tak czy inaczej perspektywy na najbliższe kilka kwartałów na świecie są co najmniej niepewne. I prawdopodobnie większość polskich przedsiębiorców też w ten sposób to postrzega. I wstrzymuje się z inwestycjami. Na szczęście przedsiębiorstwa odbudowują zapasy, co świadczy o tym, że jesteśmy w fazie ożywienia gospodarczego. Zanim zaczną inwestować na szeroką skalę muszą odbudować stan zapasów sprzed kryzysu. Tak zawsze się dzieje – jak gospodarka zwalania zapasy są wyprzedawane, jak się rozpędza są odbudowywane. Oczywiście sama odbudowa zapasów nie wystarczy - potrzebne są również perspektywy i wiara w to, że inwestować się opłaca. Na szczęście szybko rośnie eksport. Co prawda udział eksportu netto był w drugim kwartale lekko ujemny, ale nie zmienia to faktu, ze szybko rosnący eksport pobudza produkcję przemysłową, która była najszybciej rosnącą kategorią z tzw. strony podażowej gospodarki. Wzrost wartości dodanej w przemyśle w drugim kwartale był najwyższy od drobnych kilku lat (wyniósł 13,1%). To właśnie eksport był główną siłą napędową wzrostu wartości dodanej w przemyśle. A rosnąca produkcja przemysłowa to coraz większe wykorzystanie mocy produkcyjnych, co w pewnym momencie pomoże podjąć decyzje o dalszych inwestycjach. Ale na to trzeba będzie jeszcze poczekać co najmniej dwa kwartały. 2010-09-01 09:58
Zostałem poproszony o to aby pozytywnie spojrzeć na Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2010 – 2013. Każdy porządny dwuręczny ekonomista w planie takim znajdzie zarówno złe jak i dobre strony. Nie będę więc w tym artykule powtarzał argumentów wskazujących na to czego w tym planie brakuje i co jest zbyt optymistyczne. Nie wspominając o realnym okresie obowiązywania tego planu. Postaram się skupić na pozytywach, bo takie też istnieją. Najbardziej podoba mi się szczerość tego dokumentu. Pokazano w nim bowiem planowaną ścieżkę relacji długu do PKB w najbliższych czterech latach, z której wynika, że przy nieco gorszym scenariuszu drugi próg ostrożnościowy z ustawy o finansach publicznych w każdej chwili może być przekroczony. W dokumencie pojawia się nawet zdanie, że plan „nie przewiduje sytuacji, w której relacja długu publicznego w relacji do PKB przekroczy 55%, co oznaczać powinno brak dalszej konieczności podwyżek stawek VAT po 2011 roku”. Wynika z tego dość jasno, że brany jest pod uwagę scenariusz, w którym dług próg przekroczy a rząd będzie po raz kolejny musiał podnieść VAT. Podoba mi się to, że zamiast uciekać się do sztuczek księgowych polegających na zmianie definicji długu, przesunięciu progów ostrożnościowych czy też tymczasowym zawieszeniu obowiązywania tej ustawy rząd zdecydował się na działania znacznie mniej popularne, ale za to bardziej odpowiedzialne. Co więcej można było, wzorem wielu państw europejskich, nic nie robić w roku przedwyborczym, szczególnie że rynki finansowe nie wymuszają wciąż jeszcze na polskim rządzie działań naprawczych, tak jak to ma miejsce np. w Hiszpanii czy w Portugalii. Nie wspominając o Grecji. Co więcej, do końca tego roku stosunek długu do PKB nie przekroczy ustawowych 55%, a za rok po wygranych wyborach można by - teoretycznie - dokonać zabiegów księgowych aby na koniec 2011 ta relacja nie została przekroczona. I przeprowadzić konsolidację finansów publicznych, nawet poprzez podwyżkę VAT już w 2012 bez ryzyka negatywnego wpływu na wynik wyborów. Tak opisany alternatywny plan działań może zabrzmieć strasznie cynicznie, ale historia pokazuje, że najlepiej obiecywać raj na ziemi po wyborach. Dla przypomnienia, obniżki podatków od osób fizycznych przyjęto za rządów PiS a wprowadzały je rządy PO. Przechodząc do prognoz makroekonomicznych muszę przyznać, że zgadzam się z oczekiwaną strukturą wzrostu gospodarczego na najbliższe lata. O ile mam zastrzeżenia co do optymizmu wskaźników na lata 2012 i 2013, to nie mam większych zastrzeżeń do struktury. Podobnie jak w planie rządowym spodziewam się najwyższej dynamiki w roku 2012 i następnie spowolnienia dynamiki w roku następnym. Wraz ze zmniejszającym się bezrobociem, co prawda wolniej spadającym niż założono w planie, spodziewać się należy powolnego narastania presji płacowej i w konsekwencji wzrostu dynamiki konsumpcji prywatnej. O ile jeszcze w tym roku eksport netto prawdopodobnie po raz kolejny zaskoczy nas pozytywnym wkładem do wzrostu gospodarczego o tyle w latach następnych rosnące inwestycje, które w Polsce z natury rzeczy są importochłonne, będą przyczyniać się do ujemnej kontrybucji eksportu netto za sprawą szybkiej dynamiki importu. Diagnoza sytuacji gospodarczej jest zbieżna z moimi obserwacjami. W dokumencie zauważa się, że „brak rozwiązania obecnych problemów fiskalnych w Polsce lub ich dalsze pogłębienie mogłoby doprowadzić do szybkiego wzrostu kosztów obsługi zadłużenia i wpadnięcia w pułapkę zadłużenia”. Co więcej chwilę wcześniej stwierdza się, że „słabością finansów publicznych w Polsce jest wysoki udział wydatków publicznych w relacji do PKB, który w 2009 roku wyniósł ok. 45% PKB, a także ich struktura, która jest niewystarczająco prorozwojowa”. Na kolejnych stronach dokumentu zwraca się uwagę na to, że głównym zadaniem władz publicznych powinno być zmniejszenie strukturalnego deficytu sektora finansów