29022012 Image Banner 160 x 600






O mnie
 
Ekonomista, doradca finansowy
 




Najnowsze komentarze
 
2014-06-14 21:28
poliwęglan do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
o ile Niemcy mogą przebijać nas pracowitością, wydajnością, to czym przebijają nas grecy?, a[...]
 
2014-05-20 08:05
proboszcz1 do wpisu:
Niskie płace to żałosny atut
Panie Petru, mówi pan o wydajności pracy. Czy niemiecki kierowca zawodowy przejeżdża 4x więcej[...]
 
2014-02-16 05:56
artysta do wpisu:
Czas na ekspansję
Zawsze jest czas na jakiegoś rodzaju inwestycje.
 




 Oceń wpis
   

  

Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk twierdzą, że brak możliwości dewaluacji walut niesie ryzyko niemożności dostosowania konkurencyjności gospodarek strefy euro, a tym samym grozi jej niekontrolowanym rozpadem. Aby tego uniknąć, proponują rozpad kontrolowany. Nie sądzę jednak, aby ten drugi wariant był lepszy od pierwszego.


Problemy poszczególnych państw strefy euro nie wynikają z wprowadzenia wspólnej waluty, ale z błędów popełnionych w polityce gospodarczej. Gdyby polityka była odpowiedzialna, nie byłby potrzebny "prosty instrument dostosowawczy". Oczywiście, gdyby wspólnej waluty nie wprowadzono, zapewne wcześniej włączyłyby się sygnały ostrzegawcze. Jednak brak tych sygnałów nie był spowodowany faktem istnienia wspólnej waluty, ale wynikał z niewłaściwych sygnałów wysyłanych przez instytucje europejskie do rynków. Ale po kolei. 


Jeśli mówimy dziś o kryzysie w strefie euro, zwykle mamy na myśli pięć krajów: Grecję, Portugalię, Irlandię, Hiszpanię i Włochy. Na ich przykładach najlepiej prześledzić, za co można winić wspólną walutę i na ile powrót do walut narodowych rozwiązałby narosłe przez lata problemy. 
Grecja skorzystała na przyjęciu wspólnej waluty m.in. dzięki głębokiemu spadkowi kosztów obsługi długu. Oszczędności te przeznaczone zostały na bieżące wydatki. Przez kolejne lata pomimo relatywnego spadku konkurencyjności (z powodu nadmiernego wzrostu płac) grecka gospodarka utrzymywała wysokie tempo wzrostu dzięki finansowaniu zewnętrznemu. Do 2009 r. oprocentowanie greckich obligacji było tylko o 0,3 pkt proc. wyższe od niemieckich. A dług tego kraju wynosił już 113 proc. PKB. Często pada pytanie, dlaczego rynki finansowe nie reagowały na tak wysoki poziom długu, dlaczego nie powstrzymały Grecji przed nadmiernym zadłużeniem. Nie reagowały, gdyż Europejski Bank Centralny traktował greckie obligacje na równi z niemieckimi! Sygnał, jaki był przekazywany rynkom, był jednoznaczny - greckie obligacje są bezpieczne. Co więcej, politycy europejscy sami sugerowali, że kraj strefy euro nie może zbankrutować, czyli że za długi Grecji odpowiadają pozostali. To, że tak nie jest, zostało formalnie ogłoszone dopiero na początku tego roku, kiedy nastąpiła kontrolowana restrukturyzacja greckiego długu. Wcześniej inwestorzy otrzymywali fałszywe sygnały od decydentów. Gdyby nie one, dług każdego z krajów euro był traktowany niezależnie i osobno wyceniany. Nie doszłoby do nadmiernego zadłużenia kolebki demokracji, a przynajmniej nie w takiej skali. Znacznie wcześniej Grecja musiałaby płacić wyższe odsetki i rynek kilka lat wcześniej zaprzestałby finansowania jej długu. Dostosowanie greckiej gospodarki rozpoczęłoby się prawdopodobnie już w połowie zeszłej dekady i skala niezbędnego dostosowania byłaby mniejsza. Podobną sytuację, choć na szczęście mniejszą co do skali, mamy w Portugalii.