publicznych do poziomu MTO (medium term objective), czyli średniookresowego celu budżetowego sformułowanego w europejskim Pakcie Stabilności i Wzrostu, który w przypadku Polski wynosi 1% PKB deficytu strukturalnego. I ten cel najlepiej jest osiągnąć poprzez ograniczenia wydatków, gdyż „konsolidacja oparta na ograniczeniu transferów i cięciach konsumpcji publicznej (w tym funduszu wynagrodzeń) powinna mieć najmniej negatywny wpływ na wzrost gospodarczy i zatrudnienie w przeciwieństwie do konsolidacji opartej na cięciach inwestycji publicznych”. Nic dodać nic ująć. Pełna zgoda. W propozycjach po stronie wydatkowej to, co zostało zaproponowane, jest jak najbardziej pożądane. Po pierwsze reguła wydatkowa, która oczywiście przed kryzysem nie uchroni, ale w sposób systemowy nakreśli ścieżkę wydatków państwa na najbliższe lata (choć tylko w tej części finansów publicznych, która regułą tą zostanie objęta). Po drugie elastyczne podejście do limitu wydatków na obronność, który od teraz nie ma być już limitem sztywnym w każdym roku budżetowym, lecz ma jedynie określać średnią tych wydatków dla okresu sześciu lat (w poszczególnych latach ich poziom byłby dostosowany do bieżącej sytuacji budżetowej). W dokumencie zapowiedziano też wprowadzenie od 2012 roku nowego systemu emerytur mundurowych oraz zmianę sposobu naliczania rent inwalidzkich w nowym systemie. W tym drugim przypadku chodzi o to aby renty inwalidzkie były wyliczane na bazie sposobu wyliczania emerytury w nowym systemie emerytalnym, a nie według formuł obowiązującym w starym systemie. Gdyby bowiem utrzymać obecne rozwiązania renta inwalidzka byłaby niejednokrotnie wyższa od emerytury. Zarówno emerytury mundurowe jak i wyliczanie rent inwalidzkich wymaga szybkich działań i ich zapowiedź w planie rządowym cieszy. Wolałbym aby działania te rozpoczynały się w 2011 a nie w 2012, no ale cóż, idą wybory. Prof. Marek Belka ostatnio w jednym z wywiadów przypomniał ile kosztowała swego czasu partię rządzącą szczerość jego wypowiedzi. Widocznie obecnie rządzący obawiają się tego typu skutków. W pozostałej części dokumentu, w załączniku, znalazł się podział wydatków budżetu państwa według funkcji, gdzie dokonano próby zmierzenia za pomocą mierników celów w takich obszarach m.in. jak edukacja, budownictwo, kultura, sport i nauka. Jest to w znacznym stopniu zebranie wcześniejszych propozycji w tym zakresie i co do zasady w propozycjach takich obszarach jak edukacja czy nauka pomysły tam zawarte są godne poparcia. Jak widać więc, to nie do końca tak, że w planie przyjętym przez rząd w zeszłym tygodniu nie ma niczego pozytywnego. Najbardziej jednak rozbraja szczerość tego planu. Plan jest na styk i tak naprawdę aby za rok być w komfortowej sytuacji należałoby albo dokonać kolejnych zmian (w wydatkach lub podatkach) lub też dokonać znacznych redefinicji długu publicznego. Być może rzeczywiście rząd liczy na zmianę przez Eurostat księgowania składki przekazywanej przez fundusze emerytalne. Taka decyzja, zgodna zresztą zarówno z europejskim jak i polskim interesem, oddalałaby problem przekroczenia limitu długu na parę lat. Ale nie rozwiązałaby fundamentalnych problemów polskich finansów publicznych, o których rząd wspomina na początku dokumentu. Dla przypomnienia, z rządowego dokumentu, powinno brzmieć jak motto: „słabością finansów publicznych jest wysoki udział wydatków publicznych w relacji do PKB, … a także ich struktura, która jest niewystarczająco prorozwojowa”. 2010-08-31 10:43
Od poniedziałku obowiązuje część nowych uregulowań Komisji Nadzoru Finansowego zwanych rekomendacją T. Mają one na celu znaczne ograniczenie polityki banków rozdawania kredytów detalicznych „na prawo i lewo”. Co do zasady nie można mieć pretensji do nadzoru, że wyhamowuje akcje kredytową, bo od tego jest. Pytanie czy moment i działania, jakie mają zostać podjęte, są właściwe. Spośród wielu rekomendacji zawartych w dokumencie KNF widać, że nadzór znaczną uwagę przywiązuje do udzielania kredytów w walutach obcych. Od momentu wejścia w życie rekomendacji będą one dostępne głównie dla bardziej zamożnej części społeczeństwa. I tak w sumie powinno być – jeśli chcesz wziąć na siebie dodatkowe ryzyko związane z ryzykiem kursowym, powinieneś mieć odpowiednie środki, aby przed takim ryzykiem być zabezpieczonym. Chodzi zarówno uwzględnienie w kalkulacji LtV bufora na poziomie 20% kwoty kredytu hipotecznego z tytułu niedopasowania walutowego ekspozycji kredytowej i wartości zabezpieczenia, jak również o przyjęcie dodatkowego buforu bezpieczeństwa w przypadku wyliczania zdolności kredytowej przez podwyższenie przyjmowanych obciążeń z tytułu spłat o 20%. Trudno mieć fundamentalne zastrzeżenia do wprowadzanych obostrzeń, pod warunkiem że podejście nadzorcy do ryzyka charakteryzuje symetryczność wobec zmiennych czynników wpływających na wysokość rat, w tym ryzyka walutowego oraz ryzyka stopy procentowej. Nadzór zaproponował, aby banki przy ocenie zdolności kredytowej klientów uwzględniały założenie wzrostu stóp procentowych o 4 punkty procentowe oraz założenie osłabienia złotego o 30%. W kontekście dotychczasowego niedoszacowania oceny ryzyka stopy procentowej względem ryzyka walutowego symulacje dotyczące wzrostu stóp należy ocenić pozytywnie, szczególnie mając na uwadze fakt, że stopy procentowe na świecie i również w Polsce, są dziś na rekordowo niskim poziomie. W perspektywie kilku najbliższych lat można spodziewać się ich istotnego wzrostu. Wzrost stóp procentowych może być przecież wynikiem zarówno osłabienia kursu, importowanej inflacji, presji płacowej wynikającej ze zmian demograficznych i migracyjnych. Nie musi wcale być wynikiem nadmiernej akcji kredytowej. Dobrze, że rola ryzyka stopy procentowej wobec ryzyka walutowego nie jest pomijana, choć należy zauważyć, że dla kredytów waluowtych i złotowych przyjęto taki sam poziom nominalnego wzrostu stóp procentowych w ramach stress testów, co wskazuje na niedoszacowanie ryzyka lokalnych stóp. Jeśli już przyjmować tego typu podejście to skala wzrostu stóp dla kredytów złotowych powinna być wyższa. Ryzyko stopy procentowej w Polsce było dotychczas niedoszacowane a ryzyko kursowe okazało się najlepiej zarządzanym ryzykiem przez banki. Odsetek złych walutowych kredytów mieszkaniowych wynosi ok. 1%, tym samym jest ponad dwukrotnie niższy niż w przypadku kredytów złotowych. Rekomendacja T wprowadza też znaczne ograniczenia w udzielaniu kredytów konsumenckich, ustalając maksymalny dopuszczalny próg wydatków związanych z obsługą kredytów do dochodów netto na poziomie 50% dla osób zarabiających do średniej krajowej i 65% dla pozostałych (ta część uregulowań wchodzi od przyszłego roku). Zobowiązuje też do pełnej analizy dochodów klienta, tak aby uniknąć udzielania kredytów od ręki „na dowód”. Idee oczywiście jak najbardziej szczytne – banki nie raz sparzyły się na udzieleniu kredytów konsumenckich od ręki nie swoim klientom. Tego typu rekomendacje mają temu jak rozumiem zapobiec. Są jednak dwa „ale”. Po pierwsze poziom niespłacalnych kredytów konsumenckich w skali makro jest głównie zależny od poziomu bezrobocia w kraju. Zależność ta jest bardzo silna i występuje w większości krajów europejskich. Jeśli tracę pracę nie mam z czego spłacać kredytu konsumenckiego. Rekomendacja tego ryzyka nie wyeliminuje. Drugie „ale” dotyczy instytucji parabankowych. Obawiam się, że wprowadzenie tak restrykcyjnych zasad udzielenia kredytów będzie rajem dla wszystkich instytucji niebankowych działającym na tym polu. Ich nadzór KNF nie obejmuje, a rynek nie zna próżni. Podsumowując, rekomendacja potrzebna, ale w niektórych miejscach może okazać się zbyt restrykcyjna. 2010-08-30 10:51
Raz na jakiś czas czołówki gazet informują nas o coraz to nowszych pomysłach rozwiązaniu problemu otwartych funduszy emerytalnych (OFE). Słowo problem zostało użyte nieprzypadkowo. Głównym bowiem argumentem za kolejnymi propozycjami zmian zasad oszczędzania na nasze przyszłe emerytury jest założenie, że coś jest nie tak z tym, że można oszczędzać na emerytury nie tylko w ZUS ale również w znacznie niej zależnych od działań polityków prywatnych funduszach emerytalnych. Trudno inaczej zrozumieć jakie może być inne źródło coraz to nowych, coraz bardziej radykalnych pomysłów. O ile wcześniejsze propozycje były tłumaczone zbyt wysokimi kosztami funkcjonowania OFE, o tyle ostatnie coraz to bardziej radykalne propozycje pozbawione są już tak wyrafinowanej argumentacji jak przy pierwszych próbach zmian zasad nowego systemu emerytalnego. Dzisiaj argumenty są jaśniejsze i bardziej bezpośrednie. Im mniej przekażemy do OFE tym lepiej dla budżetu, czyli niby dla nas wszystkich. Nie mogę pojąć skąd te ciągnące się próby powrotu do wywrócenia do góry nogami całego systemu emerytalnego. Oprócz zawieszania na jakiś czas przekazywania składek do OFE padają ciekawsze pomysły, takie jak na przykład wprowadzenie dobrowolności wyboru uczestnictwa w systemie kapitałowym czy też możliwość wypłaty całości zgromadzonych w funduszu emerytalnym oszczędności w formie jednorazowej wypłaty. Te dwie ostatnie propozycje są nawet groźniejsze niż ta pierwsza polegająca na zawieszeniu przekazywania składek do OFE. Są one groźniejsze dlatego, że brzmią na pierwszy rzut okaz bardzo atrakcyjnie, pachną liberalnym podejściem możliwości wyboru, dają poczucie wolności. Jednak za tym atrakcyjnym opakowaniem kryje się de facto powrót do ZUS. Na świecie bowiem wprowadzane były różne rozwiązania emerytalne. Wprowadzony w Polsce w 1999 roku nowy system emerytalny bazował na doświadczeniach wielu krajów, w tym również tych którym się nie udało. Jednym z ważnych doświadczeń niektórych krajów Ameryki Łacińskiej była m.in. zgoda na możliwość wypłaty wszystkich zgromadzonych środków w formie jednorazowej wypłaty. Rozwiązanie to nie było nowe, znane było bowiem z wielu europejskich dobrowolnych prywatnych systemów emerytalnych, gdzie dodatkowo zbierane środki do państwowej emerytury mogły być właśnie w tej formie wypłacone. Problem polega właśnie na tym, że czym innym jest wypłata jednorazowa dodatkowo zbieranych do podstawowej emerytury środków a czym innym jest wypłata jednorazowa części podstawowej emerytury. W tym drugim wypadku, po tym jak skończą się wybrane pieniądze, trzeba żyć z połowy emerytury podstawowej. I to w okresie kiedy człowiek jest jeszcze starszy niż wtedy gdy tę emeryturę w formie jednorazowej wypłaty pobierał. Nie m się co łudzić, że ludzie będą przezorni i