Hiszpania i Irlandia to inna historia. W obu tych krajach była prowadzona odpowiedzialna polityka budżetowa, przynajmniej na papierze. Mianowicie deficyty w Hiszpanii były niskie, a w Irlandii mieliśmy wręcz do czynienia z nadwyżką budżetową. Tyle że nikt nie uwzględniał tego, że dochody budżetowe były oparte na wielkim boomie rynku mieszkaniowego. Jego korekta doprowadziła do obecnych problemów gospodarczych. Boom na rynku nieruchomości wziął się przede wszystkim z taniego pieniądza, czyli zbyt niskich stóp procentowych, które są ustalane na tym samym poziomie dla wszystkich krajów strefy euro. Zarówno dla Hiszpanii, jak i Irlandii były one zbyt niskie, ale tuż obok mamy przykłady dwóch znacznie większych krajów, takich jak USA i Wielka Brytania, gdzie poziom stóp procentowych też był za niski i doprowadził w konsekwencji do podobnie nadmiernego wzrostu cen aktywów. A zarówno FED, jak i Bank Anglii podejmowały decyzje, uwzględniając wyłącznie potrzeby ich własnych gospodarek. Tak więc problem zbyt niskich stóp nie jest wyłącznie domeną krajów znajdujących się w strefie wspólnej waluty. 


Jednak jeśli już stopy są zbyt niskie, czy to w Eurolandzie, czy Stanach, czy w Wielkiej Brytanii, należy korzystać z arsenałów innych dostępnych środków kontroli, przede wszystkim leżących w gestii nadzoru bankowego. Tego typu środki były zresztą wprowadzone w Polsce, gdzie słynna rekomendacja S ograniczyła podaż kredytów w walutach obcych, które dzięki niższym stopom procentowym w momencie brania kredytu były tańsze niż złotowe. 


Innymi słowy, niekontrolowany wzrost na rynku aktywów nie jest wyłącznie cechą strefy euro. Dlatego każdy kraj powinien używać całego wachlarza instrumentów, aby do takich nierównowag nie dopuścić. W Irlandii i w Hiszpanii pośrednikiem w tym boomie był sektor bankowy, którego straty doprowadziły do podwojenia długu publicznego Irlandii w przeciągu jednego roku. W Hiszpanii niezdrowe portfele banków do dziś nie dają spokojnie spać posiadaczom obligacji tego kraju. Pytanie, gdzie był w okresie boomu kredytowego nadzór bankowy?


Z kolei Włochy to przykład straconej dekady, gdzie ani nie doszło do przyrostu zadłużenia, tak jak w Grecji, ale nie było też boomu na rynku nieruchomości. Tam, podobnie jak w pozostałych krajach, nadmiernie rosły płace i kraj ten tracił swą konkurencyjność wobec głównych parterów handlowych, w szczególności Niemiec. Choćby przez takie decyzje, jak przenoszenie produkcji Fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Niemcy postępowali w tym czasie odwrotnie. Stąd przez ostatnią dekadę przyrost nadwyżki na rachunku obrotów bieżących Niemiec do 5 proc. PKB i ujemne wartości tego wskaźnika w opisanych powyżej krajach (od - 2 do - 3 proc.
PKB). Niemcy w tym okresie nie doświadczyły ani boomu na rynku nieruchomości, nie zwiększyły nadmiernie swego zadłużenia, nie podwyższały płac. Co więcej, przeniosły część swej produkcji do Europy Środkowo-Wschodniej i korzystały z komfortu, jaki im dawała wspólna, tania dla nich waluta. Gdyby nie było euro, nie byłoby takiej nadwyżki na ich rachunku obrotów bieżących. Krajem, któremu najmniej powinno zależeć na rozpadzie euro, są właśnie Niemcy, gdyż najbardziej gospodarczo na nim zyskały. Rozpad strefy euro na lata zniszczyły konkurencyjność tego kraju. A Włochom pozostaje trudna droga pójścia za niemieckim przykładem. 