wszystkich pieniędzy na raz nie wydadzą. Po pierwsze dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć swojej dalszej długości życia. A po drugie im jesteśmy biedniejsi tym większą mamy presję na to aby wydawać tu i teraz. A to przecież o najbiedniejszych chodzi. Osoby bogatsze, bardziej przezorne będą w stanie w inny sposób zabezpieczyć swoją przyszłość. Dla nich rozwiązanie jednorazowej wypłaty mogłoby być korzystne. Natomiast osoby biedniejsze będą musiały prędzej czy później wrócić na garnuszek państwa. A jedyną emeryturą jaką będą otrzymywać będzie wyjątkowo marna (bo w połowie już skonsumowana) emerytura z ZUS. Z kolei propozycja wyboru pomiędzy ZUS i OFE, pachnąca wolnością wyboru, spowodowałaby, że osoby bardziej dynamiczne i pewne przyszłości wybrałyby OFE, a osoby o gorszych perspektywach i mniej optymistyczne wybrałyby ZUS. Czyli OFE dla bardziej przedsiębiorczych a ZUS dla mniej. Prędzej czy później stworzyłby się podział na biednych w ZUS i bogatych w OFE. Wtedy znacznie łatwiej niż dzisiaj byłoby zawiesić składkę. Bo przynajmniej wiadomo komu zabieramy i komu dajemy. Szkoda, że dyskusja o najnowszych propozycjach spadła z porządku obrad zeszłotygodniowego Komitetu Stałego Rady Ministrów. Dyskusja ta jest obok zasadniczych problemów takich jak potrzeba podwyższania wieku emerytalnego czy też potrzeby szybkiego rozpoczęcia reformy KRUS. Czas raz a dobrze przerwać tę dyskusję. 2010-08-30 10:46
Najtrudniej go znaleźć. Trochę mi zajęło i zapewne bez podpowiedzi znajomych znacznie dłużej trwałoby szukanie. Najpierw wchodzimy na stronę Kancelarii Premiera, potem klikamy BIP (Biuletyn Informacji Publicznej), następnie BIP Rady Ministrów (na górze, po lewej), a potem zakładkę Inne Dokumenty. I to właśnie w tych Innych Dokumentach znajduje się Wieloletni Plan Finansowy Państwa 2010 – 2013. Sam plan jest nieco optymistyczny w swych założeniach ale bardzo szczery. Rząd przewiduje, że w latach 2010 - 2013 dług publiczny w stosunku do PKB będzie oscylował na granicy wymaganego progu 55%. I to w każdym z poszczególnych lat. Innymi słowy jest jasne, że Plan jest „na styk”. Prześliźnięcie się pod wymogami ustawowymi długu bazuje na dość optymistycznych założeniach makroekonomicznych i kontynuacji strategii osiągania wysokich przychodów z prywatyzacji. Zaczynając od danych makro, nie sposób nie zauważyć, że zakładane wysokie dynamiki wzrostu gospodarczego na lata 2012 i 2013 opierają się na założeniu wysokiego przyrostu inwestycji publicznych, jak również wysokiej dynamice popytu konsumpcyjnego. Zakłada się bowiem, że w tych dwóch latach realny wzrost płac będzie w okolicach 4% rocznie, podczas gdy przyrost zatrudnienia ukształtuje się odpowiednio na poziomie 3% i 2%. Tak wysokie dynamiki zarówno realnych płac jak i zatrudnienia występowały ostatnio w Polsce w okresie przedkryzysowego boomu w 2006 roku, przy doskonałej koniunkturze zewnętrznej. Nie mam zamiaru teraz udowadniać, że na pewno tak się nie stanie. Jednak przy dzisiejszej wiedzy założenia te wydają się zbyt optymistyczne. Bezrobocie ma spaść z obecnych 12.3% do 7.3% w roku 2013… Byłby to najniższy wskaźnik bezrobocia w całej historii III RP. Taki wskaźnik jest jak najbardziej możliwy do osiągnięcia, ale do tego przydałyby się reformy rynku pracy, wzrost aktywności zawodowej ludności i lepsze niż obecnie perspektywy koniunktury globalnej. W Planie nie ma jednak propozycji działań istotnie zmieniających reguły gry na rynku pracy. Wiele propozycji zawartych w Planie, nie związanych wprost z finansami publicznymi, jest godna pełnego wsparcia. Również niektóre rozwiązania fiskalne, jak elastyczne podejście do wydatków na obronę przewidujące utrzymanie wskaźnika 1.95% PKB jako średnią z sześciu lat z możliwością dostosowań w poszczególnych latach w zależności od sytuacji finansowej państwa. Czy też zobowiązanie rządu wprowadzenia reformy emerytur mundurowych od 2012 jak również nowego sposobu naliczania rent. Działania te są potrzebne, ale jak wiadomo dalece niewystarczające. Stąd kontrowersyjna podwyżka VAT-u o 1 punkt procentowy, aby w 2011 roku limitu 55% nie przekroczyć. Debata publiczna - a raczej medialna - skupiła się głównie na podwyżce VAT-u, choć podwyżka o 1 pkt procentowy znacznie inflacji nie podbije (o 0.2-0.3 pp), wzrostu istotnie nie zwolni, a i znacznych dochodów budżetowych nie przyniesie. Podwyżka VAT to raczej symbol tymczasowości, poszukiwania najmniej bolesnego rozwiązania na najbliższy rok. Ale problem polega raczej nie na skali podwyżki lecz na kierunku działania. Deficyt budżetowy można obniżać podwyższając podatki, ale podnosząc je ogranicza się tempo wzrostu gospodarczego. To jest dziś jeden z głównych problemów Węgier, które po populistycznym rozdawnictwie państwowych pieniędzy na początku dekady musiały łatać deficyt podnosząc podatki. Skutek jest taki, że Węgry w ostatniej dekadzie rozwijają się znacznie wolniej niż Polska. Niewykluczone, że PKB na głowę mieszkańca pod koniec tego roku w Polsce będzie wyższy niż na Węgrzech. Reformy strukturalne nie dają znacznych oszczędności od razu, ale wprowadzone raz, generują oszczędności, które kumulują się w kolejnych latach. Tak jest z podwyżką wieku emerytalnego czy też reformą KRUS. Być może działania po stronie wydatkowej nie wystarczą – wtedy niezbędnym okazać się może podniesienie podatków. Ale dopiero wtedy. Czytając Wieloletni Plan odnosi się wrażenie, że jest to plan na rok. Jak to powiedział Michał Boni „na kupienie czasu”. Za rok dług do PKB będzie wyższy niż dzisiaj, co czarno na białym widać też w Planie. Nie sądzę aby rząd czuł się komfortowo w takiej sytuacji za rok. Będzie musiał podjąć znów działania. Trzeba przekonywać opinię publiczną i rządzących aby nie były do znów podatki. 2010-08-11 09:57
Najbardziej niebezpieczna dla gospodarki jest spirala narastającego długu. Czym się może skończyć niekontrolowany wzrost długu publicznego widać najlepiej na przykładzie Grecji i Węgier. Wysoki dług publiczny najbardziej boli w okresie spowolnienia gospodarczego, gdy spadają nagle dochody a politycy mają skłonność wspierać zwalniającą gospodarkę dodatkowymi wydatkami. Inwestorzy wraz z nagłym w takim wypadku wzrostem deficytu i potrzeb pożyczkowych państwa żądają wyższych odsetek za pożyczone pieniądze, co jeszcze bardziej pogłębia i tak trudne problemy finansowe kraju. Dlatego też walka z nadmiernym długiem i wysokim deficytem musi być zawsze priorytetem każdego rządu. Nie można więc zarzucać naszemu rządowi, że działa na szkodę gospodarki. Znacznie gorsze byłoby bowiem utrzymanie wysokiego deficytu i dalsze narastanie długu. Biorąc pod uwagę fakt, że w tym roku dług publiczny do PKB osiągnie poziom około 53%, za pewne można uznać, że w 2011 roku -przy nieznacznie niższym deficycie budżetowym niż tegoroczny - dług do PKB przekroczy poziom 55%. A po tym przekroczeniu rząd z mocy ustawy zobowiązany jest do przeprowadzenia głębokich cięć. Przykłady innych krajów pokazują, że zwykle w roku wyborczym rządy decydują się na utrzymanie status quo, uznając za cel główny jak najlepszy wynik w wyborach. Wynik w wyborach nie jest pewny i może się tak zdarzyć, że to obecna opozycja będzie zmuszona po przejęciu władzy dokonywać radykalnych cięć. Tak właśnie było ostatnio w Grecji gdzie obecny rząd ponosi konsekwencje działań poprzednich, w tym przede wszystkich poprzedniego, który doprowadził Grecję do bankructwa podejmując bardzo kosztowne działania chcąc walczyć z kryzysem. Nie można więc zarzucać rządowi, że działania które podejmuje nie są w interesie polskiej gospodarki. Znacznie gorszym rozwiązaniem byłoby nicnierobienie i czekanie na kolejny rok. Zmniejszanie deficytu poprzez podwyżkę podatków jest często spotykanym rozwiązaniem, choć raczej tego typu działania dokonywane są wraz z równoległym obniżaniem wydatków i raczej w krajach których sytuacja finansowa jest już „nad przepaścią”. Polska ma sytuację trudną, ale znacznie lepszą niż kraje PIGS, czy nawet przeciętny kraj europejski. Ale dane te są złudne, gdyż już obecnie większość krajów Europy ogłosiła głęboko idące pakiety redukujące deficyty. Polska niepodejmując żadnych działań w roku 2011 mogłaby się znaleźć już nie poniżej średniej, ale wśród krajów z najwyższą dynamiką przyrostu długu. Redukcja deficytu jak najbardziej, tylko dlaczego mamy się skupiać się na stronie dochodowej budżetu? Polska jest w takiej sytuacji finansowej, że do zredukowania deficytu w roku 2013 do poziomu 3% PKB wystarczyłyby działania redukujące wydatki. Takich też działań spodziewano się po wygranych wyborach prezydenckich. Polska jest krajem gdzie znaczna część wydatków socjalnych jest źle adresowana, nie trafia wyłącznie do osób do których powinna być skierowana. Najlepszym tego przykładem jest becikowe czy też ulga podatkowa na dzieci. Działania po stronie wydatkowej są niezbędne nie tylko dlatego, że deficyt jest za wysoki, ale przede wszystkim dlatego, że w polskich wydatkach państwowych wciąż wiele jest marnotrawstwa i nieefektywności. Między innymi z tego właśnie wynika niska konkurencyjność naszej gospodarki. Trudno nie zgodzić się więc ze stwierdzeniem, że proponowane przez rząd działania są swego rodzaju sposobem na kupienie czasu. Problem długu do PKB prawdopodobnie nie będzie już straszył w roku 2011, ale przecież w kolejnych latach problemy strukturalne będą nadal narastały. Przy jakimkolwiek spowolnieniu gospodarczym znów zagrozi nam spirala rosnącego długu. Tyle że wtedy nie będzie można jej neutralizować tak jak teraz przychodami z prywatyzacji. Dobrze, że rząd stara się zapobiec nas przed kryzysem w rodzaju węgierskiego, szkoda że nie dokonuje tego strukturalnie ale tymczasowo. 2010-08-04 09:59