Niemcom zajęło uzyskanie dzisiejszej silnej pozycji dekadę. Tak też będzie z takim krajami jak Irlandia, Hiszpania czy Włochy. Nie chcę się wypowiadać w sprawie Grecji, bo sytuacja jest tam znacznie trudniejsza, zarówno ze względu na skalę narosłych problemów, jak i jakość klasy politycznej. Jednak w pozostałych krajach musi nastąpić wstrzymanie przyrostu płac i reformy podażowe zwiększające potencjał gospodarki (liberalizacja kodeksu pracy, odblokowanie zamkniętych zawodów, podwyżka wieku emerytalnego, prywatyzacja). To wszystko jest na agendzie obecnie sprawujących władzę w tych krajach. Nie jest więc prawdą, że jedyną formą poprawy konkurencyjności gospodarki będzie dostosowanie fiskalne wymuszające wewnętrzną dewaluację. Trzymając się tej retoryki, można powiedzieć, że Niemcy stosowały politykę wewnętrznej dewaluacji w latach 2000., trzymając płace w ryzach, liberalizując rynek pracy i nie pobudzając gospodarki za pomocą deficytu budżetowego. Takie długotrwałe dostosowanie nie jest łatwe, ale na pewno bezpieczniejsze niż szokowe, za pomocą opuszczenia wspólnego obszaru walutowego.


Rozpad strefy euro wywołałby prawdopodobnie wstrząs większy od upadku Lehman Brothers. Co najważniejsze, nie jesteśmy w stanie - podobnie jak 15 sierpnia 2008 - ocenić skali spustoszenia po tym wydarzeniu. Dziś przy rozedrganych rynkach finansowych wyjście jednego kraju, nawet Grecji, przeniesie uwagę rynku - i automatycznie też wycenę papierów dłużnych - na kolejny kraj, czyli na Portugalię, a potem na Hiszpanię i Włochy, wyceniając przyszłą dewaluację ich walut. Proces ten byłby trudny do opanowania, a jego skutkiem ekonomicznym byłby paraliż wymiany handlowej i inwestycji. 


Koncept teoretyczny, oderwany od zarówno realiów gospodarczych, jak i politycznych, nie może być traktowany poważnie. Dziś politycy europejscy zrobią wszystko, aby do takiego wariantu nie dopuścić. W przyszłości oczywiście musi istnieć formalna furtka do wyjścia ze strefy euro, ale nie po to, aby ratować euro, ale po to, aby taka ścieżka miała swoją procedurę i ramy prawne. Każdy kraj musi mieć bowiem możliwość opuszczenia obszaru wspólnej waluty. A dziś nawet formalnie nie jesteśmy do takiego procesu przygotowani. 

 

2012-04-17 13:12
Polskie wpisy Komentarze (4)

Komentarze

2012-05-29 17:23:01 | *.*.*.* | kredyt bez bik i bez krd
Re: To nie euro jest przyczyną problemów [0]
Jasne, że nie euro winne tylko ludzie... skomentuj
2012-04-17 16:17:16 | *.*.*.* | odgrzybianie
Re: To nie euro jest przyczyną problemów [2]
Przyczyną problemów są Chiny- bo wyczepała sie już łatwa przewaga polegająca na
przeniesieniu produkcji i outsource...
Strefie euro trzeba przewagi w innowacyjnosci bo jak mawiał klasyk innowacyjnosc to kazdy
pomysl zamieniany na zysk a tymczasem Unia skupia sie na rolnictwie kiedy na topie jest np
gaz lupkowy biotechnologia skomentuj
2012-05-15 14:47:28 | *.*.*.* | bank_
Problemem jest to że gospodarki poszczegolnych krajów Europy dzieli przepaść. skomentuj
2012-05-29 13:02:26 | *.*.*.* | studio mebli kuchennych kraków
Podkarpacie i Mazowieckie też dzieli przepaść a i jedni i drudzy mają tą samą
walutę. skomentuj