Dla większości inwestorów głównym problemem dziś jest niepewność. Ostatnie dwa miesiące w Zachodniej Europie charakteryzowały się pogorszeniem wcześniejszych trendów i słabszymi niż w poprzednich miesiącach wskaźnikami makro. Pogorszyły się też znacznie wskaźniki wyprzedzające koniunktury. Narastały obawy o kondycję europejskiego sektora bankowego, który nie dość, że w niektórych przypadkach nie dokapitalizował słabszych banków to jeszcze został wystawiony na ryzyko restrukturyzacji długów Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Stąd często pojawiające się ostatnio pytanie o drugie dno recesji. Dlatego tak ważne są wszelkie działania zwiększające przejrzystość systemu finansowego. Przeprowadzone testy warunków skrajnych (tzw. stress testy) wykazały, że siedem banków testów nie zdało a kolejnych 12 ledwo zaliczyło. Pomimo wszelkich zastrzeżeń co do metodologii, a w szczególności co do surowości przyjętych założeń, publikacja testów powinna być bardzo orzeźwiająca dla nastrojów na rynkach europejskich. Przede wszystkim dlatego, że zostały one opublikowane i powstał swego rodzaj ranking banków. Po drugie dlatego, że poszczególne nadzory finansowe państw członkowskich nie zaakceptują faktu, iż niektóre z nadzorowanych przez nie banki ledwo test zaliczyły. Dokapitalizowanie powinno dotyczyć wszystkich tych banków w których współczynnik adekwatności kapitałowej znalazł się poniżej 8%, co będzie już niedługo nowym wymogiem wprowadzonym przez Komitet Bazylejski. Tak czy inaczej przeprowadzenie stress testów i działania po nich podejmowane, mogą być jednym z kluczowych czynników sprzyjających poprawie nastrojów w Europie. Na tym tle informacje napływające z polskiej gospodarki wyglądają wręcz sielankowo. Jedyny polski bank jak brał udział w stress teście wypadł rewelacyjnie. Można spodziewać się, że inne polskie banki wypadłyby również bardzo dobrze. Co ważniejsze ostatnie dane z polskiej gospodarki zaskakują wyłącznie pozytywnie. Stoi to jakby w sprzeczności z ostatnimi trendami europejskimi. Naturalnie więc nasuwa się pytanie dlaczego tak się dzieje. Zacznijmy od produkcji przemysłowej. Dane za maj i czerwiec zaskoczyły wszystkich wysokimi wzrostami na poziomie rzędu 11-12% w skali rocznej po wyeliminowaniu czynników sezonowych. Tak silny wzrost produkcji w okresie powodzi, wskazuje, że nie wpłynęła ona negatywnie na aktywność produkcyjną polskich przedsiębiorstw. Dane za oba miesiące wskazują na silny wzrost produkcji przemysłowej w działach eksportowych co niewątpliwie wiąże się z bardzo dobrymi wynikami polskiego eksportu, no i przede wszystkim z dobrą koniunkturą w niemieckim eksporcie. Wysoka dynamika produkcji przemysłowej jest bardzo istotna, ze względu na to, że szybko rosnąca produkcja zwiększa wykorzystanie mocy produkcyjnych, które jest obecnie na poziomie ok. 6 punktów procentowych niższe niż przed kryzysem. Im wyższe wykorzystanie mocy tym większe prawdopodobieństwo wzrostu inwestycji w przedsiębiorstwach, które chcąc produkować więcej będą musiały zwiększyć swe możliwości produkcyjne. Potwierdzają to dane o produkcji budowlanej, która rosła w maju i w czerwcu po wyeliminowaniu czynników sezonowych o ok. 1,5% rocznie. Czynniki zewnętrzne jednak nie wystarczą aby utrzymać stabilny wzrost gospodarczy w dłuższym okresie. Dlatego też cieszą znacznie lepsze od spodziewanych wyniki sprzedaży detalicznej. W ostatnich miesiącach sprzedaż detaliczna rosła po odsezonowaniu ok. 4-5%. Dane te wskazują, na przyrost możliwości konsumpcyjnych Polaków związany z realnym wzrostem płac i powoli rosnącym zatrudnieniem. Ta seria pozytywnych danych nie powinna jednak wywoływać nadmiernego optymizmu. Są to wciąż sygnały wskazujące na bardzo wstępną fazę ożywienia gospodarczego, które w każdej chwili może zostać zachwiane poprzez czynniki zewnętrzne. W najbardziej dziś prawdopodobnym scenariuszu należy spodziewać się powolnego wchodzenia na ścieżkę wzrostu przez najważniejsze kraje Unii 2010-07-28 10:41
Wiek emerytalny stał się głównym wyzwaniem w większości krajów europejskich. Obecny kryzys fiskalny unaocznił słabość wielu gospodarek, które nie mają prostych rezerw generowania dodatkowych dochodów. A w niedalekiej przyszłości sytuacja demograficzna problemy fiskalne jeszcze pogłębi. Społeczeństwa europejskie się starzeją, a na emerytury przechodzi pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Coraz więcej środków publicznych będzie trzeba więc przeznaczać na emerytury, nie wspominając o rosnących wydatkach na ochronę zdrowia i związanych z opieką osób starszych. Demografia jest dość dobrze przewidywalna. Znając obecną strukturę demograficzną społeczeństwa, okres trwania życia, szacując tempo jego poprawy, można ocenić skalę przyszłych wyzwań demograficznych. Oczywiście tego typu szacunki, jak zawsze, oparte są na pewnych założeniach, choćby takich, że skala migracji do krajów europejskich znacznie nie wzrośnie. Będąc świadomymi wyzwań demograficzno-fiskalnych można albo udawać, że ich nie ma - uznając że jest to zmartwienie przyszłych rządów - lub też w sposób odpowiedzialny informując ludzi o problemie zmierzyć się z tym wyzwaniem przede wszystkim podnosząc wiek emerytalny. Można podnosić wiek emerytalny tak jak Niemcy, zapowiadając to z wyprzedzeniem, stopniowo podwyższać moment przejścia na emeryturę, zrównując jednocześnie wiek kobiet i mężczyzn. Dla przypomnienia w Niemczech począwszy od 2012 roku wiek emerytalny będzie stopniowo wydłużany, równy dla kobiet i mężczyzn i będzie wynosił docelowo 67 lat. Innym wariantem podnoszenia wieku emerytalnego jest wariant grecki, gdzie przez lata wmawiano ludziom, że przywilej wcześniejszego przechodzenia na emeryturę się należy, a teraz w wyniku kryzysu Grecy zmuszeni są podwyższać wiek emerytalny skokowo. Nawet we Francji, która w Europie jest ostoją rozwiązań socjalnych rząd ostatnio przyjął projekt zmian wieku emerytalnego proponując podwyższenie go o dwa lata z obecnych 60 do 62 lat. W Polsce w 1999 roku przeprowadziliśmy jako jeden z pierwszych w Europie krajów zmianę systemu emerytalnego wiążąc ściśle wiek przechodzenia na emeryturę z sumą wpłaconych składek i momentem zakończenia aktywności zawodowej. Dzięki temu powstał system mocno promujący dłuższą aktywność i późniejsze przechodzenie na emeryturę. Niestety doświadczenia światowe pokazują, że nawet tak silne bodźce nie działają. Wielu z nas woli przysłowiowego wróbla w garści niż gołębia na dachu. Innymi słowy lepsza niższa emerytura teraz niż wyższa, tyle że za kilka lat. Nie umiemy sami oszacować szansy naszego dożycia późniejszego wieku emerytalnego, nie mamy pewności, czy przez kolejne kilka lat nadal będziemy mieli pracę itd. Tego typu dylematy powodują, że nie zdecydowano się wprowadzić w pełni elastycznego wieku emerytalnego i przyjmuje się, że minimalny wiek przechodzenia na emeryturę jest niezbędny. Gdyby wiek emerytalny był w pełni elastyczny istniałoby ryzyko, że osoby przechodzące bardzo wcześnie na emeryturę znalazłyby się w końcu na garnuszku państwa. Nie będą one bowiem w stanie z tej wyjątkowo niskiej (ale bardzo długo pobieranej) emerytury pokryć minimum podstawowych potrzeb. Dlatego również w Polsce nie możemy się oszukiwać i wierzyć, że zachęty do późniejszego przechodzenia na emeryturę rozwiążą problem. Nie rozwiążą i dlatego już dzisiaj powinniśmy rozpocząć podwyższanie minimalnego wieku emerytalnego. Mamy znacznie lepszą sytuację demograficzną niż średnia europejska, gdyż pokolenia wyżu stanu wojennego będą pracować na emerytury wyżu powojennego. W innych krajach Europy nie ma wyżu demograficznego lat 80-tych. Ale w Polsce efektywny wiek przechodzenia na emeryturę jest wyjątkowo niski. Średnio dla mężczyzn wynosi on ok. 61 lat a dla kobiet ok. 58 lat. Jest to wynik zarówno niskiego wieku emerytalnego jak i wielu przywilejów. Co więcej pracodawcy zmuszają często kobiety osiągające wiek emerytalny do przechodzenia na emeryturę pomimo ich chęci dalszej aktywności zawodowej. Nie ma co ludziom tworzyć iluzji – nie ma innego wyjścia jak podwyższanie wieku emerytalnego przy jednoczesnym jego zrównaniu dla obu płci. Im wcześniej to zaczniemy robić tym bardziej akceptowalne będzie społecznie. Najgorzej jak dziś będziemy zapewniać, że nie ma takiej potrzeby a jutro skokowo wiek emerytalny podwyższymy. 2010-07-22 15:41
Nadmierny optymizm nie pomaga ale umiarkowany jak najbardziej. Trudno jednak nie być optymistą jeśli w okresie globalnej zadyszki Polska, ale również nasi sąsiedzi na południu i na zachodzie, radzą sobie wyjątkowo dobrze. Najbardziej namacalnym przykładem takiego optymizmu były majowe dane o rekordowej produkcji przemysłowej - z okresu powodzi w Polsce. Bardzo dobre dane o produkcji przemysłowej zanotowano również u naszych sąsiadów. I co najważniejsze Niemcy znów eksportują na potęgę, co jest prawdopodobnie główną przyczyną ożywienia produkcyjnego w naszym regionie. Po pierwszej połowie 2010 roku dobrze jest ocenić jak wygląda sytuacja makro w porównaniu z prognozami tworzonymi na ten okres rok temu. Po pierwszych sześciu miesiącach widać, że znacznie gorzej od prognoz idą inwestycje. Podobnie rzecz się ma z kredytami dla przedsiębiorstw, które wciąż notują ujemną dynamikę. Nie uważam, aby obecnie wciąż ujemna dynamika inwestycji prywatnych była pochodną ograniczeń po stronie podaży kredytów przez banki. Jest odwrotnie – to głównie ostrożność przedsiębiorców powoduje, że projekty inwestycyjne są wstrzymywane lub wręcz nierozpoczynane. Nie można dziwić się przedsiębiorcom przy tak wysokiej niepewności co do najbliższej przyszłości. I chodzi tu przede wszystkim o niepewność zewnętrzną, której najlepszą miarą jest zmienność na rynku złotego. To ta bardziej pesymistyczna strona medalu. Pozytywna strona modelu to taka, że w tym roku po raz kolejny zaskoczy nas prawdopodobnie eksport netto. Dynamika polskiego eksportu jest bardzo przyzwoita, a poziom eksportu zbliża się powoli do rekordów zanotowanych przed kryzysem. Notowane obecnie dynamiki są wyższe od średnich oczekiwań na ten rok. Mając na uwadze wysoką korelację pomiędzy polskim eksportem i eksportem niemieckim można być optymistą na drugą połowę roku. Co ciekawe w ostatnim okresie niemiecki eksport znacznie przyspieszył w kierunku … chińskim. Jest to pierwszy widoczny skutek słabszego euro, również do waluty chińskim, która jest powiązana z dolarem. Dlatego też spodziewam się pozytywnej niespodzianki po stronie polskiego eksportu, który również zyskuje na słabym złotym w stosunku do euro dając wyższą zyskowność eksporterom w złotych. Dlatego też wciąż wydaje się prawdopodobne uzyskanie dynamiki wzrostu gospodarczego w Polsce powyżej 3% w tym roku, w innej strukturze niż wcześniej oczekiwano. Inwestycje zastąpi eksport netto. To cieszy w krótkim okresie, ale w dłuższym bez odbicia w inwestycjach utrzymanie wzrostu gospodarczego około 4% nie będzie możliwe nie wspominając o szansach na poprawę na rynku pracy. W najbliższym czasie wraz ze spadającym powoli bezrobociem spodziewać się można spadku złych kredytów w portfelach banków. Historycznie rzecz biorąc taka zależność pomiędzy tymi dwoma czynnikami była silna, nie tylko w Polsce jak również w innych krajach Europy. I jest to jak najbardziej logiczne, że wraz z mniejszą liczbą bezrobotnych rosną spłaty kredytów konsumpcyjnych. Z kolei w przypadku złych kredytów korporacyjnych trudniej znaleźć tak silną zależność jak w przypadku konsumenckich. Najsilniejsza korelacja wiąże poziom złych kredytów korporacyjnych z poziomem inwestycji. Im wyższa dynamika inwestycji tym niższy poziom złotych kredytów. Tak naprawdę jest to pochodna cyklu koniunkturalnego - przedsiębiorstwa inwestują wtedy gdy poziom wykorzystania mocy wytwórczych jest wysoki, a perspektywy popytu dobre. Wygląda na to, że wciąż nie jesteśmy na tym etapie cyklu koniunkturalnego i jeszcze kilka kwartałów na ten moment będziemy musieli poczekać. Tak czy inaczej, jest w miarę optymistycznie. Hiszpanie, którzy zdobyli mistrzostwo świata mają wyjątkowo trudną sytuację gospodarczą, z 20% bezrobociem i ryzykiem poważnego kryzysu finansowego. Przyda im się bardzo fala optymizmu. Niemcom ze względu na słabe euro i konkurencyjny eksport wystarczy to trzecie miejsce. Nasza sytuacja gospodarcza jest wciąż jedną z najbardziej optymistycznych w Europie. To chyba najlepsze pocieszenie, skoro w Mundialu nawet nie uczestniczyliśmy. 2010-07-14 12:50
Od kilku dobrych tygodni mamy do czynienia ze znaczną nerwowością na rynkach finansowych. Od kwietnia do dziś indeks WIG spadł o 10%, złoty osłabił się wobec euro o prawie 8%, dolar umocnił się wobec euro o ponad 8%, a frank szwajcarski wobec euro o 8 %. Wielu inwestorów zadaje sobie pytanie czy to jest korekta, czy też początek bessy. To jest chyba najbardziej kluczowe pytanie dla rynków finansowych w tym momencie. Większość danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych w ostatnich miesiącach była całkiem dobra – wskazywały one na silne ożywienie. Za wyjątkiem ostatnich danych, przede wszystkim z amerykańskiego rynku pracy, które pokazały wyhamowanie pozytywnych tendencji. Ale na szczęście nie wskazują na odwrócenie trendu. W Europie z kolei mamy raczej do czynienia ze stagnacją gospodarczą. Bardziej pozytywne perspektywy rodzą sie dzięki słabemu euro w Niemczech. Ale tak naprawdę dominującym przeświadczeniem przedsiębiorców zarówno w Europie jak i w USA jest niepewność jutra. Widać to zarówno w pogorszeniu wskaźników wyprzedzających koniunktury, jak i słabych chęciach do inwestowania. Niepewność jutra widoczna jest w decyzjach inwestorów, którzy w obawie o fiskalną sytuację krajów europejskich uciekają od euro (nie wspominając o walutach wschodzących), kupując dolary, franki szwajcarskie lub też jeny. Dominuje awersja do ryzyka – inwestorzy wolą kupować obligacje amerykańskie i niemieckie, w efekcie spadają rentowności obligacji w tych krajach. A rosną, lub utrzymują się na wysokim poziomie w krajach leżących na peryferiach Unii. Tak czy inaczej – rynek nie ma pewności, czy jest to tylko przejściowa zadyszka, czy też początek drugiego dna recesji. Osobiście uważam, że mamy do czynienia z korektą. Niepewność jutra wiąże się z obawami co do realizacji pakietów zmniejszających deficyty budżetowe, niepewnością wyników stress testów banków europejskich, pytaniami co do co do siły ożywienia. Taki okres niepewności może trwać jeszcze kilka tygodni. Po ogłoszeniu wyników stress testów pod koniec lipca przyjdzie jeszcze czas na reakcje banków i regulatorów. Ważny jest zarówno szacunek niezbędnego zastrzyku dekapitalizującego jak również reakcja nadzoru i rządów na to wyzwanie. Rynek obawia się wciąż o kształt nowych regulacji w sektorze finansowym, co było wyraźnie widać w nerwowej reakcji rynku na propozycje rządu niemieckiego wprowadzające ograniczenia dla krótkiej sprzedaży. Podobnie rzecz się ma z perspektywą ożywienia gospodarczego. Wskaźniki gospodarcze charakteryzują się ostatnio dużą zmiennością, co tym bardziej nie sprzyja podejmowaniu ryzykownych decyzji inwestycyjnych. Jednak gospodarka europejska, a przede wszystkim amerykańska się zrestrukturyzowała. Nastąpiła redukcja zatrudnienia, spadek cen mieszkań, wzrosły oszczędności Amerykanów, banki zostały dokapitalizowane, rynek finansowy się zdelewarował. Głównym problemem pozostał zbyt wysoki ciężar długów publicznych, które jak widać, większość krajów chce ograniczać. Na razie oprócz Ameryki. Sądzę jednak, że na Amerykę przyjdzie też niedługo czas. Stąd mój optymizm. Gospodarka z czkawką, ale łapie oddech. Najbliższy czas niepewności trzeba przetrwać. Nie podejmować zbyt ryzykownych decyzji, ale też nie byłoby dobrze wstrzymywać się zupełnie z inwestycjami. To w przypadku inwestycji w gospodarkę realną. Natomiast na rynku finansowym spodziewałbym się w najbliższym czasie wysokiej zmienności. W dłuższej perspektywie, roku, dwóch lat twierdzę że czeka nas wzrost indeksów, i umacnianie walut rynków wchodzących w tym złotego. Do tego czasu jednak musimy przejść przez tę falę niepewności. Kraje rozwinięte muszą konsekwentnie wprowadzać reformy fiskalne, co dziś wydaje się znacznie bardziej prawdopodobne niż jeszcze dwa miesiące temu. Po drugie, niezbędne jest stworzenie przekonania, że żadne poważne niespodzianki takie jak hiszpańskie cajas się nie wydarzą. I że świat ma sensowny i skuteczny pomysł jak w nowy sposób regulować system finansowy, nie przeregulowując go jednocześnie. Wtedy będzie dobrze. 2010-07-07 12:23